Archiwa tagu: Stephen Frears

Boska Florence

Meryl Streep as Florence Foster JenkinsFlorence Foster Jenkins wcale nie wydaje mi się „boska”. Przeraża mnie. Za nic nie powiem, że jest śmieszna czy godna litości – ale stanąć po jej stronie nie umiem.

Film, owszem, obejrzeć warto. Meryl Streep gra brawurowo. Dorównują jej Hugh Grant (mąż i menedżer Florence) oraz Simon Helberg (akompaniator). Dużo znaczy „dotrzymać kroku” Meryl Streep, tym bardziej, że to ona wciela się w postać najbarwniejszą, wokół której pozostali wirują.

Zaletą filmu są aktorzy. I to, że opowieść jest biograficzna. Naprawdę ktoś taki istniał: Florence Foster Jenkins (1868-1944). Opiekunka i sponsorka nowojorskiego życia muzycznego w I połowie XX wieku. Aktorka w Klubie Verdiego, specjalizującym się w żywych obrazach, w nieco nadętych inscenizacjach migawek historycznych. W jednej z pierwszych scen Meryl Streep, omotana suknią i akcesoriami, zwisa na sznurze nad kompozytorem-impotentem, zwiastując mu natchnienie. Jest w połowie ósmej dekady życia. Od pięćdziesięciu lat żyje z syfilisem, który pokonuje swą miłością do muzyki i wiarą w misję. Zapewne też wsparciem swego towarzysza życia. 

Kocha muzykę. Wyobraża sobie, że pięknie śpiewa, a iluzję tę podtrzymują w niej najbliżsi i ci, których przepłacono, by klaskali podczas koncertów. Idą na to miliony. A ona – jak dziecko – daje się nabrać. Nie słyszy samej siebie? Wierzy, że chcieć, to móc? Liczy na to, że pasja zastąpi warsztat? 

Nie mogę o tym filmie pisać. Jest tak żałośnie smutny! Odrobinę też śmieszny – bawił mnie image Florence: przyciężkawy, z diademami i fikuśnymi ozdobami. Głos „najgorszej śpiewaczki świata” wprawiał mnie w konsternację. Okrutnie zadrwił z niej los. Podobno jej nagrania krążą do dziś w kampowym obiegu, sprawiając, że Florence still alive. Ale żałość jest żałością. Co innego tworzyć kicz celowo, co innego siedzieć w nim po uszy nieświadomie.

Nie myślałam o filmie po seansie. Raczej o tym, jakim cyrkiem może być życie, gdy zaplączemy się w „złudzeniach, które pomagają żyć”. Powszechna praktyka. Przecież nikt nie żyje nieustannie w pełnej świadomości. Mamy tysiące podpórek i prawo do tego, by nie nazbyt serio przejmować się nagą prawdą. Można przymykać oko. Dodawać optymistyczny komentarz do każdej wywrotki. Odsuwać od siebie informacje zwrotne, które mogłyby schłodzić miłe ciepełko. 

Rozumiem, że jest w postaci Florence Jenkins jakaś alternatywna „interpretacja” rzeczywistości. Że być może ten „pismak” z „The Post”, który nie chce przyjąć łapówki, bo woli nazywać rzeczy po imieniu, jest ograniczony w swym profesjonalizmie. Może cierpliwa obecność męża, który dopiero późną nocą, gdy ulula żonę do snu, wymyka się do drugiego domu, do innej kobiety, do świata, o którym Florence nie ma pojęcia… – może to się da pogodzić z miłością. Coś takiego film sugeruje. Na litość Boską! Udławić się można takim fałszem. O ileż sensowniej jest uznać – jak czyni to postać grana przez Hugh Granta – że choć chciało się być wybitnym aktorem, zostało się jedynie statystą, niż fruwać jak mucha nad g…m.

Przepraszam za tę nieelegancką frazę. Zdołowała mnie ta komedia.

