Archiwa tagu: dojrzewanie

moonlight

Moonlight – reż. Barry Jenkins, USA 2016
moonlightOpowieść o dojrzewaniu. W warunkach niecieplarnianych. Z kilkoma kłodami w życiowej scenografii. Z księżycową poświatą. 

Księżycowe światło, obecne w tytule, bierze się z opowieści Juana, który małemu Chironowi wyjaśnia, że ono zabarwia na niebiesko. Czarni chłopcy w blasku księżyca są błękitni – powiedział ktoś. Czarnym chłopcem jest główny bohater, Chiron, wychowywany samotnie przez nieodpowiedzialną matkę. Blue jest kolorem smutku. Ale też inności, introwertyzmu, samotności. W tym kolorze można zanurzyć Chirona jak w Atlantyku, w którym uczył się pływać.

Czy samotność wyostrza świadomość tego, kim się jest, czy zagłusza? Oczywiście, sprzyja introspekcji, kumuluje myśli, nie resetuje ich zabawą i beztroską. Ale znów – nie daje szans na konfrontację, na poczucie wspólnoty, wymianę energii. Pytanie w zawieszeniu. Obie te sprawy – samotność i tożsamość – w filmie Barry`ego Jenkinsa są kluczowe.  Chiron dorasta bez ojca, ale zastępuje mu go miejscowy diler narkotyków, wrażliwy i empatyczny Juan, który otwiera przed nim dom i daje życiowe rady. Jedna z nich dotyczy tego, by wiedzieć, kim się jest i nie pozwolić, by wmówili nam to inni.

Inność będzie miała m.in. kontekst gejowski. Nie sposób nie zauważyć, ale nie bardzo mnie ten aspekt interesuje. Gdy Chiron jest dzieckiem, odrzucanym przez rówieśników, ściągającym na siebie ich agresję, nie ma to przecież nic do rzeczy. Wrażliwość i wycofanie są poza orientacją seksualną, choć zwyczajowo przypisuje się je mniejszościom. Uproszczenie, za którym nie pójdę. 

Ta historia ma trzy rozdziały i trzy aktorskie wcielenia w rolę główną. Reżyser stosuje twardy montaż z wyciemnionym kadrem. Odgradza części i epizody. Ale buduje mosty. I tak: w rozdziale „Little (Mały)” w ostatnich sekwencjach Alex R. Hibbert zostaje zastąpiony przez Ashtona Sandersa, a w rozdziale „Chiron”, wkracza już Trevante Rhodes, najstarsza wersja bohatera. Ta postać to centrum filmu, wszystko się na niej skupia i w niej rozgrywa. Świetnie, że aktorzy wpisali się w bardzo spójny portret. Zewnętrznie podkreśla to filmowy plakat, na którym twarz ma zarazem patchworkowy, jak i osobniczy zarys.

moonlight2W każdej twarzy uwagę przykuwają spokojne, lecz smutne oczy. Wymowne bardziej niż język, bo Chiron jest milczkiem i wołami trzeba wyciągać z niego informacje. Dlaczego Chiron jest „inny”? To, że wychowuje go matka, której świat kręci się wokół kolejnych szans na działkę narkotyków, nie naznacza go chyba szczególnie. Akcja rozgrywa się w biednej dzielnicy Miami, więc nieopodal muszą być chłopcy o podobnym pochodzeniu. Kryterium społeczne niewiele może wytłumaczyć. Najchętniej zostanę przy tym, że to sprawa charakteru – nieśmiałości, unikania bójek, przyjęcia na siebie roli ofiary i niekomunikowania siebie. Co oni tam wszyscy razem mogą o nim wiedzieć? Kiedyś Juan, potem tylko jeden kolega go rozumie. Kevin. Ale ten, choć podobny, lepiej się zna na kamuflażu. Stanie przeciw Chironowi, żeby udawaną odwagą zakryć swój strach.

