Archiwa tagu: Stanley Tucci

Spotlight & Zjawa

Ani się spostrzegłam, czas minął. Oba filmy widziałam dwa tygodnie temu i choć wrażenia pozostały, to sporo szczegółów umknęło. Odwołam się więc do maksymy, wg której „coś tam wiem, to się wypowiem”.  Ale oględnie, nie pretendując, nie roszcząc sobie praw i nie krojąc nadto zamaszyście. Oba filmy mają nominację do Oscara za najlepszy film roku. Porównywać trudno, bo każdy z filmów potrzebuje innego termometru do pomiaru, niewiele z zestawień może wyniknąć. Nie będę więc szukać wspólnego mianownika. Kilka słów o tym, co zapamiętałam.

Bardzo silne emocje po seansie Spotlight. Umiarkowane po Zjawie. Film McCarthy`ego budzi, film Iñárritu hipnotyzuje, przenosi w sferę półsenną, magiczną. Tam mamy aktorską drużynę, tu popisową rolę Leonarda Di Caprio (i depczącego mu po piętach Toma Hardy`ego). Spotlight jest wizualnie siermiężny – to budynek redakcji „The Boston Globe”, piwniczne (?) pakamery, korytarze, składowiska archiwów. Kilka wyjść na ulice Bostonu, co nieco bezpłciowych scenerii. Tymczasem Iñárritu otwiera przed nami kosmos. Naturę dziką, nieujarzmioną i bajecznie piękną. Ocena filmu po upływie czasu: Spotlight constans, Zjawa zwyżkuje.

Spotlight, reż. Tom McCarthy, USA 2015
SpotlightZ życia wzięte. Opisane w 2002 roku i nagrodzone Pulitzerem. Śledztwo dziennikarskiego „oddziału” do spraw specjalnych. Afera porównywana z Watergate i – jak tamta – roztaczająca nimb profesjonalizmu nad dziennikarstwem tropiącym nadużycia. Niemal każdy piszący o tym filmie podkreśla, że mamy tu obraz szlachetnej pasji i zaangażowania. Internet i żądza newsów źle się przysłużyły prasie. Więcej teraz partactwa, mniej wiary w czytelnika i prawdę, która może zmieniać świat. Ale w tym rzecz, że – dziś czy wtedy – rzetelność jest towarem ulotnym. Zmieniło się na nią zapotrzebowanie. Ale dawniej też nie była to bułka z masłem. Herosi z drużyny Spotlight odpracowali to, co wcześniej zaniedbali. Więc nie tyle gloryfikacja „The Boston Globe” A.D. 2002, co błysk nadziei, że wciąż zdarza się solidna robota.

Mowa o wykryciu afery pedofilskiej w Kościele: przenoszenia księży, którzy dopuścili się nadużyć, w inne miejsce. Tuszowanie zła, niewyciąganie konsekwencji, nieinformowanie ludzi o potencjalnym zagrożeniu ze strony pedofilów. Bostoński kardynał Bernard Law okrył się niesławą (po czym przeniesiono go na wygodny tron w Watykanie). W jego diecezji pedofilski proceder uprawiało co najmniej 70 księży. Przy świadomie milczącej i gorliwie zamiatającej skutki pod dywan „górze”. Skala zjawiska wstrząsnęła tamtejszym kościołem. Epicentrów podobnych historii są krocie. Gdy film się kończy, wyświetlane są nazwy miejsc, w których zdarzały się analogiczne skandale. Biały drobny druk na dwóch (bodajże) ekranowych „planszach”. Wśród napisów wypatrzyłam Poznań. I nie dziwi mnie to. Bo Spotlight to nie jest film, który odsłania nieznane. Ujawnione – rozniosło się falą i trudno dziś aferę seksualną z kościelnym backgroundem przyjąć z naiwnością jak pierwszyznę.

To jeden z walorów filmu. Reakcje widzów mogą być różne. Ale nie sądzę, by dominowało oburzenie na twórców lub antyklerykalne rozjuszenie. Mnie te skrajności są obce. Uderza natomiast zasięg, liczba krzywdzących i ofiar, a przede wszystkim ta paraliżująca bierność, która w filmie McCarthy`ego ogarnia nie tylko hierarchów i współbraci, lecz całą społeczność. 

