Archiwa tagu: miłość

żywopłot

Dorit Rabinyan, Żywopłot, Smak Słowa 2016

Zywoplot

Literacka premiera drugiej połowy sierpnia. Trafił do mnie egzemplarz recenzencki i dobrze, że zdarzył się taki traf. Warto było poznać.

Kilka wabików: izraelska Nagroda Bernsteina, rekomendacja Amosa Oza i szum wokół recepcji książki w Izraelu (zakazy, stempel „niewłaściwego” wpływu na czytelników). Tym ostatnim nie należy się sugerować, bo to absurd i choć mówi co nieco o Izraelu, to prawie nic o książce. Natomiast Oza warto posłuchać (nawet jeśli to reklama na okładce). Rzeczywiście, Żywopłot to przede wszystkim opowieść o miłości, która rozkwita w ciągu kilku miesięcy w mroźnym Nowym Jorku (2002 – zima stulecia).

Spotkali się w obcym im mieście, bo tam, skąd pochodzą, los pewnie nie dałby im szansy. Liat jest Izraelką z Tel Awiwu, Hilmi – Arabem urodzonym w Hebronie. A więc miłość, której kontekstem jest splot zadawnionych sporów między nacjami, odwieczny i niewygasający konflikt. Przeszkody, które tam, w Tel Awiwie czy Ramallah, były namacalne (strefa okupacyjna, mury, strażnicy), na drugiej półkuli są żywopłotami rozrastającymi się w głowach. Z jednej strony – można dać się porwać narracji o namiętności i czułości, która unieważnia granice, z drugiej (i to jest najciekawsze) – granice to stemple mentalne i nawet oderwane od bodźców politycznych czy społecznych nie znikają. Zostaje to, co zaszczepiła w nas kultura, tradycja, filtr, przez który patrzymy na świat. Historia Liat i Hilmika ujęta jest w zimno-gorące szczypce. W głowach (przynajmniej w głowie Liat) pali się czerwona lampka, że to tylko tymczasowe. Emocje próbują ten szlaban złamać, nagiąć do pragnień czy przeznaczeń.

Powieść ma rytm trzech pór roku: jesieni, zimy (i nieśmiałej aż po maj wiosny) oraz lata. Jesień to dwa pierwsze dni, które przesądziły o spotkaniu i dopasowaniu się. Zima to pestka z przyległym miąższem. Lato jest skórką epilogu. Sięgnęłam po powieść Dorit Rabinyan tuż po lekturze opowiadań Elizabeth Strout (Olive Kitteridge). Stąd lekki szok termiczny. Amerykanka opowiada o prowincjonalnej codzienności ludzi, których życiowa ścieżka robi właśnie ostatni zakręt. Posługuje się przy tym narracją mistrzowsko zwięzłą, precyzyjną. Pisarka izraelska wciąga od pierwszych stron w żywioł młodości: wielkie miasto, uczucie jak grom z jasnego nieba, narracja bardzo subiektywna. Znaki zapytania towarzyszyły mi w części jesiennej: bo przecież zaskoczyła mnie rozlewność obejmująca dwa dni, z których pierwszy jest chodzeniem ulicami Nowego Jorku tam i z powrotem. Lekki sceptycyzm powrócił, gdy czytałam końcowe sceny na plaży – również niesamowicie rozbuchane. Oczywiście, temperatura zdarzeń jest na tyle gorąca, że usprawiedliwia taki wybór. Choć lakoniczność też zdziałałaby swoje.

Podkreślę: żywiołem Żywopłotu jest młodość. Wiek bohaterów (dobiegają trzydziestki), gorączka romansu, wybory rozstrzygające o całym dalszym życiu. Ale nie tylko to. Coś więcej, coś w sposobie pisania Dorit Rabinyan zachęca, by analogiczną młodzieńczość (zuchwałość i nieśmiałość jednocześnie) odkrył w sobie czytelnik.
Doris Rabinyan1Wyobrażam sobie, że Liat mogłaby wyglądać tak, jak autorka. Tropów autobiograficznych jest kilka: dedykacja, żydowsko-irańskie korzenie bohaterki i pisarki, miejsca bliskie im obu. Czytać należy tę powieść jednak jak fikcję.

Najbardziej ujęło mnie wyważenie tego, co prywatne i tego, co przynależy do społecznych diagnoz. O konflikcie izraelsko-palestyńskim co nieco wiemy. Rabinyan nie próbuje tworzyć fresku historycznego ani ujmować tematu panoramicznie. Skupia się na tym, jak sytuacja stymuluje zachowania bohaterów. Kłócą się, mają świadomość, że po powrocie do kraju nie zyskają aprobaty najbliższych, próbują zgadywać, co siedzi w głowach tych, którzy nie dają im szans. Samych siebie zaskakują tym, ile mogą poświęcić i tym, jak sztywnieją im poglądy, gdy służą konfrontacji z kimś, kto może je zaatakować.

Mam dwa ulubione fragmenty, oba konfrontacyjne, z mięsistej części zimowej. Pierwszy to świętowanie szabatu w izraelskim gronie Liat. Zataja swój związek z Hilmikiem, przychodzi sama, ale cały czas zgaduje, jak byłby tu przyjęty, co mogłoby go urazić i czym on drażniłby Żydów. Ucztują, przekomarzają się, dyskutują o tym, co w kraju, o „żydowskiej racji” i „arabskim zbłądzeniu”. Wspominają wojsko, bo każdy z obecnych odsłużył swoje w izraelskiej armii. I wiedzą, że główny problem to arabski terroryzm. Schronieni w żydowskich smakach, piosenkach, modlitwach i przekonaniach jak w kokonie.

Drugi – to kolacja w restauracji wśród arabskich przyjaciół Hilmika. Są oboje, ale Liat poczuje się dotknięta, gdy nie otrzyma wsparcia ukochanego. I choć Hilmi jest wyjątkowo empatyczny i jak to tylko możliwe – apolityczny, to przecież bliżej mu do poglądów brata Wasima niż do izraelskiej koncepcji dzielenia ziemi i budowania wszędzie płotów. A Liat idzie w zaparte, oburza ją apodyktyczność Wasima, odczuwa ironię Zajnab, komentującej, że niby oczywista jest nieznajomość arabskiego wśród Izraelczyków, bo bliższy jest im starogrecki i flamandzki.

Językiem, w którym porozumiewają się bohaterowie jest angielski. Wcale niemało jest jednak hebrajskich i arabskich przebitek. Sprawiały mi one dużą przyjemność. W melodię języka Rabinyan wpisuje tożsamość, atmosferę rodzinnego domu, swojskość (i odmienność).

Może to, co można odnaleźć w powieści Rabinyan, nie doda wiele nowego do publicystycznych analiz, niegdyś już przeczytanych. Ale pozwala przyjrzeć się jak konflikty społeczne osadzają się nam w głowach, jak trudno je w sobie przełamać. Co akurat dotyczy nie tylko sporu izraelsko-palestyńskiego, bo daje się dostrzec dużo bliżej.

