Archiwa tagu: kino społeczne

obce niebo

Obce niebo, reż. Dariusz Gajewski, Polska, Szwecja 2015

Zbiegły się dwa wtajemniczenia. W obu chodzi o ingerencję instytucji w los dzieci. Jestem po świeżej lekturze najnowszej powieści Iana McEwana – W imię dziecka, w której pani sędzia rozstrzyga, czy wychowywany w kręgu świadków Jehowy chłopak będzie uratowany przez transfuzję krwi, czy zgodnie z wolą rodziców ma przyjąć z pokorą wyrok choroby. Obejrzałam też film Gajewskiego, w którym o losie dziewięcioletniej dziewczynki decyduje szwedzka opieka społeczna, postanawiająca „dla dobra dziecka” odebrać Ulę rodzicom. Obie opowieści są silnie nasycone absurdem, w obu przyglądamy się roli osoby postronnej, której nadano moc sprawczą. I obie są w pewnym sensie przewidywalne: znamy argumenty świadków Jehowy (nihil novi) i domyślamy się, że skandynawskie wyczucie krzywdy bywa hiperboliczne (vide: Polowanie Thomasa Vinterberga). Dość jednoznacznie przyznajemy rację jednej ze stron. Gdyby nawet założyć, że ktoś będzie kibicował prymatowi religii nad życiem albo wyższości prawa nad miłością, to zdecydowana większość odbiorców wybierze „właściwą” opcję. Tu różnica, bo u McEwana reprezentuje ją sędzia, a u Gajewskiego – rodzice. 

Wniosek nieco paradoksalny: mimo że pytanie „kto ma rację” nie prowadzi do konfrontacji racji równoważnych, to i tak doświadczamy tragizmu o greckim rodowodzie. Tragizmu, który uświadamia, że słuszność jest na straconej pozycji, bo istnieje jakieś irracjonalne fatum, które nie wiadomo jak obejść. Co gorsza: w filmie Gajewskiego irracjonalne jest uzbrojone w czysty racjonalizm.

Obce niebo. PlakatEmocjonalny dreszczowiec. Naprawdę. Gdybym była wierna temu, co czułam, oglądając, powinnam pisać wykrzyknikami. Przerażające. Tym bardziej, że nie wyssane z palca. Tym silniej angażujące, że zaangażowanie rodziców w odzyskanie córki jest źle postrzegane. Jakikolwiek bunt i niesubordynacja zadziała na ich szkodę. Więc człowiek bierze na siebie tę niemoc i wychodzi z kina przemaglowany na amen.

Dużym atutem jest aktorstwo – profesjonalizm Agnieszki Grochowskiej (Basi) i Bartłomieja Topy (Marka) oraz nieprzeciętna intuicja i talent odtwórczyni roli Uli – Basi Kubiak

Młode polskie małżeństwo emigrowało do Szwecji. Są tu już dwa lata. On jest trenerem szkolnych drużyn, ona dorabia masażem. Ula chodzi do szwedzkiej szkoły, mówi po szwedzku. Rodzice – gdy trzeba będzie bronić swych racji – wybiorą angielski. Są tu obcy. Mówią innym językiem, wyrośli z innej kultury, ich wyobrażenia nieba i dobra wydają się nie przystawać do szwedzkiej definicji raju. Basia nosi tę obcość w sobie i gdy pojawi się pierwszy znak – nauczycielkę zaniepokoi agresywne zachowanie Uli – będzie je tłumaczyć obcością. Jak ma się czuć jej dziecko, skoro tęskni za utraconym? I tę nieznośną samotność odczuje każde z nich, gdy urząd wkroczy w ich życie.

Pięknie zbudowane są relacje między nimi, zanim jeszcze rozpocznie się walka. Są naturalni, bliscy sobie, lekko pogubieni. Coś zaszło, są reperkusje po zakończonym już romansie Marka. Żyją skromnie, Basia nie ma pracy. Nie są tak krystaliczni jak pojawiająca się w połowie filmu szwedzka rodzina zastępcza. Ale właśnie zestawienie obu rodzin odsłania, jaki potencjał jest w relacji między Basią, Markiem i ich Ulą. Szwedzi, którzy przygarniają ich córkę to ludzie prawi, przeżyli śmierć dziecka, są poranieni, lecz otwarci. Poukładani, wyważeni, bogaci. Zasługują na wdzięczność. Niewtajemniczeni w sytuację, zmanipulowani przez społecznych opiekunów. Ale nawet jeśli daliby Uli wszystko, co chcą dać – mądrą rozmowę, uważność, ciepłe kakao i psa, to nie zastąpią Basi i Marka. Urząd na tę prawdę jest ślepy. 

Szalenie mi się podoba takie rozłożenie sił. Mogło być inaczej. Grany przez Jana Englerta „jedyny polski adwokat w Szwecji”, który zrzeknie się pomocy, bo wie, że nie ma szans na wygraną, przyznaje, że rodziny zastępcze to loteria. Opowiada o okrutnym losie dzieci, których nie umiał obronić. Ale tu jest inaczej. Reżyser nie zdecydował się na kontrast. Całe szczęście, już i tak grubą czarną kreską skreślił postać Anity, nadzorującej rozdzielenie. Trzeba więc było sugestywnej gry Topy i Grochowskiej, by uwierzyć w bliskość. Topa jest luzakiem, który wydaje pieniądze na zakup łódki, a zapomina o czynszu. Gdy zabiera córkę na przejażdżkę albo gdy gra z nią w piłkę, gdy ją przytula, a ona do niego lgnie, choć się przekomarza i dąsa, to jest w tym takie ciepło, że nic się z tym nie równa. Grochowska gra mamę wciąż lekko zmartwioną, palącą papierosy przy dziecku i faktycznie – jak nierozsądnie! – wymierzającą córce klapsa, gdy Ula wraca tuż przed balem w ubrudzonej sukience, specjalnie szykowanej na ten dzień. Ale sama tę sukienkę uszyła, ustroiła (upiekła?) urodzinowy tort i wie, czego życzyć swojej Uli. „Żebyś zawsze była sobą” – a Ula właśnie przy nich może być Ulą, nie Ursulą. 