„Boston Globe” pisał o jednym z księży. Potem okazało się, że może być ich 13 (sugestia ofiary), a rozmowa z psychologiem badającym temat rozszerzyła spektrum do 6% duchownych. Takiej liczby nie sposób przeoczyć (zwłaszcza, że pedofil, „działający” bezkarnie kilkadziesiąt lat, okaleczał niejedno dziecko). Ktoś miał interes w tuszowaniu (lub zalecenia). Ale dlaczego tak wielu ludzi różnych służb (prawników, pedagogów, dziennikarzy, aktywistów społecznych etc.) nie łączyło faktów, nie nazywało rzeczy po imieniu i albo przyklepywało sprawę, albo nie wierzyło w nią i już?

Gdyby wskazać dwie sceny, które najmocniej zapadły mi w pamięć, to jedną z nich jest wyznanie szefa grupy Spotlight – Waltera Robinsona (Michael Keaton), że przegapił informację, którą należało w swoim czasie nagłośnić lub zbadać. Był wtedy świeżo nominowany i dopiero co rozpoznawał swe obowiązki. To zmienia kierunek myślenia, bo przedtem wydaje się, że winny jest kardynał, prawnicy potrafiący utajnić akta aż do całkowitego zniknięcia albo jakieś miejskie szychy, chcące mieć wygodny układ z kościołem. A tymczasem bielmo na oku nie wymaga złej intencji i totalnej znieczulicy. Wystarczy nieuważność i tego rodzaju ślepota i głuchota, do której uciekamy się często, by selekcjonować wygodne od niewygodnego. Oczywiście, to nie zrównuje nas w winie.

Drugą sceną (to mogły być dwie sceny, nie pamiętam) jest rozmowa Mike`a Rezendesa (Mark Ruffalo) i Sachy Pfeiffer (Rachel McAdams). Dodam, że Boston początku XXI wieku wydaje się być miastem katolickim. Dziennikarze grupy Spotlight do najgorliwiej wierzących nie należą. Sacha jednak mieszka z babcią i regularnie towarzyszy jej podczas mszy kilka razy w tygodniu. Mike mówi, że za chłopięcych lat był ministrantem. Potem ufność zatracił, choć bez spektakularnej przyczyny. Im dalej brną w śledztwo, tym gorzej to wygląda. Ich emocje  (a nie emocje ofiar czy krzywdzicieli) są na planie pierwszym. I wtedy Sacha mówi, że już nie może bywać na mszach, nawet dla towarzystwa. A Mike, że zawsze miał nadzieję, że wróci. Może to było asekuranctwo, może wygodne odłożenie czegoś na później. Ale ta potencjalność powrotu i jakaś ważność związana z poczuciem wspólnoty były wsparciem, które rozwiało się bezpowrotnie. Można w tym zdystansowaniu widzieć przyczynek do krytyki kościoła. Mnie bliższe jest stanięcie nad przepaścią: nie ma busoli, nie ma azylu, a owce noszą wilczą skórę. Tak się zastanawiam: niby gorsze rzeczy mogą nas spotkać niż zwątpienie, ale niekoniecznie.

Spotlight2

 Zjawa (The Revenant), reż. Alejandro González Iñárritu, USA 2015
Zjawa
Plakat wybrałam bez Leonarda, bo wcale nie mam przekonania, że to on gra pierwsze skrzypce. Tom Hardy jest naprawdę dobry. Z głową na pół oskalpowaną. Człowiek bez skrupułów i pełen resentymentów. Wyrachowany, gdy chodzi o zysk i własną skórę. Słowem: ktoś bez „zbędnej” nadwyżki imponderabiliów. Gdy zaczyna się bać – a strach ogromnieje, im realniejsza staje się zemsta Glassa – jest nieprzewidywalny. W finałowym pojedynku waga postaci jest 1:1.

Leonardo Di Caprio to Hugh Glass, Tom Hardy gra Johna Fitzgeralda. Idą traperzy przez Wielką Równinę w środku zimy, która trwa od początku do końca. Rozglądałam się, czy nie ma gdzieś zajazdu Pasmanteria, ale nie – ci z Nienawistnej ósemki rozgrywali swą grę nieco później. Coś jednak łączy postaci z filmu Iñárritu z bohaterami filmu Tarantino. Na poziomie ciała przede wszystkim. I może jeszcze okoliczności przyrody. Oczywiście, Quentin zgarnął swoich do wnętrza i teatralnie udramatyzował każdą chwilę. Zjawa to podróż plenerowa, zamaszysta, zatracająca i ocalająca zarazem. Bezwzględność natury, jej dokuczliwość czy nawet groza, nie mogą zaprzeczyć jej pięknu. Pejzaż, gdyby zastosować personifikację, mógłby się ubiegać o Oscara w kategorii aktor pierwszoplanowy. Tym samym potężnie zdetronizowałby Leonarda. 

