Archiwa tagu: Wes Anderson

moonrise kingdom

Kochankowie z Księżyca (Moonrise Kingdom), reż. Wes Anderson, USA 2012

Jeszcze jeden Wes Anderson (po Fantastycznym Panu Lisie i tegorocznym Grand Budapest Hotel).
Można powiedzieć: nowy kontynent, bo każdy z filmów tego reżysera to odrębne przedsięwzięcie. Z wyraźnie jednak wyczuwalną sygnaturą. To moje trzecie zanurzenie. Nie będę się wymądrzać na temat charakteru pisma Andersona, bo jedyne, co umiem, to wskazać pojedyncze zawijasy i pochylenia. Znaczy się: poczucie humoru, niedzisiejszą elegancję (jako status quo, oczywiście przez niektórych naruszane), lekkość, reżyserską dbałość o detale (scenografia i muzyka po równi) i mocne nazwiska w obsadzie (Bill Murray, Tilda Swinton, Edward Norton oraz Bruce Willis i Frances McDormand).
MOONRISE KINGDOM. Suzy i Sam

Co do charakteru pisma – całkiem dosłownie – jest rewelacyjny. Spójrzcie tylko na wypisane w ekspozycji nazwiska aktorów! A kto dotrwa do finału, ten przez 5 minut może podziwiać cudne esy-floresy tańczące koncertowo w napisach końcowych. Serio mówię. Ten film ogląda się od A do Z. Choćby dlatego, by wysłuchać pełnej orkiestracji Benjamina Brittena, od której film się zaczyna i na której kończy. O co chodzi? O nagraną na płytę lekcję słuchania orkiestry (wariacje rozpisane na poszczególne sekcje i ich zespolenie). Wszystko to przeprowadzane na kompozycji Purcella. To jeden z bohaterów muzycznych. Drugim jest Alexandre Desplat odpowiadający za soundtrack do Moonrise Kingdom. I rozebrany na części składowe w muzycznej suicie, z której pochodzą ostatnie filmowe dźwięki.

Bardzo krótko o treści. Akcja trwa trzy dni – od 2 do 5 września 1965, kiedy to wyspę nawiedzi historyczny sztorm. Po czym niektóre rozstrzygnięcia zostaną dopowiedziane w epilogu. Na wyspie rozbił swe namioty hufiec harcerski (Edward Norton jest harcmistrzem). Porządku pilnuje poczciwy nieudacznik kapitan Sharp (Bruce Willis). Mieszka tam zwariowana rodzinka prawników (Murray i McDormand) z trójką małych synów i nastolatką Suzy. Sceneria pierwszorzędna (szlaki plemion indiańskich). Raz po raz zza krzaka wyskakuje narrator i wtrąca swoje trzy grosze. A sedno to ucieczka dwojga młodocianych: harcerza Sama Shakusky`ego i wspomnianej wyżej Suzy Bishop. Mają po 12 lat. Pokochali się jakby czytali Szekspira. Rozumieją się nawzajem tak bardzo, jak bardzo nie rozumie ich nikt inny. 

I tak po prawdzie to nie chcę już niczego porządkować. Zwłaszcza podążać za fabułą. Pozostaje więc wyciągać z pudełka smakołyki. Rekwizyty.

Sam i Suzy prawie się nie znają. Widzieli się raz jeden, lecz pisali dużo listów. Każde ucieka ze swojej niedoli, a spotkać się mają na środku łąki. Co zabrali w drogę? Kluczowe pytanie – czego potrzebuje człowiek, by przeżyć choć kilka dni bez domu? Ona wzięła: lornetkę, adapter na baterie, kota w koszyku (plus karma), leworęczne nożyczki i walizkę z książkami! On: lisią czapkę, której nie zdejmował mimo upału, mapy, namiot, dwa śpiwory i nawet wodę (choć miał teorię, że wystarczy ssać kamyki). Myli się, kto powie „chłopak bystry, dziewczę gapa”. Wszystko było przydatne w swoim czasie. Adapter: by słuchać muzyki i tańczyć, nożyczki, by dziobnąć wroga, a książki to już w ogóle były hitem. Suzy czytała na głos swe ulubione powieści o mocach magicznych. Shakusky (a potem i cała drużyna harcerska), słuchał i albo myślał, albo spał. Pamiętać i wnioski wyciągnąć: choćby walizkę trzeba było na szczyt wnosić, przenigdy nie wychodź z domu bez najpotrzebniejszych lektur. Wśród napisów końcowych wszystkie powieści są zidentyfikowane. I jest tam również powieść Juman Malouf, libańskiej pisarki i ilustratorki, która w kolejnym już filmie Andersona macza palce. Plotki mówią, że to dziewczyna Wesa. Jest adresatką dedykacji.

