Archiwa tagu: Tom Hardy

Dunkierka

Dunkierka, reż. Chrstopher Nolan, Wielka Brytania &co, 2017

Do pisania o filmach wojennych podchodzę z nieśmiałością dużą, bo co ja tam wiem. Myli mi się, kto-gdzie-jak dowodził. Jakie strategie tworzą ukryte tło zdarzeń. Nie rozróżniam broni, pojazdów, samolotów. Nawet o znaczeniu bitew muszę coś doczytać (przed lub po). Dunkierka plasuje się na liście zdarzeń mi znanych, ale jeśli dorzucę coś od siebie, to nie po to, by zdawać test z historii. Opowiem o sile seansu najnowszego filmu Nolana, o torpedzie strachu, w jakiej na własne życzenie się znalazłam. 

Stawiam Dunkierkę wyżej niż Szeregowca Ryana, Przełęcz ocalonych czy Helikopter w ogniu. A przecież Spielberg, Gibson, Scott swej rangi nie tracą. Do innych wielkich filmów wojennych analogii nie przeprowadzam, choć można przy tej okazji jakiś klasyk sobie przypomnieć.

Bardzo zsynchronizowana opowieść. Równie zasadnie można by zacząć uwagami o muzyce, stronie wizualnej czy scenariuszu. Są sprzężone, wszystkie strefy działają równocześnie. 

Akcja rozpisana na tydzień, przełom maja i czerwca w 1940 – operacja „Dynamo”. Osaczone wojska alianckie – angielskie i francuskie (trzeba rozróżnić) – nie mają szans w walce z wrogiem. Należy więc ewakuować żołnierzy przez Kanał La Manche. Na horyzoncie plaży w Dunkierce mgliście „widać” ojczysty ląd. Dom jest niemal w zasięgu zmysłów, wzmacniając tęsknotę i bezradność. Siły zbrojne nie przysyłają na ratunek okrętów wojennych, czekających w gotowości na obronę Brytanii. Nadzieja w małych, licznych, łodziach i jachtach. A żołnierzy na plażach Dunkierki są setki tysięcy. Jakie szanse ma każdy z nich, by być uratowanym? Im ich więcej, tym nadzieje na życie mniejsze. 

Wiadomo, że wielka ewakuacja stała się symbolem „zwycięskiej porażki”. Na francuskim brzegu porzucono broń i wcale niemałą liczbę poległych żołnierzy, na brzeg angielski dotarło ich 338 tysięcy 226. W jednej z końcowych scen, gdy wchodzą do pociągu, którym pojadą w głąb lądu, niewidomy starzec wita ich słowami:
– Brawo!
– Myśmy tylko ocaleli.
– To wystarczy!
Napięcie między doświadczeniem przegranej i wygranej wpisane jest też w scenę czytania gazety. Jeszcze nie wiedzą, jaki będzie społeczny komentarz do ewakuacji, strach przed wstydem waży się z ulgą po totalnym zmęczeniu minionego tygodnia. Mnie się to rozdarcie nie udziela. 
Przeżyć – wystarczy. Wreszcie przestaję się bać, rozumiem tylko sen, w który się chronią, odreagowując piekielną, natężoną czujność. Film Nolana nie zajmuje się tym, co odłoży się w psychicznej pamięci. Wystarczająco dużo się zdarzyło, by ocaleni zapamiętali ekstremalne stany i reakcje.

Fenomenalne jest to, że scenariusz Nolana nie koncentruje się na żadnej spektakularnej historii. Można wybrać, który z bohaterów silniej zaanektuje naszą uwagę. Każdy, kto wchodzi w pole akcji, wprowadza swój los w grę. Gra zagarnia coraz więcej ludzi i coraz mniej daje im szans. Nie dowiemy się o tych postaciach zbyt wiele. Poza tym, że pod Dunkierką dotknęli śmierci, ostatecznie lub tylko czując jej przedsmak.

Dunkierka. 1

Skoro więc nie śledzę „przygód”, nie uruchamiam sentymentalnych kontekstów, nie mam wglądu w biografię, w relacje, w bagaż cudzy, to uruchamiam własny. Przez niespełna dwie godziny jestem nad Dunkierką w błękicie nieba i wody, w kabinie myśliwca z Farrierem (Tom Hardy), który traci kontrolę nad zasobami paliwa. Albo z Collinsem (Jack Lowden), lądującym na pełnym morzu, w stawiającej opór kabinie napełniającej się wodą. Albo na jachcie Dawsona (Mark Rylance), który kieruje się w stronę odwrotną do ucieczki. I trudno nie rozumieć, że wyciągnięty z morza żołnierz dygocze ze strachu (Cilian Murphy). Jeszcze gorzej: nie w myśliwcu jestem i nie na jachcie, lecz w zatapiającej się łajbie albo pod wodą, na której unosi się i za chwilę zapłonie warstwa ropy. Na mostku wśród tysiąca innych pod ostrzałem bombowców.

