Archiwa tagu: wolność

wywrotka

„Życie często rozgrywa się w dwóch setach: najpierw cię usypia, dając ci złudzenie, że nad wszystkim panujesz, a w drugiej części meczu, gdy widzi, że jesteś już rozluźniony i bezbronny, przypuszcza kolejny atak i niszczy cię do szczętu”.
(Virginie Despentes, Vernon Subutex. Tom 1)

Jedna rzecz to to, że tyle mam w głowie tekstów, filmów, o których chciałam napisać, że już mi się mieszają. Nie wszystkie motylki wkłuję do gablotki, niektóre będą sobie fruwać dalej. By nie pozwolić na ulotnienie się zbyt wielu, sięgnę po trik łączenia w grupy, a co za tym idzie: obcinania co nie pasuje i wybiórczego koncentrowania się na tym, co wspólne. 

Druga rzecz – no nie wiem, wierzyć w znaki? Dlaczegóż to gdzie nie spojrzę, tam wywrotka? Temu się kończy miłość, tamtemu zdrowie, komuś innemu praca. Niektórym wszystko naraz. Mam ochotę zapakować się w zbroję ze stali nierdzewnej, by mnie nie dźgnęło. A różne znaki na ziemi i na niebie przemawiają złowieszczo. Do siebie brać, czy wyluzować? Bohater powieści Virginie Despentes (którego wezmę pod lupę kiedy indziej), po 25 latach prowadzenia sklepu muzycznego „Rewolwer” ląduje na bruku. Ma na karku cztery dychy (prawie pięć), w oczach błysk, w głowie historię rocka, w „adresowniku” namiar na dziesiątki kumpli i setki eksprzyjaciółek, a mimo to: ulica i to nie każda, bo nie ma samowolki w świecie bezdomnych. Mówi się, że ZMIANA to wartość sama w sobie – szansa, wyjście ze strefy komfortu, wyzwanie. Eeee… No, też mi, ale gdzieeee… Naocznie widać, że nie każda zmiana dobra.

„W obliczu katastrofy Vernon trzyma się pewnych zasad: zachowuje się jak facet, który nie zauważył niczego szczególnego. Patrzył, jak wszystko wokół zapada się w zwolnionym tempie, a potem proces destrukcji uległ przyspieszeniu. Postanowił jednak być obojętny i zachować fason.”

W najlepszych z obejrzanych w sierpniu filmach zachodzi analogia.

Komuna

Anna (Trine Dyrholm) jest dziennikarką telewizyjną, piękną, spełnioną 40-letnią kobietą. Z mężem i córką przy boku, i jeszcze z dużym domem, który mąż właśnie otrzymał w spadku. Dom tak ogromny, że zginęliby w nim we troje, więc Anna – mająca chęć na coś nowego – rzuca pomysł: załóżmy komunę. Na plakacie doborowe towarzystwo, pod jednym dachem dzielące się posiłkami, organizacją codzienności i mniej lub bardziej spektakularnymi przypadkami, które podsuwa im los. Anna w środku, w niebieskim golfie, promienna. 

Nie da się oddzielić tego, co przydarzy się jej rodzinie, od tego, co wydaje się tematem głównym filmu Vinterberga (komuna). Zniknęła gdzieś prywatność, możliwość ukrycia przed światem bólu, wyjścia z foremki radzącej sobie ze wszystkim dojrzałej kobiety. Ani poryczeć w poduszkę przez tydzień, ani zapić do imentu, ani potrzaskać talerzy i kubków, bo bractwo przecież musi na czymś jeść. W pracy też lustra, kamery i milionowa publiczność. 

Na czym polega wywrotka? Ano na tym, że mąż się zakochał. W dwudziestolatce, podobnej do Anny jak kropla do kropli, tylko oczy ma piwne, nie niebieskie. I lat o dwadzieścia mniej. Proszę sobie wyobrazić taką scenę, gdy siedzą obie na ławce: Anna przyjęła strategię akceptacji nieuchronnego, więc próbuje polubić Emmę, która też z szacunkiem wyznaje: zawsze panią podziwiałam, OD DZIECKA (!). Nawiązuje do tego, że od berbecia oglądała ją na szklanym ekranie. Dziecko wyrosło i zabrało jej faceta, cóż. Jeden domownik więcej. Wywrotka w miłości pociąga za sobą kilka innych, bo nieszczęścia chodzą jak nie w parach, to stadem. 

Mniejsza o perypetie, zatrzymam się na jedne scenie: Erik wyznaje Annie, że jest jakaś „ona”, że coś się zmieniło. Noc, bliskość, niczego niepodejrzewająca Anna, bezpieczna przy Eriku i odprężona. Erik gnieciony w środku dyskomfortem sytuacji. Anna w samym centrum katastrofy. Jak reaguje? A jak może zareagować? Ma zamienić miłość w nienawiść? Założyć mundur asertywnej mścicielki? Rozpłakać się i zaklinając rzeczywistość, oczekiwać, że wyznanie było żartem? Szantażować? Nie wiem, co jeszcze mogłaby zrobić, ale robi to, co doskonale rozumiem. Z kosmiczną empatią wspiera Erika, któremu jest niezręcznie. Przecież nadal go kocha i jeśli wszystko się zmieni, to jedno nie. Jakby problem był wciąż czymś wspólnym, co ich łączy. Erik natomiast właśnie zrzucił z serca stukilowy głaz. Leciutko mu się zrobiło, więc ciągnie dalej: wiesz, ale nie będę mógł z tobą spać. Uważam, że to kluczowa scena filmu.

