Archiwa tagu: życzenia

androidka

(cd poprzedniej notki) [Dziś – terra incognita, gatunki, z którymi mi nie po drodze, choć to jeszcze nie przesądza o wrażeniach z seansu. Kino akcji i science fiction – akcję śledziłam nieporuszona emocjonalnie, sf mnie wciągnęło (lecz nie będę udawać, że dorównuję androidom lub że je ogarniam). To preludium zapowiada, że opowiem o tych filmach z perspektywy widza-gapy.]

Ex MachinaEx Machina, reż. Alex Garland, USA 2015

Za górami, za lasami, w czasie nieokreślonej przyszłości, ale może już jutro, rozgrywa się spektakularna przygoda. Młody programista Caleb wygrywa konkurs, a tym samym zaproszenie do pracowni naukowca prowadzącego badania nad sztuczną inteligencją. Nie wie w jakiej roli. Domysły rozminą się z rzeczywistością. To, co zastanie, przejdzie jego oczekiwania. Czy warto było? – tego nie wie nikt. 

Zaczyna się od raju, który ludzie próbują podrasować. By dotrzeć do centrum eksperymentu, trzeba dolecieć wynajętym samolotem. Caleb podpytuje pilota, rozglądając się po bajecznym krajobrazie: – Kiedy dolecimy do posiadłości prezesa Nathana Garricka? – Ależ lecimy nad nią od ponad dwóch godzin – odpowie z pobłażaniem pilot. To moja ulubiona kwestia, choć o niczym nieprzesądzająca. Facet ma działkę jak kontynent. Eden: zielone wzgórza, rzeka, góry i łąki, przestrzeń i bezmiar. Co tu poprawiać? Wszystko jest już nieskończenie doskonałe. A jednak: człowiek – istota eksperymentująca. Samolot ląduje w miejscu odległym od posiadłości, dalej trzeba wędrować o własnych siłach. Dotrzeć do niepozornego muru, za którym kryje się najnowocześniejsza technologia. Inteligentny dom, w którym wszystko jest zautomatyzowane, na kartę dostępu. Ktoś może powiedzieć, że tu dopiero zaczyna się raj. Ale składam veto: tu raj się kończy, tu wszystko ma podszewkę jakiegoś potencjalnego krachu, mega awarii czy innej kolizji sił. 

Dwóch facetów i androidka Pierwszy, czyli prezes – popija w samotności. I w ogóle kilka jego posunięć i kwestii sugeruje, że to może być „bad guy”. Inteligentny i kreatywny, kumpelski i życzliwy, ale sprytem podszyty i obrośnięty. Stworzył sztuczną inteligencję. Sprowadził Caleba, by przeprowadził na niej test (test Turinga nie wystarczy). Podejrzewam go o najgorsze. Nawet o to, że sam jest androidem. Nakręcam się zupełnie niepotrzebnie, zmotywowana raczej wyobraźnią niż przesłankami. 

Drugi facet to Caleb. Jego perspektywa jest tą główną, którą śledzimy. Czyli: gość więcej się domyśla niż wie. To nim się tutaj pogrywa (tak, tak – obie strony chcą trzymać stery: twórca androidów i one same). Powinien wierzyć Nathanowi, który analizuje jego relację z Avą, czy raczej Avie, która zasiewa w nim nieufność do Nathana?

Androidka (a nawet androidki) jest w centrum. Ma dziewczęcą twarz i ciało transparentne, odsłaniające metalową konstrukcję. Abażurowa uroda. Podoba mi się. Nie znam się na androidach, więc to, że mogą sobie zakładać imitację ludzkiej skóry i wyglądać człowieczo bardzo mnie intryguje. I może nawet słusznie. Bo ostatnia scena filmu odsłoni, że w tym właśnie szkopuł: androidy niedostrzegalnie wtapiają się w świat śmiertelników. Jak je rozróżnić?

