Archiwa tagu: literatura angielska

w imię dziecka

Ian McEwan, W imię dziecka (Children Act), Wydawnictwo Albatros 2015

À propos Obcego nieba i obaw przed ingerencją urzędu w nasze prywatne życie. Lęk i sceptycyzm są zasadne, bo procedury, choćby najlogiczniejsze, na margines wrzucają to, czego nie da się skalkulować. Czy logika, ład i zasady są wystarczająco wiarygodne, by rozstrzygać to, co dotyczy relacji, emocji, wiary? Niby nie. Jeśli ktoś jednak przeczyta najnowszego McEwana, będzie miał powód, by docenić profesjonalizm i rozwagę człowieka instytucji.

Bohaterką jest Fiona. Ma 59 lat. Jest sędzią od spraw rodzinnych. Dba o rzetelność i klarowność wyroków. A wydanie werdyktu poprzedza przenikliwą lekturą dokumentacji i wcześniejszych casusów. Gra czysto. Nie powiem, że obiektywnie i niestronniczo, bo to niemożliwe, trzeba stanąć po którejś ze stron i orzec, kto ma rację. Mój podziw dla inteligencji i elegancji myślenia Fiony jest bezgraniczny. 

Sprawy nakładają się na siebie. Trzeba zdecydować, czy rację ma ojciec-Marokańczyk, chcący ratować córki przed wpływem Zachodu, czy ich matka, przerażona, że straci wpływ na dzieci, które wsiąkną w kulturę arabską (rozstania rodziców nie da się już cofnąć). Należy orzec, czy rację mają rodzice bliźniaków syjamskich, którzy z powodów religijnych nie chcą ratować jednego syna kosztem drugiego, czy szpital, który apeluje, że umrą obaj, jeśli nie da się szansy silniejszemu. Czy – wychowane wśród judaistycznych ortodoksów – dziewczynki mają wyrzec się matki (nazbyt wyzwolonej i pracującej), czy zostać z nią, tracąc łączność z wiarą ojca. W kontekście tych dylematów pojawia się sprawa najistotniejsza dla fabuły. Dotyczy siedemnastolatka, świadka Jehowy, który popiera decyzję rodziców, by wybrać raczej śmierć niż transfuzję krwi. Stroną w konflikcie jest szpital, który chce mieć prawo ratowania życia chłopca i to czym prędzej, bo upływające godziny drastycznie zmniejszają szanse. Chłopak za trzy miesiące uzyska pełnoletniość i wówczas żaden sąd niczego mu nie nakaże. Póki jest dzieckiem, można jednak uznać jego decyzję za nie w pełni świadomą i wymusić leczenie. Albo uszanować sprzeciw.

Ktoś powie, że to nic nowego, bo już nie raz o takim konflikcie słyszał. Ale pewnie przyglądał mu się przez pryzmat publicystycznych roztrząsań (rzadziej: przez subiektywne śledzenie jakiegoś znanego z autopsji przypadku). A tu mamy wgląd  w głowę Temidy. McEwan przestudiował kilka analogicznych przypadków, prześledził sędziowskie wyroki, a mowę orzekającą sędzi Fiony wzorował na autentycznej mowie któregoś z angielskich prawników. Ten werdykt to majstersztyk. Lektura obowiązkowa dla studentów prawa. Chapeau bas! Respekt dla prawa, odwaga i człowieczy głos urzędnika.

W imię dzieckaAle to nie o tym ta książka. Długo nie wiedziałam, jak to ująć. Pomogła mi dyskusja krytyków, dających książce najwyższe rekomendacje (Tygodnik Kulturalny 23.10.15, TVP Kultura). Zestawiono W imię dziecka z inną prezentowaną powieścią (Perfidią Jamesa Ellroya). Przeciwieństwa wydobyły esencję.

Ta druga książka to 800-stronicowe tomiszcze, gąszcz wątków, dynamiczna, pełna zwrotów akcja, wszechświat ludzkich spraw. Powieść McEwana jest czterokrotnie „chudsza”, splatają się z sobą tylko dwa wątki: sprawa „dziecka”, o której bohaterka orzeka w sądzie i kryzys w życiu prywatnym. Siedemnastoletni Adam jest łącznikiem między wątkami. Opowieść uwzględnia punkt widzenia Fiony. Co czuje uratowane i utracone „dziecko”, czego doświadcza mąż? – możemy ledwie zgadywać. Słowem: dużo mniej, a też wszechświat. Opisany nie zwielokrotnieniem, lecz eliminacją szumu. 

Nie wiem, czy to książka dla wszystkich. Jeśli ktoś z natury nie ma cierpliwości do poznawania prawie sześćdziesięcioletnich kobiet, to może sporo przeoczyć. Jeśli natomiast podążymy tropem Fiony – co naprawdę nie jest trudne, bo McEwan to jednak pierwsza liga pisarska – odkryjemy też siebie (z przeszłości, z przyszłości lub z jakiegoś równoległego bytu).

Może ktoś pamięta ten wiersz kończący tomik Podróż zimowa Barańczaka? Sobowtór autora, ze słuchawkami walkmana na uszach (Schubert!) przygląda się swemu odbiciu. 

„Stojąc przed witryną, w jej lustrzanym tle
widzę kątem oka kubek w kubek mnie.
Wielkie podobieństwo, do złudzenia aż,
gdyby nie ta zmięta, postarzała twarz;
na wkroczeniu w starość przyłapana twarz„.