Wszystko, co dalej wydarzy się Erikowi i Annie zostało rozpisane w tej wymianie zdań. To, że Erik uwierzył, że to się dzieje poza nim, że „zakochało mu się” i w sumie: i szczęśliwy jest, i biedny, bo przecież znokautować Anny nie chciał. To, że coraz śmielej będzie wprowadzał Emmę w swoje życie, już nie wnikając w emocje Anny. To że uwierzyli oboje w dojrzałość Anny, nie biorąc pod uwagę, że strata miłości (jeszcze w tym momencie nieuświadomiona, więc w stanie hibernacji), będzie destrukcyjną torpedą. Nie do udźwignięcia. Chyba że… zacznie się coś naprawdę od nowa. Tu sytuacja przypomina drugi film: Co przynosi przyszłość. Rzecz w tym, że „nowe” nie oznacza tu nowej oferty (miłości, pracy, pomocnej dłoni), lecz decyzję, by ruszyć bez asekuracji w coś, co wydaje się pustką (oby nie). Komuna to film Trine Dyrholm, dostała za rolę Anny Srebrnego Niedźwiedzia. Absolutnie zasłużenie.

Co przynosi przyszłość

Nathalie ma lat mniej więcej tyle co Anna. Uczy filozofii francuskich licealistów. Tak jak jej mąż, z którym dogadują się od lat. W jej życiu wiele jest punktów stałych, niekoniecznie wygodnych, lecz zaakceptowanych i przyprawionych tym, co lubi najbardziej. Bo Nathalie wie, co lubi. Wie, co myśli, co jest dla niej ważne. Gdyby się pogubiła, wiedziałaby, od czego zacząć rozpoznanie. 

A konkretnie: lubi uczyć i łączyć filozofię z życiem. Ma dwoje dzieci, które wyfruwają z gniazda i którym daje dużo wolności. Jest na każde wezwanie swej chorującej na depresję matki. Przewidywalność to – rzecz jasna – pozory, bo ani prywatność, ani świat wokół Nathalie nie zastygają w jednej formie. Mąż odejdzie do innej. Jedno po drugim zobowiązanie zamieni się w wolność, która może ciążyć, może przynosić lekkość. Nathalie umie ją unieść.

Bardzo mi się ten film podobał (obejrzałam dwa razy), ale nikogo nie namawiam, nie zapewniam, że fajny, że ma takie nie inne przesłanie. Wiele zależy od tego, jak łączy się epizody i jaką nadaje się im wagę. Tym, co scala tę historię jest postać. Można powiedzieć: rola Isabelle Huppert. Nie mogłam oderwać oczu od drobnej, dynamicznie przemieszczającej się, wciąż będącej w drodze Nathalie. Jest niejednoznaczna, wcale nie wiem, czy dobra z niej córka, matka, żona czy wcale nie. Nauczycielką jest świetną, zdecydowanie. Nie muszę jej oceniać. Fascynuje mnie spójność, wierność sobie. To, że wywrotka, choć sporo jej zabiera, nie niszczy jej. 

Jest wytrącona z równowagi: śmiercią matki, słowami męża, nadszarpnięciem zawodowej pozycji, rozbieżnością w podejściu do życia jej ulubionego ucznia. Jest krucha. Jeśli mówię, że zna odpowiedzi i umie podjąć decyzję, to powinnam dodać, że jej odpowiedzi są otwarte. Swoją drogą: odważnie (po francusku) reżyserka aplikuje widzowi sporo cytatów z filozoficznych ksiąg. Zwróciłam uwagę szczególnie na ten odczytany podczas pogrzebu. O niepewności, która jest kwintesencją ludzkiego życia. O ile łatwiej byłoby wiedzieć coś na pewno. Tymczasem żyjemy wśród przypuszczeń i założeń – gdy chodzi o to, czy istnieje Bóg (wspomniany cytat) lub gdy pytamy, co jest trwałe, co przelotne.

I pomimo tej kruchości, niepewności i braku podpórek Nathalie wcale nie zawalił się świat. Siła w tym, że akceptuje zdarzenia i niezwykle szybko przechodzi do działania. Coś zakończy, przetnie, postawi kropkę. Do niczego się nie nagina. Nie szuka nowej miłości, nie angażuje się w żaden ruch, by zagłuszyć samotność. I właśnie w ten sposób przychodzi do niej przyszłość. Odsłaniając tylko tyle, co jest teraz.

Też Srebrny Niedźwiedź z tego roku, dla reżyserki. 

Co przynosi przyszłość (L’avenir), reż. Mia Hansen-Løve, Francja 2016
Komuna (
Kollektivet). reż. Thomas Vinterberg, Dania, Szwecja, Holandia 2016

skucha

Jacek Hugo-Bader, Skucha, Wydawnictwo Czarne, 2016
skucha

Czytałam miesiąc temu. Pierwszy czerwcowy weekend jest najlepszym z możliwych terminów, by o Skusze mówić i po nią sięgać. Powtórzyć pytanie i bardzo uważnie wysłuchać odpowiedzi tych, których na bohaterów wybrał Hugo-Bader. „Jak ci się żyje w Polsce, którą sobie sam wywalczyłeś?” Książka dotyczy konfrontacji z minionym 25-leciem. Jest lustrem podstawionym nam wszystkim, takim, jakimi dziś jesteśmy, o skrajnie różnych diagnozach polskiej rzeczywistości, o innym zapleczu emocji, które nami rządzą, innym zapotrzebowaniu na wolność i różnym natężeniu głodu wyrównywania rachunków. 

Warto czytać, bez dwóch zdań. Choć lektura nieco dźga i smakuje gorzko. 

