Archiwa tagu: starość

w starym (dobrym) stylu

W starym, dobrym stylu (Going in Style), reż. Zach Braff, USA 2017

Nie przeżyłam katharsis i za kilka chwil pewnie zapomnę. Ale spędziłam w kinie miły wieczór, więc uwieczniam. 

Starsi panowie trzej, osiem dekad na karku, wdzięk i stetryczałość w symbiozie. Przywiązanie do stylu, którego dziś się już nie praktykuje (a żal). 

Oni sami fazę ekspansji mają za sobą, teraz znoszą dyktaturę ciała, młodszej generacji i bezosobowych skarlałych instytucji. Te ostatnie kondensują się w „osobie” banku.

Bank to wróg, okrada i pasie się cudzym. Jest przy tym machiną sprawnie działających bezmyślnych trybików, którym do rozumu trafić nie sposób, bo zamiast niego mają cukrową watę lub obligacje (karykaturalni urzędnicy). Idea jest podobna do tej, która organizowała (świetny!) film z tegorocznej puli oscarowej: Aż do piekła (Hell or High Water). Skoro bank okrada nas, weźmy mu, co nasze. Napad na bank, z którym mamy rachunki do wyrównania. Wspomniany film rozgrywał to w teksańsko-kowbojskiej scenerii. Tu jesteśmy w klimacie amerykańskiej aglomeracji (NY). Konwencja komedii ustala tonację. Oczywiście, będą klisze, uskoki od komplikacji, gładkie happy endy. Nie szkodzi. Można wręcz uznać to za nadwyżkę, aluzję do wcześniejszych tego typu pomysłów, do filmów, w których zagrali pierwszoplanowi aktorzy, do ich emploi.

Tercet składa się z: Michaela Caine`a (Joe), Morgana Freemana (Willie) i Alana Arkina (Albert). Dorzućmy Ann-Margret Olsson, która odmładza ww. obsadę o pół dekady (nie ma co przy tych liczbach szacować inaczej niż w dziesięcioleciach). Ann-Margret podchodami, wdziękiem, uporem zdobywa serce Alberta, który do życia zwykł podchodzić sceptycznie i jeśli w coś wierzył, to w jedno: że nie zamierza się z nikim wiązać. ;)

Panowie żyją samotnie, sercem Williego i myślami Joe rządzą ich wnuczki. Ach, no tak to właśnie jest, że jeden z przyjaciół jest emocjonalny (Freeman), drugi to bystrzak intelektu (Caine), trzeci cynik i ciut maruda (Arkin). Wystarczy, by wspólny los mogli sobie urozmaicać na miarę możliwości. Jak się spodziewamy, głównym urozmaiceniem ma być napad na bank. Zanim do niego dojdzie, zrozumiemy, dlaczego jest konieczny. Po pierwsze: dlatego, że film rozpoczyna się napadem (w którym Joe występuje w roli zafascynowanego obserwatora i oczka mu się świecą do takiej pomsty na gnębicielach). Po drugie: jesteśmy wtajemniczani w efekt gospodarczego przekrętu, który „mrozi” emerytury, cedując je na bankierów. A kiedy w skrzynce Joego widzimy najpierw kopertę żółtą (ostrzeżenie, że zabiorą dom), później czerwoną (egzekucja ww. ostrzeżenia), to jasna sprawa, że lont się pali, a „bomba” wybuchnie.

Najbardziej spektakularnymi scenami są te bankowe. I wprawka rabunkowa w supermarkecie – obrazuje, jak daleko od natury starszych panów jest fach złodziejski. Najmniej podobały mi się przeszarżowane epizody z Christopherem Lloydem, który gra staruszka-imbecyla w takim stadium demencji, że nie śmieszy, lecz żenuje. Mam dwie ulubione scenki. Pierwsza zabarwiona ironią, druga dziecięcym urokiem. (spojlerki małe, nieszkodliwe, lecz ostrzegam)