Caleb zajmuje się najpierw właśnie tym, czy sztuczna inteligencja jest wystarczająco dobra. O nie, pytanie czy android czuje to niższy poziom pytań. Wyższy bada, czy android umie udawać uczucie i manipulować uczuciami człowieka. Na mój rozum chodzi właśnie o to. Film przygląda się ludzkiej fascynacji inteligentną technologią. Osłabionej czujności motywowanej zauroczeniem i ufnością. Dlatego Ex Machina zazębia się z ubiegłoroczną historią Theodore`a, zakochanego w systemie operacyjnym o głosie Scarlett Johansson (Ona). Tam głos, tu wdzięk, sylwetka, cudne oczy… i osobowość. W filmach s-f roboty mają ciekawszą osobowość niż ludzie. Czy to znaczy, że tęsknota za androidami (i innymi technologicznymi bytami) może okazać się zaraźliwa, ekspiacyjno-kompensacyjna? Ano może.

***

Morał – po obejrzeniu Gunmana i Ex Machiny – jest taki: laik widzi inaczej. Laik to ja. Jasne, że wiem, co to kino akcji i co to science fiction. Mogę wyliczyć cechy rozpoznawcze i nie oczekuję naiwnie, że film gatunkowy zaspokoi potrzeby z innej półki. Akcja daje akcję, s-f technologię i przyszłość. A jednak mój odbiór jest jakiś zawiany.  Najciekawsze wydaje mi się to, co dla twórców było chyba nieistotne. 

Gunman: Najlepiej pamiętam dziecko, którego w filmie w ogóle nie ma. Gdy Jim Terier (Sean Penn) odnalazł po ośmiu latach swą ukochaną, ona wraz z Feliksem finalizowała proces adopcyjny. Ten ruch miał (w rozumieniu scenarzystów) stworzyć przeszkodę w odzyskaniu Anie, miał urzeczywistnić związek, który Terier zamierzał rozbić. Od tego momentu czekam, co się stanie z dzieckiem, któremu coś obiecano. Wiem, że po pięciu minutach sprawa się dezaktualizuje, bo Felix ginie, więc i dziecko nie jest już nikomu potrzebne. Zresztą bohaterowie ciągle są pod ostrzałem. Ale gdy w ostatniej scenie widzę Anie opiekującą się dzieciakami w Kongo, to myślę sobie: ale lipa! A gdzie tamto dziecko? Jakie dziecko? Normalny widz nie pyta o coś, czego nie było. Ex Machina: Po co komuś tyle zielonej przestrzeni, skoro cały czas siedzi w domu? Rozumiem, że górskie doliny i szczyty, pasma zieleni, błękitu i jasności służą odizolowaniu siedziby naukowca od świata cywilizacji. Gdy docieramy do domu, liczy się tylko zdalne sterowanie, światełka i ekrany. Śmieszny jest ten płot, który odgradza dwie rzeczywistości. Ok, naukowcy i androidy to niekoniecznie typy górołazów. Ale ja sobie myślałam o tym, ile tam za płotem marnuje się przestrzeni. Że ona sobie jest, jak nieprzydatna, zbędna scenografia, która miała zagrać, ale wybrano coś łatwiejszego do ujęcia. Miłośnik filmów s-f powie, że dzielę włos na czworo i skupiam się na tym, co zbędne.

Bo mam na nosie inne okulary, inne filtry. To działa również w innych kierunkach. To znaczy: zawsze najlepiej rozpoznajemy konwencje, które mamy już we krwi. Jak mówił inżynier Mamoń: podobają nam się piosenki, które już znamy. Filmy podobne do obejrzanych. W ogóle: to, do czego mamy klucz lub odpowiednie okulary.

zawsze właściwych okularów – życzę – żeby widzieć wyraźnie lub mgliście (zależy) żeby widzieć to, co bliskie lub to, co w oddali (zależy) żeby dowolnie dobierać oprawki (też zależy) i w ogóle: by patrzeć na Tu i Teraz, nie zapominając o ewentualnej „podszewce”. Pozdrawiam świątecznie :)