Powraca echo nauk udzielanych Chironowi przez Juana. Można decydować o tym, kim chce się być. Tworzyć swoją tożsamość. Teza lekko na wyrost, ale Chirona zainspiruje. Dotrze do niego ni stąd ni zowąd, gdy upokorzenie będzie ponad miarę. I choć taka skrajna metamorfoza jest dramaturgicznie ryzykowna, to wypada przekonująco. Wszystko w tej opowieści – w jej pierwszej i drugiej odsłonie – jest przekonujące. Do czasu, gdy zacznie się rozgrywać etap trzeci.

Dorosły Chiron, choć łączy go z przeszłością jakaś aura, powiedzmy: moonlight, jest kimś, kogo się nie spodziewałam. Jakby kierowała nim potrzeba ucieczki przed sobą. To, kim ostatecznie się stanie, nie zostało jeszcze przesądzone. Im bardziej jest sam, tym wie mniej. Problem z trzecią częścią wiąże się nie tyle z postacią bohatera, ile z tym, jak rozegrane są sytuacje, w których bierze udział. Słowem: pęka scenariusz. Przynajmniej takie były moje pierwsze wymienione po seansie uwagi. Zdublowane wrażenie fałszu, dosłowności i zbytecznych wątków.

Postać Juana zniknęła w części pierwszej. Powraca natomiast matka i przyjaciel z dzieciństwa. Aktorka grająca matkę (Naomi Harris) dostała nominację w oscarowym starciu o najlepszą drugoplanową postać żeńską. Szanse byłyby większe, gdyby tę rolę rozpisano z większym sensem. Wiarygodności nie podważam, różnie w życiu bywa. Ale jeśli „zła mama” jakąś rolę odgrywa, to już ta „nagle dobra mama” nie przekonuje ni w ząb. Niepotrzebnie uwagę zawłaszcza. Nie wiem, skąd się ta historia wzięła, czy ma jakąś życiową inspirację, której reżyser-scenarzysta trzyma się uparcie, czy co? Pytam, bo nie rozumiem, po co to domykanie historii. Wszystko, co dzieje się między Kevinem a Chironem w tej restauracyjce w Miami jest takie… Z jednej strony przewidywalne. Jak piosenka z grającej szafy, której słowa tłumaczą, co się dzieje, gdyby ktoś przespał kawałek filmu. Z drugiej strony – właśnie zaskakujące, jakby reżysera zastąpił mniej utalentowany dubler. Tyle pięknych niedomówień jest w dwóch pierwszych rozdziałach. Została z nich tylko nieśmiałość Chirona. Dobrze, że choć to. Bo Chiron, w złotym łańcuchu, ze złotą szczęką, w innym muzycznym klimacie i z odmienioną pozycją społeczną, jest wciąż niepewnym siebie, ale sobie wiernym, cichym chłopcem. 

Moonlight to film doceniony wszechstronnie. Wygrane Złote Globy (w kategorii dramat, tej, w której nie startował La La Land) i osiem nominacji do Oscara. Akurat chłopca i młodzieńca wcielających się w Chirona pominięto. Za nich trzymałabym kciuki. Bez dwóch zdań słuszne jest zauważenie montażu, zdjęć i muzyki. Zwłaszcza muzyki, za którą odpowiada Nicholas Britell. Wcześniej nie kojarzyłam nazwiska, ale czas to zmienić. Britell ma na swoim koncie muzykę do Opowieści o miłości  mroku i do Big Short

Gdybym znów coś zakręciła i niejasne było, czy jestem na tak czy na nie, to dookreślam. Warto zobaczyć i posłuchać. Zapadają w pamięć smutne oczy i błękitna poświata. Nie jest to jednak mój faworyt na film stulecia. Ani nawet na film miesiąca. Zobaczyć trzeba, bo tylko w ten sposób uwierzy się w rzecz niebywałą: w modę na wkładanie sztucznych zębów. Dwa przypadki w tym temacie to już moda (Toni Erdmann i duży Chiron).

guguły

Wioletta Grzegorzewska, Guguły, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014

