Archiwa tagu: wakacje

czapla i brzoza z tatarakiem

Nadmiar ogranicza inaczej niż niedobór, bo co innego odbiera. Poza tym – ostatnio – strasznie się panoszy. Ten nadmiar. Ciut za dużo upałów. Za dużo wakacyjnych zdjęć (z których przebrałam ponad setkę do ocalenia, reszta – w niebyt). Nawet filmy, o których chciałam pisać, rozmnożyły się na potęgę. I po prostu muszę uznać tę oczywistość, że świat się nie zawali, jeśli nie napiszę.

Może najbardziej męczący jest nadmiar artefaktów, to, że – jako gatunek – stajemy się coraz bardziej homo faber. Każdy coś wytwarza. Pisze, filmuje, fotografuje. Nie ma już hierarchii, żadnych map, wskazujących, jak się w tym gąszczu poruszać, co odpuścić, z czym się zapoznać. Lepiej już nie będzie. Trzeba pogodzić się z tym, że każdy może wytwarzać wszystko i nikt nie da rady zasymilować tej nadprodukcji. To z jednej strony paraliżuje, z drugiej – uczy wielogłosu i tego, że w lesie różne ptaszki śpiewają. Fotografia to unaocznia. Profesjonaliści mogą sobie debatować o technice i odpowiedzialności za to, co uwieczniają, amatorzy się do tego nie odnoszą. Robią swoje, selfie-sticków jest tyle, co zabranych w drogę butelek z wodą. Zapadło mi w pamięć czyjeś pytanie: czy będziemy wracać do napstrykanych  w liczbie niepoliczalnej zdjęć – tak, jak do tych, które zatrzymywały chwile wyselekcjonowane?

P1030744

Szalejąca rudbekia z sandomierskiego zaplecza przekornie dziczeje. Wbrew uporządkowanym miejskim klombom, wystylizowanym ogródkom, wypieszczonym kwietnym oknom czy balkonom. Sandomierz jest piękny i zadbany. Pelargonie, begonie, surfinie, petunie, floksy… Prawda, że więcej tu ojca Mateusza niż Teodora Szackiego. Na pierwszy rzut oka. Bo podszewka należy do Miłoszewskiego. W podziemiach nie było psów i ani mru mru o zbrodni. Ale katedralny pan kościelny, przepędzający turystów, każe docenić w pisarzu zmysł obserwacji. Nieopodal katedry stoi ta rudera, w której popełniono drugie morderstwo. A w pobliżu rynku, vis-a-vis pierogarni, jest mała wypasiona kawiarenka. Jak w Ziarnie prawdy. Nie pomnę, ale Miłoszewski nie wspominał chyba o krówkach (specjalność lokalna – u mnie plus, bo krówka to stały punkt mojego menu) i raczej paskudnych ptysiowych preclach. Pochwalam cydr z sandomierskich jabłek („dobroński”).

P1030844

No cóż, gdzie się dało, tam weszłam. Do sacrum i profanum. W Piszczele i Góry Pieprzowe. Nie zapominając kręcić się wokół tego, co centralne: rynek, katedra i dzwonnica, zamek, kościoły (najstarszy jest najwspanialszy – świętego Jakuba, tuż przy wąwozie i muszli stemplującej drzewo emblematem Drogi – Camino de Santiago). Tudzież inne, których tu nie będę wyliczać z racji ich mnogości. Zrobiły na mnie wrażenie malowidła de Prevota, tego się zresztą spodziewałam: 12 miesięcy męczeństwa jako chrześcijańska baza mentalna. Z legendarnym obrazem legendarnej rzezi sandomierskich dzieci przypisanej Żydom. Ale zagęszczenie! A spośród budowli ze ścisłej listy zabytków wizerunkowych ja największą sympatią darzę Zamek. Wciąż mam dreszczyk, czy aby nie leży tam ciało Elżbiety albo nie siedzi Wilczur czekając na Szackiego. W książce ta scena dzieje się przy synagodze, ale w filmie właśnie na zamkowym zboczu.