1) Scena niemal z początku. Joe, Willie i Albert oglądają telewizyjny show o randkowaniu.  Panna w finale wybiera jednego z trzech kandydatów, którzy wykosili konkurencję. Za chwilę wręczy mu różę. I właśnie to, że panowie oglądają bzdurny show, choć nie mają złudzeń co do fałszu takich podpubliczek – już to jest komiczne. Więcej, oni pannie (przez szybkę ekranu) udzielają rad, że skoro z tej miernoty ma jednak coś typować, to tylko jeden wchodzi w grę. Trzech facetów bezbłędnie przeprowadza wiwisekcję młodzieńców, niestety z błędem typuje wybór dziewczyny. Oto, co znaczy znać życie! Nic nie znaczy, bo zawsze zaskoczy nas cudza nieznajomość.

2) Scena, która preludium ma podczas napadu, a kulminację na policji. Nie wszystko w banku szło według planu. Willie emocjonalnie zareagował na ofertę dziewczynki, która rabusiom chciała oddać własną lalkę. „- Nie, od ciebie lalki nie wezmę. Masz taką samą, jak kiedyś moja wnuczka”. Nieopatrznie też daje dziewczęciu zerknąć na cyferblat swego zegarka. A tam fotka ukochanej wnusi. Policja, która z kamer odtworzyła to zajście, wykorzystuje dziewczynkę do wytypowania rabusia spośród szeregu podstawionych. Ale mała spryciara ma serce po właściwej stronie. Wie, komu współczuć, komu pomóc. Spisuje się na medal. A rozbrajająca jest końcówka tego epizodu. Dziewczynka z kamienną twarzą i pewnością mędrca zapewniała policję, że pamięć ma fenomenalną i że żaden z panów nie jest tym, któremu oferowała lalkę. Cudnie się rozpromienia przy wyjściu, gdy widzi znaną ze zdjęcia wnuczkę Williego. Och! A jakże! Pamięta, pamięta, ale sztamę trzymać potrafi! Panna na schwał!

Intrygę zostawiam lekko w tle, ale puentę ujawnię. Tą wyrażoną wprost są słowa z sekwencji początkowej (parafraza): społeczeństwo powinno dbać o starszych ludzi, jeśli nie dba, wystawia sobie marną wizytówkę. Puentą nie wyrażoną w słowach, lecz przecież oczywistą, jest pochwała przyjaźni, inteligentnej kontry, zrywu, by jeszcze pożyć i narzucić światu swoje warunki. Ładna puenta. :)

w imię dziecka

Ian McEwan, W imię dziecka (Children Act), Wydawnictwo Albatros 2015

À propos Obcego nieba i obaw przed ingerencją urzędu w nasze prywatne życie. Lęk i sceptycyzm są zasadne, bo procedury, choćby najlogiczniejsze, na margines wrzucają to, czego nie da się skalkulować. Czy logika, ład i zasady są wystarczająco wiarygodne, by rozstrzygać to, co dotyczy relacji, emocji, wiary? Niby nie. Jeśli ktoś jednak przeczyta najnowszego McEwana, będzie miał powód, by docenić profesjonalizm i rozwagę człowieka instytucji.

Bohaterką jest Fiona. Ma 59 lat. Jest sędzią od spraw rodzinnych. Dba o rzetelność i klarowność wyroków. A wydanie werdyktu poprzedza przenikliwą lekturą dokumentacji i wcześniejszych casusów. Gra czysto. Nie powiem, że obiektywnie i niestronniczo, bo to niemożliwe, trzeba stanąć po którejś ze stron i orzec, kto ma rację. Mój podziw dla inteligencji i elegancji myślenia Fiony jest bezgraniczny. 

