Wyrastamy z miłości jak z Ubrań –
Upychamy ją w głębie Szuflad –
Aż jest w niej coś z minionej Mody –
Niczym w Babcinych Sukniach.
[887]
Ktoś mi podsunął słowa o sukience. Kto? Niech się przyzna. Suknia, w którą stroiła się Babcia. Lekka, powiewna, dopasowana, uszyta według kroju, który nosić się da latami. Na zdjęciu wygląda jak zapowiedź szczęścia. Wystarczyłoby po nią sięgnąć, lecz choć figura się zgadza i rozmiar zapotrzebowań ten sam, to jednak przymiarka okazuje się fiaskiem.
Emily uruchamia we mnie myśl dość podobną. Zdziwienie niedopasowaniem jest tym silniejsze, że chodzi o Suknie Własne, które jeszcze chwilę temu były naszą drugą skórą. Upakowane do szuflad, szaf – gdzieś w kartony, na strychu, w pawlaczu – nie wiadomo kiedy tracą termin ważności. Może nie trzeba było ich chować, tylko nosić… do zdarcia?
Odchodząc – nie wie się, że się odchodzi –
Nie na serio Drzwi za sobą przymykamy –
Los – tymczasem – zatrzaskuje rygle –
Bezpowrotnie – za naszymi plecami – [1523]
Co w tej szafie? Szafologia stosowana podpowiada, że wnętrze każdej jest inne. Bywają szafy puste rozpaczliwie (bo szczęścia do sukien nie było) lub puste przewiewnie (tu wyrzuca się ubrania z marszu, robiąc miejsce na nowe). W niektórych sąsiadują z sobą stroje eklektyczne, dziw, że mierzone przez tę samą właścicielkę. W innych dominuje jeden fason, chybiony, lecz powtarzany z podziwu godnym uporem. Podobno – ale to nie jest moja metoda, więc nie wiem – można czasem wyciągnąć sukienkę sprzed lat i siłą woli przywrócić jej tętno. Najtrudniej współżyć z szafami, których wnętrza zdominowały rzeczy utracone, ale wysiłkiem reanimacji odświeżane i głaskane z sentymentem.
Tak to z miłością bywa. Całkiem jak z suknią.
Po lewej: dagerotyp z jej podobizną. Twarz, której się nie zapamiętuje, strój skromny, surowy jak protestancki styl, w którym wyrosła.
Co skrywała przed światem szafa Emily? Dwie umarłe miłości, niechcące się zabliźnić?
Nonsens pytać o szafę, gdy o niej samej nie wiadomo prawie nic.
Nowa Anglia, miasteczko Amherst w stanie Massachusetts. Dom z władczym ojcem i odległą mentalnie matką. Pokój, do którego ograniczyła swój świat, gdy jako trzydziestolatka zdecydowała się Zatrzasnąć Drzwi. Niemal dosłownie. Biografia, której za żadne pieniądze nie kupi agent z Hollywood. Listy, za pomocą których zaspokajała głód rozmowy. Poezja, którą nazwała oknem do innego wymiaru (nie jestem pewna: oknem mogła być wiara albo po prostu dusza).
To wszystko – to mój list do Świata,
Co nigdy nie pisał do mnie – [441]
Gdy odeszła, otwarto kufer, w którym zapieczętowała 1775 wierszy. Bez tytułów, które zastępuje numeracja z późniejszych edycji. Tu zgrzebną prostotę trzeba by zastąpić peanem: mówimy o poezji, która odmieni język angielskiej liryki, zdruzgocze śpiewność, gładkość, poetyckość. I da pożywkę pokoleniom badaczy, głowiących się, jakim cudem można w pojedynkę staranować okrzepłą tradycję i przemycić potoczną chropowatość. Coś, co docenią młodsi o lat kilkadziesiąt – bo pierwszą edycję przygotowali redaktorzy, retuszujący to, co według ich gustu miało za mało płynności.