„Tam, przed ekranem telewizora, oglądając weekendowe wiadomości, ja i moja siostra ścierałyśmy się z rodzicami (…) i oskarżałyśmy okupację o wszystkie kłopoty, obrzucając wyzwiskami prawicowy rząd i żydowskich osadników. Natomiast tutaj, w Nowym Jorku, mówiłam nagle ich językiem, broniłam Izraela, usprawiedliwiałam jego politykę. I ze wszystkich ludzi na świecie właśnie z Hilmim nie udawało mi się zgodzić w niczym. Nienawidziłam tego. Nie rozumiałam, dlaczego nawet my, bliscy sobie i kochający się ludzie, wciąż i wciąż ponosimy klęskę w miejscu, gdzie wszyscy doznają niepowodzenia od tylu już lat”.

 

piosenki

Nietoperz, reż. Kornél Mundruczó, Teatr Rozmaitości, Warszawa
Niedobrani
, reż. Lucas Belvaux, Francja 2014

# Wszystko gra, reż. Agnieszka Glińska, Polska 2016

Starsi Panowie rzucili obietnicę. Wierzysz nie wierzysz, czasem zanucisz i spróbujesz, czy działa.

Piosenka jest dobra na wszystko
Piosenka na drogę za śliską
Piosenka na stopę za niską
Piosenka podniesie Ci ją
Parararara…

Piosenka to sposób z refrenkiem
Na inną, nieładną piosenkę
Na ładną niewinną panienkę
Piosenka – de son la chanson.

Dobrą metodę wypróbować warto. Indywidualnie lub wespół w zespół. I ja właśnie o tym drugim, o tym, że w ostatnim tygodniu docierają do mnie niemal wyłącznie takie próby. Spektakl w Teatrze Rozmaitości, francuska komedia romantyczna i polski niby musical. Efekt taki, że niektóre piosenki się przyczepiły i z głupia frant domagają się nagłośnienia. Poza tym myślę też sobie, że żadna metoda nie sprawdza się w stu procentach.

1. Spektakl wyreżyserował Kornél Mundruczó, ponad trzy lata temu (wrzesień 2012), widziałam go świeżutko, dopiero co. Nietoperz. Tytuł od Straussa, w dialogach pada „link” do Zemsty nietoperza, ale chyba bez jakiegoś fundamentalnego zaczepienia. Fakt, że operetkowy ton rozsadza powagę sytuacji. Można to nazwać teatrem buffo (jak w omówieniach) albo po prostu drugą szalą, która pozornie równoważy niezręczność sekundowania eutanazji. Ja tylko o piosenkach, więc odstawię temat główny. [Jak to jest, gdy ktoś prosi o taki myk na tamtą stronę. Jak to jest, gdy komuś w tym pomagasz. Jak to jest, gdy zza szklanej szyby – albo z siódmego rzędu – spokojnie sobie na to patrzysz]. Piosenka wprowadza umowność. Pacjent i personel kliniki, na równych prawach, pod dyktando batuty dyrygenta, śpiewają wśród wiszących pod sufitem baloników. Piosenka nie komentuje, lecz kumuluje energię. Fenomenalny jest zwłaszcza finał, w którym cały zespół, z Dawidem Ogrodnikiem na czele, śpiewa piosenkę Umberto Tozzi`ego Ti amo. Najbardziej kiczowatą piosenkę o miłości, jaką sobie można wyobrazić. Z zaangażowaniem jakby chodziło o życiowe credo, ostatnią ekspresję ciała i duszy. Jakby nic poza tym histerycznym Ti amo nie było… Super!

2. W serialu przeglądów filmowych mamy odcinek z Nowym Kinem Francuskim. Kaliber lżejszy, lecz wiele do życia wnoszący. Nawet jeśli da się całą mądrość sprowadzić do kilku popowych piosenek. Jestem już nieomal (!) specjalistką od komedii romantycznych i wiem, że to zupełnie co innego, gdy historię opowiada Anglik, Amerykanin, Hiszpan, Polak, a co innego, gdy robi to Francuz. W jednym zdaniu: jeśli Francuz, to będzie choć ciut o książkach, ze wskazaniem na Zolę, Woltera lub choćby Kanta. Niedobrani

Clément jest wykładowcą filozofii, którego z Paryża oddelegowano na koniec świata, czyli do Arras. Bo wiadomo, że koniec świata jest wszędzie poza Paryżem, który jest tego świata pępkiem. Przymusowa przerwa w życiorysie może się jednak okazać chwilą przełomu. Za sprawą urokliwej, radosnej Jennifer, fryzjerki-kantystki. Ona nie wie, że mówi Kantem. Nie zna Dostojewskiego, ale jest dobrze zorientowana w życiu Jennifer Aniston, niesłusznie porzuconej przez Brada Pitta dla Angeliny Jolie. Oczywiście, schemat: mądry on, głupia ona zostanie przenicowany. Bo prawda jest zawsze odwrotna. „Niedobrani” albo lepiej: „z innej gliny ulepieni”. Moim zdaniem film naświetla „dokumentalną prawdę” o tym, jak się ma przekombinowany męski lęk przed bliskością do kobiecej wiary, że jak jest dobrze, to trzeba umieć się zaangażować (nie wykluczam, że uprawomocnione są inne interpretacje).

Co mają do tego piosenki? Jennifer chodzi do klubu karaoke i razem z dwiema przyjaciółkami śpiewa hity muzyki pop. Energetycznie, że ho, ho i na temat. Naprawdę, bez ironii, stwierdzam, że przeboje muzyczne mogą z tą samą mocą objaśniać świat, dodawać sił, wskazywać drogę, koić serce, uruchamiać wyobraźnię… co arcydzieła literackie i objawienia filozoficzne. Nie znaczy to, że głębię da się mierzyć tą samą miarą. Niuanse, które uruchamia Kant w Krytyce czystego rozumu albo Dostojewski w rozważaniach księcia Myszkina (tytułowego „idioty”) to są rzecz jasna sprawy wyższe. Lecz jeśli chodzi o życiową przydatność (na tu i teraz), to jestem gotowa uznać, że Gloria Gaynor, deklarująca I Will Survive jest nie do przebicia.

Co może pocieszyć udręczoną dziewczynę bardziej niż tekst, który krótko-zwięźle mówi exfacetowi: „Go on now go, walk out the door,/ (…) ’cause you’re not welcome anymore”? I jeszcze dodaje, że „Now I’m savin’ all my lovin’ for someone who’s lovin’ me”.  A w refrenie podkreśla, że jeśli gość myślał, że ją to złamie, to mylił się mocno, bo ona, oczywiście, przetrwa, otrzepie kurz ze skrzydeł, usunie rozmazany tusz, powita nowy dzień, zmieniając porażkę w szczęście. W kilku słowach mamy przeprowadzony skomplikowany proces terapii. Kant i Dostojewski może sprawdzą się, gdy ma człowiek więcej czasu, spokojny umysł lub cierpliwość Sonii Marmieładowej. Piosenka działa doraźnie, ustawia do pionu w niecałe pięć minut. Super!

