Archiwa tagu: Transatlantyk

nerwy mocne, nadszarpnięte

A jeśli Bóg jest (Tore Tanzt), reż. Katrin Gebbe, Niemcy 2013
Transatlantyk Poznań Festival 8 – 14.08.2014

***
TRANSATLANTYK

Festiwalowe kategorie, kierunki i specyfika to rzecz trudna na zdrowy rozum do ogarnięcia. Jest „Sundance na Transatlantyku” – zrozumiałe i pożądane. Jest „Panorama”, „Transatlantyk Docs” – jasne. Do „Kina Kulinarnego” przywykłam, bo nagłośnione medialnie i wzbogacone o pozafilmowe atrakcje, robi tu za maskotkę. Wygląda jednak na to, że im więcej sponsorów, tym więcej sekcji. A póki biznes rządzi, póty merytoryczne racje można sobie schować do kieszeni. Takie na przykład Kino Trzeciego Wieku – co łączy Tajemnicę Filomeny i Pół żartem, pół serio? Z czapy kategoria i tyle.

Transatlantykowi partnerzy to m.in.: Piotr i Paweł (Kino kulinarne), Škoda (sprawdzone hity w ramach Mobilnego Kina Škody), Aquanet (Kino Ekologiczne), Nivea (Kino dla Matek) etc. A propos ostatniego: wybrałam się, nieświadomie, młodą matką nie będąc, na Ulicę w Palermo. Film opowiada o tym, jak na cichej sycylijskiej uliczce zawrzało, gdy zaklinowały się nadjeżdżające z naprzeciwka auta. Nikt nie będzie chciał się wycofać, sąsiedzi zrobią zakłady, kto jest twardszy: paniusie z miasta czy stara matka, której zięć pogroził, by karnie broniła swego. Ja bym tej opowieści młodym mamusiom nie zalecała – wszystkie kiedyś będą teściowymi i oby im los oszczędził analogii. W czym rzecz? Wzbogacona o „szamponik” i „balsamik” firmy Nivea, dostałam w pakiecie muzyczny podkład do scen rozgrywających się w milczeniu. Berbecie informowały, że są i nie wszystko im się podoba. Dzieciątka z metryką najdalej kilkumiesięczną. Sporo z nich miało wymieniane pieluchy (trzy stanowiska pod ekranem – mocno obstawione!). Ładnie, pięknie, ale złośliwie dodam: niezdrowo. Senior, mama czy osesek – też człowiek, po co wyodrębniać?

I dla kontrastu wspomnę o patronie, który sobie oddzielnej sekcji na Transatlantyku nie wyznacza, lecz kilka filmów nagłaśnia i poprzedza prelekcją. Wydawnictwo miesięcznika „W drodze” tradycyjnie wytypowało tytuły budzące religijne konotacje czy kontrowersje. Prelekcję wygłaszał dominikanin, redaktor naczelny, o. Roman Bielecki. W tym roku (a śledzę ten cykl corocznie) były to: Gloria, Droga krzyżowa i A jeśli Bóg jest. Przyzwyczaiłam się, że na tych seansach czeka mnie coś drażniącego.

Bardzo taktowne są prelekcje – skoncentrowane na filmie, nie nazbyt „religijne”, nie wyprzedzające zdarzeń. Przywołany przed filmem Katrin Gebbe Dostojewski nasunąłby się być może sam. Dużo, dużo z Fiodora D. Nawet tytuł jest jakąś grą z tezą jednego z braci Karamazowów: „Jeśli Boga nie ma, to wszystko dozwolone”. Jeśli jest…, jeśli nie ma…, czy brak zakłada dowolność a obecność nieustającą interwencję? Tytuł A jeśli Bóg jest ma swoje altenatywne tłumaczenia. Najbliższe oryginału: „Tore tańczy”. Z prelekcji wiem, że film budził kontrowersje, że często opuszczano seans nim dobrzmiały sceny i wątki. Potwierdzam – był ruch na sali. I została mi w pamięci uwaga o alegoryczności tej historii. Niepokojąca. Odrzucam interpretację alegoryczną, trzymam się tego, co przedstawione. Niech Tore będzie sobą – bo kim mógłby być? (Chrystusem?). Fabuła zainspirowana faktami.

A jeśli Bóg jestTore jest znikąd. Nie wiadomo, w jakiej wyrósł rodzinie i od kiedy żyje jak hipis. Dwudziestolatek (?). Przylgnął do Fanatyków Jezusa, samozwańczej wspólnoty, szukającej w swym życiu potwierdzenia obecności Pana. Tore chłonie religijne impulsy całym sobą, bez intelektualnych barier czy zdroworozsądkowych asekuracji. Jezus jest jego przyjacielem. Modli się do Niego, dziękuje za wszystko, prosi o dar obecności, oddaje Bogu każdą swą myśl i emocję. Święty? 

Zawiązaniem akcji jest przypadkowe spotkanie z rodziną, której pomaga naprawić auto. Nie zna się na samochodach, ale: Jezus działa! Tore wydaje się tym ludziom dziwny. Co zrozumiałe: twarz cherubina, wyrośnięte, chude ciało, chodzi jakby potykał się o skrzydła. To, co mówi, brzmi jak nawiedzone majaki, ale dla niego jest czymś naturalnym, czymś, czym żyje. Dziwak? Wariat?

