Archiwa tagu: Wiktor Zborowski

pokot

Pokot – reż. Agnieszka Holland, Polska&co. 2017
pokotW dwóch zdaniach: 1) Oglądałam z zainteresowaniem, podobały mi się sceny, nastrój i aktorzy. 2) Opowieścią się nie przejęłam. Jeśli to wina mojej stępionej wrażliwości, to mam problem. Jeśli nie, to coś w tej opowieści szwankuje.

W Dolinie Kłodzkiej (mrocznej tak, że nikt jak William Blake by tego nie wyraził) w mgle i w lasach rozgrywa się dramat. Seryjnie giną ludzie według dość czytelnego klucza: to okoliczni myśliwi, typy wręcz karykaturalnie wredne. Klucz uściśli się na końcu, ale związek między ofiarami jest na tyle czytelny, że można typować kolejne. Mroczność dotyczy nie tyle aury i ludzkich trupów, co zabijania zwierząt – niemądrze i na potęgę. Giną myśliwi, giną zwierzęta. Nawet te, które mają czas ochronny. W łowieckim kalendarzu są przecież obok okresów przyzwalających na łowy, również czasy azylu – dla jeleni, borsuków, dzików, lisów, saren czy bażantów. Nie przestrzega się prawa, a dla głównej bohaterki sama reglamentacja jest absurdalna – dlaczego jeden dzień różnicy czyni śmierć legalną bądź bezprawną?

Duszejko, kobieta 60-letnia, nierdzenna, samotna, nie pojmuje oczywistości. Razi ją to, na co większość jest znieczulona. Protestuje, odwołuje się do empatii i litości, szuka – daremnie – wsparcia na komisariacie. A władza też ludzie, też sobie lubi zapolować, powycinać i „czynić ziemię poddaną”. Duszejko wie, że mają ją za starą (1) natrętną (2) wariatkę (3). Ten poćwiartowany jeleń na rysunku z plakatu wytatuowany jest słowami, którymi Duszejko mogłaby skwitować to, co obserwuje: immorality, corruption,  greed,  ruthlessness,  cruelty, stupidity, gluttony, hypocrisy. Niemoralność, korupcja, chciwość, bezwzględność, okrucieństwo, głupota, żarłoczność,  hipokryzja. Na krawędzi desperacji łatwo o impuls zemsty.

Duszejko jest mądrą wiedźmą, wie swoje i swoje czuje. Można by o niej powiedzieć to, co ona mówi o Dobrej Nowinie (bohaterce drugiego planu): „jest jak jabłoń, która nie pyta się buka jak rosnąć”. Holland, zapytana w wywiadzie, co łączy tę postać z bohaterami jej poprzednich filmów, mówi że: „złożoność postaw, ekstremalizm wyborów, szaleńczy bunt przeciwko większości, ekspresja bezsilności. Wszyscy [Rimbaud, Socha, Palach] czują się reprezentantami świata, który nie ma żadnych możliwości, żeby się bronić. Ich bunt można podciągnąć pod formę terroryzmu. A terroryzm – skąd się bierze i dlaczego jest – ciekawi mnie przynajmniej od czasu Gorączki.”

No tak, szlachetna terrorystka, do której lgną inne dobre dusze, również zdegustowane tym, że władza jest w niewłaściwych rękach, że dobro jest bezsilne, i że trzeba wziąć stery w swoje ręce, bo w naprawianiu świata nikt nas nie wyręczy.

Otóż – intryga kryminalna, radykalizm zemsty, w ogóle: ideowość tego filmu są czymś, co biorę w pakiecie, ale bez przekonania. Prawda, że zadawanie śmierci żywym istotom jest uzurpacją. Żyjemy w świecie, który wyposażył naszą mentalność w hipokryzję – „mięsko” widzimy w oderwaniu od procesu przetwarzania go z kogoś, kto żył. Nawet przekonujemy się wzajemnie, że to biblijny nakaz, a nie cywilizacyjny nawyk. Dobrze, że Pokot stawia temat radykalniej, lecz sama nie wiem, na ile jest radykalny. Duszejko totalnie odebrałaby prawa do zabijania. Czy o to tu chodzi? Czy może o większą świadomość. Mogę tę koncepcję przyjąć jedynie dzięki słowom Wiktora Zborowskiego (z wywiadu): „To nie jest opowieść o zemście, o braku sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. To opowieść o zaniku czułości wobec ludzi, zwierząt, roślin, tego wszystkiego, co żyje. To jest krzyk w poszukiwaniu ginącej czułości.”