3. Jeśli natomiast chodzi o premierę weekendu: # Wszystko gra, to tytuł jest mylący. Owszem, chodzi głównie o granie i śpiewanie, ale żeby coś się z czymś łączyło, to absolutnie. Absolutnie nie. Śpiewa więc każdy: Stanisława Celińska, Kinga Preis, Eliza Rycembel, Sebastian Fabijański. Piosenki znane i lubiane są zaprezentowane w nowych aranżacjach, dopełnione ekspresyjną choreografią, mogą wpadać w ucho i podrywać do tańca. Zgoda.

Wszystko gra

Ale żeby te występy muzyczne zgadzały się choć trochę z opowieścią, to trzeba oglądać bardzo tendencyjnie i z instrukcją.

Nie powiem, o czym jest film, bo nie wiem. Wątków jest kilka, zazębiają się i beztrosko prowadzą donikąd. Okrutny posiadacz chce eksmitować z domu z ogrodem trzy panie (babcię, mamę i córkę). Córka ma dwie koleżanki, z którymi świetnie się bawi w dzień i w nocy, przy czym w nocy zabawa polega na nielegalnym malowaniu warszawskich symboli na murach. Mama zatańczyła z piłkarzem Bossa Nowę do poduszki (tę, w której się przeprasza za spanie nago, każdy chyba zna?). I ten taniec oznacza, że oni są już parą, choć nie wiadomo, czy to taki trefny kawałek, że po nim już sobą być nie można, czy co? Córka z kolegą ma jechać na staż do Londynu, ale w Warszawie jest więcej adrenaliny. Poza tym gra się tu w karty ze zmiennym szczęściem. W filmie zatrudniono kilkoro aktorów, którym zapomniano napisać rolę. Dlatego Paweł Wawrzecki i Krzysztof Stroiński realizują się jako statyści.

Słowem: to nie jest film, lecz widowisko muzyczne. Naprawdę zachodzę w głowę, dlaczego Agnieszka Glińska i Stanisława Celińska, i Kinga Preis podejmują się zadania, w którym trudno im robić swoje, bo akurat koncept filmu tego nie wymaga. Są na ekranie znakiem niewykorzystanego potencjału. Podobnie trzy młode aktorki-iskierki. Postaci są, ale plączą się w poszukiwaniu autora (jak u Pirandella). Więc nie musical a widowisko.

Zabawne są pomysły na wprowadzanie piosenek. One wcale nie muszą się łączyć z fabułą. Inaczej niż w Nietoperzu (gdzie nie były ilustracją, lecz przemawiały formą), inaczej niż w Niedobranych (gdzie piosenka komentowała życie bohaterki i była chwytem kompozycyjnym), tu piosenka żyje własnym życiem i pewnie się zastanawia, po co w ogóle ktoś fabułę dołożył.

Gdy córka dowiaduje się o intrydze wyeksmitowania ich na bruk, śpiewa piosenkę Lombardu – Mam dość! Ale dlaczego ma dość „nawiedzonych kochanków” lub „histerycznych poranków” tego nie wiem. Oczywiście, „kochany Żoliborz, pieprzony Żoliborz” pojawić się musiał jako pocztówka z Warszawy, nie mam pytań, mus to mus. Trochę nie bardzo rozumiem też wejście piosenki Trojanowskiej – Wszystko, czego dziś chcę

Możliwe, że do kontekstu pasuje jakiś jeden wers tekstu, a pozostałe są wprowadzane jako dobrodziejstwo inwentarza. Dziwne, że piosenka płynie pod prąd. Co wcale nie znaczy, że nie jest miło posłuchać. Bardzo mi się dobrze słuchało Stanisławy Celińskiej (Tych lat nie odda nikt,/ tych lat nie odda nikt/ Gdy swoją drogą ja chodziłam,/ swoją drogą ty…)  i zaskakującej muzycznej rozmowy trzech kobiet o tym, że naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt. Może więc, choć nie zawsze „piosenka jest dobra na wszystko”, bo na brak pomysłu nawet piosenka nie zaradzi, to jednak ona sama broni się – pomimo, bez względu i wbrew.

subtelność

Subtelność (L’hermine), reż. Christian Vincent, Francja 2015Subtelnosc

Subtelność pojawi się w polskich kinach latem. Krótko mignęła na przeglądzie filmów nagradzanych: WIOSNA FILMÓW. Zacznę więc od tego, kogo nagrodzono i za co. W Wenecji Fabrice Luchini zdobył za rolę sędziego Racine`a Puchar Volpi, a Sidse Babett Knudsen za rolę jego muzy, doktor Ditte, otrzymała Cezara. Gdyby istniała taka instancja, która honoruje aktorskie duety, tych dwoje miałoby spore szanse.

Wyznaję (by nikt mi tego nie zarzucił, bo przecież nie udaję bezstronności), że Luchini jest moim francuskim ulubieńcem. Pan Jourdin z Zakochanego Moliera, Germain, nauczyciel literatury w U niej w domu, Serge, aktor-mizantrop z Moliera na rowerze. Role są różne, Luchini ten sam. On nie z tych, którzy w jednym filmie są intelektualistami, w drugim szefami mafii, w kolejnym wyuzdanymi skandalistami. I nie o wąskim emploi tutaj mowa. Bo Luchini pewnie mógłby wyzwanie podjąć. Ale potrzeby takiej nie ma, skoro subtelną grą ma do przekazania ogromną skalę tęsknot, obaw, aspiracji i zagubień, w które wikłają się jego postaci. Gdy pierwszy raz oglądałam film, w którym grał, Luchini wydał mi się nieco karykaturalny. Z naiwnie bezbronnym uśmiechem, z powagą, która aż śmieszy, z niedoborem spontaniczności i luzu, bez genu gwiazdorskiej zgrywy, jakby amator. Tymczasem mistrz. Wchodzi w każdą ze znanych mi kreacji jak najprościej. Jak człowiek znikąd. Złamany, bo coś mu tam nie wyszło lub ugrzązł na mieliźnie. Z nadziejami, które wydają się na wyrost, więc nic dziwnego, że zamiast sunąć lekkim krokiem, włącza czujność i zgodę na ewentualną porażkę. Choć do końca, nawet z poczuciem własnej śmieszności, gra o najwyższą stawkę. Na przykład o miłość lub rację.

W Subtelności jest sędzią orzekającym w trudnym procesie. Po pierwsze: trzeba ustalić, czy aby na pewno ojciec przyczynił się do śmierci 17-miesięcznej córeczki. Po drugie: słyszy, jak o nim plotkują koledzy, więc czuje się rarogiem. Po trzecie: wśród ławników pojawia się Ditte, która podoba mu się bardzo (w której zakochał się przed kilku laty, lecz nie wywalczył jej wzajemności). I jak tu trzymać trzy sroki za ogon, skoro dopadło go grypsko?

Polski tytuł jest trafiony. Francuski, o ile nie ma podwójnego dna, odnosi się do sędziowskiego stroju. A w subtelności sedno.

