Archiwa tagu: miłość

MÓJ PIĘKNY SYN

„Życie to to, co ci się zdarza, gdy jesteś zajęty układaniem innych planów”.

Słowa z piosenki Lennona (Beautiful Boy), jeden z możliwych kluczy interpretacyjnych. Idę tymi drzwiami, które otwiera piosenka. Ojciec śpiewa ją małemu Nickowi, wraca do niej wspomnieniem, gdy złoty sen się prześnił. 

Archetypiczna więź ojca z synem ma wiele wariantów. W tym – inspirowanym biografią wziętego amerykańskiego dziennikarza – jest wzajemnym przylgnięciem do siebie. Krew z krwi, ktoś najbliższy. Może tym bardziej, że David wychowuje Nicka bez jego matki. On w Stanach, ona we Francji, każde ułożyło sobie nowe życie. Davida wspiera Karen (Maura Tierney), z którą ma chłopca i dziewczynkę. Bezkonfliktowo tworzą nową rodzinę, ale to więź ojca z pierworodnym jest niczym skała, czysta miłość, duma i przynależność. 

Gdy Nick był chłopczykiem, ojciec usypiał go tytułową piosenką: Zamknij oczy, nie bój się, potwór odszedł, przy tobie jest twój tata, mój piękny, piękny chłopcze. Ochronię cię przed wszystkim – taki przekaz. Gdy mały Nick odlatuje na wakacje do Francji, ojciec pyta, czy wie, jak bardzo go kocha: Kocham cię tak, że nie umiem opisać. Tyle do ciebie czuję. Wszystko (everything). Później, gdy pojawiają się maluchy, a Nick jest nastolatkiem, witają się uściskiem i wymianą  słowa, które za wszystko starcza: „Everything”.

I nadchodzi taki czas – niepostrzeżenie, nie wiadomo dlaczego, chyba bez niczyjej winy – że metamfetamina kradnie Davidowi Nicka. Snujesz plany i wkładasz w nie serce, a życie podstawia swój wredny scenariusz. To jest film o bólu, odczuwanym przez ojca patrzącego na ukochane dziecko, które traci. To jest film o miłości za dużej do udźwignięcia. Film z wybitnymi aktorskimi kreacjami (Steve Carell w roli ojca i Timothée Chalamet w roli syna) i mniej wybitnym scenariuszem. Czytaj dalej

Reklamy

Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia

Premiera w połowie lipca. Widziałam, bo byłam na seansie „kina w ciemno” (MUZA).  

Fowiści zgłosiliby veto: film czarno-biały. Amatorzy soundtracków mogliby poczuć niedosyt: nie ma muzyki spoza planu (na planie – niewiele). A ja mówię: zaskoczenie, niespodzianka, bardzo w punkt.

Chwytliwy slogan głosi, że to „fińska love story”, ale bardziej „fińska story” niż „love…”. Opowieść ma zaczepienie w prawdziwej historii – w biografii tytułowego Olli, boksera, który miał dla Finów wywalczyć mistrzostwo świata w 1962 roku.

Fabuła krąży wokół tego sportowego eventu. W Helsinkach rozegra się wielki pojedynek: Amerykanina (który ma tytułu bronić) i Fina (który ma mu go odebrać). Olli to prowincjonalny piekarz z Kokkoli (w tym mieście urodzi się też reżyser – 27 lat po pamiętnym bokserskim starciu). Skoro po tylu latach kręci się o Ollim Mäkim filmy, znaczy, że była to w fińskim sporcie persona. Póki co jest świeży, skromny, uważnie rozpoznający swe cele i uczucia. Cel: nie sprawić zawodu, czyli wygrać, uczucie: „chyba się zakochałem”, czyli Raija. 

Wszystko jest takie niepozorne! Dzisiejszy świat glamour, szeroko otwarty dla sportowych celebrytów, jeszcze nawet nie raczkuje (albo ledwie). Owszem, ekipa fotoreporterów ma śledzić przygotowania, robi się kilka ustawek (nic nieznaczącą Raiję usuwając w cień). Żadnych tam pstrykniętych ukradkiem zdjęć paparazzich. A były przecież widowiskowe okazje – np. gromada zapiętych na ostatni guzik dziennikarzy wkraczająca do łaźni, gdzie goluteńcy bokserzy.

Największym zaskoczeniem jest to, co poza fotograficznym kadrem. Życie codzienne w malutkich mieszkankach, spanie kątem u trenera (w dziecięcym pokoju, skąd przegnano dzieciaki), amatorskie zbijanie wagi. Jest szum i są oczekiwania, ale ich skala budzi uśmiech. Podobała mi się scena kościelna. Olli jest gościem na czyimś weselu. Nieważni nowożeńcy, mężczyźni teatralnym szeptem chcą wydobyć z weselnego gościa, ile to on musi ważyć i jakim cudem schudnie. Biedny Olli nie mógł przecież startować w tej kategorii wagowej, do której naturalnie przynależał, bo w wadze lekkiej triumfował niegdyś trener. Olli musi zmarnieć do 57 kg, do wagi piórkowej, a i tak cud-miód, że nie do koguciej. 

Wszystko, co mnie ujmuje w fińskiej opowieści o człowieku, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, jest rozpięte między prostą i minimalistyczną mimiką młodego boksera a promienną i mądrą twarzą Raiji. Skupienie i jasność. Więc jednak „love” głównym tematem? Jednak nie. Historia tych dwojga rozwija się dyskretnie, w domysłach, bez dramatyzmu. Prawie jej nie ma, choć tworzy mocne tło.

Jest jak antidotum na niepewność i presję świata. Jak lek, kompres i multiwitamina na spojrzenia, które widzą w nas kogoś, kim podobno mamy być. Raija patrzy prosto, z uśmiechem, gotowa roześmiać się w głos lub zrobić głupią minę. Niby nic nie znaczy, sama chętnie schodzi na drugi plan. Ale wówczas drugi plan staje się pierwszym. Tak to chyba widzi Olli. Jeśli więc w realnym życiu rzeczywiście związał się z Raiją, to pewnie się nie zatracił i równowagę utrzymał. Bo to właśnie taki film o równowadze. Zwłaszcza w chwili, gdy coś nas rozbuja i próbuje przestawić na nieznany nam tor. Wówczas jest tak, jak w tych scenach, gdy Olli wiózł rowerem Raiję siedzącą na przednim kole. Miało się na wywrotkę, a do celu dotarli.

Data bokserskiej walki – 17 sierpnia 1962 – bez względu na to, co się zdarzy na ringu, będzie datą szczęśliwą. I o to „bez względu” toczy się gra.

Olli Maki 3

Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (Hymyilevä mies), reż. Juho Kuosmanen, Finlandia 2016

Żywopłot

Zywoplot

Literacka premiera drugiej połowy sierpnia. Trafił do mnie egzemplarz recenzencki i dobrze, że zdarzył się taki traf. Warto było poznać.

Kilka wabików: izraelska Nagroda Bernsteina, rekomendacja Amosa Oza i szum wokół recepcji książki w Izraelu (zakazy, stempel „niewłaściwego” wpływu na czytelników). Tym ostatnim nie należy się sugerować, bo to absurd i choć mówi co nieco o Izraelu, to prawie nic o książce. Natomiast Oza warto posłuchać (nawet jeśli to reklama na okładce). Rzeczywiście, Żywopłot to przede wszystkim opowieść o miłości, która rozkwita w ciągu kilku miesięcy w mroźnym Nowym Jorku (2002 – zima stulecia).

Spotkali się w obcym im mieście, bo tam, skąd pochodzą, los pewnie nie dałby im szansy. Liat jest Izraelką z Tel Awiwu, Hilmi – Arabem urodzonym w Hebronie. A więc miłość, której kontekstem jest splot zadawnionych sporów między nacjami, odwieczny i niewygasający konflikt. Przeszkody, które tam, w Tel Awiwie czy Ramallah, były namacalne (strefa okupacyjna, mury, strażnicy), na drugiej półkuli są żywopłotami rozrastającymi się w głowach. Z jednej strony – można dać się porwać narracji o namiętności i czułości, która unieważnia granice, z drugiej (i to jest najciekawsze) – granice to stemple mentalne i nawet oderwane od bodźców politycznych czy społecznych nie znikają. Zostaje to, co zaszczepiła w nas kultura, tradycja, filtr, przez który patrzymy na świat. Historia Liat i Hilmika ujęta jest w zimno-gorące szczypce. W głowach (przynajmniej w głowie Liat) pali się czerwona lampka, że to tylko tymczasowe. Emocje próbują ten szlaban złamać, nagiąć do pragnień czy przeznaczeń.

Powieść ma rytm trzech pór roku: jesieni, zimy (i nieśmiałej aż po maj wiosny) oraz lata. Jesień to dwa pierwsze dni, które przesądziły o spotkaniu i dopasowaniu się. Zima to pestka z przyległym miąższem. Lato jest skórką epilogu. Sięgnęłam po powieść Dorit Rabinyan tuż po lekturze opowiadań Elizabeth Strout (Olive Kitteridge). Stąd lekki szok termiczny. Amerykanka opowiada o prowincjonalnej codzienności ludzi, których życiowa ścieżka robi właśnie ostatni zakręt. Posługuje się przy tym narracją mistrzowsko zwięzłą, precyzyjną. Pisarka izraelska wciąga od pierwszych stron w żywioł młodości: wielkie miasto, uczucie jak grom z jasnego nieba, narracja bardzo subiektywna. Znaki zapytania towarzyszyły mi w części jesiennej: bo przecież zaskoczyła mnie rozlewność obejmująca dwa dni, z których pierwszy jest chodzeniem ulicami Nowego Jorku tam i z powrotem. Lekki sceptycyzm powrócił, gdy czytałam końcowe sceny na plaży – również niesamowicie rozbuchane. Oczywiście, temperatura zdarzeń jest na tyle gorąca, że usprawiedliwia taki wybór. Choć lakoniczność też zdziałałaby swoje.

Podkreślę: żywiołem Żywopłotu jest młodość. Wiek bohaterów (dobiegają trzydziestki), gorączka romansu, wybory rozstrzygające o całym dalszym życiu. Ale nie tylko to. Coś więcej, coś w sposobie pisania Dorit Rabinyan zachęca, by analogiczną młodzieńczość (zuchwałość i nieśmiałość jednocześnie) odkrył w sobie czytelnik.
Doris Rabinyan1Wyobrażam sobie, że Liat mogłaby wyglądać tak, jak autorka. Tropów autobiograficznych jest kilka: dedykacja, żydowsko-irańskie korzenie bohaterki i pisarki, miejsca bliskie im obu. Czytać należy tę powieść jednak jak fikcję.

Najbardziej ujęło mnie wyważenie tego, co prywatne i tego, co przynależy do społecznych diagnoz. O konflikcie izraelsko-palestyńskim co nieco wiemy. Rabinyan nie próbuje tworzyć fresku historycznego ani ujmować tematu panoramicznie. Skupia się na tym, jak sytuacja stymuluje zachowania bohaterów. Kłócą się, mają świadomość, że po powrocie do kraju nie zyskają aprobaty najbliższych, próbują zgadywać, co siedzi w głowach tych, którzy nie dają im szans. Samych siebie zaskakują tym, ile mogą poświęcić i tym, jak sztywnieją im poglądy, gdy służą konfrontacji z kimś, kto może je zaatakować.