Co jeszcze? Lornetka. Suzy się z nią nie rozstaje. Czy patrzy w dal, czy wokół siebie – zawsze przez szkła zastępcze. Więc może to zabezpieczenie przed zbyt nachalnym światem? Filtr, dzięki któremu widzi na swój sposób, jakoś przejmuje władzę nad tym, co pcha się przed oczy.

Biżuteria: broszka przypięta do mundurka Sama – babska, z perełkami, pamiątka po mamie. I kolczyki podarowane Suzy, którymi Sam przebija jej uszy (rany, inicjacyjnie to wygląda). Zielone żuczki. 

Wymieńmy jeszcze elementy stroju: bejsbolówka i okulary kapitana Sharpa. (Czy Bruce Wilis kiedykolwiek bardziej przypominał niezdarę?) Pstrokate spodnie depresyjnego Murraya. I niepasujące do siebie części stroju jego żony. „Obuwie kościółkowe”, w jakim Suzy wyrusza w świat. Beżowy mundur, w który wciska się Edward Norton.

Dalej: magnetofon harcmistrza Warda, do którego przemawia, czyniąc zapisy głosowe swych rozterek. Rower pani Bishop, na którym najchętniej zwiałaby gdzie pieprz rośnie, gdyby tylko nie była mamą dzieciom i żoną mężowi. Megafon, którym wzywa domowników na kolację. I chyba cały dom Bishopów, może w lekkiej ruinie, ale budzący miłe skojarzenia. Wszyscy tam coś czytają albo słuchają muzyki. Anderson rozpoczyna opowieść, prezentując domostwo zdecydowanym szwenkiem, którym ogarnia wszystkie zakamarki i tworzy wizualny odpowiednik lecącej w tle orkiestracji. Bo i dźwięki, i obrazy są symultaniczne. 

Dlaczego akcja dzieje się w 1965? Jeśli to portret sentymentalny, to nieco cofnięty w czasie. Wesa Andersona nie było jeszcze na świecie. Może ma to coś wspólnego z adresatem drugiej dedykacji (In Memoriam) – Davidem S. Andersonem? „For his enthusiastic encouragement end generosity – and his invaluable scouting guidance”. Po prostu podróż w przeszłość.

Dla kogo film? Można, podobnie jak Fantastycznego Pana Lisa, zaliczyć tytuł do kina familijnego. Ale z nadwyżką, ze specjalną dawką wyrafinowanych konfitur domowej produkcji, z którymi żaden dżem nie wytrzyma konkurencji. 

Dla mnie spotkania z filmami Wesa Andersona mają moc kojącą. Po nadmiarze obrazów z bieżącego repertuaru i zachłannym połykaniu mniej strawnych (lub choćby skrajnych w smaku) potraw – przyszedł czas na coś łagodnie dowcipnego. Na uśmiech, po którym można, nie obawiając się koszmarów, zasnąć. A coś tam w sny się wmiesza: obraz lub jakaś melodia.

Mr Fox, fantastyczny

Fantastyczny Pan Lis, reż. Wes Anderson, USA 2009

…na poprawę humoru, ucieczkę przed zmęczeniem, na brak życiowych przygód…

Mr Fox. Śniadanie u LisówŚniadanie w norce Państwa Lisów: fantastyczny On (George Clooney) i niesamowita Ona (Meryl Streep). Poza kadrem ich syn Ash (zielonooki) i bratanek Kristofferson (oczy błękitne). Ci dwaj niezmiennie w konflikcie, bo syn jest ciapką o wielkich ambicjach, a jego młodszy kuzyn bezwiednie utalentowanym bystrzachą. Plan pierwszy należy do Lisa. 