Pojawiają się na starcie różne tropy, lecz nie mogą się wybić na plan pierwszy. Choćby motyw sądowej rozprawy. Tak wiele zależy od przysięgłych, a oni są przypadkowi. Ten ma gen podrywacza, tamten plotkarza, w dodatku sędzia esemesuje z ławniczką. Cienka linia wyznacza granicę procedur. Jeśliby ktoś pomyślał, że to francuska wersja Dwunastu gniewnych ludzi, musi zgasić oczekiwania. Tylko poniekąd. Sędzia Racine na spotkaniu z ławą przysięgłych wtajemnicza w ograniczenia. Dotrzeć do prawdy niełatwo. Zna ją oskarżony. Reszta jest domniemaniem. Chodzi więc o to, czy istnieje możliwość niewinności i o to, by zabrać głos w sprawie tego, co wolno a czego nie. Margines przypuszczeń można lekko zwęzić, ale nie da się go zmienić w szeroki trakt oczywistości.

Może więc jest to opowieść o teatralności sądowych procesów. Do pewnego stopnia – owszem. Córka Ditte, bezpośrednia siedemnastolatka, nazywa sąd sceną, co dziwi Racine`a. Nie oponuje jednak, bo czyż nie można tak nazwać sytuacji, w której z jednej strony mamy „widownię”, z drugiej przebranych w kostiumy występujących? I kwestie powtarzane ze zgodnością równą aktorskiej recytacji. 

Można uznać, że jednym z tematów jest odmienność generacji. Ditte ma 45 lat, sędzia jest od niej starszy, oboje – choć budzą w sobie świeże uczucia – są z generacji niewiosennej, innej niż ich dzieci. Trzeba dodać, że nie tyle o wiek chodzi, co o galaktykę i orbity, po których ludzie krążą. Nastolatka emanuje takim luzem, bezpardonowością, spontanicznością, pewnością siebie i przenikliwością, że pozostaje tylko ustąpić jej pola. Bo choć nonszalancja, z jaką przerywa rozmowę, by odebrać SMS-a, może przyprawiać o zawrót głowy, jest znakiem czasu i jednak stemplem niepodważalnej racji.

Nade wszystko zaś film opowiada o pięknie subtelnej obecności, za którą tęsknimy, bo nadaje życiu sens. Historia miłosna, jeśli w ogóle można zakwalifikować relację między sędzią a panią anestezjolog do tej kategorii, jest utkana z delikatności. Paradoksalnie – w tym tkwi jej siła i ciężar. Zaczęło się, gdy Racine – po wypadku, na OIOM-ie – doświadczył czułych dotknięć i ciepłych spojrzeń opiekującej się nim Ditte. Subtelność nałożyła się na emanację piękna i kobiecości. Dotyk i jasna aura. Tylko tyle, za mało, by pozwolić sobie na snucie planów, a wystarczająco, by mieć w pamięci i to w tych często używanych skrytkach. 

Los sobie stroi żarty, zbliża ze sobą tych dwoje i narzuca im ograniczenia. Rozprawa ma trwać tylko kilka dni, role, jakie w niej odgrywają, raczej utrudniają wskrzeszenie naturalnej relacji. Lecz nie doszukujmy się w Losie złośliwości, bo on się chętnie daje pokonać tym, którzy znajdą na to sposób. Sidse Babett Knudsen jest tutaj zjawiskowa i rozgrywa swoje bezbłędnie.
A naprawdę jej rola osadzona jest w drugim planie. Czekałam aż będzie mogła wybić się na plan pierwszy, lecz nawet wtedy, gdy mówi najgłośniej, mówi spojrzeniem, uśmiechem i sukienką z jasnej koronki. 

Sukienka jest ważna, tak samo jak czerwony szalik Racine`a. Ditte twierdzi, że jest okropny, bo ekscentryczny, sędzia zaś, że to świetny kamuflaż – wszyscy patrzą na czerwień, on może za szalikiem się schować. Świetnie ograny rekwizyt. Podobnie jak wszelkie (wyłapałam kilka, węszę, że jest ich więcej) aluzje do biografii aktorów. Gdy mówią o swoich postaciach, dodają im coś od siebie (np. kopenhaskie korzenie Ditty). 

Po seansie nie do końca wiadomo, o czym był film, bo żaden wątek nie zdobył rangi pryncypalnej. Nie będę więc upierać się przy historii Racine`a i Ditte. Ale wyszłam wzruszona subtelnością tęsknoty za kimś, kogo chcemy mieć przy sobie, bo jego spojrzenie nadaje wagę naszym czynom i myślom. Tym, że ta szczypta subtelności zmienia totalnie wszystko.

***
Taki traf, że piszę o filmach spoza głównego obiegu, lekko żałując, że gdy nadejdzie ich czas, wszystko, co napisałam pokryje już kurz. Taki los. Akurat to mnie porusza.

wiosna filmów

brooklińska bajka

Brooklyn, reż. John Crowley, Irlandia&Wlk.Brytania 2015

Co by tu… jak by tu… od czego zacząć…? Ale ładna ta bajka. Ech…
Między światami. Między sercami. Między zagubieniem a odnalezieniem. Może jeszcze warto przywołać Rodziewiczównę – „między ustami a brzegiem pucharu”. Melodramat na sto dwa, jak się patrzy i z przytupem. Dlatego ci, którzy lubią horrory, kino polityczne czy jakieś slow cinema, powinni się mieć na baczności. Rzecz uszyta wedle miary gatunku. Wzrusza, budzi uśmiech i nostalgię. Mnie się Brooklyn podoba. I wierzę, że to będzie film o zasięgu Pretty Woman, że będzie wracał na jakichś wieczornych domowych seansach, że będziemy się uśmiechać, widząc go w telewizyjnej ramówce (o ile mamy telewizor) i że może kiedyś, na pewno nie od razu, zastąpi nam Znachora

Saoirse Ronan as "Eilis" in BROOKLYN. Photo by Kerry Brown. © 2

Serio: może się spodobać, nawet jeśli na co dzień hołdujemy innym gustom. Ale trzeba pamiętać, że wiele potencjalnych tematów zostało przyciętych przez scenarzystę, by było ładniej. Drapieżność kwestii społecznych, głębia wyobcowania imigrantów, zawiłość podwójnej tożsamości uległy stemperowaniu. Za scenariusz odpowiada Nick Hornby (który ma różności na koncie, ale też cudeńko: Była sobie dziewczyna). To adaptacja powieści Colma Toibina, Irlandczyka. 

Co do konstrukcji opowieści: jest nieco banalnie. Lata 50. Młoda Irlandka – Eilis – nie ma perspektyw. Tacy jak ona muszą szukać szczęścia za wielką wodą. Ma farta, bo płynie do Nowego Jorku z adresem i namiarem na pracę w sklepie. Będzie jej trudno, dopóki serce nie znajdzie drugiego serca. A później nagły powrót do Irlandii i wybór: który powrót ma być tym ostatecznym. Ten z Brooklynu do Irlandii, czy może z Irlandii na Brooklyn. Serce bije tu i tam.