Książka miała swą premierę w lutym 2014 roku. Docierały do mnie raz po raz aprobaty krytyków. Najświeższym ich przejawem jest umieszczenie tytułu na liście dwudziestu nominowanych do Nagrody Literackiej Nike i równolegle na liście nominowanych do Nagrody Literackiej Gdynia. I co? Niechby choć jedną z nich dostała. Ech, bo to jest taka książka, którą się odkłada z poczuciem, że może to jedna z ważniejszych rzeczy, jaką się w ogóle w życiu czytało. Owszem, za chwilę moje sympatie mogą powędrować gdzie indziej i trudno zgadnąć, jak długo będę pamiętała o Gugułach. Ale przeczytać było warto, było wzruszająco i tak, jakby coś szukało odbicia w moich doświadczeniach (choć przecież niby bezpośrednio nic) i było tak, że raz po raz jakiś akapit czytałam z dreszczem kilkakrotnie.
Guguły
Niby niepozornie, żadna tam zamaszysta powieść, 24 rozdziały albo mikroopowiadania (na trzech do ośmiu stron, większość mieści się na czterech). Narratorką jest – ukształtowana autobiograficznie – Loletka, Wiolka,Wioletta, mająca lat kilka, później kilkanaście. Tkwiąca w opisywanym świecie, czyli w wiosce Hektary na Jurze Krakowsko-Często-chowskiej z przełomu lat 70. i 80. – tkwiąca po uszy. Proza inicjacyjna, o dojrzewaniu i wiecznej niedojrzałości. Tak by sugerował tytuł: guguły to niedojrzałe jagody.

Niedojrzała jest Wiola, bo przecież przydarzają jej się rzeczy pierwsze. Życie. Śmierć, bliższa lub dalsza. Erotyka – może nie nazbyt dosłowna, lecz tak czy owak czająca się we krwi bądź zaskakująco diagnozowana u innych. Z tych inicjacji to może najważniejsze jest podpatrywanie najbliższych, do których wcale nie od razu ma się ciekawość i cierpliwość. Aż któregoś razu melodia zagrana na liściu przez ojca brzmi pięknie i zalega w uszach na wieczność. Zapamiętuje się rodziców wśród tylu oczywistych zajęć, zapachów, odzywek, wykrętów etc, że wcale się o tę pamięć nie dba. Więc ona osadza się w nas takimi łatami, skrawkami ich opowieści, pewnie też nie tak, jak im się zdaje, że są zapamiętywani. Świetny jest u Grzegorzewskiej portret ojca. Z czarnym wąsem, jakąś tam domieszką cygańskiej krwi. Jego wymykanie na ryby czy pokera. Wyprawianie zwierząt wbrew marudzeniu matki – i znajomość tego, co w faunie piszczy. Dbanie o pszczoły. Ucieczki przed wiejską religijnością w sferę sceptycyzmu. I te momenty uchwyconego starzenia, gdy gaśnie jakaś ikra, starania o ciało czy strój są mniej uważne, coś się ulatnia. Aż po chwilę – w biografii Wioli mocno przedwczesną – gdy wzywa się ją z kolonii na pogrzeb. Właśnie w tytułowym opowiadaniu (rozdziale) Guguły pojawia się ten najcudowniejszy opis. Gdy Wiola podchodzi do trumny i widzi w niej ośmioletniego chłopca, którym ojciec był niegdyś. Tlące się w nim wówczas marzenia i lęki. Cały świat, najwidoczniej przekazany w dymku jakiejś starej opowieści.