Niebawem Tore straci kontakt z Fanatykami Jezusa – grupa okaże się efemerydą i zniknie po niej ślad. Trafi natomiast do letniego domku poznanej rodziny. I tam przejdzie próbę charakteru, wiary, życia i śmierci. Tu kończą się odsłony katalogowe, więc nie będę relacjonować dalszego ciągu. Jest straszny.

Tekst z plakatu: „Nothing Bad Can Happen” oddaje mniej więcej credo Tore`a. Wszystko, co go spotyka ma jakiś sens, czemuś służy. Nic nie może być złem, skoro nad światem czuwa Bóg. Wszystko jest znakiem. Cierpienie można zamienić w poświęcenie lub ofiarę. Ofiara z siebie musi być bezgraniczna. Z Bogiem nie sposób się targować. Bunt jest nie z tego porządku. 

To, co najtrudniej znieść, to brak instynktu samozachowawczego. I przeczucie, że ta ufność bez asekuracji prowokuje zło. Wydobywa je z ludzi. Im bardziej…, tym bardziej. Może gdyby ofiara nie była tak niewinna, trudniej byłoby znaleźć oprawców? Dostojewski. U niego te chodzące świętości – Sonia Marmieładowa, Lizawieta, Alosza etc. były figurami z porządku serca. Kontrpostaciami dla Raskolnikowa, Iwana Karamazowa, Łużyna czy Swidrygajłowa. Dostojewski chciał w nich widzieć ocalenie dla świata. Po seansie filmu Katrin Gebbe przeraża mnie Dostojewski. 

Ale odrzucić Dostojewskiego, to jakby wylać z kąpielą wszystko, co czyste, niepojęte, irracjonalnie pokorne. Strasznie mnie irytował główny bohater A jeśli Bóg jest. W sferze rozumu odrzucam taką postawę absolutnie. W ogóle: ta cała bezkompromisowość, dualizm z przeakcentowaniem na duszę, wyzbywanie się „ja”… W takim świetle chrześcijaństwo wymaga przedefiniowania. Jest zdecydowanie mniej wygodne niż to się na ogół sądzi. Jest też niebezpieczne! Może pomieszać zmysły lub nakręcić tych, którym nie daje spokoju cudza ufność.

Czy ktoś z Czytających tamaryszka widział ten film? Warto było, choć może się wydawać, po tym, co piszę, że nie zachęcam. 

Reklamy

wśród swoich obcych

Kierunek: Izrael

Kontekst ostatnich wydarzeń kieruje skojarzenia izraelskie w Strefę Gazy. Gorące miejsce i czas. Eskalacja konfliktu, ostrzał cywilów, jakieś racje za radykalnymi rozstrzygnięciami i jakieś racje przeciwko nim. Dyskusje o terroryzmie Hamasu i o rozpadzie wspólnoty arabskiej oraz o tym, czy Izrael użył adekwatnych działań, które dałoby się jakoś usprawiedliwić. 

Im więcej na ten temat oglądam, czytam, myślę, tym bardziej wydaje mi się ten konflikt nierozstrzygalny i nie do pojęcia przez kogoś z zewnątrz. Albo inaczej: pojąć można, wyrobić sobie pogląd i zebrać argumenty też, ale zawsze pozostanie się kimś impregnowanym na to, co przekazuje kultura (tradycja), z której wyrastają strony konfliktu. Coś tu jest przekazywane w „genach”, mentalny software, bez którego żadne wtajemniczenie nie jest wystarczające. Oczywiście, to bycie w centrum jest tyleż wtajemniczeniem ile obciążeniem i ślepotą.

Świeżo mam w głowie obejrzany na Transatlantyku dokument z Sundance – Zielony Książę i przeczytane dwa tygodnie temu opowiadania Amosa Oza – Wśród swoich. Łączy je spojrzenie na wspólnotę, na siłę więzi i na samotność, której się mimo wszystko (albo: tym bardziej) w niej doświadcza.

***

Zielony Książę, reż. Nadav Schirman, Izrael, Wielka Brytania, Niemcy 2014
Transatlantyk Festival Poznań, 8 – 14.08.2014

Zielony Książę

Konstrukcja dokumentu jest prosta: mówiące przed kamerą głowy. Wyznanie „grzechu”, który popełniłoby się ponownie, nawet jeśli świadomość konsekwencji przytłacza. Prostota kompozycji, jej dwubiegunowość dążąca do kontrapunktu, jest chyba ok. Temat ma taką wagę, że forma schodzi na drugi plan.

Sprawdzałam po seansie, czy to aby na pewno miało miejsce. Niewiarygodne! W opisie festiwalowym pojawia się określenie „dokumentalny thriller”, można by też powiedzieć „antyczna tragedia” – mimo polityki w tle, egzystencjalna i osobista.