[aneks: nieprawda; obejrzałam po raz drugi Ziarno prawdy i nie ma żadnego kadru z Zamkiem; iluzja]

P1030875

Ech, są takie ruiny, przy których każda całość wygląda jak sen idioty. Ruiny na wyobraźnię. Nieopodal Sandomierza, w Ujeździe, jest pozostałość po posiadłości Krzysztofa Ossolińskiego. Jakie to było przemyślane! W folderach przywołuje się koncepcję domu-kalendarza: 4 baszty, 12 wielkich komnat, 52 pokoje, 7 bram i 365 pięć okien. Jak pory roku, miesiące, tygodnie, dni w tygodniu i dni w roku. Jeden ze stropów był niegdyś oszałamiającym akwarium, a w stajniach stały lustra nad marmurowymi żłobami. Wjazd naznaczony krzyżem i toporem, insygniami wiary i rodowego herbu Ossolińskich. Choć nurt podziemny interpretuje to inaczej, w Ossolińskim widząc nie tyle barokowego katolika, szermierza kontrreformacji i teatralnej Sarmacji, tym samym: obrońcę wartości i jednak gigantycznego pechowca. Historia tego pałacu jest bowiem smutna i wieje od niej niespełnieniem. Założyciel cieszył się majątkiem rok zanim umarł, jego syn trzy lata dłużej. A potem z rąk do rąk przechodził splendor aż się zużył i nie było komu restaurować. Ale „to” nie mogło lepiej wyglądać niż teraz, gdy każdy wyświetla swój własny film. Nie umiałam uchwycić w kadrze tej przestrzeni. Dokończę myśl: otóż nie byłoby dziwne, gdyby te pięcioramienne gwiazdy i baszty żywiołów i różne poszlaki obwiniające magnata o to i o owo, prowadziły boczną drogą od kościoła do masońskiej alchemii. Dla laika absolutnie niekonieczne są tu rozstrzygnięcia, mnie się podoba ta dwuznaczność.

P1040059

P1040100

P1040087

Polesie!

P1040341

No to hej, na północny wschód. Między Łęczną a Włodawą. Na Polesie! – nie to, o którym pisała Małgorzata Szejnert (Usypać góry…), ale to mniejsze, bliższe, objęte granicami Poleskiego Parku Narodowego. Tu, gdzie jeziora zarastają tatarakiem i sitowiem, gdzie lśnią na brzegach czaple białe, wykąpane w lepszym proszku niż ich siwe kuzynki. W godle Parku jest żuraw. Nie wiedziałam, jak go wytropić. Za to wiewiórek, żółwi, czapli, kaczek, błotniaków, jakichś rycyków, kszyków i mew było na pęczki. I był majestatycznie sentymentalny łabędź niemy. W głowie mi się zakręciło od grzybieni białych. Wiem, że one wyjęte z wody już nie są takie ładne (nie wyjmowałam! – zakazane), bo przecież pamiętam Noce i dnie – tę scenę, w której Barbara czeka aż Tolibowski zmoczy swój biały garnitur i wręczy jej naręcze na oczach zazdrosnej gawiedzi… (Scena na YouTubie).

Tu rosną inne lasy. Jest trochę sosny, bo gdzie jej nie ma. Lecz dominują grądy, olsy, brzeziny. A między nimi są spleje. Spleja to torfowisko przejściowe. Takie ni to jezioro, ni to łąka porośnięta tatarakiem. Było sucho, myślę jednak, że o nieco innej porze zdobyłabym sprawność wiedźmy błotnej. Jak nic!

P1040402

P1040257

Byłoby nie fair nie wspomnieć o czerwonych i niebieskich ważkach. Natomiast kilka końskich (?) much, które pogryzły mnie przez spodnie wzgardliwie przemilczę. I tak głośniejsze były dzięcioły. Te to stukają! Bez opamiętania i na oślep.

Zestawiając Polesie z Krzyżtoporem, wskrzeszam romantyczny topos natury silniejszej od kultury, rozrastającej się bujnie na swoim i nieswoim, wypuszczającej pędy na gzymsach, w lukach między cegłami (rośliny izotermiczne). Przekraczającej ścieżki i wszelkie linie graniczne nakreślone człowieczym planem. No ale znów Sandomierz, pamiętający i konserwujący wiek XIII, daje odmienny przekaz. Jak przemija, kiedy wciąż jest jak memento nie do zdarcia? Choć przypomina ser szwajcarski (piwniczne podkopy!), póki co nie zapada się i trwa.

Jedno i drugie koi, przepłukuje teraźniejszość filtrem ciszy i samoswoich dźwięków. Kościół dominikanów, ciemny, chłodny i surowy, niemal pusty. Albo ścieżki – nieprzeludnione – pod ptasim zarządem, bez wyszukanych słów: dziko zielone.