Boska Florence, reż Stephen Frears, USA & Wielka Brytania 2016 

filomena

Tajemnica Filomenyreż. Stephen Frears, Wielka Brytania 2013

Filomena. Judi Dench, Steve Coogan

Tytuł oryginalny: Philomena. „Tajemnica” jest dodatkiem lekko wątpliwym, bo trzeba mocno zamykać oczy, uszy, usta (niczym japońskie trzy mądre małpy), by rzeczywiście nie wiedzieć i innych nie wtajemniczać. To, co było ukryte, ujawnia się w ekspozycji. Ciąg dalszy jest oczekiwanym układem zdarzeń. Z kilkoma niespodziankami, owszem. Mimo to – nie dramaturgia skrywa największe sekrety, tajemnicą jest człowiek. Jak zawsze. Siłą filmu są więc aktorskie kreacje. Judi Dench w roli tytułowej i Steve Coogan grający dziennikarza Martina Sixsmitha. (Nie dam rady pisać, nie tykając fabuły, konia z rzędem temu, kto potrafi.)

Irlandia. Początek XXI wieku. Odsłona tajemnicy: niemal siedemdziesięcioletnia Filomena Lee wyznaje córce, że pięćdziesiąt lat temu urodziła syna, którego jej odebrano. Nie wie, jaki los był mu pisany. Dotąd milczała, zmuszona umową, którą podpisała pod presją. Sprawcą rozłączenia były siostry zakonne, a takich jak ona było dużo więcej. Temat podejmuje (nie bez wahań) dziennikarz, nienawykły do pracy nad „życiowymi przypadkami”, specjalizujący się w „historii Rosji” i (na szczęście) uznający pogoń za sensacją za niższą zawodową półkę. Spotkanie Filomeny i Sixsmitha to szkielet filmu. Tropią ślady i rozpoznają siebie nawzajem (Filomena jest dla dziennikarza równie intrygująca co śledztwo w sprawie syna). W kategorii „duety” film Stephena Frearsa zasługuje na laury.

W temacie „matka i syn” doświadczenie jest udziałem Filomeny. Z jej dramatu dostrzec możemy jedynie ułamek, nie mamy wstępu do pięćdziesięciu lat bólu i życia w poczuciu winy. Jesteśmy tym, kim jest dziennikarz. Czyli: widzimy wielki temat, pojedynczą tragedię, sprawę, którą trzeba wyjaśnić i oczyścić. Słowem: to rola towarzysząca, drugoplanowa, rozegrana w cieniu. Pierwsze skrzypce należą do Filomeny (młodej i starszej – grają dwie aktorki). Ona doświadcza hańby i odrzucenia (ciąża bez ślubu), perfidnej łaski zakonnic, które dają schronienie, każąc jej odpracować każdy wydany na nią „grosz”, potwierdzając jej grzeszność i niegodność. Doświadcza trzyletniego macierzyństwa, przedziwnej więzi, której przerwanie po takim czasie jest wyjątkowo podłe. Poddana jest manipulacji, bezecnej grze, w której pionkiem są dzieci, a żetonem pokaźne sumy za adopcję napełniające zakonną kasę. Żyje z samotnie dźwiganym garbem przez pięćdziesiąt lat. A potem szuka desperacko, ożywa, odzyskuje i znów traci. Emocje są silne. Chwała Judi Dench, że zagrała je bezpretensjonalnie, nie szantażując uczuć widza. Sytuacja (ewentualnego) spotkania z synem-mężczyzną, w którego życiu jej nie było, który życie mógł przegrać, mógł stać się kimś mentalnie nie do rozpoznania… to sytuacja niebezpieczna, łatwa do przeszarżowania. Pomysł Frearsa (inspirowany życiem) jest poruszający.

W temacie „sprawiedliwość dla winowajcy” układ sił się wyrównuje. Martin Sixsmith jest równorzędnym partnerem Filomeny, wychodzi z cienia i tworzy balans z jej opcją. Dzięki temu zrozumienie i wybaczenie idzie w parze z oskarżeniem i chęcią natychmiastowego napiętnowania kłamstw. Ktoś może powiedzieć, że Dom Sióstr, w którym rozgrywa się pierwszy i ostatni akt tej historii, to sceneria mroczna i pełna fałszu. Dziennikarz ocenia działania zakonu według kryteriów współczesnych. Widzi prymat instytucji nad jednostką i kwestionuje go bezwzględnie. Patrząc jego oczami, widzimy hipokryzję, pychę, niezgodność praktyki z wiarą. A ponieważ jest to opcja ateisty, więc nawet zasadność istnienia tego rodzaju zgromadzeń, z psychopatycznymi zakonnicami, wydaje się wątpliwa. 