 

słowa

Zapomniane słowa, red. Magdalena Budzińska, Wydawnictwo Czarne 2014

Świąteczne nastroje? U mnie nostalgia*. Otuliłam się nią i tak już będzie. Nawet jak przybędą pasterze, zwłaszcza w Cichą Noc, pomimo anielskiej Glorii. Boże Narodzenie, choć naznaczone radością i weselem, podszyte jest też smutkiem tęsknoty. Raczej za czymś nieuchwytnie minionym niż za tym, co może nadejść. Może to rozczulająca tęsknota za dawniejszą nadzieją, w której przegląda się nadzieja świeża, niemogąca tej dawnej dorównać intensywnością? Sprzyja temu nuta Preisnerowskiej kolędy, która w moim domu rozbrzmiewa zawsze chwilę przed Wieczerzą (o milknących głosach tych, których zabrakło).

Zapomniane słowaNic bez przyczyny. Zrzućmy całą winę na książki. Tę jedną czytałam tego roku w październiku. Potem w listopadzie. I w grudniu – hasła na „s” i dalej. Rzuciłam się na nią łapczywie i wyobrażam sobie, że można rzecz połknąć w weekend. Czyta się świetnie. Alfabetycznie ułożone eseje, szkice czy notki. Każda innym piórem pisana – znam większość autorskich nazwisk: Szczygieł, Bator, Komorowska, Ogórek, Miodek, Bereś, Młynarski, Chutnik, Bralczyk, Stasiuk, Grynberg, Tokarczuk, Milewicz, Łobodziński, Glińska, Chwin, Różycki etc. etc. Dziewięćdziesiąt krótszych-dłuższych wskrzeszeń.

Chodzi o słowa zapamiętane i ważne, które dziś trudno spotkać. Niektóre odeszły wraz z obyczajem czy cywilizacją, gdy zniknęły nazywane nimi przedmioty bądź zjawiska. Krachla (butelka z porcelanowym korkiem i metalowym kabłąkiem, wypełniona „szampanem dzieciństwa” – oranżadą) lub cnota, kukuruźnik, szmizetka czy podkurek.

Inne wyparła moda lub – co istotne – trendy tyleż językowe co dyktowane obyczajem i światem wartości (nobliwy, krnąbrny, kostyczny, charakterny, zacny czy taktowny). Ale mnie przyciągnęły właśnie te zawadiackie, rewelacyjnie rekomendowane przez tęskniących za dziecięcą psotą autorów: hecny, ancymon, urwis, facecjonista, trzpiot czy pieczeniarz.

W niektórych notkach szeleszczą stare słowniki, tropimy etymologię i ewolucyjne przesunięcia semantyczne. W innych bryka anegdota. Mariusz Szczygieł hecnie relacjonuje dowcipy sprzed lat, a Olga Tokarczuk wspomina przeklinającego dziadka (psiakrew!). A tak! Bo choć wydawać by się mogło, że słów z tej kategorii nie brakuje, to tylko pozór – w użyciu mocno nadwerężone trzy wyrazy, a dawne zaklęcia więdną i schną.

Lekko odsłaniam więc kurtynę i przemycam słowa, które szczególnie przypadły mi do gustu.

Miglanc (Anda Rottenberg)
„Inaczej: sprzedawca wiatru. (…) Serdeczny i życzliwy. Elokwentny, choć raczej przytakuje i uwypukla, niż polemizuje. Wszystkich zna, wszystko umie, chętnie oferuje pomoc. Dopuszczony bliżej, zalęga się w domu i w obejściu. W zasadzie nieszkodliwy, lecz trudny do usunięcia”

Awanturnik (Ziemowit Szczerek)
„Kiedyś, dawno, dawno temu, ten polski awanturnik oznaczał nie tylko wyżej opisanego pajaca, ale również kogoś, kto poszukuje innego rodzaju przygód: podróżuje, szpera, jeździ po ciekawych, dziwnych miejscach, jest ciekaw wrażeń. A później tak się jakoś porobiło, że z tego porządnego i zacnego człowieka, awanturnika, typ pozostał paskudny. Ogr jakiś niewychowany, chamidło, bydlę wręcz. Brr. (…)”