To, co możemy przeżyć, patrząc na dwoje ludzi, którym ktoś w imieniu prawa odbiera niespodziewanie dziecko, a potem stawia warunki i straszy, że może być gorzej, to już prawdziwy thriller. I znów mistrzowska gra. Dezorientacja. Niemal apatia, jakby im wyszarpnięto duszę. Chyba żaden histeryczny występ nie krzyczałby równie silnie jak ta pustka. To, jak rozpisano działania i zachowanie Basi i Marka, to dla mnie ogromny walor filmu. Nie wiem, ile tu roli scenarzysty i reżysera, ile aktorów. Ale nie sposób się otrząsnąć. Obce niebo. Agnieszka Grochowska, Basia Kubiak

Na koniec zostawiam to, co uosabia w tej historii zło – do granic absurdu posunięty system interwencji. Nie wiem, w jakim stopniu oddaje rzeczywistość. W tej historii spotkanie restrykcyjnej i fanatycznej Anity z nieco roztargnioną parą polskich emigrantów demaskuje zło w potencjalnie dobrych intencjach. 

Od początku można mieć wątpliwości, czy Anita (Ewa Fröling) chce zdiagnozować zagrożenie, czy je z premedytacją sprokurować. Przecież już podczas pierwszej rozmowy z dziewczynką, która zażądała, by nazywać ją Ulą nie Urszulą, wmawia dziecku, że na pewno coś dzieje sie w jej domu nie tak. Podsuwa numer telefonu do BRIS, namawia, by dzwoniła. Przecież to powinno być karalne! Urzędniczka manipuluje dzieciakiem. Dzieciak skłamie, no tak, bo dzieci mają swe powody, żeby kłamać. Na ogół trudno wytłumaczalne, ale znów wskażę na kontekst Polowania Vinterberga, takie kłamstwa się zdarzają. W zachowaniu opiekunki społecznej – dziwnie mocno kojarzącej mi się z Siostrą Ratched z Lotu nad kukułczym gniazdem – jest wiele nadużyć. Apodyktyczność, poczucie wyższości wobec „obcych”, fanatyzm, manipulowanie rodzicami zastępczymi, niedopuszczanie do głosu oskarżonych, niewyjaśnianie im sytuacji. Czarny charakter.

Mnie może bardziej jeszcze przeraził mężczyzna, do którego przychodzą rodzice pierwszego dnia po utracie dziecka. Ma przy boku Anitę, w tle sceneria biura. Wydaje się neutralny, więc gdy ustawia głos, zabraniając jakichkolwiek emocji, grożąc końcem rozmowy, gdy tylko wyczuje próbę niesubordynacji, to nie wiem, czy istnieje coś straszniejszego. Człowiek uzbrojony w procedury. Ktoś porywa ci dziecko, nie mówi, o co chodzi i jeszcze oczekuje, że grzecznie podziękujesz za troskę. Film dla ludzi o mocnych nerwach.

Jeśli dobrze wyczuwam, odbiór koncentruje się właśnie na tym aspekcie filmu, który dotyczy praw systemu opiekuńczego do ingerowania w prywatne życie. Na pewno Obce niebo jest głosem w dyskusji nad tym, dokąd zmierza szwedzkie prawodawstwo. Mówi, że łatwo przekroczyć granice, że nadinterpretacja może wyrządzać krzywdę. Uzasadnione są również przeniesienia tej historii na szersze tło: widzi się wówczas w Obcym niebie parabolę zderzenia człowieka z systemem (totalnym/ totalitarnym). Albo konfrontację uczuć z rozsądkiem nakazów i zakazów. 

Pomyślałam – czując na własnej skórze, jak bardzo wzrosła we mnie chęć obrony rodziców, nawet ich nieporadności – że jednak wiele racji trzeba wyważyć. Przywołana na początku tekstu powieść Iana McEwana (W imię dziecka) byłaby dla filmu Gajewskiego równowagą. Dbanie o to, by miłość rodzicielska nie stratowała dziecka, mimo najlepszych intencji, powinno jednak czasem zależeć od sił zewnętrznych. Czasem, czyli kiedy i w jakim stopniu? Tego się nie wie. Albo: niestety, norma nie zawsze uwzględnia scenariusze życia.

Reklamy

miara człowieka

Miara człowieka, reż. Stéphane Brizé, Francja 2015
Nowe Horyzonty, Wrocław 23 lipca – 2 sierpnia 2015
Obejrzałam na Nowych Horyzontach w towarzystwie 15 innych filmów. I trochę się waham, czy nie pójść w stronę podsumowań. Zwłaszcza, że przynajmniej o dziesięciu filmach chciałabym wspomnieć i zaznaczyć, dlaczego warto je obejrzeć i co z nich zapamiętałam. 