P1040192

 P1040217P1040418

 

 

Reklamy

step by step

Tatry 2013

drobne przed dużym

Rankiem była jeszcze rosa i cisza. I różne drobne gałązki, kwiaty, trawy, których masywy nie są w stanie unicestwić swą wielkością. Godzina siódma, dobry moment na start. Tę świadomość umacniał powrót, schodzenie z gór popołudniem, gdy ławy turystów przetaczały się od Kuźnic do Murowańca, do Czarnego Stawu Gąsienicowego lub na Giewont. Ławice, chmary, czasem stada. Ktoś za plecami, ktoś z boku i tuż przed. Czyjeś rozmowy, czyjeś zmęczenie, marudzenie lub przekonywanie synka, że musi wleźć na górę, choć ten ryczy, że nie chce. Tego trzeba unikać i można. Pierwsza sprawa: wcześnie wyruszyć. Druga sprawa: omijać punkty newralgiczne. Do takich należą: Kasprowy, Giewont, Chochołowska i Morskie Oko. Tam mnie nie było. Szerokim łukiem warto obejść Krupówki, chyba że trzeba coś koniecznie właśnie tam, no to już siła wyższa.

Dolin omijać się nie da, bo są piękne, nawet gdy schodzone po tysiąckroć. Lubię Dolinę Małej Łąki, Dolinę Strążyską, może być Dolina Jaworzynki (choć wolę alternatywną drogę przez Boczań). Wcale nie są płaskie, a przejście ich rozciąga mięśnie, napina ciało, ustawia oddech i rytm.  Potem już można step by step, wyżej, skaliściej, bardziej stromo.

liliowo na rozgrzewce

Poniżej fotka-zadośćuczynienie poglądom E., która twierdzi, że tamaryszek zasłania się banerkiem z krzaczkiem lub ujawnia się sfotografowany od tyłu. Dowód z rozszerzeniem: dorzucam podeszwy. 

pokłon albo rozciąganie

Przesiadywacz kinowy to gatunek, który zabójczej kondycji na kliknięcie nie posiada, ale szybko jej nabiera. Niewykluczone, że pomaga mu filmowe (bądź literackie) wyczucie kompozycji. W tym rzecz, że nie można przeciągać ekspozycji i oddalać punktów kulminacyjnych w nieskończoność. Jest góra, jest trans. Bywało, że stopy, łydki i uda – po zejściu z trasy – miały do mnie o coś pretensje, ale na szlaku znały co to mores. Trasy były piękne. 

gdy jeziorka maleją

Dolina Pięciu Stawów, Zawrat (2159m) i grań w kierunku Świnicy. Łańcuchy dyndające w pionowo wznoszącej się skale. Zdecydowanie przychylniejsze, gdy się po nich wspinać niż schodzić. Można je czasem omijać, przylegając do skały, wszczepiając się w wystające szczerby czy uskoki. Stąd widoki są już naprawdę panoramiczne, a przy tym surowe i bez osłony mówiące jakie są proporcje. Masyw i ludzkie punkciki. Niezmordowane „mrówki”, którym śni się górski rozmach. Wdech. Haust. I raz po raz swobodny krok pomiędzy jednym wzniesieniem a kolejnym. Poniżej: spojrzenie z dołu, zanim dojdzie się się na linię grani.

w drodze na Zawrat

Szczelina na Skrajnej Sieczkowej Przełączce

Takim największym z przeżyć było przejście fragmentem Orlej Perci. Podobno tym nie najstraszniejszym, niemniej dającym o niej wyobrażenie. Orla Perć, najdłuższy szlak graniowy w Tatrach Wysokich, ciągnie się od Zawratu (na którym bywam regularnie) po przełęcz Krzyżne i dalej na wschód grzbietem Wołoszyna (niedostępnym dla turystów). Przejść ją na raz to mega wyczyn, więc zazwyczaj dzieli się trasę na dwa-trzy odcinki. 

Mój kawałek. Gdy już dotarłam do Czarnego Stawu Gąsienicowego, żółtym szlakiem namierzyłam Granaty (Zadni, Pośredni, Skrajny), dalej przez Buczynową Strażnicę na Kozi Wierch (2291m) i … z powrotem, bo ta część, która mnie dzieliła od Zawratu była jednokierunkową drogą, z mojej strony niedostępną.

Czarne Ściany z 20-metrowym kominem Czarnego Mniszka są jedną z atrakcji, nie taką znów trudną, bo łańcuchy naprawdę pomagają szybko tę wysokość pokonać. Jednak pionowa ciemna ściana wygląda imponująco. 