Piszę (przełamując zramolenie) także dlatego, że naziemne życie książek trwa dziś zbyt krótko. Naziemne, czyli medialne, promocyjne, rozgrywane w czasie gorącej percepcji tekstu przez szerszą społeczność. Owszem, Hugo-Bader pisze reportaże, które się zauważa. I na tematy nieobojętne. A mimo to – wydaje mi się, że nagłośnienie powinno tu być dłuższe i wyrazistsze. Oczywiście, poza życiem naziemnym jest egzystencja podskórna, nurt głębinowy, póki co nie do zdiagnozowania. Podskórność jest niezależna od mody i bieżących motywacji. Nią się nie martwię. Natomiast szybkie znikanie gorących tytułów z publicznej wokandy przeraża mnie. Tym bardziej, że jest to dyktat kolejnych książek proszących o literackie bycie. Ludzie za dużo piszą, wydawcy za szybko wydają, czytelnicza przemiana materii niestety nie przyspiesza, a  koniunktura czytelnicza jest jaka jest.

Otóż, Jacek Hugo-Bader pracuje nad tryptykiem, który Skucha zwiastuje, będąc jego częścią drugą. W planach są Ćwiara i Refluks. Skuchę pisał 22 lata. Zaczął pięć lat po zwycięstwie opozycji w 1989 r. Wracał, gromadził materiał, przeprowadzał rozmowy i wreszcie nadał projektowi kształt reporterskiej książki. Ma dar przekonywania do swych pomysłów i chyba żadna promocja nie znaczy tyle, co rozmowa z Hugo-Baderem. Inteligencko-zawadiacki ton, bezpośredniość, błyskawiczne tworzenie więzi ze słuchaczem, gawędziarstwo. Celne ukłucia szpilą, niecenzuralne akcenty. Wróciłam do nagrania Z najwyższej półki (polecam), w którym Trójka wypikowała „przerywniki”, na szczęście piknięcia słychać. Rekomendacja Hugo-Badera jest tak silna, że lekko przyćmiła mi książkę, łudząc przejrzystym konceptem, który się zmącił  w czytaniu*.

Założenia do Skuchy były następujące. Wybrać ludzi, którzy walczyli o wolną Polskę i spytać ich, jak  tę wolność wykorzystali. Tylko kogo pytać? Selekcja ma znaczenie. Wybór padł na MKK (Międzyzakładowy Komitet Koordynacyjny NSZZ „Solidarność”), zwany też Firmą. Jedną z wielu podziemnych organizacji z lat „wojny jaruzelskiej”. Tę, w ramach której działał Hugo-Bader. A potem zawężenie kolejne: tylko ci, których autor znał osobiście, czyli „koledzy z partyzantki”. Jasna rzecz, że to, co mogłoby być ułatwieniem, było utrudnieniem.

Jeśli komuś się zdaje, że krąg 20 ludzi jest niereprezentatywny, zmieni zdanie diametralnie. Ci, którzy siedem trudnych lat szli w tym samym kierunku, po odzyskaniu wolności rozproszyli się promieniście. Wtedy byli młodzi (Kolumbowie, rocznik 50.). Lata, które upłynęły od 1989, to esencja ich dorosłego życia. Były sukcesem lub porażką, czymś zależnym od nich i czymś, w co zostali wmanewrowani lub co po prostu było ceną, jaką płaci się za wcześniejsze wybory.

„Wśród polskich konspiratorów przedostatniej dekady XX wieku panuje bezwstydnie egalitarny duch. Mamy tu arystokratów i chuliganów, takich, w których żyłach płynie błękitna krew, i takich, u których jest to roztwór pół na pół z bimbrem; takich, którzy mają siedem klas, i takich z doktoratami; ludzi, którzy piszą uczone eseje o rewolucji francuskiej, wolności, równości i braterstwie, i ludzi, którym Komuna Paryska kojarzy się tyko z placem na warszawskim Żoliborzu”. Tych, którym przypadną w udziale ministerialne teki i tych, którzy zostaną bezrobotni, bezdomni i pominięci nawet przy świętowaniu rocznic.

Mówi Hugo-Bader w rozmowie – wybrałem gladiatorów, buntowników, herosów. Ale czas zrobił z nimi swoje. Poturbował, zranił lub choćby postarzał. A z wiekiem coraz trudniej jest konfrontować się z tym, co boli. Człowiek robi się kruchy, bezradny. Wie, że już nie wyprostuje, nie naprawi, nie wymyśli sam siebie na nowo. Zostaje bagaż, który kilkakrotnie, w tym również w tytule, jest określany jako SKUCHA.

Dawno nie miałam w ręku tak gorzkiej opowieści. Szalenie interesującej, bo ludzie, którzy się tu pojawiają są nietuzinkowi. Żyją intensywnie, ryzykancko, czasem awanturniczo. I z jednej strony (tej społecznej) Skucha jest wnikliwą diagnozą dzisiejszych rozczarowań i wczorajszych błędów. Niedoraźną, niesłużącą zbijaniu kapitału jakiejkolwiek partii, lecz pytającą o los generacji. Żeby nie wykrzywiać intencji, dodam, że Skucha nie lansuje „Polski w ruinie” i tego typu populistycznych głupot. Tytułowy błąd nie jest wytykany żadnym „onym”, tylko sobie i nam. Hugo-Bader, skądinąd podkreślający, że należy do tych zadowolonych z życia, nie odcina się od przeoczeń. Z rozmowy w Trójce:To jest także nasza skucha. Również moja, bo jestem elementem mozaiki. O tyle ważnym, że jako reporter opisuję społeczeństwo i mam obowiązek pokazywania miejsc bolących. A ja se, kurwa, opisywałem to, co na Kołymie czy na Dalekim Wschodzie, Wietnam i Mongolię opisywałem. No, Michał, kurde balans”. Wina, nie-wina. Poczucie, że nie wszystko jest ok. I solidarnie za to odpowiadamy. 