Mossab Hassan Yousef ma dziś 36 lat i mieszka w Stanach Zjednoczonych. Jako 19-latek rozpoczął współpracę z Shin Bet, izraelską służbą bezpieczeństwa. Jego agentem prowadzącym był Gonen Ben Itzak. Pierwsza dziwność (ujawnienie danych agenta) – wyjaśniona w filmowej opowieści. Zwerbowanie młodego Yousefa było nie lada sukcesem. Strzeżono tajemnicy i czerpano ze źródła ile się dało. Przez dziesięć lat (1997-2007)! Yousef, czyli Zielony Książę. Czyli „syn Hamasu”, pierworodny syn założyciela tej terrorystycznej organizacji. Dostarczał bezcennych informacji, roztaczając zarazem płaszcz ochronny nad ojcem, któremu nie groziło nic skrajniejszego niż więzienie.

Mossab wybrał los, który sam określa jako najcięższą z hańb. Świadomy, że najbliżsi dostrzegą w tym zło, on sam był przekonany, że postępuje dobrze. Tu jest ta puszka z tajemnicą, która pozostanie zamknięta. Jousef, oczywiście, tłumaczy, ale i tak nie rozumiem, nie mogę tego ogarnąć. Jest etap zapatrzenia w ojca, nienawiść do Izreala, wiara w słuszność idei Hamasu. Potem izraelskie więzienie (trafia do aresztu za szmugiel broni) i więzienie arabskie. Nie mogę sobie przypomnieć, jakim cudem do niego trafia, ale to, co widzi jest traumatycznym rozczarowaniem. Terror, samobójstwa, poświęcanie ludzi dla idei i zemsty. Z psychologicznego punktu widzenia decyzja Mossaba Hassana Yousefa wydaje się szalona. Zwłaszcza w kontekście opowieści o bliskich relacjach z rodziną. Podziw dla ojca, szacunek dla matki, więź z rodzeństwem. Żaden tam nastoletni bunt. Raczej iluminacja i poczucie misji zbawczej.

Dramturgia zmierza nieuchronnie do punktu kulminacyjnego: wycofania się i (dziwne, bo chyba niekonieczne) wyznania prawdy swoim. Pierwsze słowa ojca (w rozmowie telefonicznej) są ojcowskie: jesteś moim synem, tylko to się liczy. Później karty się rozsypią. Rodzina się go wyrzeka, życie jest zagrożone, wyklęcie smakuje gorzko. I całkiem niespodziewanie pojawia się motyw przyjaźni i bliskości między agentem tajnych służb i jego podopiecznym. Coś niebywałego. Coś, co niszczy karierę Gonena i co całkowicie przełamuje odwieczną wrogość obu stron. Przy czym „przyjaźń wrogów” napotyka na ostracyzm – odpowiednio: Hamasu i Shin Betu.

Zdradzam może zbyt wiele, ale i tak całe pokłady informacji, zwerbalizownych lub zasugerowanych, pozostawiam za zasłoną. Film zdobył nagrodę publiczności na festiwalu w Sundance. Działa oszałamiająco. Ale im dalej od seansu, tym więcej podejrzeń nabieram.

Samotność Mossaba – odrzucenie przez swoich, nieufność obcych (USA), wyrok śmierci ze strony tych, których zdradził – to taki ładunek doświadczeń, który niesamowicie obciąża. Trudno mi nie uruchomić podejrzeń, że konfesja Mossaba jest pewnego rodzaju autokreacją. Szlachetny samotnik, odważnie (?) głoszący, że islam jest religią wojny, liżący rany po bolesnym odrzuceniu jest dla mnie figurą podejrzaną. Przesadzam? Dostrzeżenie w Hamasie obłędu i grozy nie musi budzić podejrzeń. Hamas j e s t  irracjonalnie bezwzględny. Ale samowydziedziczenie się Mossuba Hassana Yousefa jest gestem może i słusznym, lecz tak bardzo pozbawionym instynktu samozachowawczego i tak bardzo ogołacającym, że aż niepojętym. Przykre, że wyrzekli się go najbliżsi. Choć przecież on wyrzekł się ich pierwszy – rozczarowania Hamasem skierowały go nie do ojca, lecz do służb izraelskich. Ta samotność jest piętrowa i ma swój prolog w czymś sprzed podjęcia decyzji. Czas samotności wśród swoich (choć Mossub jej zaprzecza, mówiąc wyłącznie o bliskości) jest najciekawszym – ukrytym – tematem tego dokumentu. Zwłaszcza, że symetrycznie doświadcza go również izraelski funkcjonariusz.

***

Amos Oz, Wśród swoich, Rebis Dom Wydawniczy, Poznań 2013
To jedna z najnowszych książek Amosa Oza (Bejn chawerim 2012). Zbiór ośmiu opowiadań rozgrywających się w latach 50. w kibucu Jikhat. Subtelne opowieści o jego mieszkańcach. Każdy tekst o kimś innym. Ci, którzy przewijają się w tle, wypłyną na plan pierwszy w innym opowiadaniu. Pomysł prosty i bardzo piękny. Cieszyły mnie te wzmianki, dopowiedzenia, epizody, bo przecież opowiadanie skupia się na jednym wydarzeniu, ledwo odsłania czyjąś przeszłość, zostawia niedosyt. Pojawianie się znanych mi postaci w jakimś kolejnym wątku dawało im nowe życie. Formalnie jest więc to zbiór opowiadań, de facto mikropowieść.