Mam dwa ulubione fragmenty, oba konfrontacyjne, z mięsistej części zimowej. Pierwszy to świętowanie szabatu w izraelskim gronie Liat. Zataja swój związek z Hilmikiem, przychodzi sama, ale cały czas zgaduje, jak byłby tu przyjęty, co mogłoby go urazić i czym on drażniłby Żydów. Ucztują, przekomarzają się, dyskutują o tym, co w kraju, o „żydowskiej racji” i „arabskim zbłądzeniu”. Wspominają wojsko, bo każdy z obecnych odsłużył swoje w izraelskiej armii. I wiedzą, że główny problem to arabski terroryzm. Schronieni w żydowskich smakach, piosenkach, modlitwach i przekonaniach jak w kokonie.

Drugi – to kolacja w restauracji wśród arabskich przyjaciół Hilmika. Są oboje, ale Liat poczuje się dotknięta, gdy nie otrzyma wsparcia ukochanego. I choć Hilmi jest wyjątkowo empatyczny i jak to tylko możliwe – apolityczny, to przecież bliżej mu do poglądów brata Wasima niż do izraelskiej koncepcji dzielenia ziemi i budowania wszędzie płotów. A Liat idzie w zaparte, oburza ją apodyktyczność Wasima, odczuwa ironię Zajnab, komentującej, że niby oczywista jest nieznajomość arabskiego wśród Izraelczyków, bo bliższy jest im starogrecki i flamandzki.

Językiem, w którym porozumiewają się bohaterowie jest angielski. Wcale niemało jest jednak hebrajskich i arabskich przebitek. Sprawiały mi one dużą przyjemność. W melodię języka Rabinyan wpisuje tożsamość, atmosferę rodzinnego domu, swojskość (i odmienność).

Może to, co można odnaleźć w powieści Rabinyan, nie doda wiele nowego do publicystycznych analiz, niegdyś już przeczytanych. Ale pozwala przyjrzeć się jak konflikty społeczne osadzają się nam w głowach, jak trudno je w sobie przełamać. Co akurat dotyczy nie tylko sporu izraelsko-palestyńskiego, bo daje się dostrzec dużo bliżej.

„Tam, przed ekranem telewizora, oglądając weekendowe wiadomości, ja i moja siostra ścierałyśmy się z rodzicami (…) i oskarżałyśmy okupację o wszystkie kłopoty, obrzucając wyzwiskami prawicowy rząd i żydowskich osadników. Natomiast tutaj, w Nowym Jorku, mówiłam nagle ich językiem, broniłam Izraela, usprawiedliwiałam jego politykę. I ze wszystkich ludzi na świecie właśnie z Hilmim nie udawało mi się zgodzić w niczym. Nienawidziłam tego. Nie rozumiałam, dlaczego nawet my, bliscy sobie i kochający się ludzie, wciąż i wciąż ponosimy klęskę w miejscu, gdzie wszyscy doznają niepowodzenia od tylu już lat”.

Dorit Rabinyan, Żywopłot, Smak Słowa 2016

nietoperz – niedobrani – #wszystko gra

Nietoperz, reż. Kornél Mundruczó, Teatr Rozmaitości, Warszawa
Niedobrani
, reż. Lucas Belvaux, Francja 2014

# Wszystko gra, reż. Agnieszka Glińska, Polska 2016

Starsi Panowie rzucili obietnicę. Wierzysz nie wierzysz, czasem zanucisz i spróbujesz, czy działa.

Piosenka jest dobra na wszystko
Piosenka na drogę za śliską
Piosenka na stopę za niską
Piosenka podniesie Ci ją
Parararara…

Piosenka to sposób z refrenkiem
Na inną, nieładną piosenkę
Na ładną niewinną panienkę
Piosenka – de son la chanson.

Dobrą metodę wypróbować warto. Indywidualnie lub wespół w zespół. I ja właśnie o tym drugim, o tym, że w ostatnim tygodniu docierają do mnie niemal wyłącznie takie próby. Spektakl w Teatrze Rozmaitości, francuska komedia romantyczna i polski niby musical. Efekt taki, że niektóre piosenki się przyczepiły i z głupia frant domagają się nagłośnienia. Poza tym myślę też sobie, że żadna metoda nie sprawdza się w stu procentach.

1. Spektakl wyreżyserował Kornél Mundruczó, ponad trzy lata temu (wrzesień 2012), widziałam go świeżutko, dopiero co. Nietoperz. Tytuł od Straussa, w dialogach pada „link” do Zemsty nietoperza, ale chyba bez jakiegoś fundamentalnego zaczepienia. Fakt, że operetkowy ton rozsadza powagę sytuacji. Można to nazwać teatrem buffo (jak w omówieniach) albo po prostu drugą szalą, która pozornie równoważy niezręczność sekundowania eutanazji. Ja tylko o piosenkach, więc odstawię temat główny. [Jak to jest, gdy ktoś prosi o taki myk na tamtą stronę. Jak to jest, gdy komuś w tym pomagasz. Jak to jest, gdy zza szklanej szyby – albo z siódmego rzędu – spokojnie sobie na to patrzysz]. Piosenka wprowadza umowność. Pacjent i personel kliniki, na równych prawach, pod dyktando batuty dyrygenta, śpiewają wśród wiszących pod sufitem baloników. Piosenka nie komentuje, lecz kumuluje energię. Fenomenalny jest zwłaszcza finał, w którym cały zespół, z Dawidem Ogrodnikiem na czele, śpiewa piosenkę Umberto Tozzi`ego Ti amo. Najbardziej kiczowatą piosenkę o miłości, jaką sobie można wyobrazić. Z zaangażowaniem jakby chodziło o życiowe credo, ostatnią ekspresję ciała i duszy. Jakby nic poza tym histerycznym Ti amo nie było… Super!

2. W serialu przeglądów filmowych mamy odcinek z Nowym Kinem Francuskim. Kaliber lżejszy, lecz wiele do życia wnoszący. Nawet jeśli da się całą mądrość sprowadzić do kilku popowych piosenek. Jestem już nieomal (!) specjalistką od komedii romantycznych i wiem, że to zupełnie co innego, gdy historię opowiada Anglik, Amerykanin, Hiszpan, Polak, a co innego, gdy robi to Francuz. W jednym zdaniu: jeśli Francuz, to będzie choć ciut o książkach, ze wskazaniem na Zolę, Woltera lub choćby Kanta. Niedobrani

Clément jest wykładowcą filozofii, którego z Paryża oddelegowano na koniec świata, czyli do Arras. Bo wiadomo, że koniec świata jest wszędzie poza Paryżem, który jest tego świata pępkiem. Przymusowa przerwa w życiorysie może się jednak okazać chwilą przełomu. Za sprawą urokliwej, radosnej Jennifer, fryzjerki-kantystki. Ona nie wie, że mówi Kantem. Nie zna Dostojewskiego, ale jest dobrze zorientowana w życiu Jennifer Aniston, niesłusznie porzuconej przez Brada Pitta dla Angeliny Jolie. Oczywiście, schemat: mądry on, głupia ona zostanie przenicowany. Bo prawda jest zawsze odwrotna. „Niedobrani” albo lepiej: „z innej gliny ulepieni”. Moim zdaniem film naświetla „dokumentalną prawdę” o tym, jak się ma przekombinowany męski lęk przed bliskością do kobiecej wiary, że jak jest dobrze, to trzeba umieć się zaangażować (nie wykluczam, że uprawomocnione są inne interpretacje).

Co mają do tego piosenki? Jennifer chodzi do klubu karaoke i razem z dwiema przyjaciółkami śpiewa hity muzyki pop. Energetycznie, że ho, ho i na temat. Naprawdę, bez ironii, stwierdzam, że przeboje muzyczne mogą z tą samą mocą objaśniać świat, dodawać sił, wskazywać drogę, koić serce, uruchamiać wyobraźnię… co arcydzieła literackie i objawienia filozoficzne. Nie znaczy to, że głębię da się mierzyć tą samą miarą. Niuanse, które uruchamia Kant w Krytyce czystego rozumu albo Dostojewski w rozważaniach księcia Myszkina (tytułowego „idioty”) to są rzecz jasna sprawy wyższe. Lecz jeśli chodzi o życiową przydatność (na tu i teraz), to jestem gotowa uznać, że Gloria Gaynor, deklarująca I Will Survive jest nie do przebicia.

Co może pocieszyć udręczoną dziewczynę bardziej niż tekst, który krótko-zwięźle mówi exfacetowi: „Go on now go, walk out the door,/ (…) ’cause you’re not welcome anymore”? I jeszcze dodaje, że „Now I’m savin’ all my lovin’ for someone who’s lovin’ me”.  A w refrenie podkreśla, że jeśli gość myślał, że ją to złamie, to mylił się mocno, bo ona, oczywiście, przetrwa, otrzepie kurz ze skrzydeł, usunie rozmazany tusz, powita nowy dzień, zmieniając porażkę w szczęście. W kilku słowach mamy przeprowadzony skomplikowany proces terapii. Kant i Dostojewski może sprawdzą się, gdy ma człowiek więcej czasu, spokojny umysł lub cierpliwość Sonii Marmieładowej. Piosenka działa doraźnie, ustawia do pionu w niecałe pięć minut. Super!

3. Jeśli natomiast chodzi o premierę weekendu: # Wszystko gra, to tytuł jest mylący. Owszem, chodzi głównie o granie i śpiewanie, ale żeby coś się z czymś łączyło, to absolutnie. Absolutnie nie. Śpiewa więc każdy: Stanisława Celińska, Kinga Preis, Eliza Rycembel, Sebastian Fabijański. Piosenki znane i lubiane są zaprezentowane w nowych aranżacjach, dopełnione ekspresyjną choreografią, mogą wpadać w ucho i podrywać do tańca. Zgoda.

Wszystko gra

Ale żeby te występy muzyczne zgadzały się choć trochę z opowieścią, to trzeba oglądać bardzo tendencyjnie i z instrukcją.

Nie powiem, o czym jest film, bo nie wiem. Wątków jest kilka, zazębiają się i beztrosko prowadzą donikąd. Okrutny posiadacz chce eksmitować z domu z ogrodem trzy panie (babcię, mamę i córkę). Córka ma dwie koleżanki, z którymi świetnie się bawi w dzień i w nocy, przy czym w nocy zabawa polega na nielegalnym malowaniu warszawskich symboli na murach. Mama zatańczyła z piłkarzem Bossa Nowę do poduszki (tę, w której się przeprasza za spanie nago, każdy chyba zna?). I ten taniec oznacza, że oni są już parą, choć nie wiadomo, czy to taki trefny kawałek, że po nim już sobą być nie można, czy co? Córka z kolegą ma jechać na staż do Londynu, ale w Warszawie jest więcej adrenaliny. Poza tym gra się tu w karty ze zmiennym szczęściem. W filmie zatrudniono kilkoro aktorów, którym zapomniano napisać rolę. Dlatego Paweł Wawrzecki i Krzysztof Stroiński realizują się jako statyści.

Słowem: to nie jest film, lecz widowisko muzyczne. Naprawdę zachodzę w głowę, dlaczego Agnieszka Glińska i Stanisława Celińska, i Kinga Preis podejmują się zadania, w którym trudno im robić swoje, bo akurat koncept filmu tego nie wymaga. Są na ekranie znakiem niewykorzystanego potencjału. Podobnie trzy młode aktorki-iskierki. Postaci są, ale plączą się w poszukiwaniu autora (jak u Pirandella). Więc nie musical a widowisko.