I przejście przez szczelinę też jest bezproblemowe, o ile nie ma się rozterek przy wykonaniu zamaszystego wykroku. Fotka powyżej jest jedyną zapożyczoną z Netu (źrodło), ukazuje Szczelinę na Skrajnej Sieczkowej Przełączce z perspektywy groźniejszej niż widzi ten, kto ją przekracza. Ale… choć wyłączyłam rojenia wyobraźni na trasie, to powróciły we śnie.

Zawrat. Barwy narodowe

Narodowe barwy na Zawracie. Narastająca fala narodowych nastrojów, nadto kanciastych, by się z nimi utożsamiać, sprawia, że ja raczej trzymam dystans. A jak na złość trafił mi się Ślązak nadający przez komórkę pean na cześć poznańskich transparenciarzy stadionowych, co to Litwinów chcieli w kozi róg zapędzić. Coraz mi dalej do flag i sztandarów, ale dowód mojego patriotyzmu pojawił się organicznie. Bluzka z rękawkiem krótkim a potem bez – i barwy narodowe na dzień przed świętem jak malowane.  

widok z Małołączniaka na Kopę Kondracką

Powyżej i poniżej Małołączniak. Miały być Czerwone Wierchy od Ciemniaka przez Krzesanicę, Małołączniak, Kopę Kondracką i może jeszcze z nawiązką Goryczkowa Czuba czy Kasprowy, ale się okroiło. Bo podejście na Małołączniak jest naprawdę do polubienia. Przysłop Miętusi i droga przez las to jedno, lepszy Kobylarzowy Żleb, świetny Czerwony Grzbiet. Błękitne Niebo przypasowało, choć go nie było na mapie.

sepia na Małołączniaku

roztocze, mon amour

Kino było na wyciągnięcie ręki. Kazimierskie Dwa Brzegi odliczały godziny do finiszu, ale wciąż jeszcze kusiły bliskością artystów. Pierwszy raz byłam w tym mieście, więc trzeba mi było przejść Wąwozem Korzeniowym (i Norowym), zebrać pył z bocznych uliczek, zajrzeć do galerii, doszlifować bruk na Rynku, zjeść „koguta”…, no nie wciągnął mnie kinowy namiot. Byłam jednak na spotkaniu z Agatą Kuleszą i Danutą Szaflarską. Słońce, malwy, słoneczniki, letnie wysokie kwiaty. Piasek, bruk i korzenie (powariowały drzewa, żeby tak żyć z żyłami na wierzchu!), plantacje malin i porzeczek, pole zarośnięte tytoniem. Czego więcej trzeba? Łąka, którą można zmierzyć w tę i we w tę, brzeg Wisły, gdyby brakowało błękitu. Co prawda ludzi było co niemiara, ale moje pierwsze spotkanie z Kazimierzem D. nie wymagało szczególnej intymności, tłum był całkiem znośną scenerią. Rozpełzał się taktownie, nie napierał, nie deptał.

Prawdziwie kinowym miejscem okazał się następny przystanek: Zwierzyniec. Letnia rezydencja Zamojskich. Zamojscy trafiają na moją krótką listę ulubionych wizjonerów i zanim dokończę myśl o filmowym Zwierzyńcu, dopowiem dygresyjnie, że bardzo spodobał mi się Zamość. Miałam na niego jeden dzień, więc włóczyłam się po starym mieście – tam, gdzie cudnymi ornamentami ustrojone są ormiańskie kamienice (wybieram niebieską, pod małżeństwem!), gdzie renesansowy ratusz pokrewnie mruga do ratusza poznańskiego, gdzie katedra pod wezwaniem niewiernego Tomasza i gdzie na obrzeżach, czyli pod wierzchnią fasadą, można podpatrzyć odrapania, zapadnięte mury, drzwi w ruinie etc. Niczym proustowska magdalenka przywoływał Lwów, gdzie warstwy stare-nowe zmieszane są dość podobnie. I wiem, w którym domu mieszkał Leśmian. I weszłam do najstarszej w Polsce apteki (1609). W Zamościu mieszkali kolejni Ordynaci, a do Zwierzyńca przyjeżdżali na wypoczynek. Rozsiewali hojną ręką pomysły i donacyjne fundusze, więc te prowincjonalne miasteczka (otulone roztoczańskim płaszczem) wchłonęły i zasymilowały mury sprzed stuleci.