Dawno temu był lisim zagrożeniem okolicy. Najsprytniejszy, przebiegły, nieuchwytny. Głupie kury padały poderżnięte, a w Panu Lisie i w Pani Lis adrenalinka produkowała feromony szczęścia. Bywało niebezpiecznie, wręcz beznadziejnie – właśnie wtedy Pani Lis rzekła „I`m pregnant” i  „never more”. Lis miał przed sobą jeden kierunek: wybawić ukochaną z opresji, znaleźć „another job” i zostać Tatą. Tak ujarzmiono lisią naturę. Pan Lis przemienił się w felietonistę. Dobrze było, ale bez soli i pieprzu. Natura dała o sobie znać – to było nieuchronne.

Samo się życie prosiło, by je brać w łapki i ssać. Trzech wrednych farmerów w sąsiedztwie: gruby, mały i chudy (Boggis – kurza farma, Bunce – chyba gęsi i Bean – produkcja cedru, wina jak czyste złoto). Lis kupił przecenione kominiarki i ruszył w tan. Dodawać, że napytał sobie biedy? Ej, kłopoty Lisowi służą! Jak inaczej miałby pokazać skalę swej „fantastyczności”? Co tam, że mu odetną kitę – to będzie jego znak szczególny. Podobnie jak – podpatrzone u Clooneya! – strzelanie palcami i cwaniackie cmoknięcie. 

Mr Fox. Szczur w piwnicy

Szczur o krwistych oczkach (Willem Dafoe) jest rodem z gangsterskiego kina. Rozpijaczony, ze sprężynowcem w kieszeni, zaczepny i łajdacki. Lecz w ostatnich chwilach życia budzący zrozumienie i sympatię. Cóż, grał w niewłaściwej bandzie. Gdy jednak prosi o przedśmiertny łyk złotego cedru, to dałabym mu całą beczkę. 

Szczur był na służbie u człowieka. Pozostałe zwierzęta zwarły szyki, broniąc swego interesu, honoru i innych imponderabiliów. Chcąc je przedstawić, sięgnę po jedną z piękniejszych scen. Otóż, gdzieś w podziemnym korytarzu, w niezłym impasie, gromadzi się zwierzęca brać poturbowana przez farmerów. Pan Lis ogłasza swój (nie pierwszy) genialny plan („Wszystko albo nic”) i wznosi toast. Naprawia nim błąd, gdy nierozważnie pysznił się przy suto zastawionym stole. Teraz są głodni, kieliszek wyobrażony, gardło suche, ale słowa właściwe. Szacunek dla każdego. O sobie wspomni na końcu. Pamiętacie przemowy Wilka z Wall Street? Jeśli można im przeciwstawić coś o równej sile motywującej do działania, to są to słowa Pana Lisa.

„Widzę grupę dzikich zwierząt. Z ich nieokiełznaną naturą i talentami. Z łacińskimi imionami, mówiącymi wiele o ich DNA. Każde ma silne i słabe strony, zależnie od gatunku. Te piękne różnice być może dadzą nam cień szansy na uratowanie mojego bratanka i pozwolą mi wynagrodzić Wam wątpliwą atrakcję przebywania tutaj. Tylko tak pomyślałem. Dziękuję za uwagę. Na zdrowie”.  I po gromkiej aprobacie zaczyna się spis wszystkiego, co każdy z osobna wnosi do wspólnoty. Fantastycznym pomysłem Fantastycznego Pana Lisa są te łacińskie imiona. Tożsamość rośnie jak na drożdżach. Najmniejsza myszka staje się olbrzymem. Lutra lutra! (wydra) i Talpa europea! (kret), i Oryctolagus cuniculus! (królik), i Castor fiber! (bóbr), i Meles meles! (borsuk), Mustela nivalis! (łasica), aż po Microtus pennsylvanicus! (nornik łąkowy,  myszowaty gryzoń).

Wes Anderson i LiskiChociaż nie. Może jeszcze lepsza jest scena późniejsza. Gdy Lis (Vulpes vulpes) spotyka Wilka (Canis lupus) i prezentuje się jako poliglota.