Wahadło zmniejsza amplitudę i staje w pozycji ze wskazaniem na jeden film. Nie dlatego, że jest the best of all. Może (raczej) nie jest. Ale zakleszczył mi się w pamięci i sama chciałabym zrozumieć dlaczego. Nie znam reżysera. Nie znajduję informacji o polskiej dystrybucji tego tytułu. Wiem, że premierę światową miał w maju, był w canneńskim konkursie głównym i otrzymał nagrodę za najlepszą rolę męską (Vincent Lindon). 

Miara człowieka. Vincent Lindon

Skromnie opowiedziana historia, wyjęta z życia pięćdziesięcioletniego mężczyzny, który jakiś czas temu stracił pracę, żyje z zasiłku, szuka nowego zajęcia. Nie będzie retrospektyw ani epilogu, są kadry z teraźniejszości rozciągniętej na kilka miesięcy. Miara człowieka bliska jest poetyce dokumentu: bohater w biurze pośrednictwa pracy, na warsztatach uczących jak szukać skutecznie, na dyżurach w nowym miejscu zatrudnienia. Kilka scen prywatnych, ale nieprzekraczających granic intymności. Można by je rozegrać przed kamerą. Ale właśnie w tym rzecz, że nie ma tu osoby trzeciej. Patrzymy oczami Thierry`ego. Obdarzeni jego świadomością.

Co prawda to zależy od widza, czy Thierry jest mu bliski, czy też widzi w nim element oglądanego świata. Mnie ujęło właśnie to, że Vincent Lindon jest zarazem niezwykle oszczędny (w sposobie ekspresji, w komentowaniu rzeczywistości, w relacjach z innymi) i pełen cichej świadomości tego, co mu się przydarza. Zależny od świata, w którym funkcjonuje, ale nie na tyle, by odebrało mu to godność. Słowem: mój odbiór był emocjonalny. Absurd zaczął nacierać i wprawiać mnie w dyskomfort i zdumienie. Zaczęłam główkować, co by tu było najwłaściwsze, bo oczywiście do wyboru tylko odcień z gamy szarości. I przejął mnie ten balans między pokorą i realną wyceną swoich możliwości a intensywną potrzebą podkreślenia, że nie chcę, by ze mną świat tak pogrywał. Veto.

Thierry jest robotnikiem (wykształcenie średnie?), ma sympatyczną żonę i syna z ruchową niepełnosprawnością. Jest ciepły, budzi zaufanie, wydaje się kimś odpowiedzialnym i stonowanym.

[No trudno, spojlery] Esencją poszczególnych scen są dialogi sytuacyjne.
Thierry w rozmowie z urzędnikiem, który szacuje jego rynkowe szanse. Urzędnik bardzo rzeczowy, logiczny, kulturalny. Przekonujący nawet. Tyle że Thierry dał się przekonać raz i drugi, wyszedł na poradach jak idiota, zrozumiałe więc, że nie chce kręcić się jak bączek wokół tej samej osi. Dopiero co skończył kilkumiesięczny kurs operatora dźwigu. Rozgląda się za pracą i dostaje jasny komunikat, że kurs był zbędny, bo na dźwig przyjmują tyko tych z wcześniejszym doświadczeniem budowlańca. Po co go tam wysłano? Czy ktoś to wie? Do cholery! Nie, Thierry nie jest wariat, nie przeklina. Wysłucha grzecznie drugiego urzędnika (rekrutacja przez Skype`a), który równie nienaganny „proceduralnie”, daje do zrozumienia, że szanse są nikłe. Franz Kafka zaraz wyjdzie zza firanki!

Thierry na szkoleniu. Ciekawe, czy w Polsce też tak się instruuje bezrobotnych? To jak warsztaty na prezentera tv. Nagrana na kamerę sytuacja (z Thierrym w roli głównej) komentowana przez całą grupę i prowadzącego. Feed back jest diablo ostry. Choć może słuszny i przydatny. „Źle, że rozpięta koszula”. „Za cicho wymawiane ostatnie sylaby”. „Mnie nie przekonuje”. „Nie dałbym szansy”. Dwie skrajne refleksje: jasne, trzeba przećwiczyć rozmowę z potencjalnym pracodawcą; no ale to jest kosmos! A w każdym razie taniec garbatego na linie. Chodzi o to, by garbaty chodził prosto. „Garb” znaczy tyle, że bezrobocie obciąża. Gdyby Thierry był młody, bogaty, z ekstra doświadczeniem i alternatywą wyboru między ofertami, to mógłby z wdziękiem i gracją odginać mały paluszek od uszka filiżanki. Ok, słucha cierpliwie i chyba wyciąga wnioski.

Dyskusja kumpli z poprzedniej pracy, szykujących się do walki z ekspracodawcą. Chcą wejść na drogę sądową, zwolnienia były niesłuszne. I jeśli nawet powrót jest niemożliwy, to możliwa jest riposta, tupnięcie na ważniaków. Thierry mówi: dość. Owszem, jest słuszność w procesie, ale on swoją sytuację widzi inaczej. Po pierwsze: od kilku miesięcy kręci się w kółko, angażowanie się w proces zatrzyma go w miejscu na dłużej. Po drugie: żeby zacząć, trzeba zatrzasnąć drzwi i chwycić za nową klamkę. Szalenie mi się ta scena podoba. Jest niejednoznaczna. Gdy film się kończy, można by do niej wrócić i zrozumieć inaczej. Ujmuje mnie, że ten społeczny impas staje się filtrem egzystencjalnym. W ogóle – Miara człowieka wydaje mi się bardzo uniwersalna. Mimo wyraźnie określonych sytuacji społecznych, dotyczy mnie bardziej niż historie paraboliczne z założenia. I to jest transowe wejście w skórę Thierry`ego. Rozumiem nagrodę dla aktora. Świetna postać.