„Pewnego dnia dziadek pokazał mu w dziupli gniazdo kuny. Rysiu włożył rękę do środka i wymacał w puchu ciepły miot. Chciałby zamienić się na życia z tymi tumakami, zamieszkać w lesie i dzielić z nimi jaja ptaków i królicze nory, ale jednak pobiegł za dziadkiem, bo zrobiło się ciemno, a potem ciągle musiał za kimś biec i wszystko zleciało jak w amerykańskim filmie. Na nic nie starczało czasu i pieniędzy. Rysiu uwijał się jak w ukropie, żeby zarobić na buty, na pierwszy garnitur, przetrwać falę w wojsku, kupić sobie wueskę, zabrać Zosię na zabawę, zdążyć na egzamin w technikum rolniczym, na ślub, na chrzciny i na nocną zmianę”.

Nieco później, gdy Rysiek miał lat 28, zagadnął tak trochę pewnie w przestrzeń, trochę do córki.
” – Dziwnie jest urządzony ten świat – odezwał się do mnie nagle, gdy pekaes skręcił na Pułaskiego. – Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, już nazywają  mnie starym, a przecież w środku jestem jak te guguły”.

***

Naprawdę można by mądrzej o Gugułach pisać i niejedno z nich wyciągnąć – anegdotkę, puentę, klimat. Te realia sprzed lat, które mnie się wydają bardzo bliskie. I właśnie prowincjonalność (miejsca i etapu życia), nazwaną na okładce „znakomitą balladą o polskiej wsi w czasach PRL-u i dojrzewaniu, które smakuje jak cierpkie guguły”. Z jednej strony: czytam Grzegorzewską i jej tekst jest dla mnie wart zestawienia z Schulzem albo z Myśliwskim (czyli mistrzostwo!). Z drugiej strony – czytam i myślę o odzyskiwaniu własnej fazy przepoczwarzeń. Zazdroszczę Autorce tej przechwyconej narracji. Każdy z rozdziałów jest niczym kartka z zapisanym jednym wspomnieniem. Ale jak te puzzle wydobyć z przeszłości? Czy to się dzieje w pamięci (i jedni pamiętają, drudzy słabo lub nic) czy w akcie tworzenia, który wytrąca pamięć z uśpienia i ją formuje? Czasem się zdaje, że przeszłość przepadła. Że to są mgliste obrazki. A czasem – że jak się wsłuchać i natężyć węch (udrożnić inne zmysły), to jeszcze można odzyskać niejedno. Na mnie tak ożywczo zadziałały Guguły.

wypełnić pustkę

Wypełnić pustkę, reż. Rama Burshtein, Izrael 2012 

W polskich kinach ten film pojawił się latem (lipiec 2013). Kto to widział, by taki film wprowadzać w obieg w takim czasie?! I właśnie dlatego niejeden może westchnąć, że nie widział. A szkoda, bo warto. Ja mogę dodać, że nawet nie słyszałam, choć zapewne mogłam, bo tytuł został doceniony m.in. Pucharem Volpi (Wenecja 2012), czyli nagrodą dla najlepszej aktorki – Hadas Yaron w roli Shiry.
I tak jak wszystko w życiu przydarza się parami, tak jednym przypadkiem zobaczyłam ten film w sali kinowej, a drugim przypadkiem dostrzegłam go dwa dni później w roli gadżetu przy najświeższym numerze „Focusa”. I już go mam.

Chasydzi

Wchodzimy w świat współczesnych chasydów. Brzmi co prawda jak oksymoron: jaka tam współczesność, skoro rytuały i styl życia wywodzą się z najstarszych tradycji, a celowe zamykanie się na wpływy świata (media, kontakty z gojami, modne trendy) tworzy warstwę impregnującą przed nowoczesnością. Ważne, że poznajemy współczesnych chasydów z perspektywy reżyserki, która się z tego środowiska wywodzi. I darzy je zrozumieniem, które i widzowi może się udzielić. Rzecz jasna oglądam świat egzotyczny. Rozumienie bierze się stąd, że w tę opowieść nie wkracza „obce oko”, więc to, co się zdarza, przyjmowane jest naturalnie, osadzone w zrębach, które nikogo tu nie dziwią.