Zabawne są pomysły na wprowadzanie piosenek. One wcale nie muszą się łączyć z fabułą. Inaczej niż w Nietoperzu (gdzie nie były ilustracją, lecz przemawiały formą), inaczej niż w Niedobranych (gdzie piosenka komentowała życie bohaterki i była chwytem kompozycyjnym), tu piosenka żyje własnym życiem i pewnie się zastanawia, po co w ogóle ktoś fabułę dołożył.

Gdy córka dowiaduje się o intrydze wyeksmitowania ich na bruk, śpiewa piosenkę Lombardu – Mam dość! Ale dlaczego ma dość „nawiedzonych kochanków” lub „histerycznych poranków” tego nie wiem. Oczywiście, „kochany Żoliborz, pieprzony Żoliborz” pojawić się musiał jako pocztówka z Warszawy, nie mam pytań, mus to mus. Trochę nie bardzo rozumiem też wejście piosenki Trojanowskiej – Wszystko, czego dziś chcę

Możliwe, że do kontekstu pasuje jakiś jeden wers tekstu, a pozostałe są wprowadzane jako dobrodziejstwo inwentarza. Dziwne, że piosenka płynie pod prąd. Co wcale nie znaczy, że nie jest miło posłuchać. Bardzo mi się dobrze słuchało Stanisławy Celińskiej (Tych lat nie odda nikt,/ tych lat nie odda nikt/ Gdy swoją drogą ja chodziłam,/ swoją drogą ty…)  i zaskakującej muzycznej rozmowy trzech kobiet o tym, że naprawdę jaka jesteś, nie wie nikt. Może więc, choć nie zawsze „piosenka jest dobra na wszystko”, bo na brak pomysłu nawet piosenka nie zaradzi, to jednak ona sama broni się – pomimo, bez względu i wbrew.

Subtelność

Subtelnosc

Subtelność pojawi się w polskich kinach latem. Krótko mignęła na przeglądzie filmów nagradzanych: WIOSNA FILMÓW. Zacznę więc od tego, kogo nagrodzono i za co. W Wenecji Fabrice Luchini zdobył za rolę sędziego Racine`a Puchar Volpi, a Sidse Babett Knudsen za rolę jego muzy, doktor Ditte, otrzymała Cezara. Gdyby istniała taka instancja, która honoruje aktorskie duety, tych dwoje miałoby spore szanse.

Wyznaję (by nikt mi tego nie zarzucił, bo przecież nie udaję bezstronności), że Luchini jest moim francuskim ulubieńcem. Pan Jourdin z Zakochanego Moliera, Germain, nauczyciel literatury w U niej w domu, Serge, aktor-mizantrop z Moliera na rowerze. Role są różne, Luchini ten sam. On nie z tych, którzy w jednym filmie są intelektualistami, w drugim szefami mafii, w kolejnym wyuzdanymi skandalistami. I nie o wąskim emploi tutaj mowa. Bo Luchini pewnie mógłby wyzwanie podjąć. Ale potrzeby takiej nie ma, skoro subtelną grą ma do przekazania ogromną skalę tęsknot, obaw, aspiracji i zagubień, w które wikłają się jego postaci. Gdy pierwszy raz oglądałam film, w którym grał, Luchini wydał mi się nieco karykaturalny. Z naiwnie bezbronnym uśmiechem, z powagą, która aż śmieszy, z niedoborem spontaniczności i luzu, bez genu gwiazdorskiej zgrywy, jakby amator. Tymczasem mistrz. Wchodzi w każdą ze znanych mi kreacji jak najprościej. Jak człowiek znikąd. Złamany, bo coś mu tam nie wyszło lub ugrzązł na mieliźnie. Z nadziejami, które wydają się na wyrost, więc nic dziwnego, że zamiast sunąć lekkim krokiem, włącza czujność i zgodę na ewentualną porażkę. Choć do końca, nawet z poczuciem własnej śmieszności, gra o najwyższą stawkę. Na przykład o miłość lub rację.

W Subtelności jest sędzią orzekającym w trudnym procesie. Po pierwsze: trzeba ustalić, czy aby na pewno ojciec przyczynił się do śmierci 17-miesięcznej córeczki. Po drugie: słyszy, jak o nim plotkują koledzy, więc czuje się rarogiem. Po trzecie: wśród ławników pojawia się Ditte, która podoba mu się bardzo (w której zakochał się przed kilku laty, lecz nie wywalczył jej wzajemności). I jak tu trzymać trzy sroki za ogon, skoro dopadło go grypsko?

Polski tytuł jest trafiony. Francuski, o ile nie ma podwójnego dna, odnosi się do sędziowskiego stroju. A w subtelności sedno.

Pojawiają się na starcie różne tropy, lecz nie mogą się wybić na plan pierwszy. Choćby motyw sądowej rozprawy. Tak wiele zależy od przysięgłych, a oni są przypadkowi. Ten ma gen podrywacza, tamten plotkarza, w dodatku sędzia esemesuje z ławniczką. Cienka linia wyznacza granicę procedur. Jeśliby ktoś pomyślał, że to francuska wersja Dwunastu gniewnych ludzi, musi zgasić oczekiwania. Tylko poniekąd. Sędzia Racine na spotkaniu z ławą przysięgłych wtajemnicza w ograniczenia. Dotrzeć do prawdy niełatwo. Zna ją oskarżony. Reszta jest domniemaniem. Chodzi więc o to, czy istnieje możliwość niewinności i o to, by zabrać głos w sprawie tego, co wolno a czego nie. Margines przypuszczeń można lekko zwęzić, ale nie da się go zmienić w szeroki trakt oczywistości.

Może więc jest to opowieść o teatralności sądowych procesów. Do pewnego stopnia – owszem. Córka Ditte, bezpośrednia siedemnastolatka, nazywa sąd sceną, co dziwi Racine`a. Nie oponuje jednak, bo czyż nie można tak nazwać sytuacji, w której z jednej strony mamy „widownię”, z drugiej przebranych w kostiumy występujących? I kwestie powtarzane ze zgodnością równą aktorskiej recytacji. 

Można uznać, że jednym z tematów jest odmienność generacji. Ditte ma 45 lat, sędzia jest od niej starszy, oboje – choć budzą w sobie świeże uczucia – są z generacji niewiosennej, innej niż ich dzieci. Trzeba dodać, że nie tyle o wiek chodzi, co o galaktykę i orbity, po których ludzie krążą. Nastolatka emanuje takim luzem, bezpardonowością, spontanicznością, pewnością siebie i przenikliwością, że pozostaje tylko ustąpić jej pola. Bo choć nonszalancja, z jaką przerywa rozmowę, by odebrać SMS-a, może przyprawiać o zawrót głowy, jest znakiem czasu i jednak stemplem niepodważalnej racji.

Nade wszystko zaś film opowiada o pięknie subtelnej obecności, za którą tęsknimy, bo nadaje życiu sens. Historia miłosna, jeśli w ogóle można zakwalifikować relację między sędzią a panią anestezjolog do tej kategorii, jest utkana z delikatności. Paradoksalnie – w tym tkwi jej siła i ciężar. Zaczęło się, gdy Racine – po wypadku, na OIOM-ie – doświadczył czułych dotknięć i ciepłych spojrzeń opiekującej się nim Ditte. Subtelność nałożyła się na emanację piękna i kobiecości. Dotyk i jasna aura. Tylko tyle, za mało, by pozwolić sobie na snucie planów, a wystarczająco, by mieć w pamięci i to w tych często używanych skrytkach. 

Los sobie stroi żarty, zbliża ze sobą tych dwoje i narzuca im ograniczenia. Rozprawa ma trwać tylko kilka dni, role, jakie w niej odgrywają, raczej utrudniają wskrzeszenie naturalnej relacji. Lecz nie doszukujmy się w Losie złośliwości, bo on się chętnie daje pokonać tym, którzy znajdą na to sposób. Sidse Babett Knudsen jest tutaj zjawiskowa i rozgrywa swoje bezbłędnie.
A naprawdę jej rola osadzona jest w drugim planie. Czekałam aż będzie mogła wybić się na plan pierwszy, lecz nawet wtedy, gdy mówi najgłośniej, mówi spojrzeniem, uśmiechem i sukienką z jasnej koronki. 

Sukienka jest ważna, tak samo jak czerwony szalik Racine`a. Ditte twierdzi, że jest okropny, bo ekscentryczny, sędzia zaś, że to świetny kamuflaż – wszyscy patrzą na czerwień, on może za szalikiem się schować. Świetnie ograny rekwizyt. Podobnie jak wszelkie (wyłapałam kilka, węszę, że jest ich więcej) aluzje do biografii aktorów. Gdy mówią o swoich postaciach, dodają im coś od siebie (np. kopenhaskie korzenie Ditty). 

Po seansie nie do końca wiadomo, o czym był film, bo żaden wątek nie zdobył rangi pryncypalnej. Nie będę więc upierać się przy historii Racine`a i Ditte. Ale wyszłam wzruszona subtelnością tęsknoty za kimś, kogo chcemy mieć przy sobie, bo jego spojrzenie nadaje wagę naszym czynom i myślom. Tym, że ta szczypta subtelności zmienia totalnie wszystko.

Subtelność (L’hermine), reż. Christian Vincent, Francja 2015

***
Taki traf, że piszę o filmach spoza głównego obiegu, lekko żałując, że gdy nadejdzie ich czas, wszystko, co napisałam pokryje już kurz. Taki los. Akurat to mnie porusza.

wiosna filmów

Brooklyn

Co by tu… jak by tu… od czego zacząć…? Ale ładna ta bajka. Ech…
Między światami. Między sercami. Między zagubieniem a odnalezieniem. Może jeszcze warto przywołać Rodziewiczównę – „między ustami a brzegiem pucharu”. Melodramat na sto dwa, jak się patrzy i z przytupem. Dlatego ci, którzy lubią horrory, kino polityczne czy jakieś slow cinema, powinni się mieć na baczności. Rzecz uszyta wedle miary gatunku. Wzrusza, budzi uśmiech i nostalgię. Mnie się Brooklyn podoba. I wierzę, że to będzie film o zasięgu Pretty Woman, że będzie wracał na jakichś wieczornych domowych seansach, że będziemy się uśmiechać, widząc go w telewizyjnej ramówce (o ile mamy telewizor) i że może kiedyś, na pewno nie od razu, zastąpi nam Znachora

Saoirse Ronan as "Eilis" in BROOKLYN. Photo by Kerry Brown. © 2

Serio: może się spodobać, nawet jeśli na co dzień hołdujemy innym gustom. Ale trzeba pamiętać, że wiele potencjalnych tematów zostało przyciętych przez scenarzystę, by było ładniej. Drapieżność kwestii społecznych, głębia wyobcowania imigrantów, zawiłość podwójnej tożsamości uległy stemperowaniu. Za scenariusz odpowiada Nick Hornby (który ma różności na koncie, ale też cudeńko: Była sobie dziewczyna). To adaptacja powieści Colma Toibina, Irlandczyka. 