Podoba mi się uwaga o dualizmie odczuwania natury – inaczej postrzega ją widz (patrząc przez filtry Lubezkiego), którego jej surowe piękno oszałamia, a inaczej odnajdują się w niej ci, na których czyha. Tylko pozornie oczywiste. Widz mógłby przecież wejść w skórę Glassa, a jednak pozostaje we własnej. Mnie się to przydarzyło. Nie tylko o pejzażu pisze Staszek Błaszczyna na Wizji Lokalnej. Przeczytałam (polecam) i straciłam impet do wyliczania obserwacji. Zyskałam za to na lekkości niezajmowania się wszystkim, na rzecz wybiórczych puzzli. Bo też taki był mój kinowy odbiór. Owszem, wędrówka Glassa jest spójna i epicka, zagarnia dziesiątki epizodów, ustawia się wokół jednej idei i brnie do celu. Idea brzmi: rewanż albo zemsta. Więc, rzecz jasna, widzę całość, ale kroiłam ją sobie na kawałeczki. 

Nie napomknęłam jeszcze, że zemsta, o którą chodzi, wiąże się z utratą najbliższych przez Glassa. Najpierw żony, która wraca do niego w snach, potem syna. Nie przejęłam się szczególnie cierpieniem nad utratą, bo myślę, że Glass miał tyle problemów z każdym kolejnym krokiem, że też to jakoś neutralizował. Poza tym podporządkowanie wszystkich odruchów i myśli jednemu celowi grozi fiksacją.

Otóż, epizodziki. Pierwszy to ten z niedźwiedziem. Grizzli atakuje bezwzględnie. Boże, uchroń! Niesamowite. Drugi: wejście w konia. To chyba nie jest najważniejsza ze scen, ale wryła mi się w pamięć i nie mogę przegnać. To kwintesencja zwierzęcości człowieka zdanego na przetrwanie w głębi lasu. Poza bólem ran, z Leonarda emanuje wściekłe zimno, zwielokrotnione głodem. Nie raz przejmowałam się, gdy Glass wpadał do rzeki i moczył buty, kożuch, wszystkie swoje ubrania. Nie wiem, jakim cudem one wysychały. W tej aurze chyba nie powinny. Do tego dodam scenę, w której Glass, przecina koński brzuch, wyjmuje wnętrzności, a potem sam wchodzi nagi do środka, by się ogrzać. Ogarnia go ciepło, zapach, ciemność końskiego wnętrza. Rankiem narzuci na swoje ciało te nieprzeschnięte, mokro-zimne ubrania. Zapamiętałam ten obraz jako bardzo dosadny. Ale ten azyl w zwierzęciu to dla mnie jedna z nielicznych scen, wypełnionych okrutnym, bo okrutnym, ale jednak bezpieczeństwem.

Wspomniałam, że im dalej od seansu, tym odbiór Zjawy zwyżkuje. Nie wyobrażam sobie, że można tego filmu nie obejrzeć (koniecznie w kinie). Z kolei równie trudno jest mi przyjąć, że Zjawa ma ukryte dno, metafizykę a la Tarkowski, spirytualizm indiański itp. Nie kłócę się, że nie ma, oznajmiam tylko, że mój zmysł percepcji tego nie wychwytuje.

Zjawa. Pejzaż

emocjonująca abstrakcja

Chciwość, reż. J.C.Chandor, USA 2011.

Krach jest nagły, zaskakujący i powinien pojawić się wtedy, gdy myśli są albo uśpione, albo ustawione na zupełnie innym torze.

I tak się dzieje. Jesteśmy w Nowym Jorku, na Wall Street, na jednym z pięter okropnie nowoczesnego budynku, po którym snują się ludzie wciągnięci w tryby pewnej korporacji (przedsiębiorstwa, banku, giełdy).