Uderza mnie zwłaszcza silne poczucie wspólnoty. W czas jednego z chasydzkich świąt mężczyźni tłoczą się w domu rabina, wchodzą gromadnie do salonu, gdzie dzielą się problemami, otrzymując po wysłuchaniu stosowne finansowe wsparcie. Jak – nie przymierzając – na seansie u Vito Corleone ;). Śpiewa się przy tym i energicznie wystukuje rytmy. Śpiew i muzyka są fenomenalne. I te oryginalne pieśni chasydzkie, i to, co przygotowano specjalnie do filmu. Akordeonowa muzyka Shiry czy tło muzyczne ilustrujące wybrane sceny. Proszę posłuchać motywu przewodniego.

Drugie, na co zwracam uwagę, to określony model rodziny. Małżeństwa kojarzone przez swatów, tworzone pod czujnym okiem starszyzny, z konieczną aprobatą rabina. Spojrzenie człowieka Zachodu bywa w tym temacie sceptyczne. Bo mamy w głowach inne wzorce: miłość, która wiąże nie czekając na błogosławieństwo, która rodzi się z ognia i bez przymusu albo ze wspólnoty przeżyć, z bliskości, manifestującej się na tysiąc sposobów zanim okrzepnie w decyzji na tak. Różne tam mieć możemy w głowie i sercu matryce, ale na ogół chcemy spontaniczności i nieskrępowania w wyborze. A tu: swaty, ślub z człowiekiem, o którym więcej nie wiesz niż wiesz i w ogóle… ta gotowość do małżeństwa jakby ono było jedyną możliwą drogą i jakby trzeba było na nią wstąpić najszybciej jak się da. Powiem tak: nie będę tu roztrząsać wolności człowieka zanurzonego we wspólnocie i tradycji, bo nie starczyłoby mi kompetencji i mogłoby zabraknąć wirtualnej przestrzeni. W tym konkretnym przypadku, którego dotyczy opowieść, ujmuje mnie dojrzałość, gotowość do miłości i świadomość, że ona możliwa jest wtedy, gdy nie zatracasz siebie.

Fotografia powyżej, „portret rodziny we wnętrzu”, jest dobrym punktem wyjścia. Panowie w czarnych chałatach, z obowiązkowym nakryciem głowy – żonaci w futrzanych sztrajmlach, kawaler ma kapelusz. Kobiety ubrane skromnie, odświętnie, więc na biało, również z nakryciem głowy (na co dzień ten zmyślny kapelusik bywa weselszy). Niezasłonięte włosy może mieć tylko panna.
Plan pierwszy: rabin i jego żona, Rivka. Ich córki: niezamężna Shira z zaproponowanym przez swata kawalerem oraz (po prawej) Esther z mężem Yochayem. 

W środku drugiego rzędu – ciotka, nie ma rąk, nigdy nie wyszła za mąż, a mimo to w kapeluszu, bo tak doradził rabin. To unik od uciążliwych pytań. Nie unika ich nieobecna na zdjęciu Frieda – piękna i dobra, ale niemająca szczęścia do swatów. Gdy zaręcza się jej młodsza siostra, słyszy zewsząd: „obyś ty była następna”. Słowa ciepłe i współczujące, ale nie wątpię, że doprowadzające do szału („myślisz, że nie mam życia, bo nie wyszłam za mąż?!” – odpowie później i brzmi to tak, że chętnie obejrzałabym film o Friedzie).

Esther jest w ciąży, niestety, umrze przy połogu. A jej (przystojny jak sto diabłów!) mąż, który wyznawał: „Kocham cię, jesteś moją Torą”, pogrąży się w rozpaczy. Pustka, którą w sobie odnajdzie, wyda się nie do wypełnienia. Pustkę, równie dotkliwą, choć inaczej doskwierającą, czuje również ojciec i matka Esther. I jej osiemnastoletnia siostra, Shira, której swatanie usunie się na dalszy plan, by móc wpierw przeżyć ból i stratę. Tylko co dalej z pustką? Życie domaga się, by ją wypełnić.