Z drugiej strony – Skucha ma wymiar uniwersalny, bo zderza czytelnika dowolnej generacji najpierw z mitem na temat tego, o co w życiu chodzi i że robimy, co trzeba, by to osiągnąć, a potem z deziluzją i smutkiem. Mam wrażenie, że wszystko, na co patrzy się z takiej nostalgicznej perspektywy jest zaprawione posmakiem gorzkich migdałów.

***

Kłopoty z nadmiarem koncepcji

Teraz, gdy książka wraca do mnie już przeczytana, widzę zdecydowanie pełniej niż wtedy, gdy się gubiłam w tropach. Doceniam, polecam, zapamiętam. W trakcie lektury miałam wrażenie nadmiaru.  Bo Hugo-Bader pisze literacko i ma 1001 pomysłów na dobudowanie drugiego dna. 

Tekst podzielony jest na trzy części: 1) Kolumbowie, rocznik 50., 2) Siedem lat w trumnie, 3) Początek świata szwoleżerów. Świetne, intertekstualne tytuły (aluzje do książek Bratnego i Brandysa). Potem każda z części rozpada się na kilkadziesiąt rozdzialików. Większość z metaforycznym nagłówkiem. To każe główkować, łączyć, tropić. W sumie – rozprasza. Z każdym z bohaterów przebywa się króciutko, każda postać wielokrotnie wraca, trzeba ją sobie poskładać z fragmentów. Bohaterów jest wielu i zanim człowiek wsiąknie, może się zgubić. Jest kilku Andrzejów, trzy Ewy (w tym jedna, która była Markiem), jest Michał zwany Tomkiem, Fred zwany Tolkiem, Staś zwany Adamem i w ogóle, prawie wszyscy mają pseudonimy. To raz.

Dwa – materiały są z różnych lat. Z rozmów bezpośrednich, z blogów i wpisów internetowych (tam, gdzie obrażeni na rzeczywistość bohaterowie odmówili rozmowy), z reportażu napisanego w 2009, teraz na nowo posklejanego, wreszcie z kompilacji kilku osób w jedną etc.

Do tego dorzućmy pomysły Hugo-Badera na lejtmotywy przeplatające opowieść, wypływające raz po raz na powierzchnię. Lejtmotyw tytułowej „skuchy”. Albo psów – często podniesionych do rangi metaforycznego odpowiednika ludzkiego losu. W ogóle: ktoś powinien napisać o Skusze, śledząc wtrącenia o pieskim życiu. Poza tym – motyw poturbowania i epigońskiej potrzeby walki. Widoczny niemal w każdej historii. To trzy.

Cztery – wtrącenia metaliterackie, czyli uwagi reportera o pisaniu reportażu. Owszem, reporter jest jednym z bohaterów, kimś przynależnym do świata opowieści. I te uwagi są ciekawe. Ale rozgrywają się na dobudowanym piętrze.

Wszystko ok, zgodne z hybrydyczną naturą gatunku i zasadami sztuki. Pomysłów na łączenie i zestawianie z sobą puzzli jest tyle, że można by Skuchę czytać po wielokroć. Tym bardziej, że jeśli jedną z wielu koncepcji pominiemy, to coś zazgrzyta. Np. rozdział o psich kupach bez odniesienia do wielokrotnych „pieskich aluzji” wydaje się ciałem obcym. Jeśli nie wyjaśnimy sobie, dlaczego wszystkie rozdziały o Michale Bonim mają w tytule „tajemnica”, może irytować ta powtórka etc. 

Nie twierdzę, że bogactwo pomysłów jest złem. Mówię tylko, że czytało się kłopotliwie.

***

Jakby nie było, opowieść Hugo-Badera ma niesamowitą moc. Historie, z których każda wywołuje dreszcze (podziwu, bólu, smutku), są katalogiem portretów. Właściwie nie katalogiem, lecz kolejnymi warstwami, dzięki którym portret pokolenia nabiera wyrazistości. Skucha zostaje ze mną w tych indywidualnych losach, w tytule, który – niestety – jest niezwykle trafiony, i w diagnozie, otwierającej oczy, uszy i myśli na ludzi, których przytłacza rozczarowanie i z napędu frustracji są gotowi na wiele lub niepokojąco bezsilni.

zniewolony

Zniewolony (12 Years a Slave), reż. Steve McQueen, USA, Wielka Brytania 2013

Zniewolony. plakatNawet tytuł jest słaby. Zwłaszcza w wersji oryginalnej. Kto się dobrze wczyta, już nie musi oglądać. Dwanaście lat, czyli bardzo określony interwał czasu. Musiał być początek. Solomon Northup to wolny czarny mężczyzna, któremu ktoś narzuci niewolę – łatwo domniemać, że wystarczy wywieźć go na Południe, wmówić nową tożsamość, nowy status przylgnie do niego „samoprzylepnie”. Będzie tuzin trudnych lat. I nadejdzie wyzwolenie.
Głupio się ogląda historię, która ma zaprogramowany dobry koniec. Podskórnie liczę na jakąś przewrotkę, ale daremnie. Gdy Solomon cierpi, tęskni i źle mu w niewoli, chciałoby się mu podpowiedzieć: spoko, jeszcze chwilka, złe minie, znów będziesz sobie pan.

Chwilka-nie-chwilka… 133 minuty, o sto za dużo. A gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że aż o sto trzydzieści trzy.