Co do konstrukcji opowieści: jest nieco banalnie. Lata 50. Młoda Irlandka – Eilis – nie ma perspektyw. Tacy jak ona muszą szukać szczęścia za wielką wodą. Ma farta, bo płynie do Nowego Jorku z adresem i namiarem na pracę w sklepie. Będzie jej trudno, dopóki serce nie znajdzie drugiego serca. A później nagły powrót do Irlandii i wybór: który powrót ma być tym ostatecznym. Ten z Brooklynu do Irlandii, czy może z Irlandii na Brooklyn. Serce bije tu i tam.

Ciekawie się robi, gdy spojrzeć w skali mikro – na konkretne sceny i sytuacje. Sporo tu przerysowań, całkiem zabawnych, nieco Dickensowskich. Straszna właścicielka sklepu w Irlandii, to jędza, która każdemu chce dogryźć. Nawet klientom, jeśli w niedziele kupują nie to, co najpotrzebniejsze. Mniej karykaturalna, lecz również zarysowana humorystycznie, jest właścicielka „pensjonatu” na Brooklynie i współlokatorki młodej Eilis. Scenki rozmów kolacyjnych, w których starsza pani jest to szeryfem, to kaznodzieją, to wyciągaczką plotek są niezłe. Świetna jest potańcówka organizowana dla młodych przez irlandzki kościół. Na podium dobrze wymyślonych scenek stawiam tę z nauką jedzenia spaghetti. Eilis została zaproszona na rodzinny obiad w domu swego chłopaka. Tony jest Włochem, więc można obstawiać makaron. Ale jak go jeść elegancko? Lokatorki uczą Eilis  na sucho, czyli bez sosu, bo tak oszczędniej. I odgrywają, jak zachowa się sos, gdy makaron nie zawinie się jak trzeba. „Pluuum! Właśnie opryskałaś suknię jego matki i zostawiłaś plamę na ścianie”.

Walorem jest dobór aktorów. I pomysł na główne postacie, które ujmują bezpretensjonalnością, niepewnością siebie i świata. Główną bohaterkę uwielbiam. Wciela się w nią 21-letnia Saoirse Ronan (jak wymawiać?!), cudna Agatha z Grand Budapest Hotelu. W Brooklynie ma co najmniej tyle wdzięku, co u Andersona, gdy wyrabiała ciastka u Mendl`sa. I cudowny jest nieśmiały zakochany Tony (Emory Cohen). Tony jest hydraulikiem, Eilis chodzi na kurs dla księgowych. Rozmawiają niewinnie o tym, co wypełnia im dzień. To całkiem wielka sprawa móc podzielić się tym, co najprostsze. Tony jest zauroczony od początku. Eilis nie może nie ulec uroczemu Tony`emu. A wszystko jest niewinnie zwykłe i w tej zwykłości dramatyczne, że aż łza się kręci. Bo jednak z perspektywy świata, w którym – choćby potencjalnie – każdy może mieć kilka awatarów, profil na fejsbuku i na kilku randkowych portalach, takie cudowne spotkanie dwojga dopiero mających przy sobie rozkwitnąć osób wzrusza i już.

Brooklyn 1

Brooklyn, reż. John Crowley, Irlandia&Wlk.Brytania 2015

Moja miłość

Z pewną rezerwą podchodziłam do tego filmu. Z rezerwą – bo toksyczna miłość i związek jako temat flagowy (słowo „flagowy” przyczepiło się do mnie za sprawą przebierania w ofertach telefonów komórkowych). Miłość, oczywiście, istotna sprawa. Ona, jej brak lub zniekształcenia pojawiają się wszędzie, czy się tego pragnie czy unika. Ale żeby tak tylko o niej, to grozi przegrzaniem zmysłu percepcji. Vincent Cassel wabił z plakatu. Szalę przeważyła Maïwenn – byłam pod wrażeniem Polisse, czas sprawdzić, co u niej słychać.

Dobrze słychać. Podobał mi się film. Uruchomił kilka znanych wirów. Aż by się chciało potrzymać główkę w oparach zatrutych perfum i deliberować nad tym, jaką trzeba mieć siłę, by miłość udźwignąć lub ominąć, gdy głupia. Jako że z Nowym Rokiem deklaruję dbać o zdrówko psychiczne, ominę grząski grunt.

Odczekałam. Poczytałam recenzje innych (nietypowo) – szukałam zwłaszcza tych pisanych przez mężczyzn, ale i tak najkrytyczniejszą wysmażyła kobieta. Zauważyłam, że wyceny krytyków są rozbieżne. Bywają noty dostateczne! Ja wystawiłam dobrą (7/10 na FilmWebie). Z tym, że mam w głowie tę historię i ona wciąż działa, co znaczy, że obejrzeć bardzo było warto.

Mon Roi. Tony

Historia obejmuje circe 10 lat. Rozpoczęła się, gdy bohaterowie byli w okolicach czterdziestki. Może jeszcze ciut przed. Zakochali się, pobrali, urodził im się Sindbad. Imię wymyślił mężczyzna, zaznaczam, bo wydaje mi się, że tacy mężczyźni jak Giorgio, wybierają imiona, które pasują do nich samych. Nie upieram się. Sindbad kojarzy mi się z kimś lekko oderwanym od życia, wpatrzonym w odległe latarnie, wiecznie w rejsie ku nieznanym morzom. Mężczyzna i kobieta byli ze sobą i nie byli. Kochali się i doprowadzali do szału, czego innego im było trzeba, ale uparli się, że chcą też siebie nawzajem. Choć był to głupi upór. Dali sobie trochę szczęścia i trochę bólu. Właściwie: dużo. Mężczyzna wygląda kwitnąco, kobieta jest w rozsypce.

Opowieść jest retrospektywą, przesuwającą się przed oczami Tony (Emmanuelle Bercot). Wypadek zniszczył jej kolano, czeka ją długa rehabilitacja, podczas której ma szansę spojrzeć na to, co doprowadziło do kraksy. Nieudany zjazd na nartach i nieudane małżeństwo dały jej w kość. Z obu będzie wychodzić powolutku, wkładając w to wysiłek, znosząc ból, nabierając determinacji, by wrócić do zdrowia.

Niepotrzebnie pojawia się scena z psychologiem, który wyjaśnia analogię, czytelną i bez tego. Natomiast świetnym pomysłem jest wprowadzenie przyjaźni Tony z paczką chłopaków, którzy jak ona leczą  swe kontuzje w klinice. Są od niej o połowę młodsi, z innych światów społecznych. Ona to dobrze zarabiająca adwokatka, oni mają imigracyjne korzenie, inny pułap możliwości. Niektórzy twierdzą, że czas teraźniejszy wypada w filmie słabiej niż opowieść właściwa. Mnie się wydaje niezbędny. Jak inaczej Tony miałaby udźwignąć przeszłość? Rozpamiętywaniem, zaprzeczaniem etc.? Nie da się wrócić do siebie inaczej niż przez tu i teraz. Tony angażuje się w szereg drobnych rozmówek, wygłupów, rozrywek. Śmieje się, zajmuje głowę czymś innym niż dotąd. A do niedawna wydawało się, że jedynym źródłem radości, dawcą śmiechu i szczęścia, jest Georgio, tytułowy „król”. Nie trzeba zastępować intensywności czymś równie intensywnym. Wystarczy dopuścić do siebie trochę innego świata. To już jest wentylacja. Oddech leczy.

Mon Roi. Vincent Cassel jalo Georgio Milevsky

Giorgio (Vincent Cassel) to przystojny restaurator. Paryski bon vivant, z klasą, wdziękiem, poczuciem humoru, pełen pomysłów na życie. Krążą wokół niego różne „eks”, długonogie modelki, którym trudno oderwać się od czaru Georgia. Powiedzmy, że spotkanie z Tony jest doświadczeniem nowym, szansą na stabilizację i rodzinę. Małżeństwo i dziecko z błyskotliwą, roześmianą i rozumną kobietą – właśnie tego chce. Nie kalkuluje (załóżmy), lecz szuka ciepła, miłości, gruntu. 

Trochę wygładzam, ale rysy i tak się pojawią. A gdyby nie to, że Tony czuje się przy Georgio wyjątkowo – seksownie, bezpiecznie, radośnie (nigdy nie śmiała się tak całą sobą) i jeszcze odzyskuje wiarę w miłość (przecież jej doświadcza), to nie brnęłaby na oślep i łatwiej by jej było zmienić kierunek. 

Nie ujawniam tego, co zaszło, z obawy, że mogę komuś zepsuć odbiór. Jedną scenę przywołam, bo jest symptomatyczna. Gdy zdesperowana Tony prosi o rozwód, mówi, że nie wytrzyma dłużej emocjonalnej huśtawki. Rysuje dłonią amplitudę: góra-dół, góra-dół. – Wiesz, co to jest? – odparował Georgio. – Wykres EKG. To znaczy, że żyjesz. Spokój, o którym marzysz, to linia prosta. 

Mon Roi1

Aktorzy są świetnie dobrani. Emmanuelle Bercot nagrodzono za tę rolę w Cannes. Vincent Cassel mistrzowsko wypełnia rolę Georgia donjuanowskim urokiem, perfidią w manipulacji i swoistą bezbronnością (wobec siebie samego). 

Doświadczona cudzymi recenzjami (z nich pochodzą cytaty) postawię kilka znaków ostrzeżenia. Wcale nie jest tak, że historię Tony i Georgia należy uznać za „pigułkę prawd o kobietach i związkach”, ani za „uniwersalną opowieść o wypalającym się uczuciu”. Bo to pretensjonalne. Opowieść o dwojgu ludziach jest opowieścią o nich. Zdarza im się to, co się zdarza i zachowują się tak, jak oni mogą się zachować, a nie tak, by ileś milionów kobiet i tyleż samo mężczyzn widziało w nich siebie. Mogą widzieć. Albo: mogą zrozumieć, że reagowaliby inaczej. Byłabym zdziwiona, gdyby ktoś obejrzał Moją miłość i wszystko wydało mu się obce. Zgłaszam też veto wobec recenzentów, wyrokujących, że Tony jest niedojrzała („rozhisteryzowana i niesamodzielna”) albo że Georgio to tylko playboy. 

Dojrzałość i inteligencja o niczym nie przesądzają. Nie chronią przed toksycznym związkiem. Chyba że ktoś rozumie dojrzałość jako unikanie ryzyka. Ma tu coś do powiedzenia głód miłości, deficyt nie do zastąpienia niczym innym. W historii opowiedzianej przez Maïwenn, noszą go w sobie oboje: Tony i Georgio. Może dwa głody to nie najlepsze połączenie? 

Do mnie ten film trafia, tym bardziej, że jest niejednoznaczny. Na przykład ostatnia scena: wybieram interpretację pozytywną, a można odwrotnie. Podoba mi się, bo na pewno nie jest o tym, że mężczyzna niszczy, a kobieta cierpi. Choć Georgio zniszczył trochę więcej, a Tony więcej wycierpiała. Nie ma winowajcy i ofiary. W tym sedno. Maïwenn mówi w wywiadzie, że ból zadajemy sobie sami. Słowa reżysera a film to nie zawsze rzeczy zbieżne. Ale warto je skonfrontować.

„Chciałam ukazać również to, w jak różny sposób mężczyzna i kobieta egzemplifikują uczucie. Mężczyzna chce wolności i ją daje. Kobieta oddaje siebie i oczekuje w zamian tego samego”.