Sceny rozmów z synem czy tańca z żoną albo wycofania się ze sprzedaży domku ludziom, którzy wymuszają na nim obniżkę ceny. Wystarczy, by polubić, uwierzyć, dać kredyt i patrzeć na świat z grubsza tak jak on. Bo Thierry obserwuje dobrze i czyta między wierszami.

Miara człowieka. PlakatNowa praca to służba w markecie. Obserwowanie klientów i pracowników. Demaskowanie złodziei etc. Robi, co trzeba. Koleżanka ze szczebla wyżej nadaje kontrolom ton i baczy na restrykcje. Nad nią kierownik. Nad kierownikiem szef spod jeszcze większego szefa. Jest korporacyjnie, choć niby na mikro skalę.

Dwie sceny, surowe, ogniskujące najróżniejsze „odśrodkowe” tego systemu. Bo nie ma wątpliwości: ludzie nie konfrontują się jak ludzie, lecz jak pionki w grze ze źle zredagowaną instrukcją.

Jedna ze sprzedawczyń (dział mięsny) odchodzi na emeryturę. Zbiera się cały personel. Śpiewają napisaną dla niej piosenkę. Że jak nikt. Znała się na wątrobie, była miła, wszyscy ją lubili i trele morele. Thierry w ogóle jej nie znał i też jest w grupce przyjaciół. Sam kierownik rozpływa się, choć pewnie przed sekundą ktoś mu powiedział, o kogo chodzi. Kobieta wygląda na szczęśliwą. Thierry chyba myśli, że to dziwne i nienormalne. Albo ja tak myślę.

A gdy po kilku tygodniach jedna z kasjerek zaliczy wpadkę, a kierownictwo zwolni ją z pracy, to niedawna komitywa przestanie obowiązywać. Strzeż mnie, Boże, od „przyjaciół”.  O tym, że oskarżona o kradzież popełniła samobójstwo, dowiadujemy się ze sceny zebrania. Szefostwo jest biegłe w zarządzaniu emocjami. Zapewne działa proceduralnie i „w trosce o”. Zapobiegliwie i stymulująco. „Przede wszystkim muszę powiedzieć, że absolutnie nikt nie może się czuć odpowiedzialny za to, co się stało”. Bo przecież praca to nie życie. Takie decyzje to splot różnych czynników. Ani grama winy, ani ciut. I chyba ta czystość procedur to jest najbardziej obezwładniające piekło społecznej matni. Nikt procedur nie lubi, ale każdy rozsądny uznaje, że bez nich ani rusz. Łykamy kompromisy, bo da się je logicznie wytłumaczyć. A potem przesuwają się granice i obrzydliwość poddusza nas systematycznie. Aż trudno znaleźć ramy, trudno policzyć, która żaba jest tą nie do przełknięcia.

Ja wiem, że o tym mówi co drugi reportaż i przecież dla mnie temat też nie nowy. Jeśli ukłuło i truje emocje, to dlatego, że film jest świetnie wyważony. Obsadza życie w roli narratora i nie dopuszcza żadnych morałów. Stéphane Brizé (reżyser) nie ma w swej filmografii spektakularnych tytułów. Ale ten warto mu policzyć za sukces. Bo jeśli w skrawkach historii Thierry`ego można zobaczyć mechanizmy społeczne i naszą wobec nich bezradność (niebiadolącą, podejmującą wyzwanie i próbującą wytrwać, ile się da), to znaczy, że realizm wskoczył na wyższą półkę i zyskał drugie dno.

taxi – teheran

Taxi – Teheran, reż. Jafar Panahi, Iran 2015
Taxi-TeheranNo cóż, bywa tak, że człowieka własny naród dziwi. Może nawet na początku wkurza, ale później ważniejsze staje się „dlaczego”. Żeby zrozumieć rozbieżności, sposobu nie znaleziono, choć co rusz ktoś próbuje i efekt prób upublicznia. Wciąż jeden kierunek wiedzie do wewnątrz, gdzie zaplątania i znaki zapytania, drugi – na zewnątrz, bo to, co samemu się odkryje, wcale nie przekłada się na prawdę dla wszystkich. 

Otóż: Panahi, Iran i taksówka. Nie mam pojęcia, co dla reżysera było bodźcem. Przekora (w swoim kraju objęty jest zakazem robienia filmów), współczucie (niełatwo żyć w Teheranie, głównie z powodów politycznych) czy po prostu ciekawość, co może się przydarzyć, gdy jako taksówkarz wyjdzie ludziom naprzeciw. 

Krótko zwięźle: bez zachwytu i bez nudy. Złoty Niedźwiedź z tegorocznego Berlinale nie przebił mojej sympatii do Niedźwiedzia Srebrnego (Body/Ciało). Zapamiętam film jako kolaż scenek połączonych pomysłem tyleż ryzykownym, co nienowym. Ryzyko wiązało się z wyczuciem proporcji. Ile dokumentu, a ile fabuły i ile Europy & USA a ile Azji. Jedno i drugie sprowadza się w gruncie rzeczy do rytmu i montażu. 