Czułam pismo nosem. Co nowego można powiedzieć o niewolnictwie, o racji abolicjonistów, o podłości wszelkiej maści „panów”? Niby nic. Ale to właśnie rodzi nadzieję, że jeśli za temat weźmie się fachman (Steve McQueen!!!), to przeorze pole pod nowe żniwa. Rany! Porażka na całej linii. Pierwszą ćwiartkę filmu traktowałam jak wprowadzenie do „rewolucji”, drugą – jak stymulację oczekiwań widza, przewrotną ciszę przed burzą. Potem światełka gasły, bo co z tego, że finał coś zmieni, jeśli przez dwie godziny nudzę się i nie mogę wzruszyć nawet spektakularną sceną bicia czy popisu wredoty. Czy muszę dodawać, że nawet finał był o smaku landrynki?

Na plakacie dewiza: „Człowiek wolny pozostanie nim na zawsze”. Myślisz, że to tylko chwytliwy trick dystrybutora? A to sedno pomysłu. Jednowymiarowy ton, obraz bez cieniowania, więc bez głębi. Solomon Northup ma śliczną żonę, słodką córeczkę, żwawego syneczka i talent do gry na skrzypcach. Ile ma, tyle traci – prócz godności. Napotyka oszustów, tchórzy, białe buraczane typki spod ciemnej gwiazdy… Dostaje cios i wstaje jakby miał przy podeszwach sprężynki. Murzyn (zostawiam to słowo, by dostroić się do czasów sprzed Lincolna), który posmakował wolności, nigdy jej nie utraci. Czy mam coś przeciwko tej myśli? Nic poza tym, że to nie jest myśl, lecz wishful thinking

Można polecić seans Zniewolonego wszystkim sympatykom kultowego serialu Isaura. W roli Leoncia – Michael Fassbender. Niewolnica ma na imię Patsey, jest bawełnianym stachanowcem (500 funtow zbioru dziennie – 250 % normy). Znosi pożądanie pana, zazdrość pani, baty, brud i znój. Nie wiem, jak to możliwe, ale ten stuprocentowy szturm na wzruszenia zamroził moją empatię na amen. Pewnie, że plecy w pręgach i czyjeś prawo do mydełka każą mi stawiać raczej na czarne niż na białe. Na pewno niejeden psychopata korzystał z praw do „własności” w podobny sposób. Co nie zmienia mojego podejrzenia, że jednak dzielenie świata na białe i czarne, dobre i złe, zdolne do głębokich humanistycznych uczuć i wyzbyte tej zdolności… jest grubo przesadzone. 

Nie ma szlachetnych białych? Są. Jak już, to na amen. Na przykład taki Kanadyjczyk Samuel (Brad Pitt!!! – nie wierzę, że Pittowi przeszły jego kwestie przez gardło bez żadnego szczękościsku). Gdy już niemal nie ma ratunku, by z południowej farmy skontaktować się z kimś, kto potwierdzi wolność głównego bohatera, pojawia się dzielny biały, który odważy się na dobry uczynek. Zanim cokolwiek zrobi, wygłosi exposé. Osiem grzybów w barszczu. Film nominowany do Oscara (dziewięć nominacji!), obdarowany Złotymi Globami, film twórcy tak arcydzielnych obrazów jak Głód czy Wstyd, odwołuje się do łopatologii i serialowej dublerki (słowo powtarza to, co mówi obraz). Nie dowierzam. Może ja miałam zły dzień? Może Ktoś pójdzie i się wzruszy? Jeśli tak, proszę o odzew. Pomoże mi to wyjść z konsternacji, w jaką popadłam po seansie. Zaczęłam mówić sama do siebie. Zadawać pytania retoryczne, chwytać się za głowę (ostatkiem sił powstrzymując się od wyrywania włosów – jestem typem pragmatycznym, nie będę inwestować w perukę). Opowieść poparta autopsją, podszyta potencjalnym wzruszeniem, nie porusza zupełnie. Nie ma napięcia. Emocje kumulują się w ziewaniu. Albo widz winny, albo scenariusz. Jako że nie będę przeprowadzać samokrytyki, więc obstawiam to drugie.

Szukam choć jednej sceny, która budzi moje emocje. I coś chyba mam.
Dwie sceny, paralelne. Solomon Northup wraz z kilkoma towarzyszami niedoli jest eskortowany na Południe. On sam jeszcze nie wierzy w to, co się dzieje. Żył jak człowiek wolny, więc ze zdziwieniem słucha, jak przestraszony Murzyn niemal modli się o interwencję swego pana. Inni powątpiewają, ale pan 
stawia się i wymusza uwolnienie swojej „własności”. Niewolnik przytula się do pana jak wierny sługa (piesek zabrzmialoby niefortunnie, prawda?).
Po dwunastu latach, gdy na farmę potwornego Edwina Eppsa (Fassbender) przybywa wezwany listem dawny przyjaciel, Solomon pada mu w ramiona. Wbrew temu, co sugeruje główna linia filmu (wolny duchem niewolnik jest zawsze wyprostowany), ten obraz unaocznia, że wolność przynosi ktoś drugi. Ktoś, kto usankcjonuje nasze mniemanie na swój temat. Kto zaświadczy. Wtulenie się w ramiona wybawcy przypomniało mi ww. scenę z początku. Co z niej wynika? Może nic poza symetrią kompozycji. A może to, że Solomon Northup poczuł na plecach ciężar zniewolenia, bezgraniczną wdzięczność za to, że otrzymuje coś, co kiedyś było jego bez niczyjej łaski. Trochę będzie miał do przepracowania, zanim wejdzie w stare buty. Jakie stare? Oczywiście nowe, tak jak koszula, tużurek (?) i kapelusz w soczystych kolorach wolności.

popełniono błędy

Jonathan Franzen, Wolność, Wydawnictwo Sonia Draga 2011.