„Georgio, główny bohater pani filmu, zarzuca partnerce: pokochałaś mnie za wolność, którą noszę w sobie, za poczucie niezależności, wystawne życie, które oferuję. Teraz chcesz mnie zmienić. Winisz mnie za to, jakim jestem mężczyzną, a przecież to były cechy, dzięki którym zwróciłaś na mnie uwagę.

To okrutne, ale prawdziwe. Mam wrażenie – nie chwaląc się – że wyszła mi tu jakaś bardziej uniwersalna diagnoza. Georgio mówi do Tony: prosisz mnie o rozwód z tego samego powodu, dla którego mnie pokochałaś. Znam wiele takich par”.

Moja miłość (Mon roi), reż. Maïwenn, Francja 2015

W imię dziecka

À propos Obcego nieba i obaw przed ingerencją urzędu w nasze prywatne życie. Lęk i sceptycyzm są zasadne, bo procedury, choćby najlogiczniejsze, na margines wrzucają to, czego nie da się skalkulować. Czy logika, ład i zasady są wystarczająco wiarygodne, by rozstrzygać to, co dotyczy relacji, emocji, wiary? Niby nie. Jeśli ktoś jednak przeczyta najnowszego McEwana, będzie miał powód, by docenić profesjonalizm i rozwagę człowieka instytucji.

W imię dzieckaBohaterką jest Fiona. Ma 59 lat. Jest sędzią od spraw rodzinnych. Dba o rzetelność i klarowność wyroków. A wydanie werdyktu poprzedza przenikliwą lekturą dokumentacji i wcześniejszych casusów. Gra czysto. Nie powiem, że obiektywnie i niestronniczo, bo to niemożliwe, trzeba stanąć po którejś ze stron i orzec, kto ma rację. Mój podziw dla inteligencji i elegancji myślenia Fiony jest bezgraniczny. 

Sprawy nakładają się na siebie. Trzeba zdecydować, czy rację ma ojciec-Marokańczyk, chcący ratować córki przed wpływem Zachodu, czy ich matka, przerażona, że straci wpływ na dzieci, które wsiąkną w kulturę arabską (rozstania rodziców nie da się już cofnąć). Należy orzec, czy rację mają rodzice bliźniaków syjamskich, którzy z powodów religijnych nie chcą ratować jednego syna kosztem drugiego, czy szpital, który apeluje, że umrą obaj, jeśli nie da się szansy silniejszemu. Czy – wychowane wśród judaistycznych ortodoksów – dziewczynki mają wyrzec się matki (nazbyt wyzwolonej i pracującej), czy zostać z nią, tracąc łączność z wiarą ojca. W kontekście tych dylematów pojawia się sprawa najistotniejsza dla fabuły. Dotyczy siedemnastolatka, świadka Jehowy, który popiera decyzję rodziców, by wybrać raczej śmierć niż transfuzję krwi. Stroną w konflikcie jest szpital, który chce mieć prawo ratowania życia chłopca i to czym prędzej, bo upływające godziny drastycznie zmniejszają szanse. Chłopak za trzy miesiące uzyska pełnoletniość i wówczas żaden sąd niczego mu nie nakaże. Póki jest dzieckiem, można jednak uznać jego decyzję za nie w pełni świadomą i wymusić leczenie. Albo uszanować sprzeciw.

Ktoś powie, że to nic nowego, bo już nie raz o takim konflikcie słyszał. Ale pewnie przyglądał mu się przez pryzmat publicystycznych roztrząsań (rzadziej: przez subiektywne śledzenie jakiegoś znanego z autopsji przypadku). A tu mamy wgląd  w głowę Temidy. McEwan przestudiował kilka analogicznych przypadków, prześledził sędziowskie wyroki, a mowę orzekającą sędzi Fiony wzorował na autentycznej mowie któregoś z angielskich prawników. Ten werdykt to majstersztyk. Lektura obowiązkowa dla studentów prawa. Chapeau bas! Respekt dla prawa, odwaga i człowieczy głos urzędnika.

Ale to nie o tym ta książka. Długo nie wiedziałam, jak to ująć. Pomogła mi dyskusja krytyków, dających książce najwyższe rekomendacje (Tygodnik Kulturalny 23.10.15, TVP Kultura). Zestawiono W imię dziecka z inną prezentowaną powieścią (Perfidią Jamesa Ellroya). Przeciwieństwa wydobyły esencję.

Ta druga książka to 800-stronicowe tomiszcze, gąszcz wątków, dynamiczna, pełna zwrotów akcja, wszechświat ludzkich spraw. Powieść McEwana jest czterokrotnie „chudsza”, splatają się z sobą tylko dwa wątki: sprawa „dziecka”, o której bohaterka orzeka w sądzie i kryzys w życiu prywatnym. Siedemnastoletni Adam jest łącznikiem między wątkami. Opowieść uwzględnia punkt widzenia Fiony. Co czuje uratowane i utracone „dziecko”, czego doświadcza mąż? – możemy ledwie zgadywać. Słowem: dużo mniej, a też wszechświat. Opisany nie zwielokrotnieniem, lecz eliminacją szumu. 

Nie wiem, czy to książka dla wszystkich. Jeśli ktoś z natury nie ma cierpliwości do poznawania prawie sześćdziesięcioletnich kobiet, to może sporo przeoczyć. Jeśli natomiast podążymy tropem Fiony – co naprawdę nie jest trudne, bo McEwan to jednak pierwsza liga pisarska – odkryjemy też siebie (z przeszłości, z przyszłości lub z jakiegoś równoległego bytu).

Może ktoś pamięta ten wiersz kończący tomik Podróż zimowa Barańczaka? Sobowtór autora, ze słuchawkami walkmana na uszach (Schubert!) przygląda się swemu odbiciu. 

„Stojąc przed witryną, w jej lustrzanym tle
widzę kątem oka kubek w kubek mnie.
Wielkie podobieństwo, do złudzenia aż,
gdyby nie ta zmięta, postarzała twarz;
na wkroczeniu w starość przyłapana twarz„.

To właśnie ten moment w życiu Fiony. Podkreślony kaprysem (prowokacją?) męża, który postanawia przeżyć jeszcze jedno erotyczne uniesienie, zanim będzie za późno. Nie z Fioną, choć ją lojalnie (!) o tym powiadamia. Więc Fiona zda sobie sprawę, że trwa „przyłapanie” – na wypaleniu emocji, na kończeniu się pewnych możliwości, na dotarciu do ściany, na dziwieniu się, że ciało przestaje być tym własnym. A wszystko to rozgrywa się niczym podkład muzyczny do wpisanych w codzienny harmonogram rutynowych działań. Melodyjny lejtmotyw (u Barańczaka Schubert, u McEwana – wiersz Yeatsa w opracowaniu muzycznym Brittena) jest jak kontrapunkt, w którym spotyka się przeszłość i tlące się szanse na przyszłość. 

Gdy mówię o sobowtórze, nie mam wcale na myśli analogii między życiem czytelnika a życiem Fiony. To chyba drugorzędne, czy powieść czyta trzydziestoletni facet czy czterdziestoletnia kobieta (dzieci odpadają, bo znuży je opowieść bez rówieśników). Historia Fiony to taki skondensowany wszechświat, sprowadzony mistrzowsko do kilku sytuacji, paru wspomnień, garści emocji i obserwacji. Ale nie musi być tak, by do opowiadania o „każdym” potrzebny był splot tysiąca wątków. Można to osiągnąć dużo skromniejszą metodą. Kilkoma miesiącami uporządkowanego życia bardzo dorosłej kobiety, w którym co nieco się rozregulowało.

Ja sobie zapamiętam kilka błysków. Rozmowę, w której na jednej szali jest godność i niezgoda na czyjąś wobec nas nielojalność, a na drugiej chęć zatrzymania choćby erzatzu. Chwile radzenia sobie w świecie nagle pozbawionym gruntu. Zerkanie od niechcenia na ekran telefonu, by odnotować, że ktoś nie pisał, nie dzwonił, po prostu zniknął. Przestrach z powodu odpowiedzialności za ocalone życie. Rozpacz po uświadomieniu sobie błędu, który zabija niechcący. Ten płacz w ostatniej scenie (katharsis). Ale też wszystko to, co mówi o trwaniu i powrotach. Na przykład ten epizod o kubku kawy przełamującym blokadę (s.172). O delikatnym, niepewnym i nieoczywistym powrocie i odnalezieniu.

Ian McEwan, W imię dziecka (Children Act), Wydawnictwo Albatros 2015

amerykaana

Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykaana, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014

Kierunek: Nigeria & USA

Gdy ostatnio obwieszczałam, że Bukareszt. Kurz i krew jest najlepszą książką tych wakacji, to jednak trochę się pospieszyłam. Bo oto na szali stawiam świeżutką Amerykaanę Chimamandy Ngozi Adichie i waga ani drgnie. One właściwie nie mogą konkurować, bo eseistyczno-reporterski portret miasta trudno zestawiać z pełnokrwistą powieścią. Och! Chodzi mi o to, że to było cudne przeżycie! Książka jest grubiutka (760 stron, ale czcionka dość wyraźna), czytałam trzy dni, spowalniając pod koniec, żeby trwać w niewiedzy jak najdłużej… Szkoda, że już się trzeba rozstać. 

Zamiast brzydkiej okładki umieszczam zdjęcia autorki (znalezione na stronie Uniwersytetu Princeton oraz na osobistej stronie Chimamandy Ngozi Adichie). Po części z prostego powodu: jej uroda działa magnetycznie. Po drugie: przyglądam się włosom, bo one stanowią jedną z historii równoległych, współtworzących Amerykaanę. Powieść zaczyna się właśnie tak, że trzydziestokilkuletnia Ifemelu, stypendystka Princeton i znana blogerka, po trzynastu latach życia w USA postanawia wrócić do Nigerii. A przed powrotem chce sobie zrobić nowe warkoczyki. W salonie fryzjerskim spędzi ok. sześciu godzin. Kotłują się w nim zapachy, brzęczy zmasakrowany angielski, w chwilach przerwy fryzjerki oglądają kiczowate filmy z Nollywood. Ifemelu nie miała tu po drodze, bo świat, w którym mieszka jest inny: czysty, z udogodnieniami, amerykański – gdzie większość Afrykanek prostuje włosy i pozbywa się akcentu, który naznaczał ich angielszczyznę w rodzimym kraju. 

W tej zdawkowej informacji jest niejedna odsłona. Tak, to powieść o kobiecie coraz bardziej świadomej siebie – swoich pragnień, swej tożsamości, swej siły. Siły? Ifemelu nie jest może przebojowa, ale szczera (wobec siebie), poszukująca i inteligentnie bezpośrednia. Bardzo kobieca… Nie wiem, jak powieść Adichie czytają mężczyźni, bo wydaje mi się, że w tej historii jest pewna nadwyżka, którą rozkodują właśnie kobiety. Uwaga! nie chcę przez to powiedzieć, że mamy do czynienia z czytadłem dla pań. Mamy do czynienia z fenomenem. Mądra, uniwersalna, przenikliwa książka, pełna obserwacji socjologicznych i obyczajowych. Subiektywnie dodam: najwyższych lotów. A zarazem: nie ma wątpliwości, że pisała ją kobieta (mistrzowsko potrafiąca opowiadać!).