Panahi pozoruje dokument: sam zasiada za kierownicą żółtej taksówki. Nie udaje mistrza kierownicy, nie jest dostatecznie szybki i nie zna topografii miasta. Jeden z pasażerów rozpoznaje go i dziwi się mniej niż umiarkowanie. Podejrzewa, że kręci się film – słusznie? Czy Panahi rzeczywiście postawił na improwizację, żywioł, zbieranie obserwacji? Czy też nakręcił film ze z grubsza nakreślonym scenariuszem? Sprawa się skomplikuje, jeśli uwzględnimy poprawkę, że dokumenty też swój scenariusz mają, a obróbka materiału i subiektywizm widzenia to jeszcze nie fikcja. Gdyby to była fabuła amerykańska lub europejska (mainstreamowa), mielibyśmy historię rozegraną rytmem. Zawiązanie akcji, zwroty, napięcie prowadzące do kulminacji i finał, mniej lub bardziej domknięty. Usunięto by dłużyzny, rzeczy przypadkowe, odrośla tematyczne i cały ten perz. Ale Panahi to kino irańskie, które na drugie imię ma niespieszność i które w najzwyklejszych odpryskach rzeczywistości widzi wartość, więc faszeruje nimi film, według – ? – gustu czy potrzeby. Nie nadto, bo Taxi – Teheran trwa 82 minuty.

Montaż ciekawszy niż można by zakładać, bo reżyser dowcipnie wprowadził „poliwizualność” i oprócz kamery z deski rozdzielczej mamy tu festiwal medialnych gadżetów. Po pierwsze: jednym z pasażerów jest ranny w wypadku zakrwawiony mężczyzna, który boi się, że umrze, nie zabezpieczywszy żony (żona zawodzi z bólu); każe więc nagrać telefonem swój testament. Dowcipne, bo nie jest „aż tak umierający”, a żona później będzie wydzwaniać, by nagranie na wszelki wypadek odzyskać. Dalej: inny pasażer przynosi laptopa z materiałem z monitoringu, na którym ktoś go bije i okrada. Ten materiał nie został włączony do filmu, ale posłużył za pretekst rozmowy – o tym, jak czuje się człowiek, który rozpoznał złoczyńców w sąsiadach, ale żal mu na nich donosić. Wreszcie: pyskata siostrzenica, powiedzmy dziesięciolatka, która aparatem fotograficznym zbiera materiał do zadanej w szkole krótkometrażówki. Efekt interesujący. Panahi miał możliwość zmieniać perspektywy patrzenia, a widz mógł dostać kręćka na myśl jak bardzo wszyscy jesteśmy artystami. Każdy dziś pisze i filmuje. Również w szkole zajęcia kreatywne wypierają teorię i poznawanie dokonań uznanych twórców.

Przegląd bohaterów. Oprócz rannego i jego żony oraz sąsiada z monitoringiem wachlarz przypadków uzupełnia jeszcze ośmioro innych. Włamywacz o radykalnych poglądach (karałby śmiercią przestępców mniej zręcznych w sztuce, żeby nastraszyć) i rozważna (lub naiwna) nauczycielka, z której ten pierwszy się natrząsa, bo już zawód ją kwalifikuje na człowieka fikcji. Mamy „dystrybutora” filmów, handlującego pirackimi płytami, który jednak ma się za człowieka kultury, bo gdyby nie on…, nie byłoby w Iranie ani Woody Allena, ani Ceylana. Sam Panahi korzystał z jego usług, więc rozgrzeszał. Pojawia się student reżyserii, szukający inspiracji w filmach i książkach. Pani adwokat z pękiem róż i niepewną przyszłością. Tym mniej pewną, im bardzie świadomie będzie się wtrącać w wyroki systemu. Są dwie staruszki z dwoma rybami, bojące się, że umrą, jeśli nie zdążą przed południem wymienić ryb. Panahi też tego nie rozumie, nie ma co szukać drugiego dna, zwłaszcza, że naczynie z wodą i tak się stłukło. Jest chłopak, kradnący pieniądze, które wypadły z kieszeni zamożnego gościa. Jest uroczy kelner, który wygląda jak wszyscy, a może nie powinien, bo wiemy, że jest złodziejem. I Panahi nie otrzyma odpowiedzi na pytanie, czym wyróżnia się złodziej, pewnie niczym. 

Nade wszystko jest tu wspomniana już dziesięcioletnia Hana, siostrzenica reżysera, którą Panahi odbiera sprzed szkoły i nie mając wyboru, pozwala jej gadać, choć grozi to wyczerpaniem – gadającej i słuchacza. Należałoby zgłosić tę pannicę do grona najbardziej pyskatych dziewczynek świata. Należałoby też zaznaczyć, że dziewczyńska paplanina jest wciąż niedocenianym źródłem wiedzy o świecie. Splata się w niej bystrość i przenikliwość, dociekliwość i nieufność, ciekawość i umiejętność szukania odpowiedzi gdzie popadnie. A wszystko razem daje jej bezpretensjonalną opcję demaskatora. Spośród wszystkich możliwych baśniowych wcieleń (a chciałoby się tu przypomnieć i brzydkie kaczątko, i dziewczynkę z zapałkami, i Gerdę, i pomocnicę Baby Jagi) najlepiej pasuje do niej rola dziecka z Nowych szat cesarza Andersena. Cesarz jest nagi. Świat jest nagi. Iran, ale nie tylko. 