Ciekawie się robi, gdy spojrzeć w skali mikro – na konkretne sceny i sytuacje. Sporo tu przerysowań, całkiem zabawnych, nieco Dickensowskich. Straszna właścicielka sklepu w Irlandii, to jędza, która każdemu chce dogryźć. Nawet klientom, jeśli w niedziele kupują nie to, co najpotrzebniejsze. Mniej karykaturalna, lecz również zarysowana humorystycznie, jest właścicielka „pensjonatu” na Brooklynie i współlokatorki młodej Eilis. Scenki rozmów kolacyjnych, w których starsza pani jest to szeryfem, to kaznodzieją, to wyciągaczką plotek są niezłe. Świetna jest potańcówka organizowana dla młodych przez irlandzki kościół. Na podium dobrze wymyślonych scenek stawiam tę z nauką jedzenia spaghetti. Eilis została zaproszona na rodzinny obiad w domu swego chłopaka. Tony jest Włochem, więc można obstawiać makaron. Ale jak go jeść elegancko? Lokatorki uczą Eilis  na sucho, czyli bez sosu, bo tak oszczędniej. I odgrywają, jak zachowa się sos, gdy makaron nie zawinie się jak trzeba. „Pluuum! Właśnie opryskałaś suknię jego matki i zostawiłaś plamę na ścianie”.

Walorem jest dobór aktorów. I pomysł na główne postacie, które ujmują bezpretensjonalnością, niepewnością siebie i świata. Główną bohaterkę uwielbiam. Wciela się w nią 21-letnia Saoirse Ronan (jak wymawiać?!), cudna Agatha z Grand Budapest Hotelu. W Brooklynie ma co najmniej tyle wdzięku, co u Andersona, gdy wyrabiała ciastka u Mendl`sa. I cudowny jest nieśmiały zakochany Tony (Emory Cohen). Tony jest hydraulikiem, Eilis chodzi na kurs dla księgowych. Rozmawiają niewinnie o tym, co wypełnia im dzień. To całkiem wielka sprawa móc podzielić się tym, co najprostsze. Tony jest zauroczony od początku. Eilis nie może nie ulec uroczemu Tony`emu. A wszystko jest niewinnie zwykłe i w tej zwykłości dramatyczne, że aż łza się kręci. Bo jednak z perspektywy świata, w którym – choćby potencjalnie – każdy może mieć kilka awatarów, profil na fejsbuku i na kilku randkowych portalach, takie cudowne spotkanie dwojga dopiero mających przy sobie rozkwitnąć osób wzrusza i już.

Brooklyn 1

moja miłość

Moja miłość (Mon roi), reż. Maïwenn, Francja 2015

Z pewną rezerwą podchodziłam do tego filmu. Z rezerwą – bo toksyczna miłość i związek jako temat flagowy (słowo „flagowy” przyczepiło się do mnie za sprawą przebierania w ofertach telefonów komórkowych). Miłość, oczywiście, istotna sprawa. Ona, jej brak lub zniekształcenia pojawiają się wszędzie, czy się tego pragnie czy unika. Ale żeby tak tylko o niej, to grozi przegrzaniem zmysłu percepcji. Vincent Cassel wabił z plakatu. Szalę przeważyła Maïwenn – byłam pod wrażeniem Polisse, czas sprawdzić, co u niej słychać.

Dobrze słychać. Podobał mi się film. Uruchomił kilka znanych wirów. Aż by się chciało potrzymać główkę w oparach zatrutych perfum i deliberować nad tym, jaką trzeba mieć siłę, by miłość udźwignąć lub ominąć, gdy głupia. Jako że z Nowym Rokiem deklaruję dbać o zdrówko psychiczne, ominę grząski grunt.

Odczekałam. Poczytałam recenzje innych (nietypowo) – szukałam zwłaszcza tych pisanych przez mężczyzn, ale i tak najkrytyczniejszą wysmażyła kobieta. Zauważyłam, że wyceny krytyków są rozbieżne. Bywają noty dostateczne! Ja wystawiłam dobrą (7/10 na FilmWebie). Z tym, że mam w głowie tę historię i ona wciąż działa, co znaczy, że obejrzeć bardzo było warto.

Mon Roi. Tony

Historia obejmuje circe 10 lat. Rozpoczęła się, gdy bohaterowie byli w okolicach czterdziestki. Może jeszcze ciut przed. Zakochali się, pobrali, urodził im się Sindbad. Imię wymyślił mężczyzna, zaznaczam, bo wydaje mi się, że tacy mężczyźni jak Giorgio, wybierają imiona, które pasują do nich samych. Nie upieram się. Sindbad kojarzy mi się z kimś lekko oderwanym od życia, wpatrzonym w odległe latarnie, wiecznie w rejsie ku nieznanym morzom. Mężczyzna i kobieta byli ze sobą i nie byli. Kochali się i doprowadzali do szału, czego innego im było trzeba, ale uparli się, że chcą też siebie nawzajem. Choć był to głupi upór. Dali sobie trochę szczęścia i trochę bólu. Właściwie: dużo. Mężczyzna wygląda kwitnąco, kobieta jest w rozsypce.

Opowieść jest retrospektywą, przesuwającą się przed oczami Tony (Emmanuelle Bercot). Wypadek zniszczył jej kolano, czeka ją długa rehabilitacja, podczas której ma szansę spojrzeć na to, co doprowadziło do kraksy. Nieudany zjazd na nartach i nieudane małżeństwo dały jej w kość. Z obu będzie wychodzić powolutku, wkładając w to wysiłek, znosząc ból, nabierając determinacji, by wrócić do zdrowia.

Niepotrzebnie pojawia się scena z psychologiem, który wyjaśnia analogię, czytelną i bez tego. Natomiast świetnym pomysłem jest wprowadzenie przyjaźni Tony z paczką chłopaków, którzy jak ona leczą  swe kontuzje w klinice. Są od niej o połowę młodsi, z innych światów społecznych. Ona to dobrze zarabiająca adwokatka, oni mają imigracyjne korzenie, inny pułap możliwości. Niektórzy twierdzą, że czas teraźniejszy wypada w filmie słabiej niż opowieść właściwa. Mnie się wydaje niezbędny. Jak inaczej Tony miałaby udźwignąć przeszłość? Rozpamiętywaniem, zaprzeczaniem etc.? Nie da się wrócić do siebie inaczej niż przez tu i teraz. Tony angażuje się w szereg drobnych rozmówek, wygłupów, rozrywek. Śmieje się, zajmuje głowę czymś innym niż dotąd. A do niedawna wydawało się, że jedynym źródłem radości, dawcą śmiechu i szczęścia, jest Georgio, tytułowy „król”. Nie trzeba zastępować intensywności czymś równie intensywnym. Wystarczy dopuścić do siebie trochę innego świata. To już jest wentylacja. Oddech leczy.

Mon Roi. Vincent Cassel jalo Georgio Milevsky

Giorgio (Vincent Cassel) to przystojny restaurator. Paryski bon vivant, z klasą, wdziękiem, poczuciem humoru, pełen pomysłów na życie. Krążą wokół niego różne „eks”, długonogie modelki, którym trudno oderwać się od czaru Georgia. Powiedzmy, że spotkanie z Tony jest doświadczeniem nowym, szansą na stabilizację i rodzinę. Małżeństwo i dziecko z błyskotliwą, roześmianą i rozumną kobietą – właśnie tego chce. Nie kalkuluje (załóżmy), lecz szuka ciepła, miłości, gruntu. 