Czterowiersz, który przykuł mą uwagę, poprowadził do kolejnych. Są połączone tym samym tembrem głosu i kluczowymi słowami: Zatrzaśnięte Drzwi, Utrata, Ból i Bóg, pragnienie Wszystkiego i odmowa kompromisu. Ot, słynne wyznanie:
Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego –
Nie dbam o brak mniejszych Rzeczy. (…) [985]
Myślę dokładnie odwrotnie, a mimo to wciąga mnie jej logika. To dlatego, że rządzą nią paradoksy.
Jeśli trudno mi przyjąć wycofanie, jako reakcję na rozczarowanie ofertą świata, to wycofanie rozumiane jako szukanie czegoś intensywniejszego (paradoksalnie) brzmi już intrygująco. Weźmy podobną frazę z wiersza [303]:
Dusza dobiera sobie Towarzystwo –
I – zatrzaskuje Drzwi –
Jak Bóg – ma w sobie prawie Wszystko –
A z Reszty sobie drwi – (…)
Wspomniany w kolejnej strofie „Ktoś Jedyny”, kto starcza(łby) za całe towarzystwo, być może jest tą utraconą miłością, którą tropią w jej wierszach biografowie. Albo Bogiem, albo „własnym ja” – tak podpowiada Stanisław Barańczak (w eseju poprzedzającym tłumaczoną przez niego poezję). „Wszystko” z poprzedniego wiersza, które z pozoru brzmi jak wygórowane oczekiwania, jest być może obietnicą czegoś więcej, z którą rodzimy się lub którą wytwarzamy, szukając w tym, co nas spotyka, głębszego sensu. Paradoksy otwierają furtkę do zaskoczeń i drabiniastych refleksji. Emily Dickinson paradoksy ma we krwi.
Wody – uczy pragnienie.
Brzegu – morskie przestrzenie.
Ekstazy – ból tępy jak ćwiek –
Pokoju – o Bitwach pamięć –
Ptaków – Śnieg. [135]
A propos sukien, które nie leżą…
Jeśli dobrze zrozumiałam opowieść Barańczaka, przydarzyła się Emily rzecz absolutnie kuriozalna. Jeden tylko dagerotyp utrwalił jej podobiznę (patrz wyżej). Na potrzeby edycji wierszy najbliżsi zretuszowali wizerunek, ubierając Emily w biel, układając włosy w modne loki – obdarowując czymś, co zdecydowanie nie na jej miarę uszyte.
To też paradoks.
Zgodnie z powyższym, należy dopowiedzieć, że choć z miłości się wyrasta jak z ubrań, to nie zdejmuje się jej z siebie tak po prostu. Niewiele zresztą o tym wiadomo, tyle co nic. Wystarczy.
Miłość jest wszystkim, co istnieje –
To wszystko, co o niej wiemy;
Wystarczy – ciężar wozu musi
Stosowny być do kolein. [1765]
Emily Dickinson, 100 wierszy, wybór, przekład i wstęp Stanisława Barańczaka, Wydawnictwo Arka, Kraków 1990.
Zdjęcia: stąd i stąd.
A jednak ;)
Massachusetts. W tym stanie mieszkała także Sylvia Plath. Ale to nie jest jedyny motyw łączący obie poetki. Myślę, że ciekawe byłoby zestawienie obok siebie – i porównanie – tego co pisały Sylvia Plath i Emily Dickinson.
Jednakże, temat to na dłuższą rozprawę. Aby jej podołać musiałbym poznać bliżej twórczość Dickinson i przypomnieć sobie Sylvię Plath (ongiś zajmującej sporo mojej uwagi).
PS. Suknie to raczej nie moja para kaloszy ;) Więc to na pewno to nie ja byłem tym, który Ci te suknie podsuwał. Jeśli już – to koszulki :)
Pozdrawiam
i gratuluję debiutu na nowej platformie!
Welcome to Word Press !
Logosie, palma, palma pierwszeństwa po raz drugi! Jak Ty to robisz, mieszkając w innej strefie czasowej?
