Archiwa tagu: literatura skandynawska

po drodze

Johan Theorin, Zmierzch, Wydawnictwo Czarne
Johan Theorin, Nocna zamieć, Wydawnictwo Czarne
Johan Theorin, Smuga krwi, Wydawnictwo Czarne

AUDIOBOOKI. Czyta Andrzej Mastalerz

Po drodze, czyli między punktem A i B. W drodze do kina (trwa Transatlantyk) lub z powrotem, przy prasowaniu i przy  przesadzaniu kwiatów. Pedałując lub piłując paznokcie. W zasadzie każda okoliczność jest dobra. Lektor bez zarzutu. Tym bardziej pisarz. Ponieważ wyznaję zasadę, że nigdy nie jest za późno, więc nie będę sobie wyrzucać, że dopiero teraz rozpoznaję, kim jest. O Theorinie pisało już wielu, te charakterystyczne okładki zapadły mi w pamięć. Dopełniały blogowe recenzje – ja też nimi oszpecę swój tekst, choć słuchając, nie musiałam przecież ich oglądać. Są paskudne. Jeden szkopuł: trudniej cytować ze słuchu i w zapisie nazw własnych zdaję się na to, co udało mi się potwierdzić w cudzych relacjach. Niezidentyfikowane nazwy przywołuję peryfrazą. 

Johan Theorin, Zmierzchskąd się bierze pisarz?

No właśnie: świetnie, gdy jest skądś. Johan Theorin jest z Olandii. Tu spędził dzieciństwo, tu ma korzenie, stąd wywodzi się wiele zasłyszanych historii, które przetwarza w swych powieściach.  Olandia to znak firmowy. Każda z jego czterech powieści rozgrywa się w tutejszych miasteczkach, Zmierzch – jesienią, Nocna zamieć – zimą, Smuga krwi – wiosną, a sierpniowa nowość (14.08.2013) Święty Psychol – latem. Istny Vivaldi.

OLANDIA – druga  co do wielkości (obok Gotlandii) wyspa szwedzka, położona na wschód od stałego lądu (oddzielona Cieśniną Kalmarską, połączona 6-kilometrowym mostem!).

Latem jest rajem dla turystów, pozostałe pory roku czynią z niej krainę tubylców, ludzi oswojonych z morzem, chłodem, przestrzenią (samotnością, smutkiem i ciszą). Podszewka letnich kurortów to surowy pejzaż i klimat. A więc alvaretfåk [fok]. Pierwsze to „olandzki step”, rozległa równina wapienna, poprzecinana murkami niegdyś odgraniczającymi posiadłości. Niemal bez drzew, z licznymi krzakami jałowca, wyrastającymi z ziemi kamieniami, z morskimi latarniami i wiatrakami. Latem na tych łąkach szaleją storczyki (30 gatunków!) i gnieżdżą się ptaki, miesiące wegetatywne zdają się oczyszczać przestrzeń i rozsuwać horyzont.

Jesienią zdarza się mgła gęsta jak mleko. Zimą nierzadko nadchodzi ekstremalna zamieć (fåk). Szalone nawiewy śniegu, gotowe zamrozić lub oślepić (ziarnka lodu zmieszanego z piaskiem wdzierają się pod powieki). Jedna z bohaterek Theorina maluje ją szaro-czarnymi barwami, wcale nie bielą. Zmierzyć się z naturą to wrosnąć w ten kawałek ziemi, bez sentymentu, lecz raz na zawsze. To emanuje z tych, którzy spędzają tu cały rok. Ale magię tego magnesu najlepiej oddaje obsesyjna nostalgia mordercy, który tęskni do alvaretu w dalekich portach Brazylii czy Kostaryki (Zmierzch).