Shira, Yochay, Rivka i MordechajŚmierć Esther jest jedną z początkowych scen, to pierwszy moment zwrotny. Dalsze wydarzenia koncentrują się na tytułowym wypełnianiu pustki  i priorytet ma to, co dzieje się wewnątrz bohaterów. Jeśli zdążyłam zaakceptować chasydzkie otwarcie się na wspólnotę, która wkracza i porządkuje świat każdego brata i siostry od spraw najprozaiczniejszych (kupno kuchenki) po egzystencjalne, to teraz muszę to przyzwyczajenie porzucić. Są propozycje i sugestie, ale też mocne veto samych zainteresowanych, którzy znają cenę życiowych decyzji. Nie podejmują ich nim dorosną, by je udźwignąć i zaakceptować skutki. 

Nietrudno się domyślić, że równolegle do swatania Shiry pojawi się temat szukania drugiej żony dla Yochaya. I że prędzej czy później pojawi się pomysł, by… Ale ani on tego nie chce, ani ona. Nie będzie fabularnych atrakcji, które zawiłością perypetii przekonałyby widza do nieuchronności tego związku. Paradoksalnie: ograniczenie akcji na rzecz subtelnej ilustracji dojrzewania i rodzenia się szansy na szczęście okazuje się czymś fenomenalnym. Kilka rozmów, spojrzenia, obecność i znikanie. Konieczność odsłonięcia swych pragnień, a najpierw rozpoznanie ich w sobie. Pomaga w tym prowadzenie kamery. Przewaga ujęć bliskich, zbliżenia twarzy. Dialog musi być oszczędny, by nie dublować obrazu. 

Oglądałam z dużymi emocjami. To bardzo kobiecy film – choć ma niejedno do powiedzenia mężczyznom.

Ujęły mnie dwie rzeczy. Pierwsza dotyczy gotowości serca, która poprzedza cały ciąg dalszy (i której brak ów „cdn” uniemożliwia). Druga to lęk, by nie być kimś zastępczym, nie wypełniać pustki po kimś innym. Dopóki nie zabliźnią się rany, nic nie jest możliwe. Zabliźnienie nie oznacza tu zapomnienia, zwłaszcza, że istnieje Mordechaj, synek Esther i Yochaya – to stan, w którym potrafimy widzieć tę drugą osobę bez potrzeby konfrontacji z własną (i jej) przeszłością. 

Yochay i Shira

wzruszenia

Roy Jacobsen, Cudowne dzieci, Dodoeditor 2012

Pierwszy odcinek przejdę okrężną drogą. Zmierzam do książki Jacobsena, jest niezwykła. Pewnie nie raz już o tym pisano (doświadczenia graniczne, przekraczanie progu dorosłości, żegnanie się z beztroskim, nieświadomym dzieciństwem). Temat ma wiele wcieleń i odsłon. Dziecięce odczuwanie. Jaskrawość dostrzeganych kompromisów, niechęć do zawodnych dorosłych. I przeżywanie jakichś dziwnych (kluczowych) wtajemniczeń, zrzucanie dziecięcej skórki. Wiele razy: w filmach, powieściach, w mediach wszystkich kategorii. Ale to w niczym nie przeszkadza, bo t a k  nie robiono tego albo nigdy, albo nie za często. Skandynawowie mają w tej materii jakiś szósty zmysł. Może generalizuję? W każdym razie – jeśli nie jest to krew plemienna, to przynajmniej rodowy gust  i smak. Jeśli nie cecha wrodzona, to może wyćwiczona na wypisach szkolnych (uczyli się od najlepszych – to owocuje). Krótko, żeby nie wyliczać innych, wspomnę o skojarzeniu, które wydaje mi się najbliższe Jacobsenowi. Jeśli uda mi się zrozumieć to podobieństwo, to samej sobie wyjaśnię, dlaczego Jacobsen jest ciekawy i inny.