To, co udane, to gra zmiennymi konwencjami. Bo to jak podają źródła: i baśń, i thriller. A jeszcze ważniejsza okazuje się groteska. Słowem: choć w poglądach wiele przegięć, to są one podane z dużą dawką umowności. Gdy zaprzyjaźniony entomolog mówi o holocauście żuczków, to owszem, przekonuje tym Duszejko, ale to przecież nie na serio! Groteskowy jest listonosz. Świetny jest Dyzio grany przez Jakuba Gierszała (moja najulubieńsza postać!). Odmieniec, naznaczony padaczką. Wykluczenie – smutna sprawa, ale już inne maniactwa Dyzia są uroczo zabawne, a scena, w której wraz z Duszejko tłumaczą w konspiracji Blake`a zasługuje na nagrodę w kategorii: „pisarz w filmie”. Absolutnie rewelacyjny jest Wiktor Zborowski jako Świętopełk Świerczyński, któremu Duszejko zdiagnozowała „testosteronowy autyzm”. Z groteską bywa zabawnie, lecz choć przewrotna, to nie aż tak, by nie przebiło jej życie. Podobno w kręceniu filmu pomogło lokalne koło łowieckie. Podobno było świadome, że to jest film, w którym nie kocha się polowań.

Tak wyszło, że nie napisałam niczego o Agnieszce Mandat. A zasługiwałaby na oddzielny wpis, bo udało jej się wprowadzić prawdę w to, co literacko jest chyba mniej wiarygodne. Wyznam, że wciąż nie jestem do końca przekonana do fabuł Olgi Tokarczuk. Nie znam monumentalnych Ksiąg Jakubowych, więc wypowiadam się jak laik. Lubię Prawiek... i Biegunów, lecz nie zapadają mi te narracje w pamięć. Prowadź swój pług przez kości umarłych też do mojej wyobraźni nie trafia. Agnieszka Holland twierdzi, że ta proza jest filmowa. Ona wie lepiej niż ja. Ja bym na to nie wpadła.

excentrycy

Weekend minął filmowo i kiwa się tamaryszek jak osioł nad żłobem – tu owies, tam siano.
Excentrycy zarazili mnie swingiem, a choroba to pogodna, choć przewlekła. Austriackie kino wbiło mnie w fotel i zakneblowało usta. Mogę więc tylko zaanonsować. Gdy Widzę, widzę (Ich seh, Ich seh) wejdzie na ekrany (12.02), idźcie koniecznie. Niekoniecznie z dziećmi i w nie najtrudniejszy dzień. Bez żadnego rozczytywania się co do treści. Idźcie w ciemno. Lub wyślijcie kogoś, kto za dużo gada, a na trochę zamilknie. Ja natomiast zmieszałam dwa powyższe składniki z trzecim i obejrzałam trzygodzinną Nienawistną ósemkę. Tak więc wygląda mój wybór: o swingu pisać czy o łowcach głów? Oby się nie skończyło jak z tym osłem, co zdechł, nie mogąc się zdecydować. Zacznę alfabetycznie.

Excentrycy

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy, reż. Janusz Majewski, Polska 2015.

Wiem z zaprzyjaźnionego bloga, że jeśli ktoś czytał książkę Włodzimierza Kowalewskiego, to oczekiwania może mieć zawyżone. Ale rozczarować się nie sposób. Bo książka to sztuka słowa, a jazz to jednak lubi trochę wybrzmieć. Choćby więc intryga nie uwiodła tajemnicą albo coś się wydało widzowi bardziej przewidywalne niż bohaterowi tej fabuły, to i tak przejdzie suchą nogą na słoneczną stronę ulicy.

If I never have a cent
I’ll be rich as Rockefeller
Gold dust at my feet
On the sunny side of the street

Ustalmy więc, że niewiele trzeba, by mieć wszystko. W kraju rządzi Gomułka, co trudno uznać za dobry omen, choć propaganda początku mizdrzy się, by stawiać na „otwarcie”. Stąd zielone światło dla anglojęzycznych tekstów i dźwięków niemarszowych. Tyle ma człowiek wolności, ile jej sobie uszczknie lub odgrodzi. Każdy skrobie własną rzepkę. A że wolność lubi fale wspólnej improwizacji, więc jazz band w Ciechocinku robi furorę! Od jednej blachy, przez wąski krąg, do teamu, którego muzy słuchają tłumy. I w tym nadzieja, że lekkość swingu rozwala polityczny beton, bez konfrontacji i szańców.

Maciej Stuhr jako Fabian. ExcentrycyZaczynem jest Fabian (Maciej Stuhr), grający na puzonie, wokalista i dyrygent. Z Fabianem to nie wiadomo co i jak, bo wraca do kraju z Anglii w 1957, w dodatku bez nylonów i kawy, co czyni go dziwakiem, ekscentrykiem jak nie gorzej. Trudno się dziwić, że co rusz przyciąga nawiedzonych posłańców z pilną informacją jakoby „w nieodległej wsi płonęła dzwonnica, ale nie widać dymu”. Minie półtorej godziny (seansu), nim Fabian pojmie, że to hasło czekające na odzew – tak dalece jest apolityczny. Odnotujmy jednak: ani jazz, ani wolność apolityczne nie były nigdy (jak dotąd).