wszyscy lubią Gerlofa

Dlatego tak ważni w prozie Theorina są ludzie, którzy przeżyli tu lata. Dlatego tak ważny jest stary Gerlof Davidsson. Emerytowany szyper, lubiący rozmyślać i opowiadać. Niby nie on prowadzi śledztwo, ale bez niego nitki nigdy by się nie splotły. To, co oferuje, to po pierwsze przyzwoitość, przydatny punkt odniesienia w świecie wystawionym z ram. Po drugie: pamięć. I to zwielokrotniona, bo opowieści, które zasłyszał, legendy, przekazywane przez dawno minione generacje, bywają przydatne w uruchamianiu asocjacji i naprowadzaniu na nowe tropy. Po trzecie: racjonalizm, taki „agnostyczny”, czyli dopuszczający szczeliny, ale niestawiający fundamentów na tym, co grząskie. To jest o tyle istotne, że w świat Theorina wkracza realizm magiczny. W bardzo szczególny sposób. Wyobraźnia, odczucia, przeczucia, przywidzenia i przysłuchy. Nie ma dowodów na to, że „inny świat” istnieje. Ale nikt rozsądny nie może go całkowicie zanegować. Słowem: każdemu może się zdarzyć spotkać ducha, choć to jeszcze nie dowodzi, że duchy są realne. (Parafraza słów Gerlofa).

Gdy w Nocnej zamieci wsłuchujemy się w losy nieszczęśników z domostwa Åludden, wszystkich zamordowanych, utopionych, zatraconych… wiemy, że coś z tej historii jest przetworzone przez media pośredniczące: fantazję spisującej, rozmiłowanie w grozie przeszłości, ból człowieka w żałobie, niepewność emocjonalnych rozchwiań. Sami wyznaczamy granice irracjonalności – wszystko daje się zracjonalizować, choć totalna racjonalizacja też jest obłędem.

Z każdym kolejnym tomem Theorin posuwa się ciut dalej. I nie wiem, czy mu to wychodzi na dobre. Bajdurzenia Vendeli o elfach i trollach lekko naciągają strunę wytrzymałości (Smuga krwi). Szczęście, że nic na siłę, że czytelnik może znaleźć racjonalny wytrych. Szczęście, że w pobliżu jest Gerlof, dla którego ta tytułowa smuga krwi jest pasmem tlenku żelaza osiadłym na wapiennych skałach dawno temu, gdy wyłaniały się z morskiego dna.  

Johan Theorin, Nocna zamiećwarstwy czasu

Tu można różnie: doczepić się lub pochwalić. Johan Theorin rozgrywa swe fabuły w kilku planach czasowych. W Zmierzchu mamy początek lat 90. (kilka nowych tropów do zaginięcia sprzed lat) i sprawę z 1972 roku (zaginięcie dziecka), i retrospekcję sięgającą do lat 30. (dojrzewanie zła). Podoba mi się sposób odsłaniania przeszłości. Każdy element puzzli pojawia się w punkt. Zapowiada, zwodzi, zaskakuje. Bo trzeba dodać, że Theorin jest sugestywny, naprowadza, rzuca światło na tropy, które na ostatnim zakręcie tracą ważność. W wilczej skórze odnajdujemy owieczkę, a w owcy wilka. Fajne, chociaż można by rzec, że i nieprzewidywalność może być przewidywalna. Gdy się powtarza. 

W Nocnej zamieci dzieje mieszkańców Åludden sięgają połowy XIX wieku, choć przeprowadzka ze Sztokholmu obecnych właścicieli tej posiadłości to połowa ostatniej dekady XX wieku. Tamte historie współbrzmią ze współczesnymi. A my smakujemy przekładaniec w wersji 3D. Bo to i czasy się mnożą, i wątki, i perspektywy oglądu. Zwiąże je mocny kontrapunkt – myślę, że nie zdradzam więcej niż tytuł – rozgrywający się podczas spektakularnej bożonarodzeniowej zamieci.

W Smudze krwi – podobnie – serwowane są czasowe przebitki. Dzieciństwo Pera i Ventuli (mniej więcej 35 lat wstecz), wspomnienia Gerlofa i notatki jego żony, wreszcie główna sprawa kryminalna, dotycząca przemysłu pornograficznego w Szwecji, sięgają w przeszłość. To dobry chwyt, zwalnia pisarza z mnożenia spektakularnych wydarzeń w czasie teraźniejszym. Mnie daje to oddech, odpowiednie tempo bez zadyszki. Jednak jako czytelnik marudny muszę pomarudzić, że trzeba by zaostrzyć reguły gry: raz wykorzystane pomysły zarzucamy.