Mam wrażenie, że niezbyt dużo Panahi ujął w swej składance. Ale odrobina więcej mogłaby przesądzić o smaku. Film jest gorzki, z goryczką wyczuwalną, uciążliwą dla amatorów smaków słodkich czy tłustych. Cóż, co do mnie, to jak na powyborczy poniedziałek – w sam raz.

ziemia obiecana to nie tu

Układ zamknięty, reż. Ryszard Bugajski, Polska 2013

Trójca. Zarząd Navaru. PrzedTo taki film, do którego przylega klarowny „dystrybucyjny” opis. Od tego zacznę, bo nie ja jedna wyruszyłam na seans, wiedząc, o czym będzie. Oto trzech młodych prężnych przedsiębiorców. Z energią, nadzieją i sukcesem ze strony własnej, z bagażem zawiści, kąśliwych uwag i zazdrości – ze strony tych, którym czyjś sukces trudno strawić. Starzy wpływowi ludzie układu zniszczą ich wizerunek, odbiorą dorobek życia, brutalnie obedrą z godności – wszystko w białych rękawiczkach i w imieniu prawa. Tyle wiedząc, nie zaskakuje mnie układ fabuły. Ale napięcie, wkurzenie (wynikające z treści)  i zainteresowanie (wywołane grą i reżyserską robotą) – nie ulatniają się ani na moment. 

Historia inspirowana życiem, choć pierwowzory poddane zostały fikcyjnym dopełnieniom, przesunięciom. Biznesmeni z Krakowa, którym w 2003 roku postawiono analogiczne zarzuty (defraudacja, niepraktykowany, więc budzący podejrzliwość tzw. zakup menadżerski) stworzyli dobrze prosperujące zakłady mięsne. Natomiast filmowi ludzie sukcesu wykreowali Navar, zakład urządzeń elektronicznych, wspierany przez skandynawskiego partnera. Trzech fajnych facetów, każdy wprowadza do tej historii swój rozsypujący się na naszych oczach świat. Wdzięk, słabości, żony, dzieci, pasje. Dla filmu – oni są tłem. Dwukrotnie – albo mi się zdaje? – reżyser mrugnięciem zestawia ich z bohaterami Ziemi obiecanej – po raz pierwszy: podczas ceremonii otwarcia fabryki, po raz drugi, gdy oglądają jej spustoszenie. Może Marek Stawski mógłby być odpowiednikiem Borowieckiego, a Piotr Maj nowym wcieleniem Maksa Bauma? Moryca zabrakło, widocznie nie tędy wiedzie trop. 

Ciekawie byłoby podążać śladem kobiet, które towarzyszą filmowym mężczyznom, nie tylko tym z Navaru. Dałoby to wgląd w portrety tych, którym odebrano macierzyństwo (Monika), złudzenie niezależności (Dorota), u których wymuszono determinację (Joanna) albo poddano rodzinnej toksynie ojców (Emilia) czy mężów (Maria). 

Ale uwagę zawłaszcza przede wszystkim zło. Pan z prokuratury i pan ze skarbówki. Spiritus movens całej afery. Prokurator Andrzej Kostrzewa (w tej roli Janusz Gajos) i szef Urzędu Skarbowego Mirosław Kamiński (Kazimierz Kaczor). 

Wszyscy, którym kiedyś dopiekło „państwo”, którym jakiś szczwany urzędnik coś rozwalił lub udaremnił, którzy mają w sobie organiczną niechęć do państwowych struktur – ci obejrzą Układ zamknięty z przyspieszonym pulsem, utwierdzając się w swej słuszności. Może przyklaskując Bugajskiemu, że trafia w środek tarczy. Bo też po prawdzie obnaża dwie mocne, silnie irytujące prawdy. Pierwszą, że w Polsce łatwo oskarżyć ludzi sukcesu o przestępstwo. Załóżmy, że nie mówimy o biznesie szemranym, lecz tym, który kieruje się zasadami. Na każdego istnieje hak. Przepisy są tak formułowane, że wymuszają, by je obchodzić, a ich interpretacja jest nieklarowna, więc można czytać je tak lub wspak. Poza tym: oskarżenie biznesu o machlojki gwarantuje społeczny aplauz, bo narodową cechą Polaka jest nie dowierzać, że można się dorobić uczciwie. Druga prawda: skarbówka i prokuratura są nietykalne, mogą aż za dużo i nie ponoszą konsekwencji swych „pomyłek”. 

Janusz Gajos vel Andrzej KostrzewaGajos w roli czarnego charakteru (podobnie Kaczor, mniej kojarzony z takim emploi) to jest mistrzostwo świata. To jest władczość, cynizm, niedopuszczanie myśli, by ktoś śmiał zniekształcić jego plan, to apodyktyczność przy rodzinnym stole i w gabinecie, manipulacja, przebiegłość, zdolność wdeptywania w ziemię, natura myśliwego, który poluje i pożera. Ale istotne jest nie tylko zagranie zła, ale wskazanie na jego początki. Bo wszystko, co gnije, kiedyś było świeże. Andrzej Kostrzewa jest, kim jest (i nie ma mocnych, by to odwrócić!), bo coś go w tym kierunku pchnęło.

Tropy są dwa. Jeden bardzo czytelny, bo powraca po wielokroć w reminiscencjach: to wydarzenia z marca 68`, pierwsza bezkarność, pierwsze poczucie władczości i triumf układu nad uczciwością. Drugi trop rozjaśnił mi się dopiero po lekturze wywiadu z reżyserem (papierowe wydanie „Kina”). Wspomina się w filmie, że Kostrzewa był członkiem grupy rozpracowującej „wampira z Zagłębia”, w głośnym procesie z lat 70. Skazano Marchwickiego, a był to werdykt niesłuszny. Podobno nie tyle pomyłka sądu, co świadome wytypowanie kozła ofiarnego, rzucenie żeru dla spragnionych zemsty (sprawiedliwości?). Kostrzewa – jeśli brał w tym udział i jeśli był tak przenikliwy jak na starość – powinien przeżyć wtajemniczenie w moc kreowania wyroków niezależnie od prawdy i przy społecznej aprobacie. Pierwsze, nieświadome uruchomienie lawiny zła i obserwacja, jak niszczy się człowieka, by udowodnić z góry założoną tezę – oto siły, które stwarzają ludzi pokroju prokuratora Kostrzewy. 