Sprawy nakładają się na siebie. Trzeba zdecydować, czy rację ma ojciec-Marokańczyk, chcący ratować córki przed wpływem Zachodu, czy ich matka, przerażona, że straci wpływ na dzieci, które wsiąkną w kulturę arabską (rozstania rodziców nie da się już cofnąć). Należy orzec, czy rację mają rodzice bliźniaków syjamskich, którzy z powodów religijnych nie chcą ratować jednego syna kosztem drugiego, czy szpital, który apeluje, że umrą obaj, jeśli nie da się szansy silniejszemu. Czy – wychowane wśród judaistycznych ortodoksów – dziewczynki mają wyrzec się matki (nazbyt wyzwolonej i pracującej), czy zostać z nią, tracąc łączność z wiarą ojca. W kontekście tych dylematów pojawia się sprawa najistotniejsza dla fabuły. Dotyczy siedemnastolatka, świadka Jehowy, który popiera decyzję rodziców, by wybrać raczej śmierć niż transfuzję krwi. Stroną w konflikcie jest szpital, który chce mieć prawo ratowania życia chłopca i to czym prędzej, bo upływające godziny drastycznie zmniejszają szanse. Chłopak za trzy miesiące uzyska pełnoletniość i wówczas żaden sąd niczego mu nie nakaże. Póki jest dzieckiem, można jednak uznać jego decyzję za nie w pełni świadomą i wymusić leczenie. Albo uszanować sprzeciw.

Ktoś powie, że to nic nowego, bo już nie raz o takim konflikcie słyszał. Ale pewnie przyglądał mu się przez pryzmat publicystycznych roztrząsań (rzadziej: przez subiektywne śledzenie jakiegoś znanego z autopsji przypadku). A tu mamy wgląd  w głowę Temidy. McEwan przestudiował kilka analogicznych przypadków, prześledził sędziowskie wyroki, a mowę orzekającą sędzi Fiony wzorował na autentycznej mowie któregoś z angielskich prawników. Ten werdykt to majstersztyk. Lektura obowiązkowa dla studentów prawa. Chapeau bas! Respekt dla prawa, odwaga i człowieczy głos urzędnika.

W imię dzieckaAle to nie o tym ta książka. Długo nie wiedziałam, jak to ująć. Pomogła mi dyskusja krytyków, dających książce najwyższe rekomendacje (Tygodnik Kulturalny 23.10.15, TVP Kultura). Zestawiono W imię dziecka z inną prezentowaną powieścią (Perfidią Jamesa Ellroya). Przeciwieństwa wydobyły esencję.

Ta druga książka to 800-stronicowe tomiszcze, gąszcz wątków, dynamiczna, pełna zwrotów akcja, wszechświat ludzkich spraw. Powieść McEwana jest czterokrotnie „chudsza”, splatają się z sobą tylko dwa wątki: sprawa „dziecka”, o której bohaterka orzeka w sądzie i kryzys w życiu prywatnym. Siedemnastoletni Adam jest łącznikiem między wątkami. Opowieść uwzględnia punkt widzenia Fiony. Co czuje uratowane i utracone „dziecko”, czego doświadcza mąż? – możemy ledwie zgadywać. Słowem: dużo mniej, a też wszechświat. Opisany nie zwielokrotnieniem, lecz eliminacją szumu. 

Nie wiem, czy to książka dla wszystkich. Jeśli ktoś z natury nie ma cierpliwości do poznawania prawie sześćdziesięcioletnich kobiet, to może sporo przeoczyć. Jeśli natomiast podążymy tropem Fiony – co naprawdę nie jest trudne, bo McEwan to jednak pierwsza liga pisarska – odkryjemy też siebie (z przeszłości, z przyszłości lub z jakiegoś równoległego bytu).

Może ktoś pamięta ten wiersz kończący tomik Podróż zimowa Barańczaka? Sobowtór autora, ze słuchawkami walkmana na uszach (Schubert!) przygląda się swemu odbiciu. 

„Stojąc przed witryną, w jej lustrzanym tle
widzę kątem oka kubek w kubek mnie.
Wielkie podobieństwo, do złudzenia aż,
gdyby nie ta zmięta, postarzała twarz;
na wkroczeniu w starość przyłapana twarz„.