To właśnie ten moment w życiu Fiony. Podkreślony kaprysem (prowokacją?) męża, który postanawia przeżyć jeszcze jedno erotyczne uniesienie, zanim będzie za późno. Nie z Fioną, choć ją lojalnie (!) o tym powiadamia. Więc Fiona zda sobie sprawę, że trwa „przyłapanie” – na wypaleniu emocji, na kończeniu się pewnych możliwości, na dotarciu do ściany, na dziwieniu się, że ciało przestaje być tym własnym. A wszystko to rozgrywa się niczym podkład muzyczny do wpisanych w codzienny harmonogram rutynowych działań. Melodyjny lejtmotyw (u Barańczaka Schubert, u McEwana – wiersz Yeatsa w opracowaniu muzycznym Brittena) jest jak kontrapunkt, w którym spotyka się przeszłość i tlące się szanse na przyszłość. 

Gdy mówię o sobowtórze, nie mam wcale na myśli analogii między życiem czytelnika a życiem Fiony. To chyba drugorzędne, czy powieść czyta trzydziestoletni facet czy czterdziestoletnia kobieta (dzieci odpadają, bo znuży je opowieść bez rówieśników). Historia Fiony to taki skondensowany wszechświat, sprowadzony mistrzowsko do kilku sytuacji, paru wspomnień, garści emocji i obserwacji. Ale nie musi być tak, by do opowiadania o „każdym” potrzebny był splot tysiąca wątków. Można to osiągnąć dużo skromniejszą metodą. Kilkoma miesiącami uporządkowanego życia bardzo dorosłej kobiety, w którym co nieco się rozregulowało.

Ja sobie zapamiętam kilka błysków. Rozmowę, w której na jednej szali jest godność i niezgoda na czyjąś wobec nas nielojalność, a na drugiej chęć zatrzymania choćby erzatzu. Chwile radzenia sobie w świecie nagle pozbawionym gruntu. Zerkanie od niechcenia na ekran telefonu, by odnotować, że ktoś nie pisał, nie dzwonił, po prostu zniknął. Przestrach z powodu odpowiedzialności za ocalone życie. Rozpacz po uświadomieniu sobie błędu, który zabija niechcący. Ten płacz w ostatniej scenie (katharsis). Ale też wszystko to, co mówi o trwaniu i powrotach. Na przykład ten epizod o kubku kawy przełamującym blokadę (s.172). O delikatnym, niepewnym i nieoczywistym powrocie i odnalezieniu.

zmierzch lata

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, Wydawnictwo W.A.B. 2008

Bo w nią wierzę. W potrzebę narracji, w przeglądanie się w opowieściach. I układanie własnych doświadczeń w historię, w narracyjną ciągłość, która nie pozwala rozsypać się elementom i daje spoiwo. Spoiwo jest obłędnie istotne, ono decyduje, jaka to będzie opowieść. Z tych samych elementów można poskładać różne fabuły – szczęśliwe i koszmarne, inspirujące i odbierające nadzieję. Fabuła nadaje tym epizodycznym drobinom kształt, barwę i ton. Dodatkowa wartość w tym, że gdy się człowiek w niej przegląda, patrzy jak w kalejdoskop, wciąż inny element może nadawać charakter całości.

Doris Lessing napisała powieść o kobiecie, Kate Brown, która w wieku czterdziestu kilku lat przeżyła niezwykłe lato. Jeśli istnieje przyspieszone dojrzewanie, to musi mieć prawo bytu również ekspresowe przekwitanie (optymistycznie byłoby stwierdzić: skok w głębszą dojrzałość). Oto dobrze sytuowana rodzina, w której mąż jest szanowanym lekarzem, żona panią domu, czwórka dzieci właśnie wkracza w dorosłe życie, najmłodszy syn jest 19-latkiem. Mieszkają w pięknym, zadbanym domu z ogrodem, na jednej z eleganckich londyńskich ulic. Mąż od dawna nie jest wiernym mężczyzną, choć wciąż jest przyjacielem. Dzieci wyfruwają z gniazda i jakby je coś napadło: marzą o zerwaniu więzów przenoszonej, nieodciętej dotąd pępowiny. A Kate myśli, że jedyne, co jeszcze może jej się przydarzyć to spokojne przejście w starość. 

Już się tłumaczę z tego wstępu na cześć opowieści. Otóż, wszystko co jest w książce Lessing można by rozpisać na punkty typowej analizy przypadku. Że oto moment progowy: „jeszcze przez chwilę młodość”, ale człowiek „nie czuje się już tak młody jak kiedyś”. Poukładany świat ma swoje prześwitujące połacie i coś jakby pustka z nich wyskakuje. Wartości, w imię których tłamsiło się coś w sobie, poświęcało się coś z siebie, znosiło się pokornie z zaciśniętymi zębami etc… zaczynają obracać się przeciwko nam. I żadna dotychczasowa rola nie pasuje. Ani żony, ani matki, ani pani domu. Jakby nagle wszystkie stroje stały się démodé

Gdybym chciała to analizować, to czuję, że banał deptałby mi po piętach. Pewna przewidywalność jest nie do uniknięcia (nawet młodszy kochanek jakby po prostu wyszedł z szafy, w której czekał na swój czas). Analiza sczezłaby w przedbiegach, ale opowieść się broni, bo w niej się można przeglądać bez ryzyka. Zawsze znajdzie się coś cholernie, boleśnie prawdziwego. 

Doris Lessing wybiera narrację wszechwiedzącą, dialogi wplata oszczędnie, ufając raczej przepowiadaniu ich niż bezpośredniemu nasłuchowi. To ściszanie głosów świata na rzecz tego, co dzieje się w głowie i sercu bohaterki. W jej ustroju emocjonalnym i intelektualnym. Mnie najbardziej ujęło to, co dotyczy sfery pogranicza: młodości – dojrzałości – starości. A najtrudniej było mi o uwagę pod koniec powieści, gdy bohaterka przegląda się w młodej dziewczynie, Maureen, która obawia się tego, w czym Kate utonęła, małżeństwa. Powieść napisana w 1973 roku wprowadza szereg uchwyconych na bieżąco socjologicznych obserwacji. Po trosze aktualnych, po trosze trącących myszką. Ale nie można zapominać, że  autorka-noblistka zna pisarski fach.