Czuczeło (Małgorzata Szejnert)
„(Każde wypchane zwierzę to czuczeło. Nazwa oficjalna.)
W naszym domu w Białej nie było wypchanych zwierząt. Ale przypominam sobie coraz lepiej krążenie tego słowa po pokojach i kuchni i jego domowe znaczenia. Były kąśliwe, kpiące lub czułe. „Czuczeło” to ten, co wstał zaspany i jeszcze się nie uczesał. „Czuczeło” to ktoś, kto przyszedł, kiedy nie trzeba, stoi jak kukła i nudzi. „Czuczeło” to czyjś niewyraźny cień za oknem. „Czuczeło” to strach na wróble w ogrodzie sąsiadki (i sama sąsiadka). „Czuczeło” to stara miotła i zerwana firanka, która o zmroku przybiera widmowy zarys postaci. „Czuczeło” to uparte dziecko, które dopomina się bajki przed snem, gdy nikt nie ma czasu, bo jest przecież wojna, a dom pełen ludzi, z których większość przybyła ze wschodu. (…)”

Nie wiem, czy da się przywrócić, co odeszło. Czasem wystarczy choćby krótkie zapatrzenie, a pojemność świata niepomiernie wzrasta. Mimo nostalgii…

*Nostalgia, choć w słownikach wciąż przypisywana jest zadumie nad utraconą ojczyzną, dla mnie ma dużo większą pojemność. To siostra Melancholii, tylko mniej smętna, lekko uśmiechnięta i – w razie dobrego pretekstu – gotowa odnaleźć sprężysty krok i jasne spojrzenie.

 Z okazji Świąt,
lecz niekoniecznie z ich powodu,
życzę
wszystkim Gościom tamaryszka:
SŁÓW
co nazywają celnie i z precyzją,
koją i inspirują,
przenoszą góry, budują mosty, kierują wiatr w żagle naszych marzeń,
snują opowieść, w której można zamieszkać.

I tego, by SŁOWAMI się cieszyć,
(mieć w zanadrzu swoje „czuczeło” „krachlę”, „łapserdaka” )
ufać im i pokładać w nich nadzieję

na to,
że jeszcze może zdarzyć  się (niejedno!)

spotkanie, oczarowanie i zrozumienie.

I by wśród wielu słów nie zgubić tych najważniejszych
(tych, co to były na początku, a bez nich nic nie jest „tak naprawdę”).

on jest

Nie będę oryginalna, sięgnę po Márqueza. Gazety pełne są wspomnień, recenzji, podsumowań – jak zawsze, gdy ktoś powszechnie znany odchodzi. W Magazynie Świątecznym („GW”) można przeczytać nieznane dotąd opowiadanie, przetłumaczone przez Carlosa Marrodána Casasa. Jerzy Pilch twierdzi, że dzięki takiemu tłumaczowi polski Márquez jest lepszy od oryginału. ;)

Najulubieńszy fragment z powieści, którą cenię szczególnie, dotyczy walki z amnezją. Na Macondo nadeszła plaga bezsenności. Najpierw dotknęła Rebekę, stopniowo pozostałych mieszkańców. Ok, był czas, by ponadrabiać zaległości, lecz co za dużo, to niezdrowo. Nie sposób było przywołać sen. Do tej niedogodności dołączyła kolejna: zapominanie słów, nierozpoznawanie przedmiotów, zatracanie orientacji we własnym życiu, w tym, co się myśli, czuje, czego się pragnie. Najprawdziwszy problem – który mniej magicznie, ale równie dotkliwie, przydarzyć się może każdemu, choćby i dziś. Na szczęście: jest na to rada. Zanim nadejdzie Melquíades z lekarstwem, można rozważyć pomysł jednego z Buendich.