Otóż: Dziewczynka – debiutancki film Szweda Fredrika Edfeldta z 2009 roku.
Co zapamiętałam (bo minęły już trzy lata od oglądu)? Nie była to opowieść powalająca niezwykłością. Świat widziany był oczyma dziesięcioletniej dziewczyny, bez jakichś offowych komentarzy, bez kokieteryjnej maski dowcipu, gonienia za spektakularnym zdarzeniem. Punktem wyjścia jest właśnie rezygnacja z oczekiwanych atrakcji. Oto rodzina wyjeżdża na wakacje. Chcą uczestniczyć w misji charytatywnej w Afryce. Dziewczynka żyła tym projektem i marzyła o nim, ale z pewnych powodów nie może wyjechać – rodzina jedzie bez niej, ją powierzając ciotce, która na pierwszy rzut oka jest z kategorii tych, które same potrzebują natychmiastowej opieki. 

Jest więc lato, czas bez ograniczeń, bo w tym wieku dwa bezkresne miesiące mogą być przedsionkiem wieczności. Trzeba sobie radzić: z poczuciem odrzucenia (pojechali bez niej!), z organizacją codziennego życia (ciotka nie ma pojęcia ani o gotowaniu, ani o zapędzaniu młodej istoty do łazienki), z hipokryzją świata dorosłych i głupawką koleżanek (ciut starszych, ale już będących po drugiej stronie linii – tam, gdzie jest mizdrzenie się, podryw, szminka i perfidia). Takie lato ma się w życiu tylko jedno. To jest ten moment przejścia. Mówią do ciebie jak do dziecka, nie przeczuwając, ile rozumiesz. A to jest krótki czas pogranicza. Już za dużo przenikliwości i sceptycyzmu, ale wciąż jeszcze egzaltacja, nadwątlona naiwność i nieporadność. Taka jest tytułowa, bezimienna Dziewczynka, i taki jest Finn z powieści Jacobsena. 

Są tu i tu podobne tropy: * lato inicjacji (jeszcze nie seksualnej, choć ten temat pojawi się, gdy Dziewczynka podpatruje koleżanki, a Finn podgląda Przejedzoną – golaskę na plaży), * zaskoczenie zmianą relacji z bliskim dotąd rodzicem (zaczynasz poddawać w wątpliwość dotychczasowe pewniki, mama staje się trochę obca i trochę bardziej prawdziwa), *doświadczenie odrzucenia (odniesione po części do siebie, po części do tych, których wykluczają jeszcze dobitniej: biedny, przedrzeźniany chłopczyk czy upośledzona lub opóźniona w rozwoju siostra).

Fenomen polega na tym, że gdy oglądam lub czytam, nie włącza mi się żaden brzęczyk, że powinny to poznać jakieś znajome dzieci albo że to taki uroczy – magiczny – sentymentalny świat arkadii, z której (jak z raju) wszystkich nas wygnano. Sedno w tym, że nie dystansuję się od dziecięcych spostrzeżeń. Jestem dorosła, ale na czas opowieści jestem w tej granicznej strefie, „pomiędzy”. Bo to mi się podoba najbardziej, że w pewnych momentach przed dziećmi otwiera się naprawdę mocna dawka prawdy o świecie. A one mierzą się z nią nie gorzej niż dorośli. Coś jest za trudne i mocno nie fair – ale nigdy nie będzie wyglądało inaczej i bardziej zrozumiale. Słowem: dla dorosłych ta książka i film.

Powiedziałam, że powieść Jacobsena jest niezwykła, lecz i bardzo zwyczajna zarazem. Narracja oddana w nadzór 10 (czy 12)-letniemu Finnowi, epilog dodaje wszystkim około siedmiu lat. Ten szczególny rok, o którym będzie można powiedzieć np.: „rok, w którym pojawiła się Linda” – to rok 1961 „rok Muru Berlińskiego, Kennedy`ego i Gagarina”. Norwegia, Oslo, raczej uboga dzielnica, gdzie wynajmuje się pokoje lokatorom, by wiązać koniec z końcem. Naprawdę niezwykłych scen jest niewiele, ale one wzruszają, aż ciarki przechodzą po plecach. Nie dlatego, że taka groza czy niesamowitość. Po prostu staje się jasne, że takiego lata się nie zapomina, że ono naznacza. Czym? Bezradnością i buntem, odpowiedzialnością i poczuciem winy, bliskością i obcością najbliższych…