Sylwia i Emily? Koktajl dla ceniących awangardowe zestawienia. Do Sylwii było mi kiedyś blisko (do twórczości, nie do samobójczych natręctw). Ale trzeci stopień zażyłości to specjalność Buksy (peek-a-boo).
A to ciekawe: męska szafa! Cała analogia się rozsypuje, bo jednak lekko niedopasowana (choć w przepisowym rozmiarze) koszula czy garnitur, to już nie jest ta skala problemu. Jedynie barwy krawata mogą się opatrzyć.
Witaj w WordPressowym sąsiedztwie:)
Może właśnie dlatego, że mieszkam w innej strefie czasowej? :)
(A z palmami jednak to trzeba ostrożnie>)
PS. Ja nie mam szafy, tylko „klozet” (tylko proszę bez skojarzeń ;) )
Witaj, poznałam jej poezję niedawno i się zakochałam. Jednak przerzuciłam się na czytanie w oryginale, ponieważ Barańczak za bardzo zmieniał jej zamysły, czasem zmieniając wers, zmieniał jego sens. Np. zamiast jej Wrota, u niego mamy Śluzę, zamiast cesarza na jej wycieraczce, mamy go na dywanie (a więc wewnątrz domu!) itp. Ta historia drugiego zdjęcia jest okropna, zmienili to, żeby uzasadnić jej nickname „the White Lady”, na pewno się w grobie przewracała. Co więcej zmienili także jej wiersze, ich tekst, tak, żeby pasowały do tamtych czasów. Dopiero bodajże od lat 40. czy 50. opracowano je ponownie i wydano tak, jak wyglądały pierwotnie.
Cieszę się bardzo, że o niej napisałaś:) I życzę powodzenia w nowym miejscu!
Kornwalio, wierzę, że można mieć do Emily stosunek emocjonalny. Też to mam.:)
Miniaturowe arcydziełka. Gdyby nie ta szafa, to trudno byłoby mi nie zacytować jeszcze z kilkunastu. Aż się zastanawiam, czy prawa autorskie nie ograniczają blogerów? W sensie: ile można przenieść z tomiku. Bo w przypadku Emily rozgrzeszeniem i tak byłby upływ czasu.
Mam na półce tomik z Biblioteczki Poetów Języka Angielskiego, więc z oryginalną wersją na parzystych stronach. Ale czytałam tłumaczenia, nie porównywałam.
Świetnie, że bez utrudnień sięgasz po oryginał. No tak, znam przecież Barańczakowe eseje, w których „tłumaczy się z tego, że (i jak) tłumaczy”; że zamiast linearnej translatorki, stosuje wierność wobec „dominanty wiersza”. Ciekawie jest odkrywać te wszelkie przesunięcia i zamiany. Do kształtu dodawać zakładki dodatkowych (precyzyjniejszych) znaczeń. Jeszcze spróbuję, bo chciałabym sprawdzić jak brzmią te chropowatości. W tłumaczeniu czuję głównie elipsy i wtrącenia, i to robi wrażenie.
Barańczaka cenię. W dodatku we wszystkich wcieleniach: tłumacza, poety… A na jego esejach interpretujących literaturę uczyłam się, jak czytać.
Jeszcze: sprawdziłam, pierwsze krytyczne wydanie wierszy Emily Dickinson to rok 1955! Dopiero wtedy przywrócono jej głos, po 70 latach!
Pozdrawiam:)
Tez lubię go jako tłumacza a dopiero teraz, właśnie przez Emily, uderzyło mnie, że jednak jeśli mogę czytać poezję po angielsku, to staram się to robić. Pamiętam jak pierwszy raz czytałam, rzut oka i myśl: rozumiem poszczególne słowa, nie rozumiem sensu zdania ;) Potem czytam 2, 3 raz, nagle zatrybiło i wydaję wielki okrzyk zachwytu! Niesamowita sprawa z ta poetką. Czytanie poezji w oryginale jest trudne, ale chyba niestety nie da się jej idealnie przełożyć na inny język. Dobrze, że z powieściami nie ma już takiego problemu.
Pozdrawiam.