Lessing układa swą opowieść w pięć rozdziałów. Najpierw poznajemy status quo i czujemy oddech nadchodzącego lata, które ma być podobne do innych, stabilne i przewidywalne. Potem następuje strategiczny zwrot, Kate podejmuje pracę tłumaczki dla absurdalnej organizacji parającej się działalnością „na rzecz świata”. Poznaje swoją siłę, potencjał dotąd ukryty. Następnie coś przewrotnego, co okładkowe informacje zapowiadały jako pieprz opowieści, a co jest w gruncie rzeczy czymś dużo ciekawszym. Romans z młodszym mężczyzną. Tyle że pożytku z kochanka co kot napłakał, bo jak nie wymiotuje, to ma biegunkę. Ale oderwanie od znanej scenerii, obserwowanie jak z przekraczaniem progu radzą sobie inni – to jest warte wsłuchania się i potrzebne zanim wybierze się kierunek. Potem jest trochę jak u Tomasza  Manna: choroba duszy znajduje ujście w chorym ciele. A przemiana ciała jest kluczowa, zaryzykuję tezę, że to warunek sine qua non przemiany osobowości. 

Konstrukcja przejrzysta, choć cel, do którego dotrze bohaterka jest nieoczywisty, niejednoznaczny. Dokądś dociera, ale wszystko zależeć będzie od następnych liter alfabetu. Powiedzieć „A” jeszcze o niczym nie przesądza.

Jest to książka o schyłku młodości (ale, ale! to nie może być tak, że po prostu przekraczamy jakąś linię!); o roli, jaką na siebie w życiu nakładamy i o tym, że ona się wyczerpuje (ale, ale! kto mówi, że potem nie ma już nic?!); o tym, jak działa kobiecość i co się dzieje, gdy ona przestaje oddziaływać sex appealem (a my czujemy, że nie jest fair, by atrakcyjność naszej osoby sprowadzać do fizycznych fluidów). O tym jest ta książka, między innymi.

Tyle dla porządku, reszta to strefa chwytliwych słów, zapamiętań i chaotycznych impresji. Miszmasz.

*********

„Od pewnego czasu przymierzała myśli jak sukienki zdejmowane z wieszaka. Pozwalała, aby z jej ust spływały słowa i zwroty wyświechtane jak rymy kołysanek…” No tak, ponad dwadzieścia lat małżeństwa mogły/musiały (odpowiednie skreślić) pokryć autentyzm relacji rutyną. I małe ziewnięcie byłoby niczym nieodzowny tik. Lessing zaplanowała jednak ostry miraż, bo jeśli ktoś uruchomił standardowy pakiet małżeńskich wypaleń, to powinien go czym prędzej zawiesić. Kate i Michael są parą ponadprzeciętnie świadomą tego, co ich łączy i ile to jest warte. To małżeństwo jest zbudowane na rozmowach i bliskości. A mimo to… Czy tak być musi? Istnieje profilaktyka, czy trzeba sięgać po chirurgiczny skalpel, by głębszą interwencją udrożnić życie? Może cerować małe pęknięcia, wyrywać kiełkujące baobaby, gładzić rysy… zanim się zacznie jazda bez trzymanki? Zanim któreś z dwojga (czyżby częściej kobieta?) poczuje się jak lalka, z której wolno wysypują się trociny”.

Lubię ten fragment, gdy Kate po bodajże dwóch miesiącach odbiera listy od męża. Wszystko, co zrozumiała, co oddaliło ją od Michaela, pryska w okamgnieniu. Listy są dowcipne, pełne relacji o drobiazgach i choć dotyczą jego życia bez niej, są pisane w znanym obojgu stylu. 

„Leżała w łóżku znowu bardzo chora, ale pełna tęsknoty do męża, do tej zażyłości opartej na wzajemnym zrozumieniu, do ich intymności. Wydawało się jej teraz, że była dziecinna, czując kiedykolwiek urazę z powodu jego romansów: nie miały znaczenia, gdy porównało się je z faktem, że jeśli ona wyciągnęła rękę do niego lub on do niej, w geście tym zawsze było ćwierćwiecze spędzone razem”.

Kobieca potrzeba bliskości, dla której dobrowolnie infekujemy się amnezją i wbrew talentowi do myślenia według żelaznych praw logiki, wybieramy irracjonalny impuls. Myślę, że kobiety, jeśli bywają nielogiczne, to z powodu tych właśnie (logicznie uzasadnionych) priorytetów. 

*********

Dziwna sprawa, powinno mi to odpowiadać, a jednak nie bardzo. Zliczyłam piętnaście fragmentów, w których pojawia się sen o foce. Zranionej, biednej, potrzebującej morskiej wody, by ożyć. Śnienie i szukanie w snach wskazówek, metaforycznych znaków, które czasem trzeba dośnić, by ruszyć dalej. Jestem gotowa to przyjąć jako realne, terapeutyczne, intrygujące poznawczo. Mimo to fokę odesłałabym na psychoanalityczną kozetkę. Silniej przemówiły do mnie symptomy cierpiącego ciała: chudnięcie, gorączka, majaki.