Smuga krwiutrata

Wątki kryminalne to jedno. Wątki psychologiczne – drugie, nie mniej istotne. Za nietypowe uważa się u Theorina to, że główna zagadka kryminalna toczy się mimochodem, śledztwo albo nie zostaje w ogóle wszczęte albo prowadzone jest domysłami osób postronnych. Dużo ciekawszy wydaje się smutek zranionych. Właśnie o nim są powieści Theorina. I dlatego warto je czytać.

Julia piętnaście lat temu straciła syna. Nie było jej w domu, inni domownicy nie spostrzegli jak pięciolatek wyszedł za ogrodzenie, zabłądził w mgle, najpewniej utopił się w morzu. Choć nie wiadomo. Julia wciąż wyobraża sobie, że spotyka dwudziestolatka, który jest jej ukochanym, utraconym, Jensem. Nierozsądne. Minęło przecież tyle lat. A ona wciąż nie może zacząć niczego od nowa. Brakuje kropki.

Żałoba Joakima jest świeża, lecz nie zmierza do wypalenia, może się ciągnąć latami, może stać się gangreną lub trądem. Niewykluczone, że śmierć Katerine była wypadkiem. Niejasność okoliczności pozornie jest nieistotna, nic nie zmieni przecież braku w odzyskanie. A jednak stary Gerlof ma rację, gdy posyła Joakimowi nagraną na taśmę opowieść, zaczynającą się od zdania: „Nie przyniesie ci to ulgi. Wiem. Ale wszyscy czujemy się lepiej, gdy otrzymujemy odpowiedzi na zadane pytanie”. 

Bohaterowie Smugi krwi też są ludźmi, którzy stracili niejedno i którzy boją się kolejnych utrat, choć nie mają złudzeń, że życie szafuje nimi hojnie. Więc jeśli minęła miłość (Per), uleciała pewność siebie i niezależność (Ventula), sprawność ciała progresywnie zanika (Gerlof), to niechby choć udało się odzyskać zdrowie dziecka, spokój i możliwość biegania. Joging i alvaret to naczynia połączone. Kto się wybiera na Olandię, niech pamięta o butach do biegania i o dresie. Bezsprzecznie.

a ja wolę… 

Mnie najbardziej ucieszył pierwszy tom, czyli Zmierzch. Skromny, literacko może mniej urozmaicony, najmniej naszpikowany atrakcjami lokalnych wierzeń, realistyczny. Przyznaję, że Nocna zamieć ma ciut większą finezję, drugi i trzeci plan jest równie dopracowany jak pierwszy (czyli świat duchów i świat postaci z dalszego planu jak policjantka Tilda czy matka zamordowanej, Mirja). Tom trzeci jest na wyznaczonym mu przez los miejscu trzecim. Bo nawet zakończenie, które Theorin zwykł budować mistrzowsko, zaskakująco i tak, że wszystkie puzzle stykają się, gdy tylko pojawi się na planszy ten właściwy, w Smudze krwi jest co najwyżej w porządku. Ale: w porządku to nie znaczy źle. ;) Może tylko Max, mąż Venduli, jest nazbyt karykaturalny. Bo połączenie gnojka, dupka, zarozumialca, pyszałka i tępego zazdrośnika w jednym to odrobinę za dużo.

No zobaczymy, zobaczymy… Jeśli napisany został kwartet oslandzki, a ja skosztowałam jego trzech tytułów, to niewykluczone, że sięgnę po czwarty kawałek tortu.  Bo może właśnie na nim jest wisienka?