Renesans i barok trzymają się pod rękę. Zwierzyniecki kościółek na wodzie jest spokojnie barokowy. Architektura okolicznych miasteczek nie przytłacza obowiązkiem, by koniecznie zwiedzać każdy kościół, synagogę czy cerkiew, ale wchodzi się do nich z drogi, naturalnie, by po chwili przejść mostem, pospacerować po parku i dalej: znów na łąki, na trakty leśne, nad stawy, strumienie, mokradełka, na kolorowe, wstążkowe pola.

Ale: kino! Miało być o kinie! Bo w Zwierzyńcu – wtedy, gdy ja w nim gościłam – trwała 13.Letnia Akademia Filmowa. I to jest rzecz z rozmachem, ze świetnie przemyślanym programem. Zdarzają się tu filmy, które pamiętam z Wrocławia (NH), ale w przewadze są te mniej nowohoryzontowe. Program naprawdę kuszący, ale każda żarłoczność kiedyś się w końcu nasyca, więc ja byłam tak jakby „po obiedzie”. Tylko dwa seanse. Bardzo spodobała mi się atmosfera. Prowincjonalne kina (jedno prawdziwe, trzy przysposobione – czytaj: widownia rozsiada się na krzesłach lub ławkach), więcej zieleni, zdecydowanie mniej snobizmu niż we Wrocławiu (chociaż nie zgłaszam do tego snobizmu żadnych pretensji). Również dla filmu – ja tu kiedyś wrócę! Jakoś podobnie odgrażał się niegdyś Wilk do Zająca w rosyjskiej dobranocce. 

Po prawdzie: kino i architektura są trochę tematem zastępczym, bo najważniejsze, co oferuje Roztocze, kraina buku i jodły, to natura. Zwlekam, bo przecież – czy to się da opowiedzieć? Że obok kościółków, przydrożnych kapliczek, parkowych mostów i starych nagrobków, są domki i chałupy malownicze   i niedzisiejsze (?). I że wszystko zaczyna się zwyczajnie od jakiegoś szlaku i wygodnych butów, czasem od roweru, od plecaczka i mapy. I się idzie. Podoba się, bo jest zielono. Trochę może szkoda, że tak zielono, bo gdyby była jesień, toby dopiero ogień ruszył w tan, toby się zażółciło, zaczerwieniło, że hej! (Trzeba to sprawdzić!). Nie opowiem, jak to wygląda, na pierwszy rzut oka może być na przykład tak, jak na załączonych obrazkach.

Pierwszy raz w tych stronach. Przecieranie szlaków. Odzwyczajanie się od tatrzańskich oczekiwań, czyli od tych wędrówek, które najpierwsze przychodzą na myśl, gdy przypominam sobie wakacje. Tutaj jest zrazu mniej ekscytująco, zwyczajniej, lżej, wydaje się, że nie tyle znakowanych tras, co w Tatrach. Ale ruszamy w drogę i wiadomo – im głębiej w las, tym więcej drzew. Odsłania się kolejna warstwa, poszerza się przestrzeń, okazuje się, że nie wszystko da się zobaczyć podczas jednej wyprawy. Przybywa notatek odnośnie tego, co zostaje na przyszłość. Drzewa chcą być rozpoznane – buk na pierwszym planie, ale trzeba dostrzec wśród buczyny i graby, i wiązy. Jodłę odróżnić od świerku, klon od jaworu, dąb czerwony od tego rodzimego. Przyjrzeć się naciekom żywicznym, nacięciom, garbom i guzom. Pierwszy raz – niezapomniany, ale chyba więcej przede mną niż za mną. 

Są drzewa-okazy, np. w alei dębów w Górecku Kościelnym lub we Floriance – dąb Florian i wielki jawor. Wolę te, które rwą się do życia i nie przejmują się starczą próchnicą, ale pod jaworem posiedziałam. Myślałam, że Filon jakiś nadejdzie. Może za krótko czekałam… Może zabrakło wianka? Poniżej udokumentowane czekanie i droga powrotna przez stawy Echo, gdzie hasają sobie koniki polskie (potomkowie tarpanów, dziś symbol Roztaczańskiego Parku Narodowego).

Koniki jedno, ale mam też we wspomnieniu jedną zdezorientowaną kunę, dzięcioły różnorakie i mrówki. Ptaki – że tak powiem – stonowane, szału nie było. Dorzucę więc do fauny roztoczańskiej chrząszcza ze Szczebrzeszyna. Wyciągnęli go z trzciny, postawili na rynku. Dla kamuflażu podrzucili kilka chrząszczy drewnianych, rozsianych po mieście – ostatecznie więc nie wiem, czy z właściwym się witałam, ale myślę, że ta znajomość nie może mi zaszkodzić. 