Dunkierka. 3

Scenariusz, który sygnalizuje potencjał bohaterów, ale za nim nie idzie, to ryzyko. Słusznie podjęte. Zmultiplikowanie bohaterów, wtłoczenie na plażę statystów, balansowanie między otwartą przestrzenią nieba, wody, piasku a klaustrofobiczną cieśnią kabin – potęguje strach. Kolorystyka obrazów – czasem błękit, często sinoniebieski, szary, beż i cała paleta ciemności. Operatorem jest Hoyte Van Hoytema, chciałabym zapamiętać. Muzycznie prowadził mnie przez seans Hans Zimmer. Nie umiem opisywać muzyki, ale kto wie, czy to nie główna siła, która wpędziła mnie w lęk. Swą monotonią narastającą. Cały czas sugerując jakąś eksplozję, ale w heroizm nie wchodząc. Właśnie osaczenie – czasem, przestrzenią, dźwiękiem jest tym, co działa silniej niż herosi i ich ewentualne tragizmy i heroizmy.

Jak powstawała Dunkierka? (materiał z vloga Na gałęzi)

Dunkierka

 

Reklamy

spotlight & zjawa

Ani się spostrzegłam, czas minął. Oba filmy widziałam dwa tygodnie temu i choć wrażenia pozostały, to sporo szczegółów umknęło. Odwołam się więc do maksymy, wg której „coś tam wiem, to się wypowiem”.  Ale oględnie, nie pretendując, nie roszcząc sobie praw i nie krojąc nadto zamaszyście. Oba filmy mają nominację do Oscara za najlepszy film roku. Porównywać trudno, bo każdy z filmów potrzebuje innego termometru do pomiaru, niewiele z zestawień może wyniknąć. Nie będę więc szukać wspólnego mianownika. Kilka słów o tym, co zapamiętałam.

Bardzo silne emocje po seansie Spotlight. Umiarkowane po Zjawie. Film McCarthy`ego budzi, film Iñárritu hipnotyzuje, przenosi w sferę półsenną, magiczną. Tam mamy aktorską drużynę, tu popisową rolę Leonarda Di Caprio (i depczącego mu po piętach Toma Hardy`ego). Spotlight jest wizualnie siermiężny – to budynek redakcji „The Boston Globe”, piwniczne (?) pakamery, korytarze, składowiska archiwów. Kilka wyjść na ulice Bostonu, co nieco bezpłciowych scenerii. Tymczasem Iñárritu otwiera przed nami kosmos. Naturę dziką, nieujarzmioną i bajecznie piękną. Ocena filmu po upływie czasu: Spotlight constans, Zjawa zwyżkuje.

Spotlight, reż. Tom McCarthy, USA 2015
SpotlightZ życia wzięte. Opisane w 2002 roku i nagrodzone Pulitzerem. Śledztwo dziennikarskiego „oddziału” do spraw specjalnych. Afera porównywana z Watergate i – jak tamta – roztaczająca nimb profesjonalizmu nad dziennikarstwem tropiącym nadużycia. Niemal każdy piszący o tym filmie podkreśla, że mamy tu obraz szlachetnej pasji i zaangażowania. Internet i żądza newsów źle się przysłużyły prasie. Więcej teraz partactwa, mniej wiary w czytelnika i prawdę, która może zmieniać świat. Ale w tym rzecz, że – dziś czy wtedy – rzetelność jest towarem ulotnym. Zmieniło się na nią zapotrzebowanie. Ale dawniej też nie była to bułka z masłem. Herosi z drużyny Spotlight odpracowali to, co wcześniej zaniedbali. Więc nie tyle gloryfikacja „The Boston Globe” A.D. 2002, co błysk nadziei, że wciąż zdarza się solidna robota.