Sto lat samotności

„Metodę, która przez wiele miesięcy miała ich bronić przed za­nikiem pamięci, wymyślił Aureliano. Odkrył ją przypadkowo. Dob­rze znając bezsenność, gdyż był jednym z pierwszych, którzy jej ulegli, opanował do perfekcji sztukę złotniczą. Pewnego dnia szukał małego kowadełka, którego używał do walcowania metali, i nie mógł przypomnieć sobie nazwy tego narzędzia. Ojciec podpowie­dział mu: «kowadełko». Aureliano wypisał to na kawałku papieru i przykleił etykietę do przedmiotu. W ten sposób mógł mieć pew­ność, że nie zapomni tej nazwy w przyszłości. Nie przyszło mu na myśl, że jest to pierwszy objaw zaniku pamięci, ponieważ przedmiot miał nazwę trudną do zapamiętania. W kilka dni później jednak odkrył, że z trudem przypomina sobie nazwy prawie wszystkich przedmiotów w laboratorium. Tak więc oznaczył je odpowiednimi kartkami i wystarczyło przeczytać napis, żeby je rozpoznać. Kiedy ojciec zakomunikował mu, że zapomniał prawie wszystkie najważ­niejsze wydarzenia ze swego dzieciństwa, Aureliano zapoznał go ze swoją metodą i José Arcadio Buendia zastosował ją praktycznie w całym domu, a później narzucił całemu miasteczku. Pędzelkiem umoczonym w farbie malował na każdej rzeczy jej nazwę: stół, krzesło, zegar, drzwi, ściana, łóżko, garnek. Wyszedł do zagrody i oznaczył wszystkie zwierzęta i rośliny: krowa, koza, świnia, kura, juka, malanga, banany. Stopniowo, obserwując nieskończoność wa­riantów zaniku pamięci, zdał sobie sprawę, że może nadejść dzień, kiedy będą rozpoznawać rzeczy po napisach, ale zapomną ich prze­znaczenia. Wtedy rozszerzył swoje napisy. Etykieta, którą zawiesił na szyi krowy, była przykładem sposobu, w jaki mieszkańcy Macondo byli zdecydowani walczyć z chorobą: «To jest krowa, trzeba ją doić co rano, żeby dawała mleko, a mleko trzeba zagotować, potem zmieszać z kawą i zrobić kawę z mlekiem». Tak więc żyli w wymykającej się rzeczywistości, którą chwilowo mogli schwytać za pomo­cą słów, ale która musiała wymknąć się bezpowrotnie wraz z za­pomnieniem wartości słowa pisanego.

U wylotu drogi z moczarów umieszczono napis: «Macondo», a nieco dalej inny, większy, przy głównej ulicy:«Bóg istnieje»”.

Gdy lata temu Stanisław Barańczak pisał metafizyczno-motoryzacyjny esej o amerykańskich tablicach rejestracyjnych (Tablica z Macondo), sięgnął do tej metody. Skoro można zakomunikować coś światu (i sobie) za pomocą dostępnych pięciu-sześciu liter, to niech to będzie coś, o czym naprawdę warto pamiętać. Wybrał wtedy wieloznaczne credo: „ON JEST”. Bóg, drugi człowiek, czytelnik…

Z okazji Świąt życzę Wszystkim, by odnaleźli takie zaklęcie lub upewnili się w swych życiowych prawdach. Warto zapisać. By potwierdzić oczywistość lub przywołać do istnienia to, czego brak. Sprawdzony sposób na trzymanie się swego kursu przy kolejnych zawieruchach, zmartwychwstaniach i innych księżycowych przemianach. 

spacer

już prawie

To zdjęcie nie zostało zrobione w tym roku. Wystarczyłoby za komentarz. Wokół panoszy się zimowa anomalia. Kwiatów mi brak! Nie ma złotej forsycji, ani moich ulubionych cholernych szafirków. Nie kwitną jabłonie, ani wiśnie, ani żadne inne drzewostany. Krokusów nie ma, przebiśniegów, nawet wierzbowe bazie (czyli palmy) trzeba sobie wyhodować w domowym cieple. Co tu mówić o tych ciut późniejszych: fiołkach, błękitnej cebulicy syberyjskiej, o tulipanach czy żonkilach.