Niezliczone są rzesze tych, którzy znają od dawna Fantastycznego Pana Lisa (2010). Niemały procent – zakładam – widziało film kilkakrotnie. Ja do nich zamierzam dołączyć. Tyle tu różności! Bo to i kino familijne, i komedia pełna mrugnięć i parodii, i po prostu: film emanujący gracją, wdziękiem i inteligencją. Jak Meryl Streep i George Clooney. ;)

l`air de panache

Grand Budapest Hotel, reż. Wes Anderson, USA & co. 2014

Wygrany Złoty Glob dla najlepszej komedii 2014 i dziewięć (!) nominacji do Oscara, w tym dla najlepszego filmu i reżysera. W odróżnieniu od konkurencji, która dopiero co wchodzi na polskie ekrany, film Wesa Andersona można było obejrzeć niemal rok temu. Ja dopiero co, przed kilkoma dniami, za to dwukrotnie. Komedia? Komedia kryminalna, ale też miks gatunków, cytatów, aluzji. Doborowa obsada – i nie w tym nawet rzecz, że główną rolę powierzono Ralphowi Fiennesowi, ale że tu każda scena, każdy epizodzik ma swego gwiazdorka. Spośród aktorów z plakatu wymieniam tych największych dla mnie: Ralph F., Tilda Swinton, Harvey Keitel, Jude Law, Wilhelm Dafoe i Bill Murray. 

Cacko. Piękna muzyka Alexandre`a Desplata. Obraz – scenografia, zdjęcia, dopieszczenie wyglądu postaci – bajeczny. Ot, domalowywany co rano przez boya hotelowego wąsik, piękna Agata ze znamieniem w kształcie Meksyku na twarzy, Jopling (Dafoe) z dziesięcioma metalowymi sygnetami, gotów przyfasonować uzbrojoną dłonią w jakieś niepokorne ciało (lub obciąć paluchy!). Każda postać odszyta jest na miarę. Każda scena wykadrowana z namysłem. Zarówno plener (Zubrowka leży na wschodzie Europy, więc to chyba podrasowane Karpaty), jak i wnętrza Hotelu przyjemnie prowadzą oko. Schody. Winda. Hol i korytarze. I miejsce konsjerża, który ma na oku wszystko i gwarantuje, że nikomu nie przydarzy się nic niemiłego. No chyba że świat się zawali, co przecież się zdarza i to wcale nierzadko.
Grand Budapest HotelZ fabułą podobnie: w szkatułce szkatułka ze szkatułką, klamra ramy niczym kurtyna odsłania się i opada, a w środku opowiadacz snujący retrospektywną narrację.

Rama mówi: ten film to książka. Biegnie piękne dziewczę na cmentarz, na grób pisarza i składa votum wdzięczności (klucz hotelowy), otwiera książkę i zamyka ją w ostatnich kadrach. A pisarz to niegdysiejszy hotelowy gość, któremu właściciel zawierzył historię, by on po latach noszenia jej w sobie w końcu wydał i tym samym uwiecznił dawno miniony świat. 

I tu bardzo ciekawa rzecz: jak dawno miniony? Hotel, podupadły w latach 60., tętnił życiem w latach 30. W nich ulokowana jest skoczna i pełna wdzięku główna osnowa opowieści. To czasy, kiedy legendarnym konsjerżem był M.Gustave H. (Ralph Fiennes). Działo się wtedy, oj, działo! Morderstwo, kradzież, pościgi, więzienie (otoczone fosą z krokodylami!), podstępy i intrygi w białych rękawiczkach. Dopóty, dopóki żył Gustave H. Potem  wszystko z wolna blednie. Żyje jego sukcesor, Zero Moustafa, ale nie ma już dawnego świata. Zniszczyła go może wojna, a może po prostu fala bylejakości, obniżenia poziomu usług, oczekiwań, standardów. Ciekawe zdanie pada na koniec zwierzeń p.Moustafy, gdy sugeruje pisarzowi, że chodzi o mityczne „dawniej”. Nie ma już świata M.Gusave`a? A kiedy był? – „jego świat zniknął, nim on sam się w nim pojawił”. Ronimy więc łzę sentymentu za iluzją. Trzeba przyznać: iluzją, którą niektórzy potrafią „z niewypowiedzianym wdziękiem” podtrzymywać.