Obraz złego człowieka byłby, oczywiście, niepełny, gdyby odmówić mu odruchów serca. Jest taki moment, kiedy grana przez Gajosa postać jest gotowa wstrzymać plan. Ale strach wstrzymuje ten odruch.

Wojciech Żołądkowicz jako Kamil Słodowski

Podziw dla gry Gajosa i Kaczora to jedno, ale najmocniejsze wrażenie zrobiła na mnie postać żółtodzioba Słodowskiego (Wojciech Żołądkowicz). Gdy stare wygi chcą wykonać brudną robotę, rozglądają się po narybku. W cenie jest młody, bystry, ambitny typ. I teraz strzał: powinien być giętki moralnie, ale to wyjdzie w robocie, więc trzeba się zdać na intuicję. Sytuację mamy symetryczną: redaktor telewizyjny typuje młodego dziennikarza (reportera Roberta) do medialnych komentarzy o zarządzie Navaru. Prokurator Kostrzewa powierza sprawę „ratowania społeczeństwa” przed „bandytami gospodarczymi” młodemu adeptowi sztuki, Słodowskiemu właśnie. 

Obaj stają przed życiową szansą. Mają swój wielki temat, uchylone drzwi kariery, wyzwanie i głask zwierzchnika. To arcyniebezpieczna sytuacja. Usypia czujność, mobilizuje siły do działania – w nie przez siebie wyznaczonym kierunku. Losy młodych toczą się odmiennie. Za dużo zrozumieją, by pozostać takimi, jakimi byli przed próbą. Na szczęście coś tu zależy od człowieka i można się nie ubrudzić. Ale ubrudzenie na widza działa silniej. Fenomenalny ten Żołądkowicz! W zwiastunie można go podpatrzyć, gdy ćwiczy głos przed wypowiedzeniem oskarżenia. Jak chłopiec, który wkuwa lekcję, równie bezmyślnie.

A ziemia obiecana? Znów okazuje się mirażem. Ziemia obiecana to nie tu.

polowanie

Polowanie (Jagten), reż. Thomas Vinterberg, Dania 2012

Polowanie. plakat

Na pewno nie do przegapienia. Obejrzeć koniecznie. Gdyby ktoś żył na ścisłej filmowej diecie i nie zamierzał poznawać w tym roku więcej niż z dziesięć tytułów, to powinno być wśród nich Polowanie. Nawet jeśli ograniczyć limit do siedmiu… albo trzech. 

Kadr wyeksponowany na plakacie – najwłaściwszy. Twarz Madsa Mikkelsena, która domaga się prawdy, oskarża w niemym akcie konfrontacji.
Wokół sceneria bożonarodzeniowego święta. Zebrana w kościele społeczność, z której go wykluczono, czuje, że zakłócono taflę ciszy. A on przychodzi, by odsłonić własną pustkę. „- Spójrz w moje oczy. Już niczego w nich nie ma”. Wydrążenie, wewnętrzna śmierć, ostatnie włókna bólu. Kto polował, niech spojrzy w oczy zabitej sarny. 

Małe duńskie miasteczko, w którym każdy każdego zna. Dzisiejsi dorośli zbudowani są z tych samych przygód młodości, z powtarzających się spotkań przy piwie, imprez u przyjaciół, wspólnych polowań czy kąpieli w morzu. Tu nie ma ludzi znikąd. Lucas jest jednym z nich. Skończył 40 lat, mieszka sam, bo nie wszystko mu w życiu wyszło. Żona pojawia się tylko głosem w słuchawce. Głosem irytacji, bo Lucas wydaje jej się nieudacznikiem, niewiedzącym, że prawdziwe życie to ambicja i progresywne podnoszenie życiowego standardu. Lucas pracuje w przedszkolu. 

W materiałach dystrybucyjnych, czy w jakiejś promującej film recenzji, spotkałam określenie, że bohater jest ślamazarny, nieudolny, że to typ ofiary, którą w istocie się stanie. Otóż nie. Od początku do końca zniewalała mnie dojrzałość Lucasa. Otwartość, kontaktowość, zawodowy profesjonalizm i niesamowita empatia. Ta empatia mnie szokowała, bo gdy sytuacja się zagęszcza, gdy trzeba się bronić, wówczas naturalne wydaje się skupienie na własnych racjach, zbijanie wrogich argumentów, może nawet obrona przez atak. A Lucas jest dojrzale empatyczny, wolny od histerii, agresywnych gestów, oskarżeń. Tym mocniejsze okażą się sceny, w których pęka. 

Klara. Polowanie

Uśmiechnięta blondynka to Klara, córeczka najlepszego przyjaciela Lucasa. Uwielbia swego przedszkolnego opiekuna. Zresztą jak wszystkie dzieciaki, choć może trochę bardziej. Czasami ma problem: paraliżuje ją spacer chodnikiem, bo „musi” uważać na linie, a gdy patrzy w dół, nie widzi drogi przed sobą. Lucas umie pomóc i dodaje jej wiary w siebie. Nic dziwnego, że przygotowała dla niego duże serce w prezencie. I nikt nie zrozumie, jak jej przykro, gdy Lucas nie umie przyjąć go tak jak trzeba. Widocznie się myliła. Powie pani przedszkolance, że „nie lubi Lucasa”, bo przecież na pewno ma takiego „sterczącego siusiaka”, jakiego widziała na głupiej fotce, którą podsunął jej brat. Niewinna dziewczynka – „moja córka nigdy nie kłamie, dlaczego miałaby kłamać tym razem?” – której poplątały się linie, fakty zeszły się z iluzją, to, co wmówione, z tym, co sama pamięta. Sama już nie wie, czy Lucas ją skrzywdził – może tak, skoro wszyscy tak zgodnie przyklasnęli?