Może o coś chodzi w tym wybrakowaniu? Nie mogę z przekonaniem kwestionować pustostanu, bo we mnie samej jeszcze więcej bieli niż zieleni. Do suchych słoneczników mi bliżej niż do zielonej trawki. Aż nabieram podejrzeń… kto tu narzuca ton? – natura czy ja?

Poniżej obrazy z dzisiejszego spaceru. Czereśnie karnie stoją w rządkach, droga jest śnieżna (jeśli pominąć partie błotniste), słonecznikowe kikuty pamiętają zeszłoroczny sierpień (niewiele im przyjdzie z tej pamięci). A sarny sobie chyżo skaczą. Żurawie nie chciały ustawić się  do fotki, lecz zagadały żurawim klangorem. Znaczy: jest martwota i jest trochę życia. I ma się ku dobremu. 

Droga

czereśnie uszeregowane

Sarny w biegu

Zmarznięte słonecznikiKomu się marzy błękit przełamany szafirem, zieleń w tonacji słonecznej
lub jakieś krople pomarańczu – 
Temu życzę nasycenia oczu i myśli.

Komu potrzeba świeżych pąków, rozkwitających płatków, sukienek i kolorowych apaszek – przepowiadam, że nadejdą.
Może (bo dlaczegóż by nie) uda się niebawem ogrzać przy dobrych emocjach?

A komu potrzebne światło, nadzieja i pijana radość, to teraz jest najwłaściwszy czas, by tę potrzebę sobie uświadomić. I uwierzyć, że głód zostanie nasycony.
Bo nie ma że ściana to już koniec. Coś musi/może być za ścianą.
Prawie na pewno. ;)

Skłamałam, że nie ma krokusów. W ogródku przykucnęło kilka – ale i ja musiałam przyklęknąć, by je dostrzec.

Krokusiątko

minimalistycznie…

ale mniej to wciąż dużo…

choinka

Wszystkim, którzy tu zaglądają (przypadkiem lub z nawyku)

życzę bez ograniczeń 

WSZYSTKIEGO DOBREGO NA KAŻDĄ CHWILĘ ŚWIĄT, NA CALUŚKI ROK,

najwspanialszych spełnień,  nasycenia ważnych pragnień, 

bliskości bliskich, odwzajemnień, zwielokrotnień każdej dobrej myśli i każdego olśnienia.

A gdyby Ktoś poczuł, że to zbyt wiele albo że nie wie, co ugryźć najpierw, to z myślą o Nim układam dalszy ciąg. Minimalistyczny.

Niech będzie tak, że kiedy się budzisz, wyłapujesz płynące ze świata zaproszenie. Jasność za oknem (jeśli widać drzewo, to tym lepiej), kwiat jeszcze niezwiędły w wazonie, książka odłożona przed snem, niedoczytana, oferująca kolejne rozdziały. Zapach kawy. Czyjś dotyk lub głos, mogą byś śmiechy i rozmowa, ale równie dobry jest dźwięk zza okna, przypadkowy, więc niepowtarzalny. [Gdyby się przydarzył koszmar z Dnia Świra, to niech dobre zatyczki do uszu znajdą się pod ręką.] Jeśli nie wszystkie znaki działają, to nic – pojedyncze zaproszenie też jest ważne.

Niech będzie tak, że tu i teraz po prostu jesteś. Nie wiem tego na pewno, lecz niewykluczone, że miliony mikrozdarzeń zbiegają się i ani sobie wyobrażasz, jak układają się w czytelny wzór. Czytelny na razie nie dla Ciebie. Wygląda to jak chmura piachu, splątane nitki albo rozsypane fiszki. Póki co, nie przesadzaj z ciekawością. 

Niech będzie tak, że kiedy zasypiasz, masz przed oczyma kilka twarzy. Spojrzenie, które pamiętasz lub słowo. Jakieś zdziwienie, chęć dokończenia czegoś lub powrotu. Zapachy minionego dnia, obrazy, jego rytm. Świadomość trwania i niedomknięcia. Lekkie nienasycenie. Noc jest także zaproszeniem.
Cicha Noc lub ta mniej magiczna, każda.