Chimamanda Ngozi Adichie. Princeton

O czym jeszcze jest Amerykaana? Tytuł jest ironicznym określeniem, jakim Nigeryjki diagnozują przybyłe  z Ameryki koleżanki, którym uderza do głowy sodówka. Dziwią się, że kuchnia nigeryjska jest tak nieodtłuszczona, że inaczej są obsługiwane w restauracjach etc. Słowem: powieść bierze na warsztat kwestie tożsamości i korzeni. Kilkanaście lat adaptowania się Ifemelu w Ameryce pokazuje, jak niełatwo i jakim kosztem przebiega asymilacja. Pomnóżmy obserwacje razy kilka, bo nie tylko spojrzenie głównej postaci zostało naświetlone. Stany Zjednoczone (zwłaszcza) i Wielka Brytania śnią się nigeryjskim nastolatkom latami. To wymarzone światy, Eldorado, prawdziwe życie. I często (nie zawsze) udaje im się niejedno z tych marzeń zrealizować. Aspirują wysoko: zdobywają dyplomy uczelni z Ligi Bluszczowej, wychowują dzieci, które zajść mają jeszcze dalej, żyją w demokratycznym świecie, w którym nikt nie użyje słów „czarnuch”, „Murzyn”, a nawet „Afrykańczyk” i „Afrykanin” nie pojawiają się często, by kamuflować różnice w myśl zasady „nienazwane nie istnieje”. [Zabawny epizodzik. Ifemelu kupuje w butiku  sukienkę. Ekspedientka, u której reguluje rachunek, wypytuje, która z dwóch dziewczyn jej doradzała. Czy miała długie włosy? (obie miały), czy była szczupła (obie były), itp. Nie pyta o najoczywistszą z różnic, bo byłaby to polityczna niepoprawność (czy obsłużyła ją biała czy czarna?).]

Tożsamość tych, którzy podjęli próbę życia na emigracji i którzy z jakichś (przeróżnych) powodów wracają odmienieni w rodzinne strony – to temat główny. Ale motorem opowieści, najsilnieszą nicią osnowy jest wątek starej, nierdzewiejącej miłości, przeplatany próbami odnalezienia szczęścia w związkach, które są możliwe i wypełniają lukę po czymś, co miało trwać wiecznie. Naprawdę nie tylko miłość wciąga w Amerykaanę, ale miłość wciąga naprawdę – ostatecznie to ona przecież uruchamia wszystko inne: dojrzałość, odpowiedzialność, gorycz i zgodę na rozstania i wreszcie odwagę bycia sobą, jak najpełniej.  

Chimamanda Ngozi Adichie, Hay festival 2012

Ifemelu pisze bloga: rasowe obserwacje czarnej nie-Amerykanki na temat życia plemiennego w USA. Kąśliwie wskazuje „plemienność” w dojrzalym demokratycznym społeczeństwie, ale ma po temu powody. Aż dziw jak bardzo jej komentarze są zasadne. Później bierze na warsztat Nigerię i tropi jej specyfikę, szuka tego, z czym może się utożsamić, ale też bezceremonialnie demaskuje pozerstwo. 

Blogowe zapiski okraszają raz po raz narrację powieści. Ja wolę te, które powstają na użytek nigeryjskiej odsłony. Dla blogerów to smaczny kąsek, bo choć popularność Ifemenu jest oszałamiająca i nie każdemu dana, to można tu odnaleźć emocje, bliskie wszystkim tworzącym posty. Na przykład gorączkowe tropienie tematu, który by się nadawał do obróbki. ;)

Czytanie Chimamandy Ngozi Adichie to przyjemność. Niegdyś urzekła mnie jej Połówka żółtego słońca, doceniłam późniejsze opowiadania (To coś na twojej szyi) i choć to wbrew moim przyzwyczajeniom (żadnych rankingów i „ulubionych” pisarzy!) deklaruję, że na jej opowieści będę czekać z utęsknieniem. I sądzę, że z obu równie istotnych powodów: bo są takie nigeryjskie, zanurzone w świat dla mnie nierozpoznany i dlatego, że absolutnie mogę się w nich odnaleźć – afrykańskie znaczy uniwersalne. Wyobrażam sobie, że dla Nigeryjczyków ta powieść może mieć kolosalne znaczenie. Gdyby istniał jej polski odpowiednik – byłby czymś błogosławionym.

amerykaana***

Tymczasem główną inspiracją do tworzenia mojego postu było coś, czemu ostatecznie poświęcę ostatni fragment. Siła powieści. 

Najpierw dwa epizody. Pierwszy – w salonie fryzjerskim jedna z klientek podpytuje zaczytaną Ifemelu:
” – Dobra?
– Tak.
– To powieść, prawda? O czym?
Czemu ludzie pytają «o czym jest?», jakby powieść była tylko o jednej rzeczy. Ifemelu nie znosiła tego pytania (…)”. (s.312)

Drugi epizod ma miejsce w Nigerii, podczas jednej z imprez dla nowobogackich. Oczytany Obinze, który całą młodość pochłaniał amerykańskie powieści i wpatrywał się w filmy stamtąd, zagaduje młodziutkiego chłopaka, z sympatią obserwując jego zagubienie. Rozczarowuje go jednak płytkość odpowiedzi. 
„Yemi studiował angielski na uniwersytecie i Obinze zapytał go, jakie książki lubi, ucieszony, że w końcu porozmawia o czymś interesującym, ale szybko okazało się, że dla Yemiego książka nie była literaturą, jeżeli nie zawierała wielosylabowych słów i niezrozumiałych fragmentów.
– Problem w tym, że powieść jest zbyt prosta, człowiek nie używa żadnych wielkich słów – powiedział Yemi”. (s.56)

Z zazdrością i podziwem przyglądam się temu jak opowiada Adichie. Oczywiście, to jest proste. Bez erudycyjnych akapitów i filozoficznych dywagacji właściwych esejom. Żeby jednak powieść była „nie tylko o jednej rzeczy” potrzebna jest pisarska intuicja, rzemiosło kompozycji, wykreowanie świata, który – nie tak jak w świecie fantasy, gdzie wymyśla się go od początku – szkicuje się dialogami, sytuacjami, zdarzeniami nie zawsze kluczowej wagi, całym tym ekwipunkiem retrospektywnej pamięci i introspektywnych namyśleń, i niewypowiedzianych, bo nieuświadamianych sobie przez bohaterów (a otwartych przed czytelnikiem) rozpoznań. Łatwość powieści jest złudna.  Gdy dobrze skrojoną historię próbuje się ogarnąć ponownie, otwierają się całkiem nowe znaczenia. Przynajmniej takie są moje wrażenia, gdy po dobrnięciu do okładki, zaczęłam wertować strony z przylepionymi karteczkami. 

miłość

Miłość, reż. Sławomir Fabicki, Polska 2012

Spośród filmów obejrzanych w minionym miesiącu, ta kameralna opowieść Fabickiego, choć nie tak widowiskowa jak Grawitacja czy American Hustle, nie tak spektakularna jak Witaj w klubie czy Sierpień w hrabstwie Osage – zapadła mi w pamięć szczególnie. Może skromność tak działa? Wszystko rozgrywa się tu między dwojgiem bohaterów (ona i on), między trojgiem, gdy włączyć jej szefa, albo sześciorgiem, jeśli uwzględnić jego rodziców i żonę szefa. W każdym razie: świat mocno ograniczony, więc zapraszający do zejścia w głąb.

Miłość. Plakat

Plakat, który bardzo mi się podoba, eksponuje twarz Marcina Dorocińskiego. Tymczasem narracja prowadzona jest z przewagą perspektywy kobiecej. Perspektywy się przeplatają, oczywiście. Ale to Julia Kijowska częściej jest na planie pierwszym. Niektórzy widzieli w tym zaakcentowanie jej racji. Ale tu właśnie zgłaszam veto. Przy pierwszym oglądzie może się wydawać, że postać grana przez Kijowską jest jak papierek lakmusowy, zaświadczający o winie lub mniejszej-większej emocjonalnej skazie pozostałych bohaterów. Mocną stroną filmu jest jednak to, że wszyscy mają tu swoje racje (niespełnienia, okaleczenia, rozczarowania), nawet gdy przyłapano ich na chamstwie i hipokryzji.

Jedna ze scen wprowadzających (ściślej: sekwencja). Prezydent miasta, Adam Kostrzewski (Adam Woronowicz) wyprawia wielką fetę z okazji pozyskania funduszy dla miejskich projektów. Gdy na salę wchodzi spóźniona Maria (wcześniej widzieliśmy ją z naręczem róż, które porzuciła w toalecie), podbiega do niej, oznajmia publicznie jej zasługi i prosi do tańca. Tańczą: on zapatrzony, ona speszona i zmęczona, bo w ciąży. Zerka w ich stronę żona Kostrzewskiego (Agata Kulesza), z uśmiechem, maskującym niepokój i niezręczność. Patrzy mąż Marii, Tomek (Dorociński) – z dziwnie zadowoloną miną; może to spojrzenia żony go uspokajają, bo jej wzrok szuka w nim wsparcia. Wygląda na to, że wszyscy wiedzą więcej niż Tomek. Przez krótki czas można się zastanawiać: ślepy czy wrednie obojętny. Gdzieś pośrodku. A porzucone wcześniej róże były od prezydenta, Maria najwyraźniej nie chce w swym życiu komplikacji.

Komplikacje jednak nadchodzą: niechciane, zadane gwałtem, trudne do zatuszowania (zwłaszcza w sferze emocji). Postać Adama, prezydenta, za moment porzucę, by skupić się na relacji Marii i Tomka. Woronowicz świetnie oddaje jego miękkość, słabość, lepkość. Jakie tam racje może mieć ktoś taki? Żałosne. A jednak: „miłość” do Marii to urojenie, w które być może wierzył. Rozgrywał ją, nie licząc się z rzeczywistością. Czułe słowa, których zawsze można się wyrzec, nadgorliwie słane sms-y i maile. Ucieczka od codzienności, która mu zbrzydła (żona i chory syn). Nic nie ma do zaoferowania, a zachowuje się jak książę. Do czasu, gdy – może niechcący? – okaże się chamem, również we własnych oczach (więc nie dziwi uchodzące z niego powietrze i sflaczałość w scenach późniejszych).

Miłość. Dorciński i Kijowska

Dwoje młodych ludzi, czekających na pierwsze dziecko. Miłość, ale bezradna wobec próby. Wszystko rozchodzi się w szwach. Podszewka relacji Marii i Tomka drze się w strzępy, chyba nie ma już nic, poza wielką samotnością i goryczą złudzeń. Ale miłość bywa i taka. Nieopierzona, niedojrzała, krucha, raniąca. 

Nietypowo, Fabicki przekonuje mnie do siły tej więzi stopniowo. Dopiero w późnych scenach, gdy pojawią się wyznania i rozmowy. Bolesne, lecz świadczące o tym, jak oboje są dla siebie ważni. I to też przewrotnie: najmocniejsza scena rozgrywa się po powrocie od umierającej matki Tomka. Rozmawia wtedy z Marią, otwierając się na dławiące go emocje. „Nie wiem, czy jeszcze cię kocham” – mówi, płacząc. I dopiero wtedy wiem, że jednak tak. A nie jest to rozwiązanie oczywiste: można by rozpocząć obrazkiem szczęśliwego małżeństwa, którego szczęście pryska w zderzeniu z problemem. Podoba mi się, że nie ma tej szczęśliwej pocztówki – ani na wstępie, ani na końcu. Trzeba ją odgadywać, zdejmując warstwy nieporozumień i potknięć.