Reklamy

wzruszenia

Roy Jacobsen, Cudowne dzieci, Dodoeditor 2012

Pierwszy odcinek przejdę okrężną drogą. Zmierzam do książki Jacobsena, jest niezwykła. Pewnie nie raz już o tym pisano (doświadczenia graniczne, przekraczanie progu dorosłości, żegnanie się z beztroskim, nieświadomym dzieciństwem). Temat ma wiele wcieleń i odsłon. Dziecięce odczuwanie. Jaskrawość dostrzeganych kompromisów, niechęć do zawodnych dorosłych. I przeżywanie jakichś dziwnych (kluczowych) wtajemniczeń, zrzucanie dziecięcej skórki. Wiele razy: w filmach, powieściach, w mediach wszystkich kategorii. Ale to w niczym nie przeszkadza, bo t a k  nie robiono tego albo nigdy, albo nie za często. Skandynawowie mają w tej materii jakiś szósty zmysł. Może generalizuję? W każdym razie – jeśli nie jest to krew plemienna, to przynajmniej rodowy gust  i smak. Jeśli nie cecha wrodzona, to może wyćwiczona na wypisach szkolnych (uczyli się od najlepszych – to owocuje). Krótko, żeby nie wyliczać innych, wspomnę o skojarzeniu, które wydaje mi się najbliższe Jacobsenowi. Jeśli uda mi się zrozumieć to podobieństwo, to samej sobie wyjaśnię, dlaczego Jacobsen jest ciekawy i inny.

Otóż: Dziewczynka – debiutancki film Szweda Fredrika Edfeldta z 2009 roku.
Co zapamiętałam (bo minęły już trzy lata od oglądu)? Nie była to opowieść powalająca niezwykłością. Świat widziany był oczyma dziesięcioletniej dziewczyny, bez jakichś offowych komentarzy, bez kokieteryjnej maski dowcipu, gonienia za spektakularnym zdarzeniem. Punktem wyjścia jest właśnie rezygnacja z oczekiwanych atrakcji. Oto rodzina wyjeżdża na wakacje. Chcą uczestniczyć w misji charytatywnej w Afryce. Dziewczynka żyła tym projektem i marzyła o nim, ale z pewnych powodów nie może wyjechać – rodzina jedzie bez niej, ją powierzając ciotce, która na pierwszy rzut oka jest z kategorii tych, które same potrzebują natychmiastowej opieki. 

Jest więc lato, czas bez ograniczeń, bo w tym wieku dwa bezkresne miesiące mogą być przedsionkiem wieczności. Trzeba sobie radzić: z poczuciem odrzucenia (pojechali bez niej!), z organizacją codziennego życia (ciotka nie ma pojęcia ani o gotowaniu, ani o zapędzaniu młodej istoty do łazienki), z hipokryzją świata dorosłych i głupawką koleżanek (ciut starszych, ale już będących po drugiej stronie linii – tam, gdzie jest mizdrzenie się, podryw, szminka i perfidia). Takie lato ma się w życiu tylko jedno. To jest ten moment przejścia. Mówią do ciebie jak do dziecka, nie przeczuwając, ile rozumiesz. A to jest krótki czas pogranicza. Już za dużo przenikliwości i sceptycyzmu, ale wciąż jeszcze egzaltacja, nadwątlona naiwność i nieporadność. Taka jest tytułowa, bezimienna Dziewczynka, i taki jest Finn z powieści Jacobsena. 

Są tu i tu podobne tropy: * lato inicjacji (jeszcze nie seksualnej, choć ten temat pojawi się, gdy Dziewczynka podpatruje koleżanki, a Finn podgląda Przejedzoną – golaskę na plaży), * zaskoczenie zmianą relacji z bliskim dotąd rodzicem (zaczynasz poddawać w wątpliwość dotychczasowe pewniki, mama staje się trochę obca i trochę bardziej prawdziwa), *doświadczenie odrzucenia (odniesione po części do siebie, po części do tych, których wykluczają jeszcze dobitniej: biedny, przedrzeźniany chłopczyk czy upośledzona lub opóźniona w rozwoju siostra).

Fenomen polega na tym, że gdy oglądam lub czytam, nie włącza mi się żaden brzęczyk, że powinny to poznać jakieś znajome dzieci albo że to taki uroczy – magiczny – sentymentalny świat arkadii, z której (jak z raju) wszystkich nas wygnano. Sedno w tym, że nie dystansuję się od dziecięcych spostrzeżeń. Jestem dorosła, ale na czas opowieści jestem w tej granicznej strefie, „pomiędzy”. Bo to mi się podoba najbardziej, że w pewnych momentach przed dziećmi otwiera się naprawdę mocna dawka prawdy o świecie. A one mierzą się z nią nie gorzej niż dorośli. Coś jest za trudne i mocno nie fair – ale nigdy nie będzie wyglądało inaczej i bardziej zrozumiale. Słowem: dla dorosłych ta książka i film.