świąteczne paradoksy

skrawki (3) 

Ze skrawków ostatnio tworzę wszystko. Widać sztukuję całość tym, co mam – a mam przede wszystkim braki w czasie i powidoki tego, co już znam, a co wydaje mi się świeższe niż to, co nominalnie nowe.

Sięgam więc do dwóch tekstów, które bliskie mi są z racji mej specyficznej skłonności do wyszukiwania i wspierania paradoksów. Pierwszy jest stary, sprzed ponad trzystu lat (niemal czterystu). Powstał w kręgu poetów metafizycznych, wśród których George Herbert był postacią jedną ze znamienitszych. Religijne inklinacje nie przeszkadzały wówczas wprawiać w ruch nietypowe analogie: handlowe, mechaniczne, matematyczne, erotyczne. Aż tak? Tak. Żeby uciec od „oczywistych oczywistości”, żeby odświeżyć znane prawdy i ku zdziwieniu tych, którym się zdawało, że prawda jest stara, pokazać jej nową jakość. 

Święta idą, a wraz z nimi moc radości i łagodności.
Rodzinna aura i spokój zyskują rangę balsamu wygładzającego wszelkie duchowe zagniecenia, nieomal prostują się zmarszczki i szybciej płynie krew (od tego ciepła!). A przecież sprawy nie zawsze będą przebiegać tak gładko, według sprawdzonego scenariusza.  Jeśli dać wiarę, że magia działa naprawdę, to trzeba uruchomić paradoksy.

Może być i tak (jak u George`a Herberta), że największym darem jest brak daru, że ciężar zmęczenia unosi duszę ku „metafizyce”, że „niepokój niezaspokojenia” jest potrzebny, by chciało się nam szukać i wciąż od nowa wyruszać w drogę.

Dźwig

               Gdy Bogu się udało
Stworzyć człowieka, stworzenia koronę,
Czarę dobrodziejstw pełną chwycił śmiało,
Aby zlać dary, w świecie rozproszone,
               W ludzką duszę i ciało.

               Wprzódy więc siła płynie,
Piękno, myśl, rozkosz, cześć i inne dary:
Gdy niemal próżne już było naczynie,
Bóg wstrzymał nagle dłoń, bo na dnie czary
gggggggZostał spokój jedynie.

               „Jeśli”, rzekł Pan, „dołożę
I ten ostatni klejnot – ród człowieczy
Nie mnie czcić będzie, ale dary Boże,
Spokój Wszechrzeczy miast Pana Wszechrzeczy:
gggggTak szkodę wspólną stworzę.

            Choć mu dobra przystoją
Inne – niepokój niezaspokojenia
Niech pcha człowieka ku trudom  i znojom;
Jeśli nie dobroć, to ciężar znużenia
            Wzniesie go na pierś moją”.

(George Herbert)

Na oknie zakwitły dwa grudniki, towarzyszą im afrykańskie fiołki. Aż żal było wyjeżdżać i zostawiać ich kwitnienie bez aplauzu.

Tu, gdzie spędzam Święta, szykują się na podbój świata storczyki. Jednak powinno się używać alternatywnej nazwy: orchidee. Królewski przepych! – podziwiam, ale mam do nich żal. U mnie kwitły ledwo co, a tu proszę: oddane na reanimację wybuchają drugą młodością. Nie jest to fair, ale nie każde piękno muszę zawłaszczać.

Jeszcze została chwila do końca roku, jeszcze bilanse nie są konieczne. I całe szczęście, bo ten rok co nieco zabrał. Nie zawsze da się znaleźć zamiennik wśród tego, czym obdarował. Zadziwiająco łatwo przyszłoby mi dziś powiedzieć, co jest ciężarem i brakiem. Może dlatego tym bardziej doceniam paradoksalną siłę wierszy takich jak ten:

To, co tak ciąży
i pcha w dół,
to, co boli jak ból
i pali jak policzek,
to może być kamień 
lub kotwica.

(Adam Zagajewski, To, z tomu Oda do wielości)

Świątecznie, serdecznie, bezgranicznie

pozdrawiam!