To właśnie ten moment w życiu Fiony. Podkreślony kaprysem (prowokacją?) męża, który postanawia przeżyć jeszcze jedno erotyczne uniesienie, zanim będzie za późno. Nie z Fioną, choć ją lojalnie (!) o tym powiadamia. Więc Fiona zda sobie sprawę, że trwa „przyłapanie” – na wypaleniu emocji, na kończeniu się pewnych możliwości, na dotarciu do ściany, na dziwieniu się, że ciało przestaje być tym własnym. A wszystko to rozgrywa się niczym podkład muzyczny do wpisanych w codzienny harmonogram rutynowych działań. Melodyjny lejtmotyw (u Barańczaka Schubert, u McEwana – wiersz Yeatsa w opracowaniu muzycznym Brittena) jest jak kontrapunkt, w którym spotyka się przeszłość i tlące się szanse na przyszłość. 

Gdy mówię o sobowtórze, nie mam wcale na myśli analogii między życiem czytelnika a życiem Fiony. To chyba drugorzędne, czy powieść czyta trzydziestoletni facet czy czterdziestoletnia kobieta (dzieci odpadają, bo znuży je opowieść bez rówieśników). Historia Fiony to taki skondensowany wszechświat, sprowadzony mistrzowsko do kilku sytuacji, paru wspomnień, garści emocji i obserwacji. Ale nie musi być tak, by do opowiadania o „każdym” potrzebny był splot tysiąca wątków. Można to osiągnąć dużo skromniejszą metodą. Kilkoma miesiącami uporządkowanego życia bardzo dorosłej kobiety, w którym co nieco się rozregulowało.

Ja sobie zapamiętam kilka błysków. Rozmowę, w której na jednej szali jest godność i niezgoda na czyjąś wobec nas nielojalność, a na drugiej chęć zatrzymania choćby erzatzu. Chwile radzenia sobie w świecie nagle pozbawionym gruntu. Zerkanie od niechcenia na ekran telefonu, by odnotować, że ktoś nie pisał, nie dzwonił, po prostu zniknął. Przestrach z powodu odpowiedzialności za ocalone życie. Rozpacz po uświadomieniu sobie błędu, który zabija niechcący. Ten płacz w ostatniej scenie (katharsis). Ale też wszystko to, co mówi o trwaniu i powrotach. Na przykład ten epizod o kubku kawy przełamującym blokadę (s.172). O delikatnym, niepewnym i nieoczywistym powrocie i odnalezieniu.

zmierzch lata

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, Wydawnictwo W.A.B. 2008

Bo w nią wierzę. W potrzebę narracji, w przeglądanie się w opowieściach. I układanie własnych doświadczeń w historię, w narracyjną ciągłość, która nie pozwala rozsypać się elementom i daje spoiwo. Spoiwo jest obłędnie istotne, ono decyduje, jaka to będzie opowieść. Z tych samych elementów można poskładać różne fabuły – szczęśliwe i koszmarne, inspirujące i odbierające nadzieję. Fabuła nadaje tym epizodycznym drobinom kształt, barwę i ton. Dodatkowa wartość w tym, że gdy się człowiek w niej przegląda, patrzy jak w kalejdoskop, wciąż inny element może nadawać charakter całości.

Doris Lessing napisała powieść o kobiecie, Kate Brown, która w wieku czterdziestu kilku lat przeżyła niezwykłe lato. Jeśli istnieje przyspieszone dojrzewanie, to musi mieć prawo bytu również ekspresowe przekwitanie (optymistycznie byłoby stwierdzić: skok w głębszą dojrzałość). Oto dobrze sytuowana rodzina, w której mąż jest szanowanym lekarzem, żona panią domu, czwórka dzieci właśnie wkracza w dorosłe życie, najmłodszy syn jest 19-latkiem. Mieszkają w pięknym, zadbanym domu z ogrodem, na jednej z eleganckich londyńskich ulic. Mąż od dawna nie jest wiernym mężczyzną, choć wciąż jest przyjacielem. Dzieci wyfruwają z gniazda i jakby je coś napadło: marzą o zerwaniu więzów przenoszonej, nieodciętej dotąd pępowiny. A Kate myśli, że jedyne, co jeszcze może jej się przydarzyć to spokojne przejście w starość. 