W ten sposób mówi Fabicki o miłości całkiem dużo. Nie zdefiniuję, co mówi, bo zamknęłabym w klatce coś wieloznacznego. Składniki są zaskakujące (receptura niepełna i bez podania proporcji): duża dawka samotności, drażliwość, na myśl, że zostało się odsuniętym, powątpiewanie w uczucie, bezradność, spojrzenia, w których jest wyrzut i niezgoda na bagatelizowanie więzi etc.

Jest też sporo elementów z innego kotła: cierpliwość, gotowość ustąpienia, poczucie pzynależności, czułość, więź, którą lepiej przekazuje ciało niż słowa etc.

Rozumiem veto, które mogę tym wyliczeniem przywołać. Gdy powie ktoś, że miłość to harmonia, radość, odpowiedzialność, bliskość. Lecz ta historia Fabickiego jest o uczuciu niedojrzałym, nieostygłym, może nawet nieodnalezionym jeszcze. A mimo to prawdziwym. Myślę jednak, że Fabicki ryzykancko wybrał tytuł filmu. Przypiął mu tym samym etykietę, od której tak zręcznie się później wymiguje.

Za mało się o tym filmie mówiło. Naprawdę zasługuje na więcej. Świetne aktorstwo – Julia Kijowska (choć czasem mówi tak, że ledwo rozumiem, co) jest jedną z moich ulubionych aktorek, Dorociński – świetny jak zawsze, Woronowicz – budzi emocje, a rewelacyjne są też drugoplanowe role Doroty Kolak i Mariana Dziędziela.

Poza tym kameralność tej opowieści ma w sobie coś z greckiej tragedii: jest sytuacja, wymagająca wyboru, los, który miesza szyki i jest katharsis – bo tak odczytuję tę wspomnianą już scenę płaczu nad utraconą miłością.

Zresztą: dobrych scen jest tu wiele. Lawiruję między nimi, by nie zdradzać fabuły. Wymienię tylko, bez wyjaśnień, moje ulubione. Konfrontacja Tomka z Adamem: baniaczki z wodą i fotka prezydenta z wyborcą. Zgubione dziecko. Pożegnanie z matką. 

Zachęcam do obejrzenia (na dvd, bo w kinach utrafić już trudno). I myślę sobie: dlaczego tuż przed świętami nasunął mi się ten temat? Prawda: przypadek. Domniemana teoria: bo to jest opowieść o zmartwychwstaniu. O słabości, z której wykluwa się coś istotnego.

sen o miłości

Słowem wstępu zaznaczę, że mi się ma na odzwyczajenie. Odkleił się tamaryszek od rzeczywistości. Oglądam teraz filmy na potęgę. Mowy nie ma, by o każdym z nich pisać tekst. Co by tu…, jak by tu to przełamać? Sposobem, tamaryszku, sposobem. Słyszę schizofreniczną podpowiedź… Będzie więc cykl uwag wielce selektywnych, które nie pretendują do bycia recenzją.

Dwa w jednym. Filmy o miłości niemożliwej, wyidealizowanej, zrodzonej z tęsknoty i prowadzącej do nieuchronnego fiaska. O grze z tożsamością. Z mężczyzną w roli głównej i kobietą w tle, choć można by się kłócić, czy nie odwrotnie, skoro kobieta pociąga za sznurki i przejmuje ster.

Koneser, reż. Giuseppe Tornatore, Włochy 2013

koneser. pokój z portretami

Kto podrzucił reżyserowi Prusa? Virgil Oldman jest co najmniej o dekadę starszy od Stacha W., ale elastyczne dziś granice młodości czynią ich równolatkami. Dojrzały mężczyzna, samotny, oddany swej pracy, unikający życia towarzyskiego, na pierwszy rzut oka sprawiający wrażenie gbura. Może nawet nieświadomy tego jak bardzo tęskni za uczuciem. Świadomość obudziłaby w nim czujność. On tymczasem udaje się bezbronny do starej willi, w której trzeba wycenić nagromadzone przez zmarłych właścicieli dzieła sztuki. (Jak niegdyś Stach, któremu Rzecki kupił bilet do opery. A potem już nie było odwrotu. Poruszone serce tak bardzo dziwi się swemu ożywieniu, że brnie w zależność, ślepe na wszystkie znaki ostrzegawcze.)

Historia zaangażowania Virgila w pannę Claire grubymi nićmi jest szyta. Ale dziwak dopuszcza dziwactwa innych, nawet horrendalnie naciągnięte. Oglądałam z racjonalnym zwątpieniem. Ale nie krzyczałam do Virgila, że brnie w przepaść, bo chyba odpowiadała mu sceneria tej drogi. Poniewczasie dodam jednak memento: Mężczyzno, ZAWSZE ufaj kobiecie, ale NIGDY aż tak.

Ten film jest mieszanką składników świetnej jakości, które niekoniecznie dobrze się skomponowały. Jakby nie zdążyły sobą przeniknąć. Przede wszystkim wcielający się w tytułową postać Geoffrey Rush. Ten w farbowanych włosach, szpakowaty albo zarośnięty – trudno oderwać oczy. Po drugie: aukcje dzieł sztuki, tajemna wiedza znawców, cenione falsyfikaty, podstawieni licytatorzy. Zwodzenie widza, który przecież nie wie, co właściwie jest cenne, a co okaże się lipą. Jaką wartość ma osiemnastowieczna „maszyna”, składana z pojedynczych trybików i zębatych kółek? Albo obraz tancerki, któremu przypadnie rola zamiennika dla całej kolekcji. „W każdym fałszerstwie jest coś autentycznego”. Po trzecie: świetna jest trzecioplanowa postać karlicy o genialnej, matematycznej pamięci. Dalej: magiczne miejsca. Na przykład sceneria ostatnich scen: kawiarnia Night & Day w Pradze, której wnętrze jest niczym werk, mechanizm ogromnego zegara. A przede wszystkim – na koniec zostawiam najlepsze – gabinet Virgila Oldmana, pokój z portretami. Są bodajże trzy sceny, w których bohater udaje się w to miejsce: sam, z Claire, i znów sam, z obrazem tancerki… Dla tych scen można obejrzeć film. Dom Virgila (konesera, znawcy, człowieka przeprowadzającego prestiżowe aukcje dział sztuki – najlepszego w swym fachu) jest okazały. A do tajemniczego pokoju prowadzi przejście przez galerię rękawiczek! Zdjęcie jest namiastką wrażenia. Malowane przez mistrzów wszech czasów portrety intrygujących kobiet. Spojrzenie, tajemnica, piękno… Kobiecość, której nie tworzy przecież wielokrotność, ale takie zagęszczenie twarzy potęguje jej nieuchwytność.

Ona (She), reż. Spike Jonze, USA 2013

Ona. Joaquin Phoenix

Jeśli opowieść o koneserze sztuki działa się współcześnie, to jednak tuż za plecami bohaterów czaiła się przeszłość minionych artystów. W filmie Spike`a Jonze`a historia rozgrywa się w czasie lekko przyszłym niedookreślonym. Na to wskazują możliwości technologii informatycznej. Ale nie przesadzałabym z perspektywą futurystyczną – jest umowna, to prawie dziś. W obu filmach podglądamy uczucia mężczyzn, rozbrajająco pragnących kochać i napotykających na spore trudności. Chcieć to jedno, starać się to drugie, a trzecie to znaleźć kompromis między przeczuwaną jednością a faktyczną rozbieżnością dwojga istnień. Sporo łączy te filmy. W obu bohaterki są dziwnie nieuchwytne: albo nie wychodzą z pokoju (Claire), albo kondensują swe istnienie w głosie (Samantha). Co jest znaczące, bo obie są projekcją mężczyzny. Wcześniej czy później przestaną się mieścić w wymarzonym przez nich kształcie. A wtedy… ciekawa rzecz: miłość nie znika, staje się akceptacją bólu po tym, co utracone (lub niemożliwe). 

Theodore (Joaquin Phoenix) ma ciekawy fach. Pisze listy na zlecenie. Wyznaje miłość, ubiera w słowa cudzą tęsknotę, pomaga w wyrażaniu pragnień, przeprosin czy próśb. Świetnie sobie radzi. Co sugeruje, że jest wrażliwy, empatyczny, otwarty, że umie słowami stwarzać relacje. I tu – konieczny – zgrzyt: słowami kreuje się niby światy, tymczasem rzeczywistość ma kilka innych wymiarów. Theodore jest rozpaczliwie sam. Przywiązany do nieudanego małżeństwa (nie stawia kropki, bo mu żal) i próbujący po omacku znaleźć więź na łączach wirtualnych. 

Dopiero gdy najnaturalniej w świecie pojawia się Samantha, uczucia zaczynają się organizować i rosnąć. Samantha jest systemem operacyjnym, „duszą i mózgiem” jego komputera. Ma seksowny, czuły głos Scarlett Johansson i sporo wie o Theodorze. Widz stoi przed wyborem: dystans lub akceptacja. Zalecam to drugie. Ostatecznie nie sama historia znajomości jest tu istotna, a proces „rozkwitu” mężczyzny, odsłanianie obaw, budzenie się gotowości i ochoty na przynależność do kogoś drugiego.

Myślę, że spokojnie Joaquin Phoenix mógł zastąpić Chiwetela Ejiofora w grupie nominowanych do Oscara za rolę męską. Ten drugi rozgrywał szerokie spectrum doświadczeń niewolniczych stosunkowo wąską paletą środków aktorskich. Tymczasem Phoenix, wypełnia ekran za dwoje, gra właściwie cały czas to samo (przywiązanie-uczucie-tęsknotę), ale na mnóstwo różnych sposobów. Nie nudzi (wiem, subiektywne) i mimo tropów sugerujących nieudacznictwo życiowe, budzi sympatię, jest wiarygodny, odbiera się go serio, wbrew umowności sytuacji. Bardzo doceniam. 

Dlaczego Samantha? Kim jest Samantha? Kogo chce w niej widzieć Theodore?
Inspirację. „Cudownie być z kimś, kto jest tak ciekaw świata”. Kogoś, kto nie zagraża, nie wymaga deklaracji i zmian, więc nie płoszy. Jest dowcipna, inteligentna, pełna pasji. Potrafi słuchać, pamięta, docieka wszystkiego, co wiąże się z Theodorem. Towarzyszy mu, jest blisko, wprowadza błogostan bycia z kimś w sposób nierozłączny. Nawet przeszkoda jaką jest wirtualność, bezcielesność Samanthy, może być przezwyciężona ekstraktem czułości i niezaprzeczalnej obecności.

Hmm… rozczarowanie nadejść musi, bo nawet jeśli coś takiego się komuś zdarzy, to przecież nie trwa dłużej niż sen. Dla mnie kwinesencją romantyczności w filmie Ona czy Koneser jest to, co dzieje się z mężczyzną po utracie. To właśnie interesowałoby mnie najbardziej, a zadowolić się muszę dwoma epilogami, które budzą dość przewrotną refleksję. Że jednak bardzo wzbogacające jest takie ogołocenie. 