*********

Uwikłanie w rolę (matki, żony, gospodyni) zapada mi w pamięć po epizodzie z przyglądaniem się spotkanym na ulicy matkom. Oczywiście, mam własne rozpoznanie i wiem, że ten obrazek wymagałby aneksu, bo jest w nim pewna tendencja. Zgrabnie ujęta.  Mianowicie: Kate przygląda się rezolutnym dwudziestolatkom pchającym wózek. Są seksowne, energiczne, pewne siebie „jak kobiety wikingów”. Rówieśniczki Kate (i ona sama) – czyli te same dziewczyny, tylko dwadzieścia lat później – nie mają już wiary w życie, zamiast niej demonstrują to, w co obrosła w tym czasie ich świadomość: „łagodność ofiar”, „bezbronną uprzejmość”, „niepewny śmiech, który brzmi, jakby miał zakończyć się płaczem”

Dwie dekady, sporo się można nauczyć, gdy życie tego wymaga: „Cierpliwość. Dyscyplina wewnętrzna. Opanowanie. Samozaparcie. Nieskazitelność moralna. Umiejętność przystosowania się do innych – to przede wszystkim. To zawsze”. Porównanie siebie, jaką pamięta, z tą, jaką się stała, wydaje jej się trudne do przyjęcia. Nie zauważyła, kiedy i jak zaszła zmiana – „miała wrażenie, że nabyła nie cnoty, ale pewną formę obłędu”

Jasne, że można się temu przyglądać przez pryzmat społecznych zniekształceń i wymuszeń. Dla mnie jednak najciekawszym filtrem wydaje się upływ czasu. Biologiczny mechanizm, fizyczna przemiana: utrata jędrności, mniejsza soczystość uśmiechu, stępiony błysk oczu. Oczywiście – ja jestem na nie. Się nie zgadzam i jeśli się mnie spyta, czy tak ma być, to z góry mówię: NIE. Nie wiem, czy ktoś może uwzględnić moje veto?

********* 

Szalenie mi się podoba to śledzenie czterdziestolatki. Kate Brown nie wyglądała na swoje lata. Była w okresie prolongowanej młodości, dla której kobiety całego świata poświęcają tyle czasu i wysiłków”. Ciemnorude włosy, jasna karnacja, uśmiechnięte oczy, szczupła sylwetka niezmienna od lat. Sypie się piasek w klepsydrze, ale przecież – no przecież! – nikt nie dostrzega pojedynczych ziarenek. I można by sobie mówić, że co tam, liczy się wyłącznie pogoda ducha, ale niepostrzeżenie zmienia się to, jak widzą nas inni. Fenomenalna walka: „a ja uważam, że jestem młoda” kontra „oczywiście, pani jest jeszcze wciąż młoda, jakby”. Kate jest sympatyczna właśnie dlatego, że po pierwsze ma świadomość gry (można ciałem komunikować energię i w pewnym stopniu można stylem bycia dodawać i odejmować sobie lat – zresztą robimy to świadomie bądź nie). Po drugie: dostrzega, że istnieje coś poza tą grą, coś najcenniejszego, czego nie da się już narzucić nikomu. Do czego innym często brak cierpliwości. Ale co trzeba przechować/odzyskać/stworzyć (odpowiednie podkreślić), by w ogóle być.

„Starzenie się jest prawie dla każdego człowieka kwestią lat, chyba że powala go nieszczęście, ziemia usuwa się spod nóg, woda zatapia miasto, bomby zabijają jego dzieci, a serce obojętnieje na życie. Najpierw jest się młodym, potem dojrzałym, ale trudno określić moment przejścia z jednego stanu w drugi. Potem jest się starym i człowiek nie zdaje sobie sprawy, kiedy to nastąpiło. Zmiany – o tak, bardzo istotne – zachodzą w nastawieniu ludzi wokół nas, lecz my prawie nie jesteśmy tego świadomi, ponieważ lody tak wolno zsuwają się w dolinę. Dla większości ludzi problem zamyka się w zdaniu: Niestety, nie jestem już tak młody jak kiedyś„.

*********

Bardzo mi się podoba scena w teatrze, gdy Kate ogląda tę samą sztukę, na której była dwa miesiące wcześniej. Odbiór jest diametralnie różny – inaczej widziała ten spektakl subtelna kobieta, przeczuwająca aluzje do takich jak ona, inaczej przeżywa go „wariatka”, która zrobiła krok dalej niż bohaterka sztuki, Natasza Pietrowna z Miesiąca na wsi Turgieniewa. A wciąż chodzi o to, że w opowieściach można i należy się przeglądać, bo prawie zawsze są trochę o nas. 

nie kapujesz, jak zwykle

Julian Barnes, Poczucie kresu, Świat Książki, Warszawa 2012.

Mikropowieść Barnesa czyta się płynnie. Zanurzamy się we wspomnienia, niosą nas jedne fale, wchłaniane przez kolejne. Jeśli to czas przypływu (pamięć podrzuca raz bursztyn, raz kamień), to spodziewamy się, że nadejdzie odpływ (ponowne ogołocenie). Nadchodzi. Kolejne karty, akapity i zdania budują czytelniczy komfort: czytam rzecz interesującą. Tak, ale coś mi przeszkadza. I dopiero, gdy odkładam książkę, wiem, że naprawdę wszystko jest na swoim miejscu. Mistrzowsko skonstruowane, nie tylko przemyślane (w to nie wątpiłam), ale i proporcje są bez zastrzeżeń. Zapamiętam tę książkę. Przynajmniej tak mi się wydaje. Choć powinnam – czytając ją – zrozumieć, że nigdy nie wiadomo, co się zapamięta, a co przegapi, i że nie zawsze zapamiętane to to samo, co zrozumiane.

Przeszkadzał mi niedosyt fabuły. Chciałoby się krzyknąć: więcej opowieści, mniej eseju! Żywo nakreślone epizody pobudzają apetyt. Ale narrator odsuwa talerz i dodaje, że może było inaczej, czas niejedno zniekształca. 

Wspomnienia narratora sięgają dynamicznych lat szkolnych, które nadają opowieści rytm. Lekcje, dyskusje, samobójstwo nastolatka (Eros i Tanatos), erotyczne podchody, wizyta w domu dziewczyny… Kilka ciekawych sytuacji i dużo sentencjonalnego komentarza. Można przepisywać myśli do kajetu. O czasie, o historii, o naturze pamięci etc.  Chciałam, by przemówiło życie, tymczasem słyszałam głos starszego mężczyzny, który bierze pod światło wybrane fragmenty układanki, sprawdza, czy spłowiały zupełnie, czy coś w nich jeszcze się tli. 