Powiedziałam, że powieść Jacobsena jest niezwykła, lecz i bardzo zwyczajna zarazem. Narracja oddana w nadzór 10 (czy 12)-letniemu Finnowi, epilog dodaje wszystkim około siedmiu lat. Ten szczególny rok, o którym będzie można powiedzieć np.: „rok, w którym pojawiła się Linda” – to rok 1961 „rok Muru Berlińskiego, Kennedy`ego i Gagarina”. Norwegia, Oslo, raczej uboga dzielnica, gdzie wynajmuje się pokoje lokatorom, by wiązać koniec z końcem. Naprawdę niezwykłych scen jest niewiele, ale one wzruszają, aż ciarki przechodzą po plecach. Nie dlatego, że taka groza czy niesamowitość. Po prostu staje się jasne, że takiego lata się nie zapomina, że ono naznacza. Czym? Bezradnością i buntem, odpowiedzialnością i poczuciem winy, bliskością i obcością najbliższych…

Wiem, czas by z okrężnej drogi wejść na prostą. No ale co mi zostaje do powiedzenia? Kto występuje? Finn i jego Mama (trzydziestoletnia kobieta z pęknięciem, wcale nie taka prosta jak się zdaje). Lubią słowa i wspólnie czytane książki. Przyjaciółka mamy (Marlene), bracia, tajemniczy lokator – Kristian. Oczywiście, koledzy Finna (z niepowtarzalnym w swej gamoniowatości Freddym 1) i jedna koleżanka – Tanja. I oczywiście Linda, siostrzyczka, która pojawia się pewnego dnia jak grom z jasnego nieba, z niebieską walizeczką… Gdy małą piąstkę zaciska na dwóch palcach nowej mamy, to jest to „uścisk na śmierć i życie”. A przynajmniej: wieczna będzie pamięć tego uścisku, gdy on sam zostanie siłą rozplątany.

Gdzieś tam, na marginesie, migną też trzej bezdomni: Czerwony, Niebieski i Żółty. Nadejdzie czas, to się ich usunie, zdegraduje jeszcze bardziej, zaorze ślad po szałasach. Społeczeństwo usuwa wykluczonych. Z zaskakującą determinacją. To się – rzecz jasna – zmienia. Dzisiejsza Norwegia (czytaj: świat) ma inne metody, może inaczej interpretuje odmienność i niedostosowanie. Pewne kategorie odmienności są absorbowane, a pojawiają się nowe. Coś się zmienia, choć tak naprawdę niezbyt wiele.

Kluczowe jest pytanie, jak daleko sytuuję siebie od tego, co niepopularne, z ciemną smugą, wykluczone. I zastanawiające jak blisko naznaczonych jest Finn. Kobieta po nerwowym załamaniu, ktoś, kto się boi ciemności, bo przywołuje w nim dawne lęki. Dziewczynka z cygańskiego taboru, która może jeszcze nie wie, że nigdy nie będzie jak inne dziewczynki, choć biegnie do gromady z nadzieją. Duży, nierozgarnięty chłopak, pośmiewisko wszystkich dzieciaków, słoń w składzie porcelany, który „inspirował otoczenie, żeby go wykluczało”. 

Mój ulubiony cytat z powieści Jacobsena to ten:

„Linda była nie z tego świata, ja też miałem to kiedyś zrozumieć. Była Marsjanką, która przybyła na Ziemię, aby mówić językami do pogan, mówić po francusku do Norwegów i po rosyjsku do Amerykanów. Była przeznaczeniem, pięknem i katastrofą. Ułamkiem wszystkiego. Odbiciem mamy i mamy dzieciństwem. Jeszcze raz od początku. Śladem tego, co nigdy nie mija. Bóg prawdopodobnie miał w tym jakiś tajny plan – ale jaki?” (s.169)

Jeśli mój tekst był w zamierzeniu szukaniem tego, co wspólne w opowieści o Dziewczynce i w historii Finna i Lindy, to coraz mniej podobieństw widzę na koniec. Więc raczej fiasko. Chyba, że chwycić się tej myśli o słabości, której nagle doświadczasz i możesz się od niej albo odciąć, albo kurczowo chwycić – i tylko z tą słabością iść dalej. Słabość może obrosnąć dziwną mocą – taką, jakiej nigdy nie znajdzie ten, kto szuka nieskażonej niczym siły.