Popełniono błędy, a jeden z nich mogę przypisać sobie. Minęło kilka tygodni, odkąd przeczytałam tę powieść – chcę o niej napisać, ale zgubiłam już świeżość odbioru. A odbiór był intensywny, zmienny, ostatnie sto stron (z ponad sześciuset) budziło silne emocje i –  wcale nie tak u mnie częste – zaciskanie kciuków za pomyślność. Czymkolwiek może być pomyślność, gdy wszystko, w co się wierzy i co się ceni, roztrzaskuje się na naszych oczach w drobny mak.

Tołstoj ujął rzecz sentencjonalnie: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.

Berglundowie mogliby taki napis umieścić nad frontowymi drzwiami swego domu na obrzeżach Saint Paul (Minnesota). Choć, niezupełnie. Bo po pierwsze: dopóki żyli tam razem, mieli na podorędziu pakiet złudzeń, dobrej wiary i energii. Nie zakładali złego scenariusza. A później, gdy każdy żył z osobna, odczuwali dotkliwość rodzinnych rozczarowań nierównomiernie i nawet nie w tym samym czasie. Każdy po swojemu. Walter, Patty, ich dzieci – Joey i Jessica.

Po drugie: nie przesadzajmy z tym nieszczęściem. Opowieść na swych głównych bohaterów wybiera silne, barwne osobowości. Walter – „człowiek bardziej zielony niż Greenpeace”, kochający Patty od czasów studenckich, niesamowicie monogamiczny i ogólnie prawy, szlachetnie pryncypialny facet. Patty – niegdyś sportsmenka (koszykarka), więc ukształtowana w duchu rywalizacji i dyscyplinie dążenia do celu, później „dobra mama”, życzliwa, pomysłowa, nigdy niemówiąca źle o innych.

Podczas jednej z rozmów telefonicznych z synem Joeyem (wówczas studentem) Patty pyta go, czy kłóci się ze swą dziewczyną.
„- Dlaczego mielibyśmy się kłócić? Ludzie się kłócą, gdy nie potrafią się dogadać.
– Nie, ludzie się kłócą, gdy się kochają, ale jednocześnie mają ukształtowane osobowości i żyją w realnym świecie”.

Realny świat wkracza w relacje, czy ktoś sobie tego życzy czy nie. Na przykład w ten sposób, że zaczyna brakować sił, na czyjeś słabości lub czyjąś doskonałość. Budzi się rozczarowanie, gdy dzieci, z którymi niedawno było się w przyjaźni, zaczynają widzieć w każdym geście ingerencję w ich terytorium – i oznajmiają, że niczego podobnego sobie nie życzą.

„– Twoja matka jest dziwną osobą, nie sądzisz?
– Jest mi jej żal, kiedy o niej myślę – oświadczyła Jessica – jeśli akurat nie jestem na nią wściekła. Jest tak inteligentna, a nigdy do niczego nie doszła, jedynie była dobrą mamą”.

Pojawiają się pęknięcia, tam gdzie do niedawna były dające się kontrolować rysy. Odzywa się pozornie spacyfikowany brak wiary w siebie. I ni stąd ni zowąd w życie wkracza Richard Katz.

Trzecia kluczowa postać. Nihilistycznie usposobiony rockman,  cynicznie komentujący świat i czerpiący z niego bez ograniczeń hedonistyczne uniesienia (głównie seksualne). Z Walterem i Patty przyjaźni się od czasów studenckich. On i Walter są jak awers i rewers, wszystko ich różni, ale lubią z sobą rozmawiać, zaprzyjaźnili się, gdy byli bardzo młodzi, a wzajemna lojalność i sympatia jest dla Patty czymś niepojętym. Dla Patty, dodajmy, która przed laty gotowa była dla Richarda porzucić uporządkowany świat. I to jej, niestety, nie przeszło wraz z upływem czasu.
A upłynęło lat dwadzieścia.

Jeśli więc mówić o nieszczęśliwej rodzinie, to nie dlatego, by ktoś kogoś krzywdził, zatruwał, lekceważył. To skutek popełnionych błędów, których – być może – nie dało się uniknąć. Czyżby właśnie dlatego, że jesteśmy wystarczająco wolni, by je popełnić?
„Możesz być biedny, ale nikt nie może odebrać ci wolności do spieprzenia sobie życia, jak tylko żywnie ci się podoba”. 

***
Chyba nie tak chciałam napisać, więc drę kartkę, wrzucam do kosza i zaczynam raz jeszcze.

Można powiedzieć: kwintesencja Ameryki, w wymiarze ogólnym i kameralnym. Najbardziej amerykański tekst, jaki dane mi było czytać. Początkowo budziło to we mnie dystans, a gdy dystans się skurczył – ciekawość, a potem podziw dla autora za umiejętne przeplatanie tego, co społeczne z tym, co prywatne, rodzinne. 

Może na tym polega „amerykańskość”? Na zagospodarowywaniu przestrzeni społecznej – tworzeniu więzi z sąsiadami, interesowaniu się lokalnymi problemami i regionalną polityką, potrzebie działania w pozarządowych organizacjach? Nie, to nie dominuje, ale – jest w pejzażu opowieści.