Dobrze, że wymyślono rower. Że Roztocze jest rowerom przychylne – czasem można było śmigać rowerową trasą, czasem podskakiwać na siodełku między drzewami. Błogosławię ten cud, bo z racji bąbla pod czwartym paluszkiem stopy lewej i trzecim prawej (licząc od palucha), możliwość niedeptania ich oszczędziła mi ciut bólu, a więc uczyniła szczęśliwszą (jeszcze bardziej).

Oczywiście, nie wszędzie rowerem. Takie na przykład mokradełka, uroczyska, bagienka… to już insza inszość i trafiają tam tylko (co niektórzy) piechurzy. A wspomnę jeszcze – a propos zdrobnień użytych w poprzednim zdaniu – że deminutivum ma na Roztoczu szczególne względy. Sklep z miodem to „ulik”, sklep na rogu (gdzie wieje) to „Zefirek”, mniej frontalna dzielnica Z. to „Wywłoczka”, lokal przydrożny – „Upałek”. Zdrobnienia w natarciu. Nazwa też ważna – moim zdaniem „uroczysko” bardzo adekwatnie nazywa miejsce, które rzuca urok.

Bez puenty, bo co mam powiedzieć? Że „piękna nasza Polska cała…”? A jakże. Może więc sobie ku pamięci dorzucę, by mieć na uwadze, że pajęczyny są piękne, zwłaszcza w lesie. 

[zdjęcia: M.B.]

o niczym

Czytam książkę Sobolewskiego o Mironie. Mirończeje mi świat. I nie mój ci on, ale mnie zagarnia. Miron siedzi sobie w swoim mieszkaniu – na Placu Dąbrowskiego 7 albo na Lizbońskiej 2/62. Gdzie by nie było, wszędzie to samo. Wnęka, okna zamalowane na czarno (żeby dzień mógł być nocą, bo nocą jest dzień), tynk czarny od nikotynowego dymu, aniołki renesansowe lub cerkiewne obrazki, bogato w rupiecie, Miron w piżamie, goście przechodzą w te i we w te. Karteczki na drzwiach, czy można wejść, czy lepiej nie.

Wychodzę w ogród. Gdzie Mirona wcale nie ma. Są owoce. Letnia słodycz, cierpkość i soczystość. Wiśnie i porzeczki. Podobają mi się kolorystycznie. I to mi odpowiada, że są takie napięte, w swojej najlepszej fazie życia. Kuszące. Trochę udają co innego (np wiśnie się upodobniły do czereśni), ale są najprawdziwsze. Ok, żadnych pytań o prawdę i autentyczność, głupie pytania rozwiewa wiatr albo lepiej burza, ta nie przebiera, zmywa wszystko bezlitośnie (i litościwie zarazem).

Duże te zdjęcia, ale tekstu będzie mało, więc sobie nie żałuję. Wybrałam strategię fragmentu, czyli zamiast panoramy ogrodu – zbliżenia na roślinne byty. Dzwonki karpackie (w realu fioletowe, nie niebieskie) zawłaszczyły całe poletko. Gdyby nie to, że żal byłoby je przygnieść, można by w nie zanurkować. Nie. Lepiej nie deptać. Poniżej: połączenie ładnego z praktycznym, czyli cynie w koperku (lub odwrotnie).

Gladiola, a bardziej prozaicznie: mieczyk. Wybieram wersję śpiewną, choć pierwsze imię tego kwiatu, jakie pamiętam z dzieciństwa, to „gradiola” – twarda, trochę drabiniasta, rzeczowa. Wystarczyło zmienić głoskę, a zmienia się istota rzeczy.  A Szekspir mówił, że gdyby róża nazywała się inaczej, byłaby tym samym. No nie wiem.

Te kwiatki (z prawej) są niepozorne, takie z wiejskich ogródków, nie z kwiaciarni. Można oderwać pojedynczy kwiatek z kwiatostanu, odpowiednio nałożyć na palec i mamy to, co sugeruje potoczna nazwa: lwią paszczę.  Same dobre skojarzenia. I feeria kolorów.

Lawenda. Nie otaczam się jej zapachem, wystarczająco kojący jest wygląd. Ale prawda, że postać i zapach są tu dopasowane, naznaczone tą samą dystynkcją.