****

Powieść Jacobsena pięknie wydał Dodoeditor, a w radiowej dwójce można było posłuchać fragmentów. Wciąż można. Nie wiem tylko, czy to są moje ulubione fragmenty. TUTAJ.

oczyszczenie

Sofi Oksanen, Oczyszczenie, Świat Książki 2010

Gdy odsłonić skrzydełko okładki, ukaże się cała twarz. Pomarszczona wiekiem twarz kobiety. To odsłanianie i zmierzanie do czystego obrazu stanowi podskórne źródło opowieści. I nie tylko o wtajemniczenie czytelnika tu chodzi, również o narastającą świadomość bohaterów, przed którymi pojawiają się wyjaśnienia, nieraz już nieoczekiwane. Tym samym możliwe jest katharsis. Choć nie wiadomo, czy  „oczyszczenie” jest realne… Może jest? Bo chociaż nie cofnie się czasu, nie zmyje brudu, a co skręcone nie rozprostuje się magicznie, to samo ujawnienie prawdy ma swoją moc. Zwłaszcza, gdy całe dekady prawda była zakazana lub niedostępna.

Akcja właściwa rozgrywa się w Estonii, w roku 1992. Estonia dopiero co odzyskała niepodległość. To czas przeciągu: dawni prominenci kryją się po kątach, głowy podnoszą pokrzywdzeni (najczęściej ci, którzy wyszli z kąta i mają ochotę odpłacić za cudze krzywdy). W centrum są dwie kobiety: sześćdziesięciokilkuletnia Aliide Truu i dwudziestoletnia Zara. Estońska wieś, suszone kwiaty i zioła, zaprawy, tradycja kuchennych receptur. Pomidory, maliny, krem z nagietka. I one dwie – dopiero co się poznały – są z dwu różnych światów. 

Aliide niesie z sobą sporo wspomnień: przedwojennej sielanki, wojennej konspiracji, siermiężnej radzieckiej trucizny. Fabuła zawiązuje się w latach 30., obejmuje dekady. Aliide wcale nie jest dobrotliwą, spolegliwą kobietą, choć taką się może wydawać, gdy oferuje kąpiel i kolację. Zara również zaskakuje ciężarem doświadczeń, mimo wieku, ale zgodnie z tym, co sugeruje wygląd (mocny rozmazany makijaż, podarte błyskotliwe rajstopy, wyzywająca spódniczka mini). Łączy je upokorzenie i seksualna przemoc. Jedna doznała jej w piwnicach rajkomu (skojarzenie z ubeckimi przesłuchaniami jest sugestywne), druga w luksusowych wynajętych pokojach pod okiem chamskiego alfonsa. Więc łączy je ból zadanego gwałtu i strach, którego nigdy nie przegonią ostatecznie. Ale łączących nici jest o wiele więcej, co odsłaniają meandry fabuły i nieprzypadkowość spotkania.

O czym jest ta książka? [Powinnam zostawić kilka pustych linii, by zobrazować wahanie przed postawieniem diagnozy.]

O tym, że wciąż depcze się trawę, a trawa się wciąż podnosi. Ale bruzdy (brązowe plamy) zostają.
O strachu i poczuciu winy, który naznacza ofiarę. Tak, bo ofiara czuje się winna, podczas gdy oprawca strzepuje z siebie kurz.
O zdradzie i kompromisach.
O niewygasającej namiętności, która karmi się urojeniem.
Może też po prostu o historii naszych ziem, tyleż estońskiej, co i rosyjskiej, i polskiej, bo niezłomnych mężczyzn i karłowatych facetów, kobiet wyprostowanych i pogiętych było sporo. Analogie same się przywołują.