Wśrod swoichPo pierwsze: kibuc. Amos Oz dobrze zna te realia, dorastał w analogicznej rzeczywistości, porzucił kibuc, gdy był już po czterdziestce (47). Pewnie jednak nie ja jedna odbieram rzeczywistość tak zorganizowanej społeczności jako coś, co dawałoby mi się we znaki. Symbioza syjonistyczno-socjalistycznych idei. Wspólnota, rządząca się ideą równości, podporządkowania planów życiowych dobru społeczności. I szereg konkretnych ustaleń i reguł, którym na co dzień trzeba się podporządkować. Owszem, wszystko można przedyskutować i przegłosować. Tutejszy demagog, nauczyciel (i kibucowy kobieciarz) David Dagan powie wtedy: „Daj mi chwilę, żeby uporządkować te sprawy”, po czym powoła się na więzi, jedność, zbieżne cele, zależność. Kibuc jest metaforą wspólnoty, tradycji, z której wyrastasz, myślenia i odczuwania, których główne zręby są ci bliskie.

Niby się zgadzasz, chcesz być jednym z nich, lecz i tak hodujesz w sobie smutek, który zjadasz sam. To nie są opowiadania o kibucu, rzecz jasna. Raczej o tym, jak uniwersalna jest samotność, jak nie do przełamania, jak można ją oswajać lub wmawiać sobie, że jest tycia i prawie nie ma o czym mówić. A jest. 

Samotny jest Cwi Prowizor – śmieszny stary kawaler, rozpowiadający o nieszczęściach, które wyławia z radia czy prasy. Jakby całe zło świata miało umniejszać ciężar włożony nam na nasze własne barki. I prześmiewca Roni Szindin, ratujący się kpiną i plotką.

Albo Ariel, do której odszedł mąż Osnat, a która nocą siada przy biurku i pisze listy do porzuconej. I czuje, że silniejsza jest to więź niż to, co czuje do śpiącego w jej łóżku mężczyzny.

Mosze Jaszar, nastolatek, który jest w Jikhat od niedawna i którego ciągnie do Camusa, Kafki, Dostojewskiego, chce być człowiekiem kibucu, ale wie, że zawsze będzie osobny. Niektórzy to wiedzą. Gdy wymyka się popołudniem, diagnozuje w myślach istotę sprawy.
„Cwi Prowizor, ogrodnik, klęczał na jednej z rabat i pielił perz. Uniósł głowę i spytał Moszego, dokąd jedzie. Chłopak zamierzał odpowiedzieć, że jedzie odwiedzić ojca w szpitalu, ale zamiast tego powiedział tylko: – Do‍ miasta! – Po co? – spytał Cwi Prowizor. – Co jest tam, czego tu nie ma? Mosze zmilczał, chociaż chciał powiedzieć: «Obcy‍ ludzie»”. To, że oprócz „swoich” są i inni, zdejmuje z tych pierwszych nieszczęsne przypisanie, które drażni.

Samotny jest mały Juwal, dręczony przez dzieci w dziecińcu (rodzice oddają tam swoje latorośle, by wychowywały się wspólnie, tam spędzają całe dnie i noce). Gdy desperacko ucieka w nocnym deszczu, przekonany, że goni go wilk, a mimo to chce być dalej od tych, którzy drwią sobie z niego i z jego zabawki. 

Samotność kobiety, która rozumie, że trzeba jej odejść od męża, bo czuje, że żyje nie swoim życiem. I mężczyzny zatroskanego o całą społeczność, przeczuwającego, „że wszystko, co wydaje nam się ważne, w gruncie rzeczy jest bez znaczenia, a o tym, co naprawdę się liczy, nie ma czasu myśleć. Całe życie mija bez bodaj chwili namysłu nad prostymi, wielkimi sprawami, jak samotność, tęsknota, namiętność i śmierć”.

„Po powrocie do domu Osnat nalała sobie szklankę zimnej wody z kwaskiem cytrynowym i zdjęła sandały. Stanęła boso przy otwartym oknie i pomyślała, że większość ludzi potrzebuje chyba więcej ciepła i miłości, niż inni są w stanie im dać, i że tej rozbieżności między popytem a podażą nie zdoła zlikwidować żadna z kibucowych komisji. Kibuc zmienia nieco porządek społeczny, ale natura ludzka się nie zmienia, a jest niełatwa, myślała. Zazdrości, małostkowości, zawiści nie da się wyrugować raz na zawsze przez głosowanie w instytucjach kibucu”.

Inaczej niż w Zielonym Księciu, konflikt izraelsko-arabski jest tu zawieszony. Ktoś stracił męża w wojnie sześciodniowej, w pobliżu są ruiny arabskiej wioski zmiecionej w akcji militarnej, ale to tylko odpryski. Wokół sami swoi. 

muzyczny transatlantyk

Transatlantyk Festival Poznań, 08 – 14.08.2014

Najprzyjemniejsze seanse to właśnie te muzyczne. Sporo ich było, ja obejrzałam dwa: o Nicku Cave i o artystach śpiewających w chórkach. Udane dokumenty z niebagatelną rolą podkładu muzycznego i z charyzmatycznymi bohaterami. Oba zrobione świetnie: z pomysłem, z humorem, ze świetnymi rozmowami. Obawiam się, że jedyne, co mogę powiedzieć to polecić i przynaglić do obejrzenia. O muzyce pisać nie umiem, a przedstawianie bohaterów mija się chyba z czyimkolwiek zapotrzebowaniem. 

