Archiwa tagu: Susanne Bier

słabe dobro

W lepszym świecie, reż. Susanne Bier, Dania, Szwecja 2010

Fajny film wczoraj widziałam…

Ale niezupełnie. Bo nie wczoraj, lecz we wtorek. I nie fajny, nie miły i nie familijny (choć o rodzinie), lecz taki, co wierzga i nie chce się ułożyć grzecznie do interpretacji. Ostatecznie stawiam sprawę następująco: gdy dobro jest słabe i bezradne, busola wariuje. Nie wiadomo, czym się kierować. I nawet jeśli jakimś cudem słabe dobro zasłuży na finalny deser, to gorzki posmak osadza się na podniebieniu. Właściwie deser jest tutaj niespodzianką, mogło go nie być, bo z nim jest trochę nadto.

Proszę bardzo: scena ze zdjęcia. Po prawej tata Eliasa, z lodami w ręce i topniejącym nastrojem dobrego samopoczucia. Młodszy synek pokłócił się o huśtawkę z innym chłopcem. On dzieci rozdzielił, ale spod ziemi wyrasta mu na drodze tata niesfornego brzdąca i okazuje się typem chamskim, bez pardonu wymierzającym mu policzek. Nie przebierając w słowach (cytuję!): dupek! On (czyli Anton, szlachetny lekarz, który przyjechał na przepustkę z afrykańskiej misji) uznaje draba za nieokrzesańca, żałosnego troglodytę, z którym nie będzie się mierzył. Ludzie nie powinni się bić. Wszystko należy wyjaśniać słowem. Kto uderza, ten słaby, etc.

Niestety, tylko on w ten sposób ocenia sytuację. Drab ma go za mięczaka, który nie umie oddać. A jego syn (w zielonej bluzie) czuje się rozczarowany, że tata tak po prostu spasował. Christian (chłopak po lewej), przyjaciel Eliasa, widzi to jeszcze ostrzej. Nienawidzi tych, którzy nie walczą do końca, głupim tłumaczeniem usprawiedliwiają swoją bierność i niemoc. Niedawno tak właśnie zachował się i jego ojciec: pozwolił umrzeć matce, nie walczył z rakiem z taką determinacją, jak według niego trzeba było. I jeszcze te interpretacje własnego tchórzostwa, powoływanie się na los, na zasady, na swoją słuszność.

To scena ze środka filmu. Wcześniej można zobaczyć, jak analogiczne sytuacje rozgrywają się w szkolnym mikroświecie, który – nie muszę chyba przekonywać – jest kroplą wody odbijającą makroświat. Elias jest systematycznie gnębiony przez szkolnego tępaka o mocnej pięści. Znosi to, bo fizycznie nie dałby mu rady, psychicznie również rozsypuje się coraz bardziej, zwłaszcza, że nikt z dorosłych nie jest w stanie zrobić nic sensownego, by przemoc powstrzymać. Dopiero pojawienie się w szkole Christiana przyniesie odmianę. Scena upokorzenia ojca jest dla Eliasa bolesna, przecież zna ten smak, może jego stężenie jest nawet silniejsze niż gdy sam zbierał baty.

Christian jest bohaterem pierwszoplanowym, głównym. Dawno nie oglądałam w kinie równie złożonej kreacji nastolatka (lat co najwyżej dwanaście). Ułożony, inteligentny, wrażliwy. Współczujący Eliasowi, potrafiący zaprzyjaźnić się z kimś, w kim inni widzą ofiarę losu. Bystry, przebiegły, silny (choć fizycznie kruchy, wystarczy spojrzeć). Sposób, w jaki rozprawia się ze szkolnym chuliganem budzi oczywiście opór. Ale i pełne zrozumienie dla radykalnego działania, gdy wszyscy święci czekają aż się zjawi deus ex machina. Byłam zaszokowana, ile w nim niezależności, zdania się na siebie samego, nieufności wobec dorosłych. Wierz lub nie, ale tak właśnie jest. Dzieci mają własne strategie, przenikliwe oceny sytuacji, świadomość, że jeśli nie zagrasz, jesteś przegrany na starcie.

Christian jest obrzydliwie okrutny, gdy zarzuca ojcu fałsz, podłość, obojętność wobec śmierci matki. Niesprawiedliwy – tak, jak tylko dziecko potrafi, z precyzją trafiania w każdy czuły punkt.

Wszystko, co wydarzy się dalej, po scenie spoliczkowania Antona, od której rozpoczęłam swój tekst, będzie jazdą bez trzymanki. Horrendalną, ale uzasadnioną, bo bezkompromisowość Christiana nie podlega już dyskusji.

Bardzo mi żal Szlachetnych Dorosłych. I wcale nie zmniejsza ten żal poczucia irytacji. Nie mogli zrobić dużo więcej. Byli dość uważni – z wyjątkiem tych momentów, kiedy padali ze zmęczenia. Proponowali rozmowy, wsparcie, swoją obecność. Jak mieli zareagować, skoro dzieci zbywały ich pytania zapewnieniem: „jest ok” albo kłamały, albo czuły się doroślejsze od nich i za nic nie dałyby się przekonać, że powinny działać ostrożnie.

Winić ich za to, że żyją w separacji? Że sami nie potrafią pozbierać się po odejściu partnera? Tak już jest. A oni naprawdę się starają.

I to irytuje najbardziej. Chcą dobrze, ale świat się ich intencjami nie wzrusza. Może powinni zaakceptować prawo pięści i do lamusa odłożyć delikatność i zasady.

Marianne (Trine Dyrholm) mogłaby być bardziej nieufna i uważniejsza na słowa, które mówi w emocjach. Claus (Ulrich Thomsen- świetny jak zawsze!) bardziej otwarty i bliski. Anton (Mikael Persbrandt) mógłby szybciej wyciągać wnioski z obserwacji afrykańskich psychopatów. Tymczasem oni są dobrzy, i słabi. I szkoda, że tak jest.

Finał łagodzi tragedię i niesie krzepiącą szansę na przyszłość. Niech będzie, ale nie wydaje mi się, by to było zwycięstwo mądrości. Ona  jest taka krucha i nieporadna.

Równolegle do wydarzeń w Danii rozgrywają się perypetie afrykańskie. Anton dzielnie i z uczuciem leczy tamtejsze dzieci, starców, matki… wszystkie kobiety z rozciętym brzuchem, które miejscowy tępak kaleczy, by pokazać, że ma władzę i by „zobaczyć seks od środka”. Dyskutować z przemocą? Nadstawiać policzki na zmianę, ratować poszkodowanych i bezradnie czekać aż pojawią się następni?

Oj, irytująca jest słabość dobra. Niepokojąca. Założyłaby raz bokserskie rękawice i rozstawiła drani po kątach, dając każdemu, co należne. Ja wiem, że Anton ma rację i tak nie wypada, ale takie wierzgające pomysły mnie nawiedzają.

Cieszę się, że Susanne Bier jest w dobrej formie i kręci filmy w Danii (a nie w Hollywood, jak jej rodaczka Lone Scherfig). Lubię skandynawskich aktorów. Tak zwyczajnie, na poziomie fizyczności, lubię ich twarze.