Tamaryszku piszesz tak pięknie o Dickinson, że sobie Twój teksty wydrukowałam i biorę do łóżka na wieczorne rozmyślania. Oczywiście oznajmiam, że nie będę go rozpowszechniać. Pozdrawiam serdecznie
Montgomerry, miło mi. Najlepsze fragmenty to cytaty z Emily:))
O prosze jaki ładny początek na nowej, ekh, platformie ;). A czytalas moze Lives Like Loaded Guns? Bo nie wiem czy warto czy nie,a wlasnie zapowiada sie wersja paperbackowa, czyli cenowo przystepna ;)
Peek-a-boo, hmmm… ten WordPress nas zbliża:)
Po prawdzie to nie jestem aż tak dobrze rozeznana. Poezję znam tylko z wyboru, czyli jeszcze 1675 wierszy jest poza moja świadomością (bo nawet jeśli, a na pewno, kiedyś czytałam coś jeszcze, to już nie pamiętam dobrze). Aż zadrżałam na myśl, że co ja tam wiem. Rozejrzałam się po Twym komentarzu za wspomnianą biografią. I mogę potwierdzić, że chciałabym mieć ją w ręku. Włączam radarowe wyszukiwanie o Emily czegokolwiek. :)
Ale mnie zaintrygowałaś… Gdybym tylko miała drukarkę to wydrukowałabym sobie również ten tekst…
D (Forever), witaj:)
To co, ja może jeszcze fragmencik.
„Nadzieja” jest tym upierzonym
Stworzeniem na gałązce
Duszy – co śpiewa melodie
Bez słów i nie milknące –
W świście Wichru – brzmi uszom najsłodziej –
I srogich by trzeba Nawałnic –
aby spłoszyć maleńkiego ptaka,
Co tak wielu zdołał ogrzać i nakarmić –
Śpiewał mi już na Morzach Obcości –
W Krainach Chłodu –
Nie żądając w zamian Okruszka –
Choć konał z Głodu. [254]
Gdy zobaczyłam, że napisałaś na bloksie, aż mi serce z radości podskoczyło!
Jejku! Jak się cieszę:) Absolutnie niezwykła jest ta czytelnicza więź. Wiem po sobie, bo i mnie niepokoi, gdy odwiedzana przeze mnie strona zawiesza się w milczeniu.
Czuję się zaszczycona wiernością Czytelników. Miło mi Cię gościć, Aniu. :)
Sukienki i szafy…, ach Tamaryszku, czyżby wiosna przybyła i do Twojego serca ?;)
W mojej szafie jest taka sukienka po prababci, ktora pasowala w calej rodzinie tylko na mnie i myślę, że z niej nigdy nie wyrosnę. :) No i coby o sukienkach nie powiedzieć, nie napadają na człowieka z nagła i niespodzianie , nie terroryzują listami, nie krzyczą „tylko ja”. Tylko te minione da się ułożyć i uprasować i zamknąć w szafie…
Słowo umiera-
(Głosi opinia)-
Ledwie z ust ujdzie.
Skądże – dopiero
Wtedy zaczyna
Zyc – w tej sekundzie.
Emily pewnie przeczuwała nadejscie blogów ;)
dobrego początku zatem, w tej sekundzie.
Pemberley! To rozumiem. Nie móc wyrosnąć z sukienki, która nigdy nie pasowała. Wszystko jasne, choć brzmi jak zagadka:)
Odkryłaś przede mną nową siłę: profetyczność Emily. Z pewnością chodziło o blogi.
Witaj, zapraszam. :)
juz samo jej imię i nazwisko bardzo do siebie pasują i podobaja mi się. Nigdy nie czytałam bo z poezją jestem na bakier ale notka zajebista i zachęcająca
Mary, komplement dał mi kopa ;)
Ale Ty to masz zakręcony odbiór: że Emily pasuje do Dickinson…? Do głowy mi nie przyszło. A odkrywcze.
Zasługa państwa D. Mogli dziecku dać imię jak kula u nogi, a dali …Emily.