Trochę wygładzam, ale rysy i tak się pojawią. A gdyby nie to, że Tony czuje się przy Georgio wyjątkowo – seksownie, bezpiecznie, radośnie (nigdy nie śmiała się tak całą sobą) i jeszcze odzyskuje wiarę w miłość (przecież jej doświadcza), to nie brnęłaby na oślep i łatwiej by jej było zmienić kierunek. 

Nie ujawniam tego, co zaszło, z obawy, że mogę komuś zepsuć odbiór. Jedną scenę przywołam, bo jest symptomatyczna. Gdy zdesperowana Tony prosi o rozwód, mówi, że nie wytrzyma dłużej emocjonalnej huśtawki. Rysuje dłonią amplitudę: góra-dół, góra-dół. – Wiesz, co to jest? – odparował Georgio. – Wykres EKG. To znaczy, że żyjesz. Spokój, o którym marzysz, to linia prosta. 

Mon Roi1

Aktorzy są świetnie dobrani. Emmanuelle Bercot nagrodzono za tę rolę w Cannes. Vincent Cassel mistrzowsko wypełnia rolę Georgia donjuanowskim urokiem, perfidią w manipulacji i swoistą bezbronnością (wobec siebie samego). 

Doświadczona cudzymi recenzjami (z nich pochodzą cytaty) postawię kilka znaków ostrzeżenia. Wcale nie jest tak, że historię Tony i Georgia należy uznać za „pigułkę prawd o kobietach i związkach”, ani za „uniwersalną opowieść o wypalającym się uczuciu”. Bo to pretensjonalne. Opowieść o dwojgu ludziach jest opowieścią o nich. Zdarza im się to, co się zdarza i zachowują się tak, jak oni mogą się zachować, a nie tak, by ileś milionów kobiet i tyleż samo mężczyzn widziało w nich siebie. Mogą widzieć. Albo: mogą zrozumieć, że reagowaliby inaczej. Byłabym zdziwiona, gdyby ktoś obejrzał Moją miłość i wszystko wydało mu się obce. Zgłaszam też veto wobec recenzentów, wyrokujących, że Tony jest niedojrzała („rozhisteryzowana i niesamodzielna”) albo że Georgio to tylko playboy. 

Dojrzałość i inteligencja o niczym nie przesądzają. Nie chronią przed toksycznym związkiem. Chyba że ktoś rozumie dojrzałość jako unikanie ryzyka. Ma tu coś do powiedzenia głód miłości, deficyt nie do zastąpienia niczym innym. W historii opowiedzianej przez Maïwenn, noszą go w sobie oboje: Tony i Georgio. Może dwa głody to nie najlepsze połączenie? 

Do mnie ten film trafia, tym bardziej, że jest niejednoznaczny. Na przykład ostatnia scena: wybieram interpretację pozytywną, a można odwrotnie. Podoba mi się, bo na pewno nie jest o tym, że mężczyzna niszczy, a kobieta cierpi. Choć Georgio zniszczył trochę więcej, a Tony więcej wycierpiała. Nie ma winowajcy i ofiary. W tym sedno. Maïwenn mówi w wywiadzie, że ból zadajemy sobie sami. Słowa reżysera a film to nie zawsze rzeczy zbieżne. Ale warto je skonfrontować.

„Chciałam ukazać również to, w jak różny sposób mężczyzna i kobieta egzemplifikują uczucie. Mężczyzna chce wolności i ją daje. Kobieta oddaje siebie i oczekuje w zamian tego samego”.

„Georgio, główny bohater pani filmu, zarzuca partnerce: pokochałaś mnie za wolność, którą noszę w sobie, za poczucie niezależności, wystawne życie, które oferuję. Teraz chcesz mnie zmienić. Winisz mnie za to, jakim jestem mężczyzną, a przecież to były cechy, dzięki którym zwróciłaś na mnie uwagę.

To okrutne, ale prawdziwe. Mam wrażenie – nie chwaląc się – że wyszła mi tu jakaś bardziej uniwersalna diagnoza. Georgio mówi do Tony: prosisz mnie o rozwód z tego samego powodu, dla którego mnie pokochałaś. Znam wiele takich par”.

w imię dziecka

Ian McEwan, W imię dziecka (Children Act), Wydawnictwo Albatros 2015

À propos Obcego nieba i obaw przed ingerencją urzędu w nasze prywatne życie. Lęk i sceptycyzm są zasadne, bo procedury, choćby najlogiczniejsze, na margines wrzucają to, czego nie da się skalkulować. Czy logika, ład i zasady są wystarczająco wiarygodne, by rozstrzygać to, co dotyczy relacji, emocji, wiary? Niby nie. Jeśli ktoś jednak przeczyta najnowszego McEwana, będzie miał powód, by docenić profesjonalizm i rozwagę człowieka instytucji.

Bohaterką jest Fiona. Ma 59 lat. Jest sędzią od spraw rodzinnych. Dba o rzetelność i klarowność wyroków. A wydanie werdyktu poprzedza przenikliwą lekturą dokumentacji i wcześniejszych casusów. Gra czysto. Nie powiem, że obiektywnie i niestronniczo, bo to niemożliwe, trzeba stanąć po którejś ze stron i orzec, kto ma rację. Mój podziw dla inteligencji i elegancji myślenia Fiony jest bezgraniczny. 

Sprawy nakładają się na siebie. Trzeba zdecydować, czy rację ma ojciec-Marokańczyk, chcący ratować córki przed wpływem Zachodu, czy ich matka, przerażona, że straci wpływ na dzieci, które wsiąkną w kulturę arabską (rozstania rodziców nie da się już cofnąć). Należy orzec, czy rację mają rodzice bliźniaków syjamskich, którzy z powodów religijnych nie chcą ratować jednego syna kosztem drugiego, czy szpital, który apeluje, że umrą obaj, jeśli nie da się szansy silniejszemu. Czy – wychowane wśród judaistycznych ortodoksów – dziewczynki mają wyrzec się matki (nazbyt wyzwolonej i pracującej), czy zostać z nią, tracąc łączność z wiarą ojca. W kontekście tych dylematów pojawia się sprawa najistotniejsza dla fabuły. Dotyczy siedemnastolatka, świadka Jehowy, który popiera decyzję rodziców, by wybrać raczej śmierć niż transfuzję krwi. Stroną w konflikcie jest szpital, który chce mieć prawo ratowania życia chłopca i to czym prędzej, bo upływające godziny drastycznie zmniejszają szanse. Chłopak za trzy miesiące uzyska pełnoletniość i wówczas żaden sąd niczego mu nie nakaże. Póki jest dzieckiem, można jednak uznać jego decyzję za nie w pełni świadomą i wymusić leczenie. Albo uszanować sprzeciw.

Ktoś powie, że to nic nowego, bo już nie raz o takim konflikcie słyszał. Ale pewnie przyglądał mu się przez pryzmat publicystycznych roztrząsań (rzadziej: przez subiektywne śledzenie jakiegoś znanego z autopsji przypadku). A tu mamy wgląd  w głowę Temidy. McEwan przestudiował kilka analogicznych przypadków, prześledził sędziowskie wyroki, a mowę orzekającą sędzi Fiony wzorował na autentycznej mowie któregoś z angielskich prawników. Ten werdykt to majstersztyk. Lektura obowiązkowa dla studentów prawa. Chapeau bas! Respekt dla prawa, odwaga i człowieczy głos urzędnika.