Mowa o wykryciu afery pedofilskiej w Kościele: przenoszenia księży, którzy dopuścili się nadużyć, w inne miejsce. Tuszowanie zła, niewyciąganie konsekwencji, nieinformowanie ludzi o potencjalnym zagrożeniu ze strony pedofilów. Bostoński kardynał Bernard Law okrył się niesławą (po czym przeniesiono go na wygodny tron w Watykanie). W jego diecezji pedofilski proceder uprawiało co najmniej 70 księży. Przy świadomie milczącej i gorliwie zamiatającej skutki pod dywan „górze”. Skala zjawiska wstrząsnęła tamtejszym kościołem. Epicentrów podobnych historii są krocie. Gdy film się kończy, wyświetlane są nazwy miejsc, w których zdarzały się analogiczne skandale. Biały drobny druk na dwóch (bodajże) ekranowych „planszach”. Wśród napisów wypatrzyłam Poznań. I nie dziwi mnie to. Bo Spotlight to nie jest film, który odsłania nieznane. Ujawnione – rozniosło się falą i trudno dziś aferę seksualną z kościelnym backgroundem przyjąć z naiwnością jak pierwszyznę.

To jeden z walorów filmu. Reakcje widzów mogą być różne. Ale nie sądzę, by dominowało oburzenie na twórców lub antyklerykalne rozjuszenie. Mnie te skrajności są obce. Uderza natomiast zasięg, liczba krzywdzących i ofiar, a przede wszystkim ta paraliżująca bierność, która w filmie McCarthy`ego ogarnia nie tylko hierarchów i współbraci, lecz całą społeczność. 

„Boston Globe” pisał o jednym z księży. Potem okazało się, że może być ich 13 (sugestia ofiary), a rozmowa z psychologiem badającym temat rozszerzyła spektrum do 6% duchownych. Takiej liczby nie sposób przeoczyć (zwłaszcza, że pedofil, „działający” bezkarnie kilkadziesiąt lat, okaleczał niejedno dziecko). Ktoś miał interes w tuszowaniu (lub zalecenia). Ale dlaczego tak wielu ludzi różnych służb (prawników, pedagogów, dziennikarzy, aktywistów społecznych etc.) nie łączyło faktów, nie nazywało rzeczy po imieniu i albo przyklepywało sprawę, albo nie wierzyło w nią i już?

Gdyby wskazać dwie sceny, które najmocniej zapadły mi w pamięć, to jedną z nich jest wyznanie szefa grupy Spotlight – Waltera Robinsona (Michael Keaton), że przegapił informację, którą należało w swoim czasie nagłośnić lub zbadać. Był wtedy świeżo nominowany i dopiero co rozpoznawał swe obowiązki. To zmienia kierunek myślenia, bo przedtem wydaje się, że winny jest kardynał, prawnicy potrafiący utajnić akta aż do całkowitego zniknięcia albo jakieś miejskie szychy, chcące mieć wygodny układ z kościołem. A tymczasem bielmo na oku nie wymaga złej intencji i totalnej znieczulicy. Wystarczy nieuważność i tego rodzaju ślepota i głuchota, do której uciekamy się często, by selekcjonować wygodne od niewygodnego. Oczywiście, to nie zrównuje nas w winie.

Drugą sceną (to mogły być dwie sceny, nie pamiętam) jest rozmowa Mike`a Rezendesa (Mark Ruffalo) i Sachy Pfeiffer (Rachel McAdams). Dodam, że Boston początku XXI wieku wydaje się być miastem katolickim. Dziennikarze grupy Spotlight do najgorliwiej wierzących nie należą. Sacha jednak mieszka z babcią i regularnie towarzyszy jej podczas mszy kilka razy w tygodniu. Mike mówi, że za chłopięcych lat był ministrantem. Potem ufność zatracił, choć bez spektakularnej przyczyny. Im dalej brną w śledztwo, tym gorzej to wygląda. Ich emocje  (a nie emocje ofiar czy krzywdzicieli) są na planie pierwszym. I wtedy Sacha mówi, że już nie może bywać na mszach, nawet dla towarzystwa. A Mike, że zawsze miał nadzieję, że wróci. Może to było asekuranctwo, może wygodne odłożenie czegoś na później. Ale ta potencjalność powrotu i jakaś ważność związana z poczuciem wspólnoty były wsparciem, które rozwiało się bezpowrotnie. Można w tym zdystansowaniu widzieć przyczynek do krytyki kościoła. Mnie bliższe jest stanięcie nad przepaścią: nie ma busoli, nie ma azylu, a owce noszą wilczą skórę. Tak się zastanawiam: niby gorsze rzeczy mogą nas spotkać niż zwątpienie, ale niekoniecznie.

Spotlight2

 Zjawa (The Revenant), reż. Alejandro González Iñárritu, USA 2015
Zjawa
Plakat wybrałam bez Leonarda, bo wcale nie mam przekonania, że to on gra pierwsze skrzypce. Tom Hardy jest naprawdę dobry. Z głową na pół oskalpowaną. Człowiek bez skrupułów i pełen resentymentów. Wyrachowany, gdy chodzi o zysk i własną skórę. Słowem: ktoś bez „zbędnej” nadwyżki imponderabiliów. Gdy zaczyna się bać – a strach ogromnieje, im realniejsza staje się zemsta Glassa – jest nieprzewidywalny. W finałowym pojedynku waga postaci jest 1:1.