I może wkurzę trochę tych, dla których mój wywód jest niejasny, ale tak już jest: co mi przeszkadzało, okazało się strzałem w dziesiątkę. 

Koncept  jest następujący. Mężczyzna po sześćdziesiątce, Tony Webster, spogląda w przeszłość zainspirowany zapisanym mu w testamencie pamiętnikiem i listem. Życie prowadził – jak to określa – z wyczuciem rzeczywistości. Starając się być ok, troszcząc się o dobre relacje, rozsądny nastrój, użyteczne działania. Co nieco przegrał (jak każdy). Co nieco musi określić jako traumę, ale są to wydarzenia z wczesnej młodości, więc ostatecznie powleczone błoną blizny. I nagle powrót i przewrót. Dziewczyna, z którą związek wspomina jako upokorzenie, przyjaciel, który popełnił samobójstwo, młodzieńczy bunt przeciw dniom podobnym do niedzieli, jakieś zaczęte, nierozegrane do końca relacje.

Doceniam Poczucie kresu z dwóch powodów. Za to, że jest niczym palimpsest: tekst napisany na tekście. I za to, że mówi więcej, nie dopowiadając historii do końca, nie zamykając wszystkich szczelin.

Palimpsest

Bo to jest książka o postmodernistycznej duszy. Trochę powieść wspomnieniowa a trochę inicjacyjna, w pewnym sensie detektywistyczna, obyczajowa (lata 60., które nie wszędzie zaczęły się o tej samej porze, gdzieniegdzie wciąż panowały dekady wcześniejsze), filozoficzna etc.

To, co rozgrywa się w odsłonach przeszłości, wybrzmi w innej tonacji, gdy powieść dobiegnie kresu. Minione zdarzenia mają swoje przedłużenie, czasem nawet zapowiadają, prorokują przyszłość. Przynajmniej trzy motywy są rozegrane tak, że warstwa nakłada się na warstwę.  

1) Prawda

Nieoceniony stary belfer, Joe Hunt, zadawał tego typu pytania: czym jest historia? „– Kanapką z surową cebulą” – odpowie jeden z uczniów. „- Odbija się, panie profesorze. Czkawką. (…) Wciąż to samo, bezustanna oscylacja miedzy tyranią a rebelią, wojną a pokojem, dobrobytem a biedą”.

Inny zacytuje Patricka Lagrange`a: „Historia jest pewnością, która rodzi się w chwili, gdy niedoskonałość pamięci spotyka się z niedostatkami dokumentacji”.
Tony Webster (nastoletni wówczas) odpowie frazesem:  „Historia to kłamstwa zwycięzców”. A mądry stary Joe doda, że owszem, ale tyleż samo jest  „iluzją pokonanych”. Wszystkie te odpowiedzi można przełożyć z wymiaru makro na mikro. Pisanie historii jest tropieniem prawdy (nieco zmanipulowanym perspektywą, z której dokonujemy oglądu), jest też śledzeniem nieustannych repetycji i (o ironio!) jest obrastaniem w pewność, gdy znikną wszelkie gwaranty (gdy pewność zakrawa na drwinę). Jak w życiu, jak w każdym pojedynczym życiu. Kilkadziesiąt stron dalej znajduję takie oto dopowiedzenie:  „nasze życie nie jest naszym życiem, lecz jedynie historią, którą o swoim życiu opowiadamy. Opowiadamy innym, ale – głównie – sobie”. Warto przeczytać Barnesa i sprawdzić, jak powyższe aforyzmy mają się do wydarzeń z życia Tony`ego Webstera.

2) Samobójstwo

Tu też zachodzi symetria. Dwa odrębne, lecz analogicznie rozegrane zamachy na własne życie, zwroty darów, o które nikt się nie prosił. Tyle że jedno zostaje strywializowane, drugie uniesione do rangi filozoficznego gestu. Choć: naprawdę nie wiadomo. Kiedy mamy do czynienia z „kurewsko wzniosłym czynem”, a kiedy z  „kurewsko koszmarnym marnotrawstwem”?

Dodam, że z ogromną ulgą przyjęłam wstrzemięźliwość autora w rozjaśnianiu przyczyn i sensu tych gestów. Co nie znaczy, że akt odebrania sobie życia usuwa się na drugi plan.  Ostatecznie tytułowe „poczucie kresu” musi mieć w czymś zahaczenie. Ma też swoją symetryczną odwrotność. „Kres” odczuty w młodzieńczym olśnieniu (zamroczeniu) stawiany jest na szali z „kresem” doświadczanym po przebyciu drogi do końca. I nie jest dla mnie jasne, która szala jest cięższa. Nie znalazłam jeszcze zadowalającej interpretacji tytułu, ale odnoszę wrażenia, że sens życia jest w świetle tej powieści towarem podejrzanym. Nawet jeśli jest się Tonym Websterem, który żyje rozsądnie i systematycznie porządkuje swój świat.

Najsmutniejsza myśl tej książki dotyczy tęsknoty. Za czym tęsknię, gdy wspominam minione życie? – zastanawia się bohater. Wcale nie za ludźmi, za chodzeniem do szkoły czy za randkami. Tęskni za intensywnością przeżywania, która w pewnym momencie zanika. Tęsknota to „wspomnienie silnych emocji”. Jeśli życie prowadzi do takich konstatacji, to przedsmak „kresu” oznacza ziarenka emocjonalnej śmierci rozrastające się w nas podstępnie przez całą dorosłość. 

Można też upatrywać „kresu” w sferze epistemologii. Możliwości dostrzeżenia, uporządkowania i zrozumienia prawdy nieustannie wymykają się z zasięgu naszych zmysłów i logicznych konstrukcji.