I tu do głosu dochodzi Filomena. Krzywda nie niszczy jej. Pamięta, co utraciła, a potrafi nie wystawiać rachunku za swoje cierpienie. Oburza się: nigdy nie wyrzekłam się swego dziecka. A potem dodaje, usprawiedliwiając ruchy zakonnic, że miały jej podpis na umowie, więc prawo zezwalało na adopcję. Sixsmith widzi „sprzedaż” i naruszenie elementarnych ludzkich praw. Filomena tego nie widzi. Czy to jest kwestia wieku? Filomena wyrasta z czasów, kiedy nie rozczulano się tak nad prawami ludzi z marginesu (a nieślubną ciążę uznawano za grzech, który wykluczał z grona „porządnych”). Może to dowód na akceptację kary, wstyd za własny błąd (nawet jeśli owocem był ukochany syn)?  Ta pokora to chyba najciekawsze zadanie, z jakim zmierzyła się Judi Dench. Bo tak, jak ja odczytuję tę postawę, to wynika ona z prostoty, z mądrości, z koncentracji na tym, co istotne. Chwilami można myśleć, że to lęk albo słabość. Ale przenikliwość i nowoczesność Filomeny bywają zaskakujące. Sięgnęłabym raz jeszcze do metafory trzech małp. Jedna zamyka oczy, druga uszy, trzecia usta: nie widzę, nie słyszę, nie mówię. Różnie się ją rozszyfrowuje. Nie chodzi tu jednak o wyłączenie zmysłów, przyzwalające na obojętność, znieczulenie. Raczej o niedoszukiwanie się zła w tym, co mówią i czynią inni. Nieosądzanie. Buddyjska geneza splata się z chrześcijańską wykładnią przebaczenia, a przede wszystkim z mądrością ludzką, która przestrzega przed goryczą poczucia krzywdy. Smakowanie jej pogrąża nie mniej niż sama krzywda.

W temacie „duet aktorski” mamy sprzężenie bez zarzutu: kreacje Dench i Coogana. Rola Filomeny zdobyła nominację do Oscarów. Judi Dench to aktorka z klasą. Zaskakujący jest jej partner: znany brytyjski komik, którego obecność uzasadnia zapewne to, że jest autorem scenariusza i producentem filmu. Na szczęście trzecim uzasadnieniem jest talent i idealne zgranie z partnerką. Prawdopodobne, że sporo jego osobistych cech wyposażyło Martina Sixsmitha w inteligencję, błyskotliwość, humor i dystans. Dowcip, powiedzmy, w tonacji cynicznej. W jednej z pierwszych scen, indagowany przez towarzystwo o plany na przyszłość (właśnie zostal zwolniony z BBC), zapowiada pracę nad książką o Rosji. Sądząc po minach słuchaczy, nikt mu nie wieszczy sukcesu. A on z tą Rosją, jak Katon z Kartaginą. Byle nie parać się obyczajówką. Filomena okaże się wyzwaniem. Prosta kobieta, której umysłowość wyrzeźbiły lektury Ridest Digest (złośliwość Sixsmitha). Zaskakująca jak samo życie, do którego Martin nabiera szacunku. 

Do zapamiętania naznaczam sceny, w których Filomena streszcza swoje ulubione powieści. Martin przechodzi wówczas etap czyśćca. Szczególiki, naiwność pensjonarki i to rozbrajające: „nigdy bym nie zgadła”, którym Filomena kwituje najbardziej ograne literackie chwyty. Coogan ma duże oczy, a całkiem często rosną mu one na naszych oczach. Świetna jest scena, w której rozmawiają o tym, że Martin (zbieżność przypadków) spotkał kilka lat wcześniej poszukiwanego syna Filomeny. Dziewczęca radość i zachłanność na każdy okruch wspomnień wciągają mało sentymentalnego dziennikarza w odtwarzanie gestów czy słów. Czułe i zabawne. Niezłe są ostatnie sekwencje (przemilczę), w których Coogan daje popis temperamentu i przekonuje do siebie tych, których nie zdołał przekonać wcześniej. Co do Judi Dench – choć wzruszenia podbija scenariusz – najsilniej trafia do mnie, gdy mierzy się z tym, że pozna syna, który nie zachował jej w pamięci. Trzyletni chłopczyk miałby zapamiętać chwile, które ona przeżywała retrospektywnie przez całe życie? 

Poniżej Dom Sióstr, niemy świadek wydarzeń dawnych i współczesnych.

Filomena. Drzewo przed Domem Sióstr