Skojarzenia? Melodyjność, delikatność, skromność. Kolor: beżowy, ale – o ile to możliwe – nie mdły.
Z księgi imion: „Jest to imię rzymskie pochodzenia etruskiego, a ukształtowane zostało w języku łacińskim. Kobieta o tym imieniu jest wrażliwa, odważna, spokojna i pełna temperamentu. W sumie natura bardzo niespokojna, o charakterze nierównym. Jest bardzo rozmowna, ma poczucie humoru, ceni życie artystyczne, kocha muzykę. Ceni także przyrodę. W miłości niestała, w rodzinie przeciętna.”
I proszę: spokojna i pełna temperamentu. Paradoks został jej przypisany poprzez chrzest. Wszystko jasne, choć lekko surrealistyczne.:)
Kochany Tamaryszku, z onieśmieleniem witam Cię w nowym miejscu i dziękuję, że zdecydowałaś się na kontynuację blogopisania.
Zgadzam się z przedmówcami – Twoja notka jest świetna, jak zwykle zresztą.
Emily Dickinson to jedna z moich ulubionych poetek. Cenię ją za szacunek dla słowa, precyzję myśli i skromność. Jest takim fiołkiem na poetyckim klombie.:)
Nie wiedziałam, że Barańczak takie wszeteczeństwa uczynił z tłumaczeniami jej tekstów, o których wspomina Kornwalia. Myślę, że wbrew pozorom to nie są łatwe wiersze do przełożenia.
Upiększony przez rodzinę dagerotyp znacznie brzydszy niż oryginał. Te kryzy i loczki… :(
A tu
http://www.online-literature.com/dickinson/
przeczytałam, że pochowano ją w białej sukience z fiołkami przypiętymi do kołnierzyka.
Lirael, onieśmielenie?
Wszeteczeństwa to za mocno…, chyba również Kornwalia przyznała, że jest ok (dla mnie znacznie więcej). Tyle tylko, że kto czyta poezję w oryginale, ten zyskuje. Przekład Barańczaka umie uchwycić te desenie głównej barwy, które w linearnym tłumaczeniu by przepadły. Zazdroszczę Wam tej możliwości odnalezienia się w anglojęzycznej poezji. Tobie, Kornwalii, peek-a-boo…etc. Dla mnie wiąże się to z pracą i jest jak rozwiązywanie rebusów.
Fiołki, to tak bardzo poetycko, aż za bardzo na paradoksalną Emily, która choć wybrała poezję, to przecież nie poetyckość. :)
Lirael, to dla mnie bardzo ważne, że tu zaglądasz. Pozdrawiam.
ren
Bardzo by mi się przydało takie dwujęzyczne wydanie jej poezji. Wczorajszy „szok” trochę mi minął, przeczytałam notkę jeszcze raz na spokojnie i stwierdzam, że otworzyłaś przede mną jakieś nowe drzwiczki :)
Zawsze mogę Ci przysłać (podaj adres). Nie ma to jak zaszokować Czarę. Niełatwo. Emily miała profetyczny zmysł. Tak ni stąd ni zowąd – między trzepotem rzęs, mrugnięciem powiek – uchyla drzwi, co to niby były ścianą. Pozdrawiam :)
Emily uśmiecha się .. piękna notka .. .. jestem wielbicielem poezji Roberta Frosta ale i wiersze Emily są przednie
Robert Frost – jak najbardziej! Chciałam coś tutaj zacytować w odpowiedzi, ale kiedyś już zebrałam, to co z Frosta lubię najbardziej. Było to porą zimową, a że dziś zaśnieżony Prima Aprilis, więc chyba zalinkuję: ROBERT FROST
Pozdrawiam.
:^) .. piękna notka o Robercie …
a jak już prima aprilis to i tu :^)
http://peregrino-pl.blogspot.com/2013/02/na-pozegnanie-zimy-farewell-to-winter.html
życzę dużo ciepła i by wiosna choć bardzo spóźniona wynagrodziła to swoim pięknym
Pingback: tablica z Macondo (i inne) | tamaryszkowe pre-teksty