3) Kobieta

„Margaret lubiła powtarzać, że istnieją dwa rodzaje kobiet: te, które można bez trudu określić, i te, które odznaczają się tajemniczością. I że jest to pierwsza rzecz, jaką mężczyzna wyczuwa, i pierwsza, jaka go przyciąga albo i nie. Niektórzy mężczyźni mają inklinacje do jednego rodzaju, inni do drugiego”.

Pomyślałam (z pewnością nie tylko ja), że nie jest to takie jednoznaczne, bo nic nie stoi na przeszkodzie, by mężczyznę przyciągały oba rodzaje kobiecości. Pomyślałam też, że niekoniecznie to „wyczucie” kobiety jest jej cechą immanentną. Można w jednych konstelacjach być tajemnicą, a w innych  kimś oswojonym. Ta druga myśl nie znajduje w książce rozwinięcia. Pierwsza – jak najbardziej.

Margaret to eksżona Tony`ego (ta określona). Veronika to tajemnicza dziewczyna z przeszłości (również miraż teraźniejszości). Bohater głosi peany na cześć kobiet zwykłych. Ale  przynajmniej w tej samej mierze (rzecz interpretacji) jest ukształtowany przez swoją fascynację tajemnicą  (nienawiść?).

Znów tekst na tekście, bo balansowanie Tony`ego ma swą analogię w równorzędnym wątku i buduje jeszcze jedną odsłonę gry w déjà vu.

Podobają mi się w powieści Barnesa niedopowiedzenia. Takie momenty, gdy grunt pewności usuwa się spod nóg bohatera. A przypomnę, że jest on człowiekiem, który lubi umacniać grunty. I wówczas kobiety jego życia powtarzają mu, każda swój, refren. Ta „określona”, nawykła wspierać go i towarzyszyć we wszystkim, mówi: „Tony, teraz jesteś zdany na samego siebie”. Ta druga, „świruska”, dorzuca: „Nie kapujesz, prawda? Nigdy nie kapowałeś i nigdy nie skapujesz”. Obie stawiają trafną diagnozę.


nadrabiam i młodnieję

Tytuł zastępczy: TRUCIZNY!

Dwie książki, o których jakiś czas temu było na blogach głośno. Wszyscy czytali ze smakiem. Ja też miałam zamiar, ale – jak to bywa – odkłada człowiek co najlepsze na później, a potem się dziwi, że mógł tak długo żyć w nieświadomości.
Czas uświadomienia nadszedł. Zabawa była przednia!

EDYNBURG, lata 30. do tużpowojennych [Pełnia życia panny Brodie]

Cieniutka ta książeczka opowiada „o niejakiej pannie Brodie w pełni jej życia” i o jej stadku, które przez długie szkolne lata rozdziawiało dzioby i chłonęło mądrości z ust swojej pani, a później z różnym skutkiem uwalniało się od jej wpływu. Szkoła była żeńska, nauczycielka z charyzmą, metody nauczania – kontrowersyjne. Czyta się bajecznie: lekko, ale nie mdło (mieszają się perspektywy czasowe, więc poznawaniu „pełni życia” Miss Brodie towarzyszy przedsmak jej zmierzchu), zabawnie, ale i refleksyjnie. W gruncie rzeczy ta prosta opowiastka jest jak staroświecka walizka z drugim dnem, pod którym jest jeszcze trzecie i czwarte. 

Ale ponieważ dyskusje na powyższy temat już się rozegrały (Klub Czytelniczy Anki), a piękną recenzję powieści Muriel Spark napisała Lirael, więc sobie wyznaczam wyłącznie rolę czytelnika, który buszuje w zbożu jak pijana kuropatwa, zaśmiewa się i stroszy piórka. Aha, jeszcze dodam, że tytułowa bohaterka miała swój pierwowzór, który poznać można z biografii pisarki (Lirael wszystko zna i już opisała). Jako że  liczba trzy jest liczbą świętą, więc po raz trzeci przywołam Lirael, dodając, że czytałam przesłany mi przez nią egzemplarz, więc może dzięki temu zrozumiałam trochę więcej.

Ad rem.
Kluczowe zdanie wypowiada jedna z uczennic, Sandy, gdy sypia z mężczyzną, który kochał się w pannie Brodie i przez lata malował obrazy, na których wszystkie twarze jakoś dziwnie przypominały Jej  twarz. „Dlaczego jesteś taki opętany przez tę kobietę? Czy nie widzisz, że ona jest śmieszna?”

Śmieszna. Jean Brodie na pewno nie chciałaby tego słyszeć. Ona! – elegancka, triumfująca, świadoma swej pełni, obdarzająca szczęśliwców wiedzą, smakiem, wyczuciem życia, wyższymi aspiracjami… Śmieszna? Ach, jakże to?

Oczywiście, miała wrogów. Całe grono pedagogiczne i panią dyrektor, nierozumiejącą jej metod (a ona „e” -„dukuje”, czyli nie wtłacza wiedzy do głów, lecz ją z nich „wyprowadza”). Ileż to razy czepiano się jej! Daremnie! – bo Brodie w pełni swego życia pozostawała niezatapialna.
Była z niej trucicielka i nie tylko Teddy Lloyd widział ją we wszystkim, co portretował. Jedni otrząsali się dość szybko, inni musieli z tymi wpływami walczyć, niekiedy dość przewrotnie.