O tym jest film. Gdy oglądałam po raz pierwszy, pomyślałam: niedużo, ale ładnie. Tym ładniej, że nie tylko świat był kiedyś inny, lecz i kino. Grand Budapest Hotel wskrzesza jedno i drugie. Można nakarmić oczy iluzją starego kina. Wiązka lejtmotywów – mistrz i uczeń, romantyczna opowieść, ucieczka przed złym bogaczem, wykradanie się z więzienia, pościg nieposkromionej bestii (ten osygnetowany Dafoe!), kradzież cennego obrazu etc. Garść starych chwytów aranżacyjnych – staroświeckość, elegancja, coś jakby reanimacja obrazów, które już kiedyś oglądaliśmy, lecz pewnie nigdy wszystkich naraz i w takiej obróbce.

Za drugim razem film zyskuje na wartości. Bo to film wielokrotnego użytku, do aplikowania sobie w całości lub w porcjach. Wyobrażam sobie taką sytuację, że oglądam i z sekundowym wyprzedzeniem mówię filmowe dialogi. Poszczególne kwestie padają w niezależnych od siebie scenach:
„Dlaczego znowu stajemy na polu jęczmienia”. (Tak zapowiada się wtargnięcie barbarzyństwa. Wojskowa kontrola pociągu).
„Breja, panowie. Są chętni?” (Gustave rozwożący więzienną zupę).
„Wchodzę do łóżka z wszystkimi przyjaciółmi”. (G. oskarżony o romans przez syna zmarłej D.).
„Nie wiem, jaki krem stosują w kostnicy, ale chcę go mieć”. (G. pochylony nad leżącą w trumnie Madame D. – by ją pocieszyć, że dobrze wygląda).
„Wybacz, ale mamy mały nożyk na gardle” (G. w beznadziejnej sytuacji sięga po pomoc klanu konsjerżów).
Grand Budapest

Nie tylko riposty, również sceny, sekwencje i ich tempo. Mistrzowski szyfr dla tych, dla których Grand Budapest Hotel będzie filmem kultowym. Utrwalę kilka moich ulubionych.

* Ot, rozmowa kwalifikacyjna, w której M.Gustave diagnozuje młodziutkiego boya – tego z dorysowanym wąsikiem i wiecznie zdziwionymi oczyma. Pyta go o doświadczenie – słyszy mizerną wyliczankę, że zmywak, sprzątacz, kuchenny… Notuje: zero. Pyta o kwalifikacje. No, szkoła się spaliła… Notuje: zero. Rodzina? Tu boy poważnieje, bo stracił biedak wszystkich: zero. Puenta podwójna. Boy ma na imię Zero. I ostatecznie zgarnia całą pulę punktów, bo prawidłowo odpowiada na kluczowe pytanie: – Dlaczego chcesz być boyem? – A kto by nie chciał?! Grand Budapest Hotel to prawdziwa instytucja!

 * Gustave w więzieniu, boy Zero Moustafa i jego piękna zdolna narzeczona cukierniczka starają się mu pomóc. Wysyłają do więzienia paczkę z ciastkami od Mendla, tak pięknymi, że strażnik nie odważy się ich zepsuć, nie wykryje więc obtoczonych wypiekiem narzędzi. A wygląda to z grubsza tak. Kontroler przy taśmie, na której przesuwają się dary dla więźniów. Ser – ciach, pach, siup. Jedzie dalej w kawałkach. Chleb – pach, bach, bach. Pokrojony. Kaszanka – w plasterkach. Ciasteczka – „miód malina”, tego nie wolno zbezcześcić.

Grand Budapest Hotel1* Nie, no cały więzienny rozdział jest bezbłędny! Kompletnie absurdalna ucieczka. Jeszcze zanim zaczęto kopać tunel kilofkami, Gustave H. wysłuchuje projektu. Autorem jest Ludwik (Keitel!). Rozkłada mapkę przekopu. Na co Gustave z podziwem:
– Kto to narysował?
– Jak to kto? Ja – odpowiada Ludwik.
– Świetna kreska, Ludwiku! Masz zadatki na artystę – wzdycha ze znawstwem Gustave.

Ucieczka w stylu slapstickowym (dużo zamieszania, spontanicznych reakcji, w którym nie o efektywność chodzi a o fason). Ot, pokonywanie bieżących przeszkód – cięcie kraty w oknie. Przekradanie się przez sypialnię strażników i przeskakiwanie przez nich jak przez płotki. Tekścik rzucony w podzięce więziennemu olbrzymowi, który na czas uciszył donosiciela: – Dzięki, przemiły, życzliwy człowieku.