Poniżej. Margerytki! I paproć z biedronką. Owady niestety uczuć szczególnych nie budzą, ale ta zieleń, ta głupia jasna paprociowata zieleń jest niesamowicie optymistyczna.


Jest ogród realny. Jest ogród emocjonalny. Ten drugi może sobie istnieć niczym Ogród Pana Błyszczyńskiego, co go siłą swej wyobraźni „roznicestwił tak liściato” („Sam go wywiódł z nicości błyszczydłami swych oczu/ I utrwalił na podśnionej drzewom trawie”).

W Leśmianowskiej balladzie nad ogrodem krąży Bóg i popatruje, trochę zazdrości, przez moment słucha Błyszczyńskiego, a potem gdzieś odleciał i została po nim pustka. Nie zamierzałam, ale skoro się wprosił, niech mówi. Oto, jak z Bogiem gada twórca ogrodu:

„Był w zaświatach – sen i wicher i zaklętej burzy rozgruch!
                Boże, snów spełnionych już mi dziś nie ujmuj!
Jam te drzewa powcielał! To – mój zamysł i odruch…
Moje dziwy…Moje rosy…Dreszcz i znój mój!

Przebacz smutkom i widziadłom, nie znającym rodowodu,
                I opacznym kwiatom, com je snuł z niczego…
Moja wina! O, Boże, wejdź do mego ogrodu!
                Do ogrodu!…Do – mojego!… Do – mojego!…

 Wyznam Tobie całą zwiewność, całą gęstwę mojej wiary
                W życie zagrobowe kwiatów i motyli.
Wejdź do mego ogrodu! I cóż z tego, że czary!
                I cóż z tego, że ułuda nikłej chwili!…” 

A jeśli nie Błyszczyński to wymyślił (bo ogród trzeba było realnie pielęgnować), to może lepiej spojrzeć nań z lotu ptaka. Pod ręką mam zdjęcie (autor: Moja Siostra) samotnego boćka na skrzydle starego wiatraka. To Bocian-Hamlet. Niewykluczone, że zajrzał do ogrodu po sąsiedzku.

fotoreportaż tatrzański

Tatry, 3-11. sierpnia 2011

Góry zapierają dech. Toteż nie będę rozprawiać, a pokażę kilka zamkniętych w kadrze widoków.
Najpierw wchłania nas zieleń i perspektywa drogi.

Dalej to już wszystko zależy od szlaku. Wracam na stare, przebyte zdaje się niedawno, choć dzieli mnie od nich nieodwołalnie miniony czas i o kilka kroków inne miejsce na własnej drodze. Mapy poprzekreślane trasami sugerują konieczność wyboru i możliwość dowolnych kombinacji. Polecam kilka tras z naszego harmonogramu.

Dzień 3., czyli znane, ale trochę inaczej.
Palenica Białczańska – Dolina Roztoki – Wielka Siklawa – Dolina Pięciu Stawów – Szpiglasowa Przełęcz – Dolinka pod Mnichem – Morskie Oko – [coś, co wolałabym przeskoczyć, ale się nie da: spacer szosą] Dolina Rybiego Potoku.

Atrakcja: stawy, bo niezmienne prawie jak góry, a w tysiącu wcieleń zależnych od mgły i słońca. I Szpiglasowa, bo po raz pierwszy.

Dzień 6., byłby dłuższy, gdyby nie gęsta mgła i deszczobicie.
Krzeptówki – Dolina Małej Łąki – [Czerwone Wierchy:] Małołączniak – Małołącka Przełęcz – Kopa Kondracka – Dolina Kondratowa – Kuźnice.

Atrakcja: Samotność na szlaku i spotkanie trzeciego stopnia z kozicami.
Ja, przyznam szczerze, psioczyłam w duchu, że to droga samobój w taką pogodę. Owszem, Przystup Miętusi cały w kwiatach i słońcu, ale dalej widoki zaczęły niknąć aż po znaną z Seksmisji, lekko sparafrazowaną konstatację: mgła, mgłę widzę, widzę mgłę. Kozice wyłoniły się z mleka i zniknęły. Były o kilka kroków, wcale pogodą nie zbite z pantałyku, przerywały popas dla obserwacji. I tu zachodziła zbieżność. Udało się je uwiecznić.

Dzień 7., czyli wśród kamieni i skał.
Kuźnice – Hala Gąsienicowa – Czarny Staw – Zawrat – Świnica – Kasprowy Wierch – Dolina Kasprowa – Kuźnice.