Już się tłumaczę z tego wstępu na cześć opowieści. Otóż, wszystko co jest w książce Lessing można by rozpisać na punkty typowej analizy przypadku. Że oto moment progowy: „jeszcze przez chwilę młodość”, ale człowiek „nie czuje się już tak młody jak kiedyś”. Poukładany świat ma swoje prześwitujące połacie i coś jakby pustka z nich wyskakuje. Wartości, w imię których tłamsiło się coś w sobie, poświęcało się coś z siebie, znosiło się pokornie z zaciśniętymi zębami etc… zaczynają obracać się przeciwko nam. I żadna dotychczasowa rola nie pasuje. Ani żony, ani matki, ani pani domu. Jakby nagle wszystkie stroje stały się démodé

Gdybym chciała to analizować, to czuję, że banał deptałby mi po piętach. Pewna przewidywalność jest nie do uniknięcia (nawet młodszy kochanek jakby po prostu wyszedł z szafy, w której czekał na swój czas). Analiza sczezłaby w przedbiegach, ale opowieść się broni, bo w niej się można przeglądać bez ryzyka. Zawsze znajdzie się coś cholernie, boleśnie prawdziwego. 

Doris Lessing wybiera narrację wszechwiedzącą, dialogi wplata oszczędnie, ufając raczej przepowiadaniu ich niż bezpośredniemu nasłuchowi. To ściszanie głosów świata na rzecz tego, co dzieje się w głowie i sercu bohaterki. W jej ustroju emocjonalnym i intelektualnym. Mnie najbardziej ujęło to, co dotyczy sfery pogranicza: młodości – dojrzałości – starości. A najtrudniej było mi o uwagę pod koniec powieści, gdy bohaterka przegląda się w młodej dziewczynie, Maureen, która obawia się tego, w czym Kate utonęła, małżeństwa. Powieść napisana w 1973 roku wprowadza szereg uchwyconych na bieżąco socjologicznych obserwacji. Po trosze aktualnych, po trosze trącących myszką. Ale nie można zapominać, że  autorka-noblistka zna pisarski fach.

Lessing układa swą opowieść w pięć rozdziałów. Najpierw poznajemy status quo i czujemy oddech nadchodzącego lata, które ma być podobne do innych, stabilne i przewidywalne. Potem następuje strategiczny zwrot, Kate podejmuje pracę tłumaczki dla absurdalnej organizacji parającej się działalnością „na rzecz świata”. Poznaje swoją siłę, potencjał dotąd ukryty. Następnie coś przewrotnego, co okładkowe informacje zapowiadały jako pieprz opowieści, a co jest w gruncie rzeczy czymś dużo ciekawszym. Romans z młodszym mężczyzną. Tyle że pożytku z kochanka co kot napłakał, bo jak nie wymiotuje, to ma biegunkę. Ale oderwanie od znanej scenerii, obserwowanie jak z przekraczaniem progu radzą sobie inni – to jest warte wsłuchania się i potrzebne zanim wybierze się kierunek. Potem jest trochę jak u Tomasza  Manna: choroba duszy znajduje ujście w chorym ciele. A przemiana ciała jest kluczowa, zaryzykuję tezę, że to warunek sine qua non przemiany osobowości. 

Konstrukcja przejrzysta, choć cel, do którego dotrze bohaterka jest nieoczywisty, niejednoznaczny. Dokądś dociera, ale wszystko zależeć będzie od następnych liter alfabetu. Powiedzieć „A” jeszcze o niczym nie przesądza.

Jest to książka o schyłku młodości (ale, ale! to nie może być tak, że po prostu przekraczamy jakąś linię!); o roli, jaką na siebie w życiu nakładamy i o tym, że ona się wyczerpuje (ale, ale! kto mówi, że potem nie ma już nic?!); o tym, jak działa kobiecość i co się dzieje, gdy ona przestaje oddziaływać sex appealem (a my czujemy, że nie jest fair, by atrakcyjność naszej osoby sprowadzać do fizycznych fluidów). O tym jest ta książka, między innymi.