Wraz z pakietem swingowych standardów – I`ve got you under my skin, Chattanooga Choo Choo, St. James Infirmary Blues – zjawia się miłość. Rzecz jasna (i dość powszechna) niekoniecznie w postaci czystej, bliższa z jednej strony zaczadzeniu, z drugiej – manipulacji. Ten wątek jest co prawda pierwszoplanowy, lecz nie najbardziej ujmujący. Trzymają go w ryzach aktorzy. Pełen wdzięku Maciej Stuhr i konsekwentnie zdolna Natalia Rybicka. Jeśli ktoś podważy atuty, które przypisałam im obojgu, najpewniej będzie się czepiał o niejedno. Ja to łykam z apetytem. Choć perukę Ms. Modeście Nowak zdjęłabym wcześniej.

Crème de la crème ciechocińskiej opowieści tworzą miejscowi odmieńcy: stroiciel fortepianów pan Zuppe (Wojciech Pszoniak) i socjalistyczna abnegatka, „aspołeczna” Bayerowa (Anna Dymna). Nie chcę tu wartościować, kto jest od kogo ważniejszy. Jak w jazz bandzie – liczy się każda wygrana nuta i cały zespół Excentryków dobrze ze sobą współgra. Ci dwoje interesują mnie szczególnie i nie ma szans, by wypadli z mojej pamięci.

Pszoniak - Zuppe. ExcentrycyZuppe jest obsesyjnym homofobem (wiem, to pleonazm). Lubi pogawędki i wchodzi w nie z monotematycznym refrenem: „wszyscy polscy pisarze to pederaści”. Teza mocno parszywa, lecz tak podszyta ironią, rozświetlona końcowym wyznaniem, i tak mistrzowsko wsparta analizą tekstów, że naprawdę zabawna. Oj, bez kontekstu filmu nie brzmi to dobrze. Kto jednak wysłucha Pszoniaka, szukającego – jak głodny chleba – afirmacji homoerotyzmu u Mickiewicza czy Leśmiana, ten wie, o jaki absurd to się ociera (tfu, słowo się przyczepiło). Wie, że czarne jest białe, a białe czarne. 

Dymna - Bayerowa. ExcentrycyBayerowa, w świecie, który już minął, była postacią pełnokrwistą. Teraz niechętnie wychodzi z cienia. Wyleguje się w łóżku i chowa głowę pod kołdrę, gdy słyszy dzwonek u drzwi. Nie da się jej ubarwić widoczków, bo wie, że kolory przepędzono. Zostawia nam istotne memento, by uważać na słowa. Sama nader często mawia, że – excuse moi – „wszyscy mamy przesrane”. Coś jakby w złą godzinę to rzekła, bo niebawem władza ludowa uspołeczni ją w sektorze usług higienicznych. Wykrakała sobie rolę klozetowej babci. Więc: uważaj, co mówisz, może się spełnić. Inna rzecz to słowa Anny Dymnej w wywiadzie. „- Warto być 45 lat aktorką, żeby zagrać taką scenę w sraczu. Super scena. – To nie jest tak, że gram wulgarną babę. Ja wiem, jak ona cierpi”. Oboje, Pszoniak i Dymna, wcielają się w postaci, które nadwrażliwcom mogą się wydawać brudne. I oboje je uczłowieczają do tego stopnia, że Bayerową i Zuppe da się lubić, nawet za nimi zatęsknić.

Bohosiewicz - Wanda. ExcentrycySonia Bohosiewicz rwie zęby i śpiewa. Zębów bym nie dała w opiekę, ale słucham z przyjemnością. Najpiękniejsze jest jej osadzenie na drugim planie, z którego ani na moment nie próbuje wychynąć, aż człowiek sam za nią biegnie na tyły. Przypomina, jaką moc ma niesprzedajność. I dobrze, że jej od tej klasy poznikały wrzody. Należało się.
Jedno zdanie o planie trzecim, na którym Sonia Smołokowska (Róża) śpiewa moją ulubioną piosenkę z tego filmu: Bei mir bist du schön.

Excentrycy wywieźli z Gdyni Srebrne Lwy, ale krytyka ich nie hołubi. Oczywiście, można zbudować tysiąc ataków inspirowanych jedną myślą, że nie jest to arcydzieło. Trafiłam nawet na zarzut, że Excentrycy nie śmieszą tak jak CK Dezerterzy. Trudno, środa nie jest czwartkiem. Ale nikomu nie zaszkodzi rozpogodzić się swingiem (póki jeszcze nie grają marszy i hymnów). Film do wielokrotnego oglądu i odsłuchu. Tym bardziej, że znajomość fabuły przy kolejnym – może już domowym – seansie nie zgasi zabawy i radości z epizodzików.