20 000 dni na ziemi, reż. Jane Pollard & Iain Forsyth, Wielka Brytania 2014

Nick Cave. plakat

Dwoje nieznanych filmowców trafia do Nicka z propozycją, którą ten przyjmuje i twórczo naznacza swoim udziałem. Chodzi o to, by opowiedzieć o jednym dniu z życia – tak się składa, że Cave oscylował w okolicach tego 20-tysięcznego (55 lat). Oczywiście, nie jest to żaden „typowy” dzień, lecz opowieść urozmaicona różnymi atrakcjami, które jednak – czemu nie – można upakować w jedną dobę.

Dla fanów – rozkosz podglądactwa: Nick w łóżku tuż przed alarmem budzika, we wnętrzu swego domu, w studiu, w którym nagrywa, w morskim pejzażu Brighton etc. Sceneria prywatności jest jednak inteligentnie ograna, przyprawiona autoironią i… całkiem trafnie korespondująca z muzyką. Vide: niewątpliwie mało sterylny pokój pracy, w którym Nick spędza czas na pisaniu. Służy mu do tego maszyna do pisania! Słowa piosenek, do których zerka podczas prób, są zapisane ręcznie. Nie zapamiętałam żadnego kadru z komputerem. Maszyna, stosy książek, plakaty, fotki. Te drobiazgi świetnie komponują się z temperamentem czy imagem Nicka Cave`a. Facet z dystansem (do siebie), lekko dziwny, arcysympatyczny, niewątpliwie z darem narracji…

Zainscenizowane spotkania: z psychoterapeutą, z kumplem z zespołu (The Bad Seeds), z tymi, z którymi występował niegdyś pokazują jak świetnie radzi sobie z anegdotą i jak daleko mu do bycia celebrytą.

Mój ulubiony fragment to chyba historyjka o Ninie Simone. Opowiadana jest dwukrotnie – za drugim razem przy udziale Warrena Ellisa – co ma znaczenie. Wyobrażam sobie, że to jest taka opowieść, która wraca przy każdej nadarzającej się okazji, gdy chce się przywołać coś nie do zapomnienia.

The Bad Seeds grali niegdyś przed Niną Simone (legendą, boginią jazzu, kobietą, która ma świat u stóp). Mówi Nick – wyglądała źle, widział ją przed koncertem totalnie wyczerpaną. Weszła na scenę. Spojrzała na publikę – taką miną, że niejeden się jej wystraszył – i nie było wiadome, co wydarzy się za moment. Całym ciałem mówiła, że ma tę sytuację gdzieś i lepiej, by jej nikt nie wkurzał. Po czym siadła przy fortepianie, wyjęła z ust gumę do żucia i przykleiła bezceremonialnie do klapy instrumentu. Zaczęła. I z wolna zachodziła transformacja. Z bezsiły w moc, z wyczerpania w zaraźliwy power. Co więcej: przemiana stawała się udziałem wszystkich. Mówi Nick Cave, że nie zapomni tego koncertu i że tym właśnie powinien być każdy występ.

Chwilę później spotyka się z kumplem i zagaduje go: „– A pamiętasz ten koncert z Niną Simone? Jaka ona była tuż przed, jak wyjęła gumę do żucia…
– Stary, ja mam tę gumę! (odpowiada Warren). Wziąłem po koncercie i zawinąłem w chustkę, w którą otarła czoło”.
Dwaj weterani rocka w scenerii kuchni, w której Warren Ellis przyrządza mało jadalnego węgorza.

Charakterystyczny, elegancki wygląd, głos z ciemną liryczną barwą. Przyjaciel podczas próby rozpoznaje w głosie Nicka domieszkę innego, „coś jakby Lionel Richie” – podpuszcza. Nick sprawdza, czy ma choć ździebełko z Lionela.

Jeszcze wspomnę ujęcie z Kylie Minogue, siedzącą na tylnym siedzeniu samochodu Nicka. Rozmawiają – oczywiście – o największym hicie, który zaśpiewali w duecie: Where the Wild Roses Grow. Kylie z rozmarzeniem i podziwem mówi o tym, jak zaimponował jej wtedy Cave, o jego scenicznej swobodzie i mowie ciała. Z wrażenia przeczytała wówczas jego biografię.
„- Tak? No, prawdy to tam nie znajdziesz…”

I tak się toczy ta opowieść: bardzo prawdziwa, ale trochę zmyślona, szczera i zagrana jednocześnie. Nick Cave mnie ujął i zaskoczył. Bo gdzieś uciekła z mojej świadomości jego współpraca z kinem. Tymczasem ma na koncie kilka soundtracków do całkiem dobrych filmów (Droga czy Zabójstwo Jesse`go Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda). A sam jest niezłym aktorem. ;) 

O krok od sławy (Twenty Feet from Stardom) , reż. Morgan Neville, USA 2013

O krok od sławy

„Całe życie śpiewać w chórkach? Jakieś „aaaaaaa…aa” lub „uuu-a, aaa-u” – to nie dla mnie” – mówi Mick Jagger. I jasna sprawa, że żaden z gwiazdorów nie zszedłby dobrowolnie na drugi plan. Choć w tym filmie każdy z wielkich przyznaje, że bije pokłony przed artystami, których prosi o współpracę, o muzyczne wybrzmienia w tle swojej piosenki. Zachwyt wyraża Stevie Wonder, Sting, Bruce Springsteen, Mick Jagger.