Wiem, czas by z okrężnej drogi wejść na prostą. No ale co mi zostaje do powiedzenia? Kto występuje? Finn i jego Mama (trzydziestoletnia kobieta z pęknięciem, wcale nie taka prosta jak się zdaje). Lubią słowa i wspólnie czytane książki. Przyjaciółka mamy (Marlene), bracia, tajemniczy lokator – Kristian. Oczywiście, koledzy Finna (z niepowtarzalnym w swej gamoniowatości Freddym 1) i jedna koleżanka – Tanja. I oczywiście Linda, siostrzyczka, która pojawia się pewnego dnia jak grom z jasnego nieba, z niebieską walizeczką… Gdy małą piąstkę zaciska na dwóch palcach nowej mamy, to jest to „uścisk na śmierć i życie”. A przynajmniej: wieczna będzie pamięć tego uścisku, gdy on sam zostanie siłą rozplątany.

Gdzieś tam, na marginesie, migną też trzej bezdomni: Czerwony, Niebieski i Żółty. Nadejdzie czas, to się ich usunie, zdegraduje jeszcze bardziej, zaorze ślad po szałasach. Społeczeństwo usuwa wykluczonych. Z zaskakującą determinacją. To się – rzecz jasna – zmienia. Dzisiejsza Norwegia (czytaj: świat) ma inne metody, może inaczej interpretuje odmienność i niedostosowanie. Pewne kategorie odmienności są absorbowane, a pojawiają się nowe. Coś się zmienia, choć tak naprawdę niezbyt wiele.

Kluczowe jest pytanie, jak daleko sytuuję siebie od tego, co niepopularne, z ciemną smugą, wykluczone. I zastanawiające jak blisko naznaczonych jest Finn. Kobieta po nerwowym załamaniu, ktoś, kto się boi ciemności, bo przywołuje w nim dawne lęki. Dziewczynka z cygańskiego taboru, która może jeszcze nie wie, że nigdy nie będzie jak inne dziewczynki, choć biegnie do gromady z nadzieją. Duży, nierozgarnięty chłopak, pośmiewisko wszystkich dzieciaków, słoń w składzie porcelany, który „inspirował otoczenie, żeby go wykluczało”. 

Mój ulubiony cytat z powieści Jacobsena to ten:

„Linda była nie z tego świata, ja też miałem to kiedyś zrozumieć. Była Marsjanką, która przybyła na Ziemię, aby mówić językami do pogan, mówić po francusku do Norwegów i po rosyjsku do Amerykanów. Była przeznaczeniem, pięknem i katastrofą. Ułamkiem wszystkiego. Odbiciem mamy i mamy dzieciństwem. Jeszcze raz od początku. Śladem tego, co nigdy nie mija. Bóg prawdopodobnie miał w tym jakiś tajny plan – ale jaki?” (s.169)

Jeśli mój tekst był w zamierzeniu szukaniem tego, co wspólne w opowieści o Dziewczynce i w historii Finna i Lindy, to coraz mniej podobieństw widzę na koniec. Więc raczej fiasko. Chyba, że chwycić się tej myśli o słabości, której nagle doświadczasz i możesz się od niej albo odciąć, albo kurczowo chwycić – i tylko z tą słabością iść dalej. Słabość może obrosnąć dziwną mocą – taką, jakiej nigdy nie znajdzie ten, kto szuka nieskażonej niczym siły.

****

Powieść Jacobsena pięknie wydał Dodoeditor, a w radiowej dwójce można było posłuchać fragmentów. Wciąż można. Nie wiem tylko, czy to są moje ulubione fragmenty. TUTAJ.