Akcja właściwa rozgrywa się w latach 2004 – 2010. Patty, Walter i Richard są po czterdziestce, dzieci zaczynają studiować (Joey swój pierwszy akademicki semestr przeżywa w Nowym Jorku w pamiętnym roku 2001). Poszczególne rozdziały wprowadzają uruchamiane w różnych momentach retrospekcje. Są lata 80., wraca w opisie dzieciństwa Patty dekada wcześniejsza. Gdy poznajemy korzenie rodzinne Waltera, sięgamy jeszcze głębiej wstecz. Ameryka w przekroju. Ważne, że widziana oczyma różnych generacji, bo zmieniają się także perspektywy narracji. Ciekawie uchwycił Franzen zmieniającą się mentalność społeczną dwudziestolatków.

Szerokie spektrum problemów.
Przede wszystkim mamy odsłonę ekologicznej wizji świata wg Waltera Berglunda. Dobrodusznego idealisty głoszącego idee ocierające się o skrajność (walka z przeludnieniem!, ochrona ptaków przed kotami, kompromis z przemysłem węglowym z perspektywą nasilonej rewitalizacji zniszczonych terenów etc.). Piękny ptak na okładce to lasówka niebieska. Naprawdę niejedno się robi, by i ona miała swoją wolność.

Ironicznie i demaskatorsko przedstawione są interesy czynione w Iraku, żenujące transakcje wojskowe (tu: m.in. wysyłanie do Iraku części zamiennych do starych ciężarówek, skupowanych w Łodzi). Jest środowisko bogatych żydowskich biznesmenów. Wchodzimy w kręgi artystowskie (za sprawą Richarda-muzyka i sióstr Patty, malarki i aktorki).

Kawał dobrej amerykańskiej prozy. A w tym komplemencie jest kilka kropli zastrzeżenia, czynionego przez czytelniczkę, która na co dzień nie przepada za wyzwolonym językiem, wyzwoloną wyobraźnią, wyzwolonym stylem amerykańskiej obyczajówki.

***

Gdybym mogła zacząć jeszcze raz, to jednak skupiłabym się na tym, co mi najbliższe. Patty i jej pisana w ramach terapii autobiografia. Pierwszą część zalecił jej lekarz, skutecznie, choć – jak mawiali starożytni – habent sua fata libelli (I książki mają swoje losy), więc i rękopis z wynurzeniami Patty narobił sporo zamieszania. Drugą część pisze z potrzeby i przekonania, że jedyne, co może zrobić, by dotrzeć do człowieka, którego kocha, to podzielić się opowieścią.
Podsunął jej tę myśl przyjaciel:
„- Potrafisz opowiadać historie – powiedział. – Może opowiedz mu jakąś historię”.

Autobiografia Patty nosi tytuł: Popełniono błędy. A sposób, w jaki Patty o sobie pisze, czyni z niej jedną z moich ulubionych bohaterek literackich. 

Patty na ostatnich stronach powieści ma lat 52, w kluczowym momencie swego życia – 45, ale znam również Patty-nastolatkę, Patty-studentkę, Patty-młodą i mniej młodą mamę i żonę. 

„Wiem, wiem, wiem. Wiem, kto to wszystko spieprzył. Wiem, że to ja zrobiłam! (…) Może jestem pierdołą życiową, ale w ostatnich latach przynajmniej miałam trochę czasu, żeby się zastanowić, i doszłam do pewnych wniosków”.

Ciepło, jakie zostało we mnie po lekturze powieści Franzena, bierze się właśnie z tej dawki autoironii, która współbrzmi z inteligencją, empatią, gotowością spojrzenia na siebie bez kostiumu. Autobiografia Patty świadczy o tym, jak wiele może zdziałać słowo, o tym, że ma ono moc terapeutyczną, jest narzędziem introspekcji i prowadzi ku zmianie.

A Wolność pozostawia nadzieję. I wiarę, że można zaczynać od nowa. Że możliwa jest zmiana, że warto nad sobą pracować.
Skoro jest wiara i nadzieja, to jest również miłość. O tym właśnie (że miłość jest) opowiada  ta książka.

***

A moje ostatnie zdanie współbrzmi z tym, co pisała o Franzenie M. (tutaj) i tym samym nasze wnioski potęgują się i utwierdzają.

odważny unik

Habemus papam – mamy papieża, reż. Nanni Moretti, Włochy 2011

Kino Morettiego to dość przewrotna mieszanka tego, co społeczne i polityczne oraz tego, co prywatne, rozgrywające się w człowieku. Dorobek reżyserski jest pokaźny: Moretti kręci od lat 70. w tempie co dwa lata nowy film. Znam tylko trzy – Pokój syna (2001), Kajman (2006), Habemus papam…. (2011) – ale to wystarczy, by rozpoznać „charakter pisma” Morettiego i mieć zdanie na temat ulubionych zawijasów i mniej kształtnych liter, kropek czy haczyków.

Wiem, że Moretti jest ateistą o lewicowych poglądach, że bardzo krytycznie ocenia rządy Berlusconiego i zarówno na ekranie jak i w życiu gotów jest zamanifestować swoją niezgodę na towarzyszące sprawowaniu władzy przekręty i manipulacje. Ale to są właśnie te kształty, które w jego piśmie lubię mniej. Nad Kajmana przedkładam Pokój syna, w którym przygląda się sympatycznej rodzinie doświadczonej śmiercią nastoletniego chłopca. Plan kameralny, rozgrywający się wśród społecznych interakcji, ale skupiony na wnętrzu. Cieszę się, że w najnowszym filmie Morettiego znów ta jednostkowa perspektywa okazuje się ważniejsza.
A zważywszy na temat – konklawe obraduje i wybiera papieża, nowo wybrany wpada w depresję i ma problem z objęciem urzędu – mogło być inaczej.