To jest taki film, że widz aż podskakuje z radości. Od energii piosenek, od energii życia, od łatwości, z jaką daje się przetworzyć emocje w głos. Ci z drugiego planu wchodzą w światło sceny i o nich jest ta opowieść. O Lisie Fischer, Merry Clayton, Darlene Love… i jeszcze Táta Vega i Judith Hill… Jest też kilku panów, choć w przewadze kobiety. 

Od kilku lat jakby mniej chóralnych partii w nagraniach, ale cały wiek XX na nich bazował. Mówi Stevie Wonder: „No, wyobraźcie sobie, że nikt nie odpowiada na jęki Raya Charlesa!” Jagger o Lisie mówi jak o równej sobie, Sting pozwala na koncertach na solowe partie swych artystek z chóru, a już Bruce Springsteen  wchodzi w rolę psychologa, próbując pojąć, jak to możliwe, że takie mega talenty nie przyćmiły gwiazd, którym towarzyszą, że nie zrobiły tych magicznych 20 kroków, by zaistnieć w centrum.

Jest kilka lejtmotywów w tym dokumencie. Jeden z nich to portrety. Cudne. Jestem zachwycona i Lisą, i Judith, i Merry. Drugi to opowieść o radości śpiewania i o przyjaźni. Ktoś mówi, że nie może być nic wspanialszego niż ten moment, w którym głos wibruje i splata się z innymi. Inni dodają: to partie chórku nuciły miliony, nie tekst solisty. Albo wspominają wokalny dialog czy solówkę kogoś z tła, która była pieprzem, gwoździem, słowem: niepodważalnym elementem jakiegoś przeboju. I rzeczywiście. O tym nie trzeba wiele mówić, bo to się słyszy. Ale jest jeszcze motyw trzeci: pytanie o przyczyny pozostawania w cieniu nawet wtedy, gdy była decyzja i chęć rozpoczęcia solowej kariery.

Wielu artystów drugiego planu marzyło o własnej artystycznej drodze. Niektórzy nagrywali autorskie płyty – i nic. Głos niezwykły, dobry muzyczny materiał, silna osobowość. Jest wszystko, czego trzeba, a sukcesu brak. Syndrom Sixto Rodrigueza (Sugar Mana), tyle że bez happy endu.

„Trzeba mieć duże ego, by wybrać rolę pierwszoplanową”. Kilka osób przywołuje tę diagnozę i coś w tym jest. Nie chodzi o skromność, nieśmiałość czy pokorę. Raczej o to, że można zatracić się w tworzeniu, nie pilnując czy dobrze rozchodzą się fale popularności. Nie byłoby słuszne tak stuprocentowo odwracać proporcje, ale miałam wrażenie jakby w tej transformacji w śpiew, bez fleszy i oklasków, było coś większego, bardziej autentycznego niż sceniczny image gwiazdora. 

Trochę miesza w tym palce przeznaczenie (właściwy moment, miejsce, odpowiedni przebój). Ale i charakter robi swoje. Nie opuszcza mnie ta obserwacja, bo nałożyć ją można na wszelkie przejawy tworzenia. Sukces nie musi być udziałem najlepszych. A ci nieznani nie muszą mieć poczucia, że osiągnęli za mało.

I w tym tkwi sedno. Czy drugoplanowa rola życiowa daje spełnienie i szczęście? Jeśli tak, to ok. I drugie sedno: czy ma się jakiś obowiązek wobec własnego talentu, czy imperatyw „zaistnienia” nie jest przypadkiem wyzwaniem, które należy podjąć, by mówić własnym głosem i własnym tekstem? Hmm… gdzieś tam, całkiem wyraźnie, brzęczy jeszcze pytanie (trzecie sedno) o materialny wymiar samorealizacji. Nazwisko z afisza (plakatu, okładki…) zabezpiecza byt. Artystki niewylansowane dorabiają na życie gdzie się da.

Oba filmy będą w dystrubucji kinowej. O krok od sławy (tegoroczny Oscar w kategorii dokument!) miał już swoje wejście na ekrany, 20 000 dni na ziemi zaistnieje w październiku.

Poniżej link do piosenki Desperation śpiewanej w filmie przez Judith Hill (w tle bohaterki Kroku od sławy).

http://youtu.be/_ZljeW3qVBA

Lisa Fischer

                     Darlene Love Merry Clayton Judith Hill  

  Claudia LennearTata Vega

Kurczak w śliwkach i inne

Jeszcze nie nadszedł ten czas, gdy tamaryszkowa strona zaoferuje strawę dla podniebienia, więc kto się skusił tytułem, niestety, obejdzie się smakiem. Ani przepisu, ani opisu doznań smakowania kurczaka zapodać nie mogę. Bo primo: nie upichciłam, secundo: nie zrozumiałam, o co w ogóle chodzi z tym kurczakiem, tertio: i tak najlepsze są same śliwki.