Eric Dayle (Stanley Tucci) rozpracowujący raporty o granicach ryzyka (abstrakcja! nie wiem, o co chodzi – ale on czuwa nad czymś, co powinno trzymać się brzegów), natrafia na minę. Niewiele może z tym zrobić, bo brakuje mu jednego elementu, by puzzle odkryły przed nim czytelny wzór.

 Tymczasem mamy sądny dzień: zwolnienia w firmie. Zwolniono 1/4 pracowników albo 3/4 – nie wiem, bo to abstrakcja. W każdym razie jest cholernie gorąco i Eric Dayle też został przypieczony. Sceny jak z filmu W chmurach (z Clooneyem), tylko bez cienia komedii.

Obserwujemy to oczyma młodych adeptów sztuki: Petera (Zachary Quinto) i Setha (Penn Badgley). Ten po lewej na zdjęciu ma mózg o jakichś wyjątkowych procesorach (albo tak zwane szczęście) i uda mu się niemal natychmiast znaleźć ten odłamek mozaiki, którego brakło Ericowi. Eric przekazał mu pendriva na odchodne. Ale: stop. Jeszcze nie ucichło po redukcjach. Ten po prawej lubi zarabiać pieniądze i ciągle liczy, ile kto zgarnął w ubiegłym roku.

A oto Sam, szef maklerów, wie, jak się kręci ta karuzela, bo pracuje tu już 34 lata. Gdy rozdano pakiety tym, których skreślono z listy, on wkracza i klaszcze. To brawa dla tych, którzy zostali. „Oto wasza szansa! Ich już nie ma, przejmijcie tę przestrzeń dla siebie. Czyjaś strata może być waszym zyskiem”. Obrzydliwa scena. Ale Kevin Spacey umie tak poprowadzić postać, że mimo wstrętu do oklasków, na koniec miałam ochotę na szczere, choć ciche brawa. To jest film Kevina Spaceya. A to coś znaczy, bo u boku ma oprócz wspomnianego Tucci`ego jeszcze kilku mocnych: Paul Bettany, Simon Baker (niegroźny w rywalizacji) i Jeromy Irons.

Tu już powiedzmy, że puzzle wskazują na katastrofę. Jest głęboka noc, a gdy nadejdzie świt, rozpocznie się krach na makro skalę. Odczują go wszyscy. Ja tego nie ogarniam, bo to abstrakcja, ale naprawdę przesądza się rzecz wyjątkowa. Tłem filmowych wydarzeń jest kryzys finansowy z 2008. A reżyser, debiutant Chandor, podobno zna wydarzenia z pierwszej ręki. Prawda, że prowadzi opowieść niezwykle emocjonująco. Decyzje, które zapadną i to, co zostanie postawione na szali, to są niewyobrażalne odważniki. Tego się nie udźwignie i – gdy jest już na wszystko za późno – ci, którzy stoją w pierwszym szeregu widzą przed sobą szaloną przepaść. Jest prawie tak, jak w jednej ze scen na dachu wieżowca, chwilę przed ewentualnym skokiem.

I co będzie? Szef szefów, Tuld (Jeremy Irons) mówi do Petera the night before: „Wytłumacz o co chodzi. Mów do mnie jak do dziecka. Albo labradora. Tego że tu jestem nie zawdzięczam przecież swojej tęgiej głowie”. Ale takie głowy nie toną. Finansjera ratuje cyników.

Dobry film. Pomimo że. Pomimo że gdyby nie Demi Moore, to kobiet w ogóle nie można by było pooglądać. Pomimo że nie sięgnięto po chwyty z kategorii wzruszeń osobistych (żadnych spektakularnych tragedii), zaangażowanie w rozwój wypadków nie słabnie. Świetna dynamika. Dziwne: miałam wrażenie, że wszystko rozumiem, choć gdyby się zastanowić, to ja przecież nic z takich spraw nie ogarniam.

I dodam tylko, że krach przychodzi nagle. Kiedy się człowiek nie spodziewa. Wybrałam się do kina na film Agnieszki Holland. Była niedziela. Multipleksy pękały od wielbicieli sztuki, którzy ubiegli mnie, wykupując prawie wszystkie bilety. Został jeden w pierwszym rzędzie, a mnie potrzebne były dwa. Wybrałam więc Chciwość. Decyzja była dobra. W ciemność wyruszę niebawem.