Lubię u Morettiego sięganie do sportu, który hartuje, daje poczucie własnych możliwości i uczy gry fair. Z autopsji bierze swe obserwacje, bo sportową rywalizacją zajmował się osobiście.
I lubię, gdy on sam wciela się w jakąś postać. Zwłaszcza, że robi to z autoironicznym wdziękiem. Tak przynajmniej postrzegam jego wejście w rolę psychoanalityka, który ma sugerować dobre rozwiązania, analizować psyche innych, ale najwyraźniej nie czuje się w swych przypuszczeniach nieomylny.

Z Habemus papam… sprawa wygląda tak, że szkielet fabuły podawany jest w materiałach dystrybucyjnych. Każdy, kto przed obejrzeniem filmu zajrzy do jakiejkolwiek recenzji, nabędzie orientacji w temacie i dowie się, czego z grubsza może się spodziewać.

Czy to źle? Niekoniecznie. Obejrzałam wczoraj ten film po raz drugi. W lipcu poznałam go na wrocławskim festiwalu. Wydawało mi się, że kolejny ogląd będzie wtórny… jednak nie. Jestem pod wrażeniem kilku świetnie rozegranych scen, lekkości zmrużonego oka i tego, co z rolą nieszczęsnego papieża zrobił Michael Piccoli.

Mamy więc dużo kardynalskiej czerwieni i zamknięty świat konklawe. Łatwo można by było wprowadzić złośliwości na temat nieomylności wyboru, hierarchicznych zależności, jakiejś wewnątrzkościelnej gry politycznej. Wydaje mi się, że Moretti nie poszedł tym razem drogą satyry społecznej. Owszem, dostojnicy kościelni pokazani są humorystycznie, nieporadnie (a przecież są między nimi prawdziwi mężowie stanu!), z wyczuleniem na to, co ludzkie. Ale nie znaczy to wcale, że ktoś z nich kpi.

Gdy konklawe się przedłuża (przypomnę: wybrany na papieża kardynał Melville zanim ukazał się w papieskim oknie, przeżył atak depresji, a splot wydarzeń umożliwił mu ucieczkę z watykańskich murów), kardynałowie snują się w czerwonych sukniach jak na balu przebierańców. Jedni układają pasjanse, ktoś ćwiczy na stacjonarnym rowerze, inni marzą o pączkach ze śmietaną i porządnym włoskim cappuccino. Żaden chyba nie zazdrości wybranemu, bo kilka chwil wcześniej modlili się żarliwie: „Panie, tylko nie ja. Nie ja, proszę.”

W tym kardynalskim stadku wyróżnia się rzecznik prasowy Watykanu (Jerzy Stuhr) i psychoanalityk (Nanni Moretti). Pierwszy ma prawdziwe urwanie głowy, usiłując namówić Melville`a do wejścia w rolę a zarazem uspokoić rozgdakane media. Ten drugi, uwięziony wśród obcych mu mentalnie ludzi wiary, próbuje przegnać stagnację aranżowaniem pogaduszek i potyczek. A to zaprezentuje kościelnym mędrcom jak czyta Biblię psychoanalityk: otóż tak, że znajduje w niej opisy objawów chorób psychicznych (np. depresji). A to wyjaśnia kardynałom, by ostrożniej szprycowali się lekami. Wreszcie: urządza turniej siatkarski. Ach! Pysznie sfilmowany. Zwłaszcza, gdy swój jedyny punkt zdobędzie drużyna kardynałów z Oceanii. Zwolnienia, radość, triumf ducha walki… Warto te sceny obejrzeć.

Ale najlepsze, crème de la crème, jest w grze Michaela Piccoli. Gdyby w kardynale Melville było więcej pewności siebie albo trochę mniej poczucia odpowiedzialności za własne decyzje… Gdyby poddał się fali gratulacji i zapewnień, że wszystko będzie dobrze, bo nie może być inaczej (Bóg wybrał, Bóg pomoże), to przecież poszłoby jak z płatka. Ale dobroduszny wyraz twarzy, emanująca z oczu jowialność i pokora idą tu w parze z przekorą i charakterem zadziornym, domagającym się wewnętrznej zgody na każdy świadomie podjęty krok.

Potulny, ale umie tupnąć nogą, wrzasnąć i uciec. Świetnie! Zyskuje kilka dni na błąkanie się po Rzymie i dojrzewanie do decyzji bez precedensu.

To, co mu się przydarzy, to okruchy jego własnych dawnych marzeń (spotkanie z grupą teatralną przeprowadzającą próby Mewy Antoniego Czechowa) i strzępy codziennego życia, którego dotąd nie znał (jazda tramwajem, podróż samochodem z parą brykających dzieciaków, wizyta w sklepie etc.). Gdy jadąc tramwajem przepowiada sam sobie słowa, które mógłby wygłosić do wiernych, to aż chciałoby się, by rzeczywiście zostały one wypowiedziane i to takim właśnie tonem, niepozbawionym znaków zapytania.

Trudno przyjąć na siebie rolę papieża. Sytuacja jest wyjątkowa i ekstremalna. Ale i mniej wymagające role społeczne wymagają namysłu i rozeznania w sobie samym. Opowieść Morettiego przedstawia perypetie człowieka, który się wycofał, ale – paradoksalnie – jest to historia nieprzeciętnej odwagi. Rezygnować, gdy wewnętrzny głos mówi, że tak trzeba, to czasami czystej wody heroizm.

Scena, którą lubię najbardziej: końcowe przedstawienie w teatrze. Rewelacja. Zabawne, wzruszające, ze świetnie rozegraną kulminacją. Nomen omen: teatralne. I jeszcze to qui pro quo i pomieszanie prowincji Czechowa z watykańskim centrum świata. Świetne. Warto zobaczyć.