Rzecz w tym, że znów będzie o filmach, ale mniej o meritum, więcej o błahostkach. Z beztroską pomijam imputowane w film przesłania, zamysły, porządek logiczny (i alogiczny) tudzież akcenty problemowe. Z fabuły tyle tylko, ile mi wygodnie – rzetelność zawieszam na kołku, bo tylko tak sama mogę się odwiesić. Tak boli nadmiar. Nadmiar filmów, których po kolei zrecenzować nie mogę, bo trwałoby to stulecia i wszyscy, absolutnie wszyscy (to by działało jak czar) zasypialiby, ziewając na myśl o moich „pre-tekstach”.

Tak się bowiem sprawy mają, że obejrzałam jeszcze siedem filmów na poznańskim Transatlantyku. W tym dwa dobre, co od razu wyjawię, by nie zatarł tego faktu (!) lekki ton. Dobra jest Barbara (Srebrny Niedźwiedź za reżyserię) i bezpretensjonalny Pan Lazhar (konkurent Rozstania i W ciemności w kategorii Oscar dla filmu nieanglojęzycznego). I bez ociągania wyznam, że Bonsai trafia na krótką listę najdurniejszych filmów, jakie tego lata widziałam – i nic mu nie pomoże nawiązywanie co chwilę do Prousta. Tyle tego Prousta, co ten blady ślad na piersi bohatera, który zasnął na plaży z tomem W stronę Swanna

Bonsai… miał bardzo zachęcający opis: film o tym, że literatura jest sexy. Może miałam zbyt duże oczekiwania. Ale kto by nie czuł rozczarowania, gdyby, owszem, dostał trochę seksu i aż nadto literackich aluzji i klisz, ale jedno z drugim wcale się nie zazębiało. Julio ma pisarskie ambicje. Póki co dostaje zlecenie redakcji książki uznanego pisarza. Ma po prostu wklepać do Worda tekst z zeszytu (rozczulające wyobrażenie pracy redakcyjnej!). A ponieważ pisarz szybko się ze zlecenia wycofał, więc Julio udaje przed dziewczyną, że nadal ma co robić – nocami pisze ręcznie swoją własną powieść, a potem ją przepisuje. Pisze o swej miłości z czasów studenckich i – a jakże – odkrywa niczym drugi Proust, że literatura to za każdym razem odzyskiwanie „czasu utraconego”, czerpanie z własnych doświadczeń piszącego i przenikanie się życia z pisarstwem. I tu za dużo oczywistości i banału. A przede wszystkim za dużo gadania i potwierdzania domysłów słowem. 

Nadmiar słów nie może być sexy (co od biedy mogę sobie wziąć do serca, z tym, że to nihil novi). Najbardziej kuriozalne jest w tym filmie to, że mimo rozmów o literaturze, nie wierzę, by ktoś tu coś czytał.

Dwie rozbrajające sceny. Na zajęciach z literatury prowadzący pyta (genialnym i wszystko mówiącym tonem), czy ma przed sobą ludzi inteligentnych czy „bandę delikwentów”. – Kto czytał Prousta? Siedem łapek w górze, dziewięć, kilkanaście… Pozostali rozglądają się niepewnie, ale głupio być najgłupszym, więc dołączają czym prędzej. Emilia rzuca od niechcenia, że nawet dwa razy, ot tak sobie, dla zabicia czasu. Więc nie da się uwierzyć. A gdy dwoje bohaterów postanawia czytać Prousta co noc przed snem (ściślej: przed seksem) i obliczają, że poznanie całego dzieła zajmie im dziesięć lat, bo jednorazowa dawka to strona, to już oczywista sprawa, że czytanie jest bardziej postulatem niż faktem. Czytanie męczy ich tak, jak oni mnie.

Ano, kurczak, czas na niego. Tytułowy kurczak w śliwkach to potrawa, którą przygotowuje żona bohatera, by odgonić od niego pragnienie śmierci. Nasser-Ali załamał się, gdy spotkał po latach swą młodzieńczą miłość, a ona go nie rozpoznała. Śnił o niej, grał na skrzypcach, wspominając nostalgicznie niespełnione uczucie, znosił niedopasowanie w małżeństwie, w przekonaniu, że z inną byłoby inaczej… a tu dziewczyna-babcia nie poznaje go. I całe życie w rozsypce, ni z tego, ni z owego. Grać już nie chciał. Nic, tylko umrzeć. Potrzebuje na to ośmiu dni. To chyba całkiem niezły dowód na silną wolę. Nie skosztuje kurczaka w śliwkach, nie będzie wracał do żadnych smaków, nie da się zwieść, że życie w ogóle ma jakiś smak. 