W imię dzieckaAle to nie o tym ta książka. Długo nie wiedziałam, jak to ująć. Pomogła mi dyskusja krytyków, dających książce najwyższe rekomendacje (Tygodnik Kulturalny 23.10.15, TVP Kultura). Zestawiono W imię dziecka z inną prezentowaną powieścią (Perfidią Jamesa Ellroya). Przeciwieństwa wydobyły esencję.

Ta druga książka to 800-stronicowe tomiszcze, gąszcz wątków, dynamiczna, pełna zwrotów akcja, wszechświat ludzkich spraw. Powieść McEwana jest czterokrotnie „chudsza”, splatają się z sobą tylko dwa wątki: sprawa „dziecka”, o której bohaterka orzeka w sądzie i kryzys w życiu prywatnym. Siedemnastoletni Adam jest łącznikiem między wątkami. Opowieść uwzględnia punkt widzenia Fiony. Co czuje uratowane i utracone „dziecko”, czego doświadcza mąż? – możemy ledwie zgadywać. Słowem: dużo mniej, a też wszechświat. Opisany nie zwielokrotnieniem, lecz eliminacją szumu. 

Nie wiem, czy to książka dla wszystkich. Jeśli ktoś z natury nie ma cierpliwości do poznawania prawie sześćdziesięcioletnich kobiet, to może sporo przeoczyć. Jeśli natomiast podążymy tropem Fiony – co naprawdę nie jest trudne, bo McEwan to jednak pierwsza liga pisarska – odkryjemy też siebie (z przeszłości, z przyszłości lub z jakiegoś równoległego bytu).

Może ktoś pamięta ten wiersz kończący tomik Podróż zimowa Barańczaka? Sobowtór autora, ze słuchawkami walkmana na uszach (Schubert!) przygląda się swemu odbiciu. 

„Stojąc przed witryną, w jej lustrzanym tle
widzę kątem oka kubek w kubek mnie.
Wielkie podobieństwo, do złudzenia aż,
gdyby nie ta zmięta, postarzała twarz;
na wkroczeniu w starość przyłapana twarz„.

To właśnie ten moment w życiu Fiony. Podkreślony kaprysem (prowokacją?) męża, który postanawia przeżyć jeszcze jedno erotyczne uniesienie, zanim będzie za późno. Nie z Fioną, choć ją lojalnie (!) o tym powiadamia. Więc Fiona zda sobie sprawę, że trwa „przyłapanie” – na wypaleniu emocji, na kończeniu się pewnych możliwości, na dotarciu do ściany, na dziwieniu się, że ciało przestaje być tym własnym. A wszystko to rozgrywa się niczym podkład muzyczny do wpisanych w codzienny harmonogram rutynowych działań. Melodyjny lejtmotyw (u Barańczaka Schubert, u McEwana – wiersz Yeatsa w opracowaniu muzycznym Brittena) jest jak kontrapunkt, w którym spotyka się przeszłość i tlące się szanse na przyszłość. 

Gdy mówię o sobowtórze, nie mam wcale na myśli analogii między życiem czytelnika a życiem Fiony. To chyba drugorzędne, czy powieść czyta trzydziestoletni facet czy czterdziestoletnia kobieta (dzieci odpadają, bo znuży je opowieść bez rówieśników). Historia Fiony to taki skondensowany wszechświat, sprowadzony mistrzowsko do kilku sytuacji, paru wspomnień, garści emocji i obserwacji. Ale nie musi być tak, by do opowiadania o „każdym” potrzebny był splot tysiąca wątków. Można to osiągnąć dużo skromniejszą metodą. Kilkoma miesiącami uporządkowanego życia bardzo dorosłej kobiety, w którym co nieco się rozregulowało.

Ja sobie zapamiętam kilka błysków. Rozmowę, w której na jednej szali jest godność i niezgoda na czyjąś wobec nas nielojalność, a na drugiej chęć zatrzymania choćby erzatzu. Chwile radzenia sobie w świecie nagle pozbawionym gruntu. Zerkanie od niechcenia na ekran telefonu, by odnotować, że ktoś nie pisał, nie dzwonił, po prostu zniknął. Przestrach z powodu odpowiedzialności za ocalone życie. Rozpacz po uświadomieniu sobie błędu, który zabija niechcący. Ten płacz w ostatniej scenie (katharsis). Ale też wszystko to, co mówi o trwaniu i powrotach. Na przykład ten epizod o kubku kawy przełamującym blokadę (s.172). O delikatnym, niepewnym i nieoczywistym powrocie i odnalezieniu.

amerykaana

Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014

Kierunek: Nigeria & USA

Gdy ostatnio obwieszczałam, że Bukareszt. Kurz i krew jest najlepszą książką tych wakacji, to jednak trochę się pospieszyłam. Bo oto na szali stawiam świeżutką Amerykaanę Chimamandy Ngozi Adichie i waga ani drgnie. One właściwie nie mogą konkurować, bo eseistyczno-reporterski portret miasta trudno zestawiać z pełnokrwistą powieścią. Och! Chodzi mi o to, że to było cudne przeżycie! Książka jest grubiutka (760 stron, ale czcionka dość wyraźna), czytałam trzy dni, spowalniając pod koniec, żeby trwać w niewiedzy jak najdłużej… Szkoda, że już się trzeba rozstać. 

Zamiast brzydkiej okładki umieszczam zdjęcia autorki (znalezione na stronie Uniwersytetu Princeton oraz na osobistej stronie Chimamandy Ngozi Adichie). Po części z prostego powodu: jej uroda działa magnetycznie. Po drugie: przyglądam się włosom, bo one stanowią jedną z historii równoległych, współtworzących Amerykaanę. Powieść zaczyna się właśnie tak, że trzydziestokilkuletnia Ifemelu, stypendystka Princeton i znana blogerka, po trzynastu latach życia w USA postanawia wrócić do Nigerii. A przed powrotem chce sobie zrobić nowe warkoczyki. W salonie fryzjerskim spędzi ok. sześciu godzin. Kotłują się w nim zapachy, brzęczy zmasakrowany angielski, w chwilach przerwy fryzjerki oglądają kiczowate filmy z Nollywood. Ifemelu nie miała tu po drodze, bo świat, w którym mieszka jest inny: czysty, z udogodnieniami, amerykański – gdzie większość Afrykanek prostuje włosy i pozbywa się akcentu, który naznaczał ich angielszczyznę w rodzimym kraju. 

W tej zdawkowej informacji jest niejedna odsłona. Tak, to powieść o kobiecie coraz bardziej świadomej siebie – swoich pragnień, swej tożsamości, swej siły. Siły? Ifemelu nie jest może przebojowa, ale szczera (wobec siebie), poszukująca i inteligentnie bezpośrednia. Bardzo kobieca… Nie wiem, jak powieść Adichie czytają mężczyźni, bo wydaje mi się, że w tej historii jest pewna nadwyżka, którą rozkodują właśnie kobiety. Uwaga! nie chcę przez to powiedzieć, że mamy do czynienia z czytadłem dla pań. Mamy do czynienia z fenomenem. Mądra, uniwersalna, przenikliwa książka, pełna obserwacji socjologicznych i obyczajowych. Subiektywnie dodam: najwyższych lotów. A zarazem: nie ma wątpliwości, że pisała ją kobieta (mistrzowsko potrafiąca opowiadać!).