Polowanie. Mads Mikkelsen

Film Vinterberga jest genialny już w tym, że wybiera tę prostą – odwrotną do dominującej w mediach – perspektywę. Problem molestowania nieletnich domaga się czujności, bezkompromisowości, odwagi podważania dobrego imienia tych, na których pada cień. Domaga się słuchania z powagą dzieci i rzucanych między słowami tropów. Gdyby opowiedzieć tę historię z perspektywy Klary lub kogoś z dorosłych, kto widzi obraz niepełny, więc dopuszcza, że różnie być mogło – wówczas i dla nas wątpliwość byłaby filtrem. Wszystko byłoby podwójne, „złożone”, niejednoznaczne. Tymczasem wchodzimy w coś innego. Lucas to porządny, dojrzały mężczyzna. Powszechnie lubiany, choć (o każdym z nas można by to powiedzieć!) może coś z nim nie tak? – rozpadło mu się małżeństwo, a właściwie dlaczego pracuje z dziećmi, dlaczego tak długo jest sam? Wystarczy zmienić oświetlenie, a cienie stają się dłuższe i ciemniejsze. A my wiemy, że to kwestia oświetlenia. I aż trudno wysiedzieć spokojnie w fotelu, gdy zachowanie dorosłych ludzi staje się  histerią, samosądem, agresją „świętego” oburzenia.

Film Vinterberga nie gra niepewnością, wybiera obserwację stereotypowych osądów, studiuje mechanizm wykluczenia, konsolidację społeczności, którą krzepi obarczenie złem wybranego na kozła.
A tymczasem: dziecko kłamie, dorosły jest uczciwy, większość nie ma racji.

Polowanie. Lucas i Marcus

Pewnie warto by było zestawić Polowanie z wcześniejszym filmem Vinterberga – Festen. Działa tu symetria odwrócona. Niestety, nie znam. To moje pierwsze spotkanie z tym reżyserem. Natomiast kolejne, niesamowite zetknięcie z aktorstwem Madsa Mikkelsena. Trudno więc mówić o odkryciu, bo spodziewałam się wszystkiego najlepszego, a było nawet lepiej. Zapewne sukces jest splotem różnych czynników: świetny scenariusz, ręka reżysera, talent aktorski. Mikkelsen dostał za tę rolę Złotą Palmę dla najlepszej męskiej kreacji. I chętnie przyklasnę: bo to jest prawdziwa kreacja.

Olbrzymie emocje człowieka, który wszystko traci: pracę, możliwość kontaktu z synem, przyjaźnie, raczkującą miłość. Przede wszystkim gubi poczucie sensu, przygląda się własnej degradacji, znosi oplucie, cały dotychczasowy świat roztrzaskuje się na kawałki, które już nigdy nie będą do siebie pasować. Znaczące i dla mnie zaskakujące jest zakończenie, które pozornie coś scala.

Niezwykła konfrontacja z obcym światem, który chwilę wcześniej wydawał się znajomy. Konfrontacja z sobą samym. Bardzo mnie przekonuje, a jednak zaskakuje, wrażliwość Lucasa. Sposób, w jaki reaguje na zachowanie Klary, sprawczyni jego nieszczęść, ale wciąż przecież niewinnej, nieświadomej konsekwencji słów dziewczynki – to jest naprawdę rzecz wysokiej klasy. Właściwie każde zbliżenie do niej może rzucać na niego kolejny cień albo wskrzeszać dopiero co przegnane, a tymczasem Lucas zachowuje się bez uprzedzeń, gotów podać rękę, przeprowadzić przez splątane linie parkietu, wziąć w ramiona i pozdrowić uśmiechem. A tak łatwo mógłby gestem – w gruncie rzeczy sprawiedliwym –  naznaczyć ją swoją krzywdą.

Mads Mikkelsen jako Lucas. Polowanie

Scena w kościele i w sklepie – mistrzostwo świata. Rola drugoplanowych postaci: zwłaszcza przedszkolanki Grethe, która chyba sama ma jakiś atawistyczny wrzód na wyobraźni lub Nadji, ożywczo obcej emigrantki (której raz po raz zdarza się powiedzieć coś po polsku), uświadamiającej mi, że mimo uniwersalizmu, ta opowieść rozgrywa się w Skandynawii, czy postać Bruuna, niezłomnego kumpla, który niewiele może, ale jest po właściwej stronie. Można by wymieniać sceny i epizody, które zostają w pamięci. Na przykład przyjście Lucasa do pracy, jeszcze zanim rozpętała się awantura, gdy ledwie przekroczywszy furtkę, zostaje oblepiony przedszkolakami, stęsknionymi wygłupów z nim i czującymi się przy Lucasie bezpiecznie jak z nikim innym. 

Dawno tak silnie nie przeżywałam absurdu, jakim staje się „polityczna poprawność”, cywilizowane wyczucie słuszności i nieomylnej zbiorowej racji. Pułapka, w jaką wpada Lucas, jest potrzaskiem, który wolałabym przegnać ze swoich snów. Na jawie bym sobie z nią nie dała rady.