***

Tak więc oba filmy są odsłoną męskich emocji, takich nieoczywistych, mocno skondensowanych i na ogół niedostępnych w przekazie. Albo też są spojrzeniem na kobiecość jak na animę męskiej tożsamości. Animę, czyli dopełnienie. Wypełnienie jej czymś obcym a upragnionym. Tu oddam głos Oldze Tokarczuk, która w eseju o Lalce (Lalka i perła) tak pisała o tej zależności. Nie chcę nachalnie nakładać Wokulskiego na Theodora czy Virgila, ale kobiety, które kochają są z takiej „animistycznej” materii utkane. Jedna z możliwych teorii. Wydaje mi się, że ani Tornatore, ani Jonze nie odżegnują sie od niej.

„Anima jest archetypową postacią „obrazu duszy” i reprezentuje komplementarną, odmiennopłciową część psychiki. Przedstawia sobą obraz drugiej płci, jaki mężczyzna nosi w sobie jako jednostka i jako przed­stawiciel gatunku. Mówiąc najprościej – każdy mężczyzna nosi w sobie swoją Ewę, każda kobieta – swojego Adama. Ponieważ ta część psychiki jest nieświadoma, według więc praw psychologii głębi, jak wszystko, co nieuświadomione, niezróżnicowane, nieprzeżyte, ulega projekcji. Każda osoba, w której się zakochujemy, nosi cechy nas samych, ukrytych w animie lub animusie. To właśnie dlatego Wokulski, widząc Izabelę po raz pierwszy w teatrze, ma wrażenie, że ją rozpoznaje. […]”

mocny anioł

Pod Mocnym Aniołem, reż. Wojciech Smarzowski, Polska 2014

Pod Mocnym Aniołem. LajkonikJedyny taki film, w którym krakowski lajkonik ma skopany tyłek. Lista innych smaczków i motywów ma swoich prekursorów (literackich czy filmowych), ale podbita stemplem Smarzowskiego jest naprawdę oryginalna. Choć mówią – żadna nowość: picie nie znika z jego filmów od dawna, wraca pętlą pijackiego ciągu i zawsze jest piciem na zabój. Tankuje się w Domu złym, chleje się w Drogówcewięc Pod Mocnym Aniołem trafia do widza, który niejedną kinową żołądkową przetrawił. Może tym szybciej wchodzi mu ona w krew i nastawia na stany ekstremalne. 

Widziałam i wiem, że o meritum mam do powiedzenia tyle, co nic. Autopsja milczy jak zaklęta. Mnożące się na potęgę artykuły o alkoholizmie Polaków też nie czynią mnie ekspertem. Ani dane socjologiczne, ani wsłuchiwanie się w wynurzenia jednostkowych przypadków. Tyle, że dostrzegam – z jednej strony wachlarz możliwych wkręceń, tysiące dróg prowadzących do upojenia (pomysłowość niewyczerpywalna!), z drugiej zaś analogię i wspólny mianownik. Na podstawowe pytania odpowiedzi nie mam.  – Dlaczego?  – Jak głęboko wsiąkają w to postronni?  – Czy pętla wymusza obieg zamknięty (repetycje i skażone początki), czy też moc wyprostowania koła jest w zasięgu?

Smarzowski żongluje odpowiedziami. Uczestniczymy przecież w grupowych terapiach i czasem (patrz: zwiastun) pacjenci na odwyku mówią do kamery „od kiedy” i „dlaczego”. Z nieśmiałości, z uniesienia seksualnego lub w jego zastępstwie, z ogólnego „wkurwienia”, dla uczczenia, z bezprzyczynowego „lubienia”, dla kurażu lub dla towarzystwa. Każdy powód się nada. Żadna diagnoza nie jest samouzdrawiająca.

Myślę, że wybiorę się powtórnie i sprawdzę, czy będzie o tym samym. Bo tym razem było przede wszystkim o Jerzym (Robert Więckiewicz), mniej, lecz intensywnie, o jego dziewczynie (Julia Kijowska), o wymyślonym alter ego (Woronowicz) i o przypływach i odpływach alkoholowego transu. 

Głupio byłoby pominąć, więc wyliczę plejadę aktorów, z których każdy ma chwilę na popisowe odegranie swojego upadku. Mania (Kinga Preiss) – nie można oczu oderwać! Eksfarmaceutka (Iwona Bielska) – niegdyś niewinne dziewczę, które nieśmiałość przełamywało kieliszkiem miętowej nalewki męża (potem dawki i częstotliwość ich wchłaniania strasznie się rozrosły). Joanna (Iwona Wszołkówna, starsza druhna z Wesela) – samotna, zdesperowana. Kolumb (Jacek Braciak) – czyli ksiądz, idący w zaparte. Terrorysta (Arkadiusz Jakubik) – kierowca, który jadąc w Polskę, musi pić, by się kręcił interes (połowa roli to trafiony image!). Doktor Granada (Andrzej Grabowski) – może jedyny niepopadający w groteskę, lekarz nad lekarze, choć bez złudzeń, że recepty mogą leczyć. I tak dalej, ci, tórych znamy z innych filmów Smarzowskiego: Dorociński, Dziędziel, Kiersznowski czy Dyblik.

Pod Mocnym Aniołem. Jerzy i Ona

Otwarty „od rana do rana” bar Pod Mocnym Aniołem przyciąga namagnesowanego Jurka nieuchronnie. Uruchamia w nim mechanizm, który przestawić na inne tory diablo trudno. Chyba że Ona? Spotkana pod bankomatem, gdy prezencja i jasność umysłu Jerzego były niezbyt ostre. A mimo to. Nawet zdania nie dobiegały do kropki, choć to rzecz zasadnicza, by pełnymi zdaniami mówić.  Dla Jerzego – kluczowa. Wszystko sobie taką śliską, okrągłą mową może wytłumaczyć. „Są tacy, którzy mogą pić i tacy, co nie powinni. Ja mogę”. Co może kobieta (nawet tak rozumna i czuła, inteligentna i cierpliwa) wobec grubej warstwy zaszłości? „- Gdybym spotkał cię dwadzieścia lat temu, tobym nie pił”.

Lubię dwie sceny, trzy, może nawet więcej, które ukazują ten związek. Tę, gdy Ona czyta lekko absurdalny wiersz. I czyta go tak, że do kotła łagodności, może nawet bezbronnej naiwności, którą przypisać jej łatwo, dorzuca garść pieprzu i bazylii (coś konkretnego w smaku).

Lubię wyznanie: „wcale nie chciałam cię pokochać”, bo choćby nie wiem ile razy było już mówione przez innych, zawsze wnosi jakiś element wyższego porządku. Nie było w świadomych planach, a jest, czyli miało być (los, Bóg albo fatum).

Najbardziej zaś tę scenę (dziwnie przerywaną, niedokończoną, arcyprawdziwą), gdy Ona chce mu coś ważnego powiedzieć (chyba ustalić jakieś granice, wyjaśnić, co czuje, określić, czego nie może dalej być, jeśli cokolwiek ma być…). Jerzy siedzi bez ruchu, Ona chodzi w tę i we w tę i nie umie znaleźć dobrego początku. Facet nie może trafić na właściwy kanał odbioru, nie ma komunikatu, nie musi się do niego odnosić. A przekaz jasny jak słońce. Albo ciemny jak zapaść, zależy jak spojrzeć.

Jedna z pierwszych scen jest zarazem sceną ostatnią. Zorientowałam się dość późno. Aula wykładowa, Jerzy bryluje i po swojemu zwodzi słowem. „Nie wierzcie, gdy mówię, że nie piję”. – oklaski. Na sali młode twarze, również Ona i Ten Gość zza baru (Woronowicz), co to sumieniem jest i z boku się przygląda. Jeśli potraktować to wyznanie jak kokieterię, to przegrana sprawa albo po prostu element pijackich zalotów. Jeśli jednak to coming out, wyznanie krętactw, danie innym prawa do nieufności i czujności – to trop dający nadzieję. Zwłaszcza, że na sali jest Ona (więc nie odeszła!). Nie wiem na pewno – wokół słyszę, że koniec jest na końcu, czyli tam, gdzie Jerzy stoi na skrzyżowaniu blisko Mocnego Anioła. Ale nie wyrzekłabym się i takiego wariantu, bo przecież skoki są w tej fabule na porządku dziennym.

Pod Mocnym Aniołem. Jerzy

Stawiając na Jerzego, stawiam na Pilcha. Polecam wywiad z pisarzem w styczniowym „Kinie”. Rzeczowy, skupiony na kontekstach pijackiej literatury czy filmu, analizujący zabiegi adaptacyjne. Przeżył Pilch swoje obawy, zaakceptował rezultat. O swojej książce mówi z dysansem, Smarzowskiemu się kłania. „Realista co się zowie” zabrał się za prozę od realizmu daleką, której żywiołem jest słowo, nie obraz, a mimo to pozostał wierny. Pilch zaświadcza, a filmoznawcy mogliby to nazwać (za Alicją Helman) „twórczą zdradą”. Zmienia się rytm, fabuła, zakończenie. A pisarz błogosławi, mówiąc: o to mi chodziło, to nawet lepsze niż mój zamysł. Film oddziałuje dosadniej, dookreśla metafory i aluzje. Nie rozstrzyga o dalszych losach Jureczka: może mu ta miłość pomoże, a może nie, wejdzie do baru, by przerwać „suchość” albo go ominie. Raz czy na zawsze?

Niejeden wywiad wpadł mi przed seansem w ręce. Ale wiekszość wywoływała znudzenie. Ileż można pytać kogoś o to, po co i w jakich ilościach popija? W ogóle: Pod Mocnym Aniołem tyle mówi o alkoholizmie, że komentator nie powinien wykładać kawy na ławę i pytać o oczywistości. I chyba też na niewiele się zda opis pijackich ekscesów. Powiem tylko, że powracający motyw brudnej wody, która wzbiera i zalewa zasyfiony świat to obraz-symptom. Sięgamy do trzewi, do dna żołądka, skąd eksplodują – często w fatalnych okolicznościach – resztki niestrawionego pokarmu. Żadnego wygładzania. Fizjologia i dosadność. Cielesna deformacja, psychiczna niedyspozycja, zachłanny ciąg i potworny kac. 

To widać. Siła pijackich historii to jedno. Druga rzecz to sposób poskładania ich w całość. Forma. Nieprawda, że to opowieść, którą buduje wyłącznie naturalizm. Jest go niemało. A ja wciąż myślę, ile przegapiłam (za pierwszym razem) tropów i wskazówek. W obrazie (gra kolorem, brudne kadry obok tych czystych, z ptasiej perspektywy oglądany odwyk), w kompozycji (pętla goni pętlę – bo nie tylko jazda taksówką z odwyku pod bar powtarza się jak refren), w grze aktorskiej – podwójne role Dziędziela czy Grabowskiego. W grze z czasem (opowieść nie jest linearna).

Ciekawe są cytaty i mrugnięcia w stronę kontekstu. Jerofijew i Lowry? Też. Pilch podpowiedział mi sceny, w których i ja później dostrzegłam nawiązania. Gdy chłopak skacze z okna, zostawiając obrys swego ciała w zadaszeniu poniżej, a potem wraca poraniony na górę – jak Trelkowski z Lokatora Polańskiego. Układ ciał na łóżku, gdy Jerzy i Ona rozmawiają ze sobą – jak w Miłości blondynki Formana. Pętla Hasa nadawana w telewizji, gdzieś na dalszym planie. Nie wiem, czy ta gra to wsadzanie rodzynków do ciasta, czy rozsadzanie dosłowności. Ale rozpoznania są przyjemne.

Pod Mocnym Aniołem. Bar