Ale żeby śmieszna? Ujmuje mnie ta diagnoza. Do tego stopnia, że żal mi panny Brodie, podszytej złudną, choć na pozór zwycięską kompensacją. Czy jest coś bardziej autodestrukcyjnego niż poświęcenie podniesione do potęgi misji? Wykreowanie siebie na kogoś, kto jest ponad to, co zwyczajne…, uczynienie z uczennic „powiernic”, manipulowanie, szukanie ekwiwalentów własnego życia. Rozumiem tę pokusę otoczenia się fanami (nie jest to wcale takie rzadkie!), przeglądania się w czyimś podziwie, grzania się myślą, że moje uznanie jest osądem miarodajnym. Są w takim myśleniu ziarna szlachetne. Może się wydawać, że skoro mamy dobre chęci, to nauczymy innych jak mądrze, szczęśliwie i pięknie żyć.

Ale za kołnierzem siedzi diabeł nieskromności i pogrywa archetypem Narcyza. A Narcyz, wiadomo, bardzo potrzebował aprobaty i nie było sposobu, by mógł się nasycić porcją, która mu się trafia. Więc ciągle „jest na głodzie”.

Ech, pełnia życia…! Bzdura. To niestety był ersatz. Jeśli w którymkolwiek momencie dotarło to do Jean Brodie, to musiało zaboleć.

Jak by na tę postać nie spojrzeć, nie da się zaprzeczyć, że Brodie to była tekściara! Gdyby dodać ze trzy szczypty autoironii, nie umiałabym się z nią rozstać. Jakie one zdania wygłasza! Kto kiedykolwiek pracował w szkole, ten wie, że czasem strasznie korci, by powiedzieć coś absurdalnego (mnie korci często i ulegam).  Wewnętrzny chichot podpowiada mi, ile teatralnego potencjału kryje się w takich frazach:

„Dajcie mi jakąkolwiek dziewczynkę w okresie największej chłonności, a jest moja.”
„Gdybyście mnie tylko, dziewczynki, słuchały, zrobiłabym z was crème de la crème”.

„Byłam z przyjaciółmi na audiencji u papieża. Oni pocałowali pierścień, a ja uznałam za stosowne pochylić się tylko nad nim. Byłam w długiej czarnej sukni i koronkowej mantyli i wyglądałam wspaniale”. (…) „Miałam na sobie jedwabną suknię w duże czerwone maki, która znakomicie podkreśla moją karnację”. Ja, ja, ja.

Teatralne lekcje Miss Brodie to przede wszystkim jej monologi, ale i scenografia. Jakieś zawiłe zadanie z algebry wypisane na tablicy dla niepoznaki lub rozłożone na ławkach podręczniki-kamuflaże. Gdyby ktoś wszedł, mamy alibi, że pracujemy – a tymczasem opowiem wam, dziewczynki, o mojej miłości, o tym, co jest ważne i jakim kremem odżywiać cerę.

Odmładzająca moc tej lektury to spoglądanie na świat oczyma jedenastolatek. Moją ulubienicą jest Sandy, która miała skłonność przeplatać dialogi realne z urojonymi. Kwestie jej się czasami mieszały, raz  adresowała je do koleżanki w ławce, raz do przyjaciół ze świata Stevensona (Porwany za młodu).

Świetne są gdybania dziewczynek na temat życia erotycznego panny Brodie! Czyżby ona… Nie, nie mogłaby się przy nim rozebrać! Zresztą – gdyby, to miałaby dziecko. Co miała na myśli, mówiąc, że „w czasie ostatniego spotkania lgnęli do siebie w namiętnym zapomnieniu?” Przecież stosunek płciowy jest taki okrrrrrropny! [Jedenastolatki swoje wiedzą!]

Cóż, w zasadzie nikt nie może się równać z panną Brodie, ale jeśli chodzi o teksty, to jednak palmę pierwszeństwa oddaję chemiczce.

„– Mam w tym słoju dość prochu, żeby wysadzić w powietrze całą szkołę – powiedziała panna Lockhart spokojnym tonem.
Stała za swym stołem, w białym płóciennym fartuchu, trzymając obie ręce na szklanym flakonie w trzech czwartych wypełnionym ciemnoszarym proszkiem. Śmiertelna cisza, jaka zapadła, była efektem, którego właśnie oczekiwała, ponieważ zawsze pierwszą lekcję chemii zaczynała od tych słów, ze słojem przed sobą (…). Wszystkie oczy wlepione były w słój”.

Aż mam ochotę pożyczyć sobie ten trick.;)

BUCKSHAW (koło Bishop`s Lacey), lata 50. [Zatrute ciasteczko]

Skoro mowa o jedenastolatkach, truciznach i chemii, to magiczny wehikuł powinien nas przenieść na angielską prowincję, do rodowego domostwa, w którym żyją: szlachetny, smutny pułkownik-filatelista i jego trzy nastoletnie córki: Ofelia (Fela), Dafne (Dafi) i Flawia. Najważniejsza jest, oczywiście, Flawia de Luce – i jeśli wspomniany wehikuł stoi jeszcze na poboczu, to powinien zniknąć, bo Flawia w czary nie wierzy, a wszelkie nieprawdopodobieństwa tłumaczy racjonalnie, na ogół z wykorzystaniem wiedzy chemicznej.

Który z atutów prozy Bradleya przedłożyć nad inne?
Mogłabym postawić na klimat angielskiej prowincji lub dobrze skrojoną intrygę kryminalną (nie tak krwawą i drastyczną jak te znane ze szwedzkich opowieści dla dorosłych, ale z pewnością logiczną i pełną napięcia).

Można by przyznać premię za intertekstualne mrugnięcia – parafrazy klasyki kryminalnej (chyba szczególny ukłon w stronę Agathy Christie i panny Marple, ale i Sherlock ma tu swój niepodważalny status), powieści młodzieżowych (ja wyczuwam wyobraźnię Ani Shirley), kontekstów muzycznych (miło że w tle sączy się nie tylko ulubiony kawałek Flawii – Toccata Pietra Domenica Paradisiego – ale i przywołany w roli pobudki Polonez a-moll Chopina i Rozszumiały się wierzby płaczące…), last but not least –  aluzje filmowe i cytaty z Szekspira.