To drugi film duetu Satrapi & Paronnaud i – moim zdaniem – twórcy przegrali z syndromem drugiego dzieła. Po genialnej animacji Perspolis, w kolejnym filmie wszystko ma posmak czegoś zwietrzałego. Niby znów mamy los inteligencji z Teheranu, rozpoznawalne poczucie humoru, rozwiązania w stylu deus ex machina etc. – tyle że to, co w komiksie naturalne, w  fabule razi pretensjonalnością. Ok, scenka, w której dzieciak z ADHD zaprzyjaźnia się z każdym pasażerem autobusu (i ten moment ulgi w oczach „przyjaciół”, gdy natręt wysiądzie…) albo smrodzący aniołek albo wyłupiaste oczy Nassera w korespondencji z twarzą-piłką jego żony… ale to przecież cień cienia, gdyby wspomnieć przygody Marjane z Persepolis. Pamiętacie, jak Marjane kupowała  Pink Floydów na czarnym rynku w czasach rządów talibów? Albo smutek jej rodziców i determinację, by wychować niezależne dziecko… Albo Babcię Marjane, tę, która zanurzała sobie piersi w lodowatej wodzie, by były jędrne i kładła pod nie płatki jaśminu. Ech, poezja… A tutaj kurczak jak klops.

Cafe de Flore to film do posłuchania. Składanka magicznych piosenek, z tytułową Matthew Herberta, z The Cure, Pink Floyd, Sigur Ros, z wieloma innymi, które niejednemu coś mogą przypominać. Film ma – tak to ujmę – dwie linie melodyczne, obie wyraziste, ciekawe, ale splecione razem są takim sobie warkoczem, luźnym i nieefektownym. Jedna linia to opowieść o DJ -u Antoine, rozgrywa się współcześnie w Montrealu (choć nie bez znaczenia jest ciągłe podróżowanie samolotem do europejskich miast na koncerty) i ma niesamowite stężenie romantycznych emocji. Najpierw miłość-przeznaczenie, uczucie ilustrowane muzyką, potem miłość jak piorun z nieba, jakby napój miłosny wypili (a napojem była piosenka), cierpienie tej porzuconej (nie tylko), dorastanie do pojednania. Magia i reinkarnacja szumią w tle. Pięknie (tak w sferze dźwięku, jak i obrazu), ale za dużo. Coś dla stuprocentowych romantyków, pozostali wcześniej czy później odkleją się i odpadną. Jak ja.

Druga linia jest rewelacyjna! To Paryż sprzed kilkudziesięciu lat, to Jacqueline (Vanessa Paradise!!!) i jej siedmioletni synek Laurent (z zespołem Downa). Ta historia ma tyle wdzięku i lekkości (mimo wszystko), że łamie wszelkie opory i nawet jeśli coś jest uproszczone, to bez znaczenia. No ale prosto nie jest, zwłaszcza gdy pojawi się śliczna Alice, która tak jak Laurent ma siedem lat i zespół Downa. I gdy oboje przylgną do siebie, pokochają się na zabój i wbrew wszystkim. Na użytek własny wycinam sobie (w myślach) wątek z Jacqueline i kładę go na wierzchu, żeby to właśnie pamiętać najdłużej.

Oczywiście, że dostrzegam nici, mosty, powiązania i korespondencje. Ale im nie dowierzam, nie przekonują mnie. Słowo daję, że mam słabość do zakręconych opowieści. Takich, gdzie (czasem tylko pozornie) brak zakończenia albo ciągu przyczynowo-skutkowego,  gdzie szaleją przeskoki w czasie, przestrzeni, wątki się rwą i prowadzą na manowce. Lubię, ale tylko wtedy, gdy uwierzę, że gra warta świeczki. Bo jeśli nie, to po co? Bonsai, Cafe de Flore i Kurczak w śliwkach (lub ze śliwkami) są kompozycyjnie irytujące. Może gdyby opowiedzieć te historie bez udziwnień, wypadłyby zbyt prosto? Ale czy to wystarczający powód, by kręcić, ciąć, miksować, sięgać wstecz jak popadnie, dzielić opowieść na dni, po czym każdy rozpychać jakąś retrospekcją…?

Poza wszystkim innym (czyli po prostu tym, że oba tytuły są z innej półki, naprawdę zapadają w pamięć i poruszają) Barbara i Pan Lazhar wygrywają dzięki prostocie, dlatego że mniej znaczy więcej. Niedopowiedzenia (bez wyjaśniających retrospektyw) i oszczędność słów (unikanie tych, które dublują informacje wpisane w obraz) sprawiają, że opowieść ma więcej warstw. Więcej niż gdyby poszatkować te historie, zmieszać i dołączyć dymek, który objaśnia, co bohater myśli i czuje. Mniej znaczy więcej. Jeśli brzmi nielogicznie, to wina sierpnia.

Powyżej mowa była o kilku tytułach spośród ujrzanych na Transatlantyku:

Kurczak w śliwkach, reż. Marjane Satrapi, Vincent Paronnaud, Francja 2011
Bonsai, reż. Christian Jimenez, Chile 2011
Cafe de Flor, reż. Jean-Marc Vallee, Kanada, Francja 2011
Barbara, reż. Christian Petzold, Niemcy 2012
Pan Lazhar, reż. Philippe Falardeau, Kanada 2011
Leonie, reż. Hisako Matsui, Francja,Wlk.Brytania,Australia,Niemcy,Japonia,Belgia,USA, 2010
Love Free or Die, reż. Macky Alston, USA 2012 [dokument o biskupie-geju]