Tyle dla porządku, reszta to strefa chwytliwych słów, zapamiętań i chaotycznych impresji. Miszmasz.

*********

„Od pewnego czasu przymierzała myśli jak sukienki zdejmowane z wieszaka. Pozwalała, aby z jej ust spływały słowa i zwroty wyświechtane jak rymy kołysanek…” No tak, ponad dwadzieścia lat małżeństwa mogły/musiały (odpowiednie skreślić) pokryć autentyzm relacji rutyną. I małe ziewnięcie byłoby niczym nieodzowny tik. Lessing zaplanowała jednak ostry miraż, bo jeśli ktoś uruchomił standardowy pakiet małżeńskich wypaleń, to powinien go czym prędzej zawiesić. Kate i Michael są parą ponadprzeciętnie świadomą tego, co ich łączy i ile to jest warte. To małżeństwo jest zbudowane na rozmowach i bliskości. A mimo to… Czy tak być musi? Istnieje profilaktyka, czy trzeba sięgać po chirurgiczny skalpel, by głębszą interwencją udrożnić życie? Może cerować małe pęknięcia, wyrywać kiełkujące baobaby, gładzić rysy… zanim się zacznie jazda bez trzymanki? Zanim któreś z dwojga (czyżby częściej kobieta?) poczuje się jak lalka, z której wolno wysypują się trociny”.

Lubię ten fragment, gdy Kate po bodajże dwóch miesiącach odbiera listy od męża. Wszystko, co zrozumiała, co oddaliło ją od Michaela, pryska w okamgnieniu. Listy są dowcipne, pełne relacji o drobiazgach i choć dotyczą jego życia bez niej, są pisane w znanym obojgu stylu. 

„Leżała w łóżku znowu bardzo chora, ale pełna tęsknoty do męża, do tej zażyłości opartej na wzajemnym zrozumieniu, do ich intymności. Wydawało się jej teraz, że była dziecinna, czując kiedykolwiek urazę z powodu jego romansów: nie miały znaczenia, gdy porównało się je z faktem, że jeśli ona wyciągnęła rękę do niego lub on do niej, w geście tym zawsze było ćwierćwiecze spędzone razem”.

Kobieca potrzeba bliskości, dla której dobrowolnie infekujemy się amnezją i wbrew talentowi do myślenia według żelaznych praw logiki, wybieramy irracjonalny impuls. Myślę, że kobiety, jeśli bywają nielogiczne, to z powodu tych właśnie (logicznie uzasadnionych) priorytetów. 

*********

Dziwna sprawa, powinno mi to odpowiadać, a jednak nie bardzo. Zliczyłam piętnaście fragmentów, w których pojawia się sen o foce. Zranionej, biednej, potrzebującej morskiej wody, by ożyć. Śnienie i szukanie w snach wskazówek, metaforycznych znaków, które czasem trzeba dośnić, by ruszyć dalej. Jestem gotowa to przyjąć jako realne, terapeutyczne, intrygujące poznawczo. Mimo to fokę odesłałabym na psychoanalityczną kozetkę. Silniej przemówiły do mnie symptomy cierpiącego ciała: chudnięcie, gorączka, majaki.

*********

Uwikłanie w rolę (matki, żony, gospodyni) zapada mi w pamięć po epizodzie z przyglądaniem się spotkanym na ulicy matkom. Oczywiście, mam własne rozpoznanie i wiem, że ten obrazek wymagałby aneksu, bo jest w nim pewna tendencja. Zgrabnie ujęta.  Mianowicie: Kate przygląda się rezolutnym dwudziestolatkom pchającym wózek. Są seksowne, energiczne, pewne siebie „jak kobiety wikingów”. Rówieśniczki Kate (i ona sama) – czyli te same dziewczyny, tylko dwadzieścia lat później – nie mają już wiary w życie, zamiast niej demonstrują to, w co obrosła w tym czasie ich świadomość: „łagodność ofiar”, „bezbronną uprzejmość”, „niepewny śmiech, który brzmi, jakby miał zakończyć się płaczem”