Nie ma co rozdzielać tej książki na warstwy, nie zauważając, że najważniejsza jest główna bohaterka. Rezolutna wielbicielka nauk ścisłych, przeprowadzająca w domowej pracowni skomplikowane chemiczne reakcje. Złośliwa i empatyczna, wszędobylska i wścibska. Śmigająca po okolicy na rowerze o imieniu Gladys. Odważna taką brawurą, jaką tylko nastoletnie dziewczynki potrafią się wykazać. I w dodatku udowadniająca (tak! bo to szczerozłota prawda!), jakie sprawne bywa myślenie małolatów i ile w nim psychologicznej dedukcji.

Ale gdybym musiała zdecydować się na jeden atut i miała ćwierć minuty na wygłoszenie jego pochwały, to wybór pada na narrację i styl. Jeden czy dwa rozdziały oddają głos ojcu Flawii, który wyjaśnia, ile temperamentu jest w filatelistach. Raz po raz ktoś ze starszych otwiera swą odpowiedzią drzwi retrospekcji. Flawia nie mogłaby odsłonić nam tych opowieści osobiście, ale cała teraźniejszość i sporo zrekonstruowanej przeszłości należy do Flawii de Luce. 

Jakie ryzyko było w takiej koncepcji! No, pewnie, ktoś już kiedyś coś podobnego wymyślił, ale oddanie głosu jedenastolatce to nie jest takie hop siup. Powieść podoba się rówieśnikom bohaterki, lecz i panienki z dłuższym stażem (panów nie przepytałam, ale sądzę, że się nie wyłamią) nabierają przy lekturze rumieńców. Świat, jaki się z tak podanych słów wyłania, nasączony jest chemią i jest chemiowytłumaczalny. Ma swoje smutki i nostalgie, ale w dawkach niedepresyjnych. Bo w tym wieku dobrze się sprawdza zasada Scarlett O`Hary: „Pomyślę o tym jutro”. Dialogi przekorne, obserwacje detaliczne, a słowa dobrane są tak, że działają jak duży kubek espresso. Zaryzykuję cytat, choć najlepiej smakować go w kontekście.

„Czekałam, aż zrozumie, co do niego mówię. Porozumiewanie się z Nedem przypominało wymianę depesz z dyslektykiem z Mongolii”.

„Natychmiast poczułam, że lubię Mary, nawet jeśli ona nie lubi mnie. Każdy, kto zna słowo «kocmołuch», wart jest naszej przyjaźni”.

[tu mógłby się znaleźć opis witraży z pobliskiego kościoła – podany ze wskazaniem związków chemicznych, którymi osiągnięto taki a nie inny efekt kolorystyczny ;)]

[chodzi o stan błogiego ożywienia] „Poczułam się dziwnie, a raczej ogarnęło mną dziwne uczucie, jakbym była parasolem, który sobie przypomniał, co znaczy być otwartym na deszczu”.

I tak właśnie można się poczuć, czytając Bradleya. Jak parasol albo ciastko z rabarbarem (o ileż smaczniejsze od kremówki!) lub jak bulgocząca herbatka podgrzana w chemicznej kolbie panny Flawii.

Muriel Spark, Pełnia życia panny Brodie, PIW, Warszawa 1972
Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, Wydawnictwo Vesper, Poznań 2010.

podszyte biografią

Zadie Smith, Jak zmieniałam zdanie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

Podtytuł: eseje okolicznościowe.

Pisane na zamówienie wydawców czy redaktorów pism, będące wykładem dla studentów, odczytem na spotkaniach autorskich, zapisem prywatnych wspomnień.

Miszmasz, ale „w tym szaleństwie jest metoda”. Metody. Jedna z nich sugerowana jest tytułem: Jak zmieniałam zdanie, czyli jak dojrzewałam jako pisarka, czytając innych, podziwiając, krytykując, podpatrując. Druga (moim zdaniem) – to zestawianie z sobą spojrzenia na twórcę i na człowieka. W tej samej roli, w jakiej obsadza bohaterów swych esejów występuje sama Zadie. Jest pisarką, po trosze dziennikarką, ale i wielbicielką kina, maniakalną entuzjastką dobrych (starych) komedii, młodą kobietą o jamajsko-angielskich korzeniach.

Całkiem sporo odsłania ze swych prywatnych gustów i nawyków. Dzieli się kilkoma portretami swego ojca (Harvey Smith – prosty, niespełniony pesymista, cichy bohater i człowiek porażek jednocześnie).  Wspomina o bracie (Ben Smith – komik). Ale jest to prywatność inteligentnie podana, wykreowana, bez zwierzeń niepotrzebnych.

***

Czytałam eseje Zadie Smith w grudniu, pamiętając o udanym Czwartku Literackim w Pałacu Działyńskich (Poznań, 1.12.2011) zatytułowanym „Między życiem a biografią”. Panel dyskusyjny tworzyli autorzy biograficznych dzieł (bardzo różnych, od rozbudowanego eseju po monografię). Był Janusz Degler (Witkacego portret wielokrotny – 2009), Ryszard K. Przybylski (Być i pisać. O prozie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego – 1991) i Wojciech Bonowicz (Tischner – 2001). Mówiono o tym, jak zmieniało się pisanie biografii wraz z modą i teorią literacką. O tym, co uwzględniać, co (jeśli w ogóle?) przemilczać, jak rozkładać można akcenty. O tym, że 2011 rok był kolejnym rokiem świetnych biografii.

Dziś refleksje związane z ww. spotkaniem mam dwie. Pierwsza, że to jednak ważne, by trafić na swojego biografa. Czy Tischner mógł trafić lepiej? Co by to było, gdyby pisał o nim ktoś, choćby nie-wiadomo-jak-rzetelny, kto nie posiadałby genu tischnerowego poczucia humoru