Atrakcja: łańcuchy i trzymanie pionu. Jakoś nigdy dotąd nie byłam na Świnicy, choć cyklicznie rozmawiam o widoku stamtąd na Dolinę Wierchcichą (Tetmajer!). Nareszcie trochę zajęcia dla rąk. Łańcuch gonił łańcuch, dłonie wyszukiwały skalnych podpórek, a nogi aż podskakiwały, by wdrapać się wyżej.

Powyżej fotka z dedykacją: dla Wspólnika. Wspólnik się może domyśli.

Co do tras: sprawdza się zasada, że mniej uczęszczane hojniej spełniają obietnice. Te zaś, gdzie ludzie chodzą gromadnie, przypominają miejskie bulwary – obojętnie, czy jest to szosa do Morskiego Oka, zejście z Kasprowego czy wejście na Giewont.

Światowe wydarzenia omijały mnie w tym czasie szerokim łukiem, z wyjątkiem tych, które bezpośrednio przecinały mi szlak. Tour do Pologne sprawił, że po zejściu z trasy mogłam albo czekać do nocki albo dotrzeć do bazy noclegowej opłotkami, wędrując per pedes z Poronina do Murzasichle (dla urozmaicenia mijana dwukrotnie przez peleton).

Miło było odwiedzić miejsce z wielu powodów bliskie. Wyprawa do Łopusznej, do dworku Tetmajera wśród malw, do Tischnerówki i śladów po Księdzu Profesorze.

Obyczajówka

Nocleg w Murzasichle wymuszał korzystanie z busów, by dotrzeć na punkt startowy szlaku. To codzienny rytuał wielu turystów i okazja do spotkań górali z ceprami.

Zwyczaje miejscowe są takie, że kierowca wypowiada głośno nazwę przystanku. Cena za przejazd jest stała, niezależna od przewoźnika (krótsze trasy: 3 zł, dłuższe: 10). Gdy kierowca nie musi wchodzić w komunikację z pasażerami, najczęściej prowadzi rozmowę przez telefon komórkowy. Słowem – w jakiejś relacji jest zawsze, obserwacja drogi jest widać cechą wrodzoną, o którą nadto dbać nie trzeba. Taki uzus. Uprzejmość idzie w parze z końską dawką sceptycyzmu co do inteligencji ceprów. Słusznie. Cepry, jak pijane dzieci we mgle, pytają wciąż o to samo.

Mam swoich trzech ulubionych kierowców.
Pierwszy:
Przy dziesiątym pytaniu o cenę biletu nie wytrzymuje:

– Psze pana, ile kosztuje bus do Kuźnic?
– 60 tysięcy – odpowiada, podając szacunkową wycenę swojego auta.

Drugi: a la Zinedine Zidane (po przejściach). Nie dość, że nie ogłasza, jaką miejscowość mija, to w ogóle się w niej nie zatrzymuje. Zakodował, że ma dotrzeć do celu, więc każdy postój przyjmuje ze zdziwieniem.
Patrzę z podziwem. Pierwszy przystanek wywołał konsternację, na następnym cepry przerabiają szybki kurs przystosowawczy.

– Trzeba pana poprosić, by wysiąść – podpowiada jeden.
Drugi przejmuje funkcję ogłaszania nazw. Każdy z nas z wyprzedzeniem anonsuje swoje zamiary:
– Ja wysiadam!
– My też.
– I ja!
– Prosimy!

Trzeci: tekściarz nad tekściarzami.
Ton cynicznie-litościwy, z nutą niedowierzania wobec absurdu zachowań przyjezdnych.

Wchodzi młody chłopak i już od pierwszego stopnia schodków peroruje:
– Ja poproszę ze zniżką! Bilet ulgowy. Mam legitymację studencką. Zaraz… znajdę…i pokażę. [znajduje] O, poproszę ze studencką zniżką!
– Ale dokąd?
– No, Murzasichle. Ja poproszę ulgowy.
– 3 złote. [Podaje cenę obowiązującą wszystkich.]
………………………………………

– Czy zatrzyma się pan przy Skoczni, proszę…
– Nie jadę tamtędy.
………………………………………

– Ojej, zmieścimy się jeszcze?
– Wszyscy na pewno nie.
………………………………………

Minimalizm i sceptycyzm po prostu zwalały mnie z nóg. :)

*****

A teraz słyszę jeszcze jak szemrzą potoki.

Zdjęcia: M.