Leonardo Di Caprio to Hugh Glass, Tom Hardy gra Johna Fitzgeralda. Idą traperzy przez Wielką Równinę w środku zimy, która trwa od początku do końca. Rozglądałam się, czy nie ma gdzieś zajazdu Pasmanteria, ale nie – ci z Nienawistnej ósemki rozgrywali swą grę nieco później. Coś jednak łączy postaci z filmu Iñárritu z bohaterami filmu Tarantino. Na poziomie ciała przede wszystkim. I może jeszcze okoliczności przyrody. Oczywiście, Quentin zgarnął swoich do wnętrza i teatralnie udramatyzował każdą chwilę. Zjawa to podróż plenerowa, zamaszysta, zatracająca i ocalająca zarazem. Bezwzględność natury, jej dokuczliwość czy nawet groza, nie mogą zaprzeczyć jej pięknu. Pejzaż, gdyby zastosować personifikację, mógłby się ubiegać o Oscara w kategorii aktor pierwszoplanowy. Tym samym potężnie zdetronizowałby Leonarda. 

Podoba mi się uwaga o dualizmie odczuwania natury – inaczej postrzega ją widz (patrząc przez filtry Lubezkiego), którego jej surowe piękno oszałamia, a inaczej odnajdują się w niej ci, na których czyha. Tylko pozornie oczywiste. Widz mógłby przecież wejść w skórę Glassa, a jednak pozostaje we własnej. Mnie się to przydarzyło. Nie tylko o pejzażu pisze Staszek Błaszczyna na Wizji Lokalnej. Przeczytałam (polecam) i straciłam impet do wyliczania obserwacji. Zyskałam za to na lekkości niezajmowania się wszystkim, na rzecz wybiórczych puzzli. Bo też taki był mój kinowy odbiór. Owszem, wędrówka Glassa jest spójna i epicka, zagarnia dziesiątki epizodów, ustawia się wokół jednej idei i brnie do celu. Idea brzmi: rewanż albo zemsta. Więc, rzecz jasna, widzę całość, ale kroiłam ją sobie na kawałeczki. 

Nie napomknęłam jeszcze, że zemsta, o którą chodzi, wiąże się z utratą najbliższych przez Glassa. Najpierw żony, która wraca do niego w snach, potem syna. Nie przejęłam się szczególnie cierpieniem nad utratą, bo myślę, że Glass miał tyle problemów z każdym kolejnym krokiem, że też to jakoś neutralizował. Poza tym podporządkowanie wszystkich odruchów i myśli jednemu celowi grozi fiksacją.

Otóż, epizodziki. Pierwszy to ten z niedźwiedziem. Grizzli atakuje bezwzględnie. Boże, uchroń! Niesamowite. Drugi: wejście w konia. To chyba nie jest najważniejsza ze scen, ale wryła mi się w pamięć i nie mogę przegnać. To kwintesencja zwierzęcości człowieka zdanego na przetrwanie w głębi lasu. Poza bólem ran, z Leonarda emanuje wściekłe zimno, zwielokrotnione głodem. Nie raz przejmowałam się, gdy Glass wpadał do rzeki i moczył buty, kożuch, wszystkie swoje ubrania. Nie wiem, jakim cudem one wysychały. W tej aurze chyba nie powinny. Do tego dodam scenę, w której Glass, przecina koński brzuch, wyjmuje wnętrzności, a potem sam wchodzi nagi do środka, by się ogrzać. Ogarnia go ciepło, zapach, ciemność końskiego wnętrza. Rankiem narzuci na swoje ciało te nieprzeschnięte, mokro-zimne ubrania. Zapamiętałam ten obraz jako bardzo dosadny. Ale ten azyl w zwierzęciu to dla mnie jedna z nielicznych scen, wypełnionych okrutnym, bo okrutnym, ale jednak bezpieczeństwem.

Wspomniałam, że im dalej od seansu, tym odbiór Zjawy zwyżkuje. Nie wyobrażam sobie, że można tego filmu nie obejrzeć (koniecznie w kinie). Z kolei równie trudno jest mi przyjąć, że Zjawa ma ukryte dno, metafizykę a la Tarkowski, spirytualizm indiański itp. Nie kłócę się, że nie ma, oznajmiam tylko, że mój zmysł percepcji tego nie wychwytuje.

Zjawa. Pejzaż