 * I tu muszę wymienić późniejszą o chwilę sekwencję alarmu wśród konsjerżów. Gustave w szczerym polu znajduje budkę telefoniczną i jednym telefonem uruchamia ratunek. Jeden ruch Gustve`a i długi łańcuch priorytetowych telefonów w branży.
Albo: równie zorganizowana akcja mnichów, potajemnie przemycających go przez pola, lasy, góry – do konfesjonału. Z co chwila padającym pytaniem: – M.Gustave H. z Grand Budapest Hotel? – Tak. – potwierdza oczywistą oczywistość Gustave.

* Ale wrócę do więziennej ucieczki, której finał uświadomił mi, co jest kluczem do postaci legendarnego Gustave`a H. A może i kluczem do filmu. Mogę po kolei, a mogę z ratardacją: kluczem jest zapach. L`air de panache.

Otóż, gdy zbiegli więźniowie uścisnąwszy sobie dłonie, rozeszli się spod więzienia każdy w swoim kierunku, Gustave i Zero stali tam jeszcze pod osłoną nocy dłuższą chwilę. Konwersując. Cierpliwość Gustave`a mocno została nadwerężona, ale pękł dopiero przy perfumach. W skrócie wyglądało to tak. 

grand-budapest-nose

 – Którędy do kryjówki? – Gustave spokojnie liczy na zmysł organizacyjny boya.
– Nic nie znalazłem. Rozpytywałem, ale…
– Nie ma kryjówki? Serio? Jesteśmy zdani na siebie? (…)
– Czas założyć przebranie.
– Jesteśmy przebrani – odpowiada Zero.
Gustave przypomina, że mieli sobie dokleić nosy i brody, na co Zero:  – Sądziłem, że pan zapuszcza.

Gustave przełyka rozczarowanie, które wzmożoną falą zaleje go za moment.
– Trudno. Spryskaj mnie trochę l`air de panache.
(ośla mina kochanego boya) Zapomniałem zabrać – mamrocze Zero.
– Co?! Zapomniałeś zabrać l`air de panache? Niewiarygodne! Jak mogłeś?! – wpada w „lekką furię” najcierpliwszy z konsjerżów. Nim  jednak zaczną w te pędy zmykać, trochę pogaworzą. I zasłuchają się w słowa wiersza, które przerwie alarm. – Zapamiętaj, gdzie skończyłeś – rzuca Gustave. Bo łasy jest na poezję jak inni na pączki (np).

Zapach, który poprzedza pojawienie się Gustave`a i zostaje chwilę dłużej niż on. I choć jako widz pozostaję poza zasięgiem, wyobrażam sobie tę intensywną, emanującą, ubraną w komunikat o sobie postać. Właściwie nie muszę zgadywać – marka GBH oferuje szyprowo-kwiatowe perfumy dla mężczyzn. Mają dość złożoną recepturę. Najnowsze (2014) zawierają: bazylię, bergamotkę, mandarynkę, petitgrain i zielone jabłko (nuty głowy); jaśmin i różę (nuty serca) oraz żywicę bursztynową, kastoreum, cedr, mech dębowy, paczulę i piżmo (jako bazę).

Mężczyzna w oparach zapachu. Ten perfum to lejtmotyw, nie mniej ważny od obrazu „Chłopca z jabłkiem” czy ciasteczek od Mendla. Znak rozpoznawczy, po którym szef policji wywąchał, że Gustave H. podróżował zatrzymanym pociągiem. Coś, co wśród największego zamieszania dostarczy jeden z konsjerżów, pamiętający, że choćby 15 mililitrów, ale zawsze. Gustave bez zapachu, byłby jak Grand Budapest Hotel bez Gustave`a. Nieco uogólnię: film Wesa Andersona jest uperfumowany. Dla spragnionych chleba z masłem, czystej wody i deszczu o świcie ta opowieść może mieć za dużo dodatków. Ale wiadomo: czasem właśnie dla dodatków ma się ochotę obejrzeć film. I nie ma nic złego w hojnie wrzuconych do sernika rodzynkach.

***

aneks
Grand Budapest Hotel zdobył sporo oscarowych nominacji (najlepszy film, reżyser, scenariusz oryginalny, zdjęcia i montaż). Wygrał w kategoriach: najlepsza scenografia, kostiumy, charakteryzacja i fryzury oraz muzyka oryginalna.