Chimamanda Ngozi Adichie. Princeton

O czym jeszcze jest Amerykaana? Tytuł jest ironicznym określeniem, jakim Nigeryjki diagnozują przybyłe  z Ameryki koleżanki, którym uderza do głowy sodówka. Dziwią się, że kuchnia nigeryjska jest tak nieodtłuszczona, że inaczej są obsługiwane w restauracjach etc. Słowem: powieść bierze na warsztat kwestie tożsamości i korzeni. Kilkanaście lat adaptowania się Ifemelu w Ameryce pokazuje, jak niełatwo i jakim kosztem przebiega asymilacja. Pomnóżmy obserwacje razy kilka, bo nie tylko spojrzenie głównej postaci zostało naświetlone. Stany Zjednoczone (zwłaszcza) i Wielka Brytania śnią się nigeryjskim nastolatkom latami. To wymarzone światy, Eldorado, prawdziwe życie. I często (nie zawsze) udaje im się niejedno z tych marzeń zrealizować. Aspirują wysoko: zdobywają dyplomy uczelni z Ligi Bluszczowej, wychowują dzieci, które zajść mają jeszcze dalej, żyją w demokratycznym świecie, w którym nikt nie użyje słów „czarnuch”, „Murzyn”, a nawet „Afrykańczyk” i „Afrykanin” nie pojawiają się często, by kamuflować różnice w myśl zasady „nienazwane nie istnieje”. [Zabawny epizodzik. Ifemelu kupuje w butiku  sukienkę. Ekspedientka, u której reguluje rachunek, wypytuje, która z dwóch dziewczyn jej doradzała. Czy miała długie włosy? (obie miały), czy była szczupła (obie były), itp. Nie pyta o najoczywistszą z różnic, bo byłaby to polityczna niepoprawność (czy obsłużyła ją biała czy czarna?).]

Tożsamość tych, którzy podjęli próbę życia na emigracji i którzy z jakichś (przeróżnych) powodów wracają odmienieni w rodzinne strony – to temat główny. Ale motorem opowieści, najsilnieszą nicią osnowy jest wątek starej, nierdzewiejącej miłości, przeplatany próbami odnalezienia szczęścia w związkach, które są możliwe i wypełniają lukę po czymś, co miało trwać wiecznie. Naprawdę nie tylko miłość wciąga w Amerykaanę, ale miłość wciąga naprawdę – ostatecznie to ona przecież uruchamia wszystko inne: dojrzałość, odpowiedzialność, gorycz i zgodę na rozstania i wreszcie odwagę bycia sobą, jak najpełniej.  

Chimamanda Ngozi Adichie, Hay festival 2012

Ifemelu pisze bloga: rasowe obserwacje czarnej nie-Amerykanki na temat życia plemiennego w USA. Kąśliwie wskazuje „plemienność” w dojrzalym demokratycznym społeczeństwie, ale ma po temu powody. Aż dziw jak bardzo jej komentarze są zasadne. Później bierze na warsztat Nigerię i tropi jej specyfikę, szuka tego, z czym może się utożsamić, ale też bezceremonialnie demaskuje pozerstwo. 

Blogowe zapiski okraszają raz po raz narrację powieści. Ja wolę te, które powstają na użytek nigeryjskiej odsłony. Dla blogerów to smaczny kąsek, bo choć popularność Ifemenu jest oszałamiająca i nie każdemu dana, to można tu odnaleźć emocje, bliskie wszystkim tworzącym posty. Na przykład gorączkowe tropienie tematu, który by się nadawał do obróbki. ;)

Czytanie Chimamandy Ngozi Adichie to przyjemność. Niegdyś urzekła mnie jej Połówka żółtego słońca, doceniłam późniejsze opowiadania (To coś na twojej szyi) i choć to wbrew moim przyzwyczajeniom (żadnych rankingów i „ulubionych” pisarzy!) deklaruję, że na jej opowieści będę czekać z utęsknieniem. I sądzę, że z obu równie istotnych powodów: bo są takie nigeryjskie, zanurzone w świat dla mnie nierozpoznany i dlatego, że absolutnie mogę się w nich odnaleźć – afrykańskie znaczy uniwersalne. Wyobrażam sobie, że dla Nigeryjczyków ta powieść może mieć kolosalne znaczenie. Gdyby istniał jej polski odpowiednik – byłby czymś błogosławionym.

amerykaana***

Tymczasem główną inspiracją do tworzenia mojego postu było coś, czemu ostatecznie poświęcę ostatni fragment. Siła powieści. 

Najpierw dwa epizody. Pierwszy – w salonie fryzjerskim jedna z klientek podpytuje zaczytaną Ifemelu:
” – Dobra?
– Tak.
– To powieść, prawda? O czym?
Czemu ludzie pytają «o czym jest?», jakby powieść była tylko o jednej rzeczy. Ifemelu nie znosiła tego pytania (…)”. (s.312)

Drugi epizod ma miejsce w Nigerii, podczas jednej z imprez dla nowobogackich. Oczytany Obinze, który całą młodość pochłaniał amerykańskie powieści i wpatrywał się w filmy stamtąd, zagaduje młodziutkiego chłopaka, z sympatią obserwując jego zagubienie. Rozczarowuje go jednak płytkość odpowiedzi. 
„Yemi studiował angielski na uniwersytecie i Obinze zapytał go, jakie książki lubi, ucieszony, że w końcu porozmawia o czymś interesującym, ale szybko okazało się, że dla Yemiego książka nie była literaturą, jeżeli nie zawierała wielosylabowych słów i niezrozumiałych fragmentów.
– Problem w tym, że powieść jest zbyt prosta, człowiek nie używa żadnych wielkich słów – powiedział Yemi”. (s.56)

Z zazdrością i podziwem przyglądam się temu jak opowiada Adichie. Oczywiście, to jest proste. Bez erudycyjnych akapitów i filozoficznych dywagacji właściwych esejom. Żeby jednak powieść była „nie tylko o jednej rzeczy” potrzebna jest pisarska intuicja, rzemiosło kompozycji, wykreowanie świata, który – nie tak jak w świecie fantasy, gdzie wymyśla się go od początku – szkicuje się dialogami, sytuacjami, zdarzeniami nie zawsze kluczowej wagi, całym tym ekwipunkiem retrospektywnej pamięci i introspektywnych namyśleń, i niewypowiedzianych, bo nieuświadamianych sobie przez bohaterów (a otwartych przed czytelnikiem) rozpoznań. Łatwość powieści jest złudna.  Gdy dobrze skrojoną historię próbuje się ogarnąć ponownie, otwierają się całkiem nowe znaczenia. Przynajmniej takie są moje wrażenia, gdy po dobrnięciu do okładki, zaczęłam wertować strony z przylepionymi karteczkami.