Dwie dekady, sporo się można nauczyć, gdy życie tego wymaga: „Cierpliwość. Dyscyplina wewnętrzna. Opanowanie. Samozaparcie. Nieskazitelność moralna. Umiejętność przystosowania się do innych – to przede wszystkim. To zawsze”. Porównanie siebie, jaką pamięta, z tą, jaką się stała, wydaje jej się trudne do przyjęcia. Nie zauważyła, kiedy i jak zaszła zmiana – „miała wrażenie, że nabyła nie cnoty, ale pewną formę obłędu”

Jasne, że można się temu przyglądać przez pryzmat społecznych zniekształceń i wymuszeń. Dla mnie jednak najciekawszym filtrem wydaje się upływ czasu. Biologiczny mechanizm, fizyczna przemiana: utrata jędrności, mniejsza soczystość uśmiechu, stępiony błysk oczu. Oczywiście – ja jestem na nie. Się nie zgadzam i jeśli się mnie spyta, czy tak ma być, to z góry mówię: NIE. Nie wiem, czy ktoś może uwzględnić moje veto?

********* 

Szalenie mi się podoba to śledzenie czterdziestolatki. Kate Brown nie wyglądała na swoje lata. Była w okresie prolongowanej młodości, dla której kobiety całego świata poświęcają tyle czasu i wysiłków”. Ciemnorude włosy, jasna karnacja, uśmiechnięte oczy, szczupła sylwetka niezmienna od lat. Sypie się piasek w klepsydrze, ale przecież – no przecież! – nikt nie dostrzega pojedynczych ziarenek. I można by sobie mówić, że co tam, liczy się wyłącznie pogoda ducha, ale niepostrzeżenie zmienia się to, jak widzą nas inni. Fenomenalna walka: „a ja uważam, że jestem młoda” kontra „oczywiście, pani jest jeszcze wciąż młoda, jakby”. Kate jest sympatyczna właśnie dlatego, że po pierwsze ma świadomość gry (można ciałem komunikować energię i w pewnym stopniu można stylem bycia dodawać i odejmować sobie lat – zresztą robimy to świadomie bądź nie). Po drugie: dostrzega, że istnieje coś poza tą grą, coś najcenniejszego, czego nie da się już narzucić nikomu. Do czego innym często brak cierpliwości. Ale co trzeba przechować/odzyskać/stworzyć (odpowiednie podkreślić), by w ogóle być.

„Starzenie się jest prawie dla każdego człowieka kwestią lat, chyba że powala go nieszczęście, ziemia usuwa się spod nóg, woda zatapia miasto, bomby zabijają jego dzieci, a serce obojętnieje na życie. Najpierw jest się młodym, potem dojrzałym, ale trudno określić moment przejścia z jednego stanu w drugi. Potem jest się starym i człowiek nie zdaje sobie sprawy, kiedy to nastąpiło. Zmiany – o tak, bardzo istotne – zachodzą w nastawieniu ludzi wokół nas, lecz my prawie nie jesteśmy tego świadomi, ponieważ lody tak wolno zsuwają się w dolinę. Dla większości ludzi problem zamyka się w zdaniu: Niestety, nie jestem już tak młody jak kiedyś„.

*********

Bardzo mi się podoba scena w teatrze, gdy Kate ogląda tę samą sztukę, na której była dwa miesiące wcześniej. Odbiór jest diametralnie różny – inaczej widziała ten spektakl subtelna kobieta, przeczuwająca aluzje do takich jak ona, inaczej przeżywa go „wariatka”, która zrobiła krok dalej niż bohaterka sztuki, Natasza Pietrowna z Miesiąca na wsi Turgieniewa. A wciąż chodzi o to, że w opowieściach można i należy się przeglądać, bo prawie zawsze są trochę o nas.