Absolutnie warto przeczytać! Bo na pewno jest to książka o czymś jeszcze. Można zahaczyć myśl i odbiór na całkiem innych treściach.

Dla mnie istotne są dwie sprawy. Jedna dotyczy rozpiętości emocji i odcieni kobiecych doświadczeń – sposobu połączenia skrajnie różnych tonacji. Porno biznes, w którego tryby dostała się Zara i ekstremalnie upokarzające przesłuchania Aliide przywodzą na myśl doświadczenia Róży z filmu Smarzowskiego. Może ich intensywność jest zamortyzowana tym, że te historie inkrustują opowieść współczesną, więc wypływają tylko na moment, pozwalają złapać oddech, są mniej lub bardziej zażegnane. Ale dosadne.
I od tego, co brutalne, przenosimy się w świat doznań kobiety „niewybranej”, kochającej tajemnie, zazdrośnie podpatrującej miłość ukochanego adresowaną do innej. Są też odsłony – chyba niepotrzebnych – poświęceń, czynionych dla ocalenia mężczyzny. [Sama nie wiem, czy słusznie sugeruję, że niepotrzebnych. Ale „poświęcanie siebie” trafiło na moją krótką listę niemądrych poczynań.]
Dalej Sofi Oksanen pokazuje związek kobiety i mężczyzny, którego podstawą jest szukanie bezpieczeństwa. By nie mówiono, że sama, by on ratował ją od ewentualnych napaści… W imię tych dobrodziejstw kobieta znosi to wszystko, co ją od niego organicznie odpycha: zapach cebuli, tępotę rozumowania i to, że w szczególe i w ogóle jest przeciwieństwem mężczyzny, którego kocha.
Wreszcie –
last but not least – Oksanen naprawdę zgrabnie wplata w tę powieść historię miłości szlachetnej i czystej, takiej przedwojennej. Myślę, że ten wątek potwierdza jej klasę pisania, bo tu najłatwiej można by omsknąć się w mieliznę. A moim zdaniem te różne tonacje łączą się zgrabnie. Przekonują. I trochę rozgrywają się w kleszczach historii (to ona upolitycznia zwykłe ludzkie sprawy), a trochę dzieją się poza czasem, powracają cyklicznie w innych dekoracjach.

Druga sprawa, która zatrzymała moją uwagę, to dwa, może trzy opisy doświadczeń ekstremalnych, które żeby przetrwać, trzeba być strzykwą. Tak to kiedyś nazwała Szymborska (Autotomia), a Sofi Oksanen idzie dokładnie tym tropem.

„W niebezpieczeństwie strzykwa dzieli się na dwoje:
jedną siebie oddaje na pożarcie światu,
drugą sobą ucieka.
Rozpada się gwałtownie na zgubę i ratunek.
na grzywnę i nagrodę, na co było i będzie.
W połowie ciała strzykwy rozwiera się przepaść
o dwóch natychmiast obcych sobie brzegach.
Na jednym brzegu śmierć, na drugim życie.
Tu rozpacz, tam otucha.
Jeśli istnieje waga, szale się nie chwieją.
Jeśli jest sprawiedliwość, oto ona:
Umrzeć ile konieczne, nie przebrawszy miary.
Odrosnąć ile trzeba z ocalonej reszty”.

Gdy ciało Aliide (a potem Zary) doświadczało apogeum strachu, ona nie była tym ciałem. Była śliną na nodze stołu, była kornikiem, który łączył ją z lasem, uruchamiał obrazy zgoła inne niż te, które dostrzec mogłyby oczy. Była muchą na żarówce. A nie maltretowaną kobietą, której doznań nie mogłaby przecież znieść. Była muchą…

Bo też ta mucha to wcale nie przypadek. Pojawia się niefrasobliwie w jednej z pierwszych scen. Aliide nie cierpi much, chyba dlatego – tak się początkowo zdaje – że roznoszą paskudztwa, zanieczyszczają żywność. Mucha jest na czwartej stronie okładki, tej spodniej… Jest znakiem tej podwójnej, niejednoznacznej tożsamości, która odsłania się w miarę dobiegania opowieści do mety. Odsłanianie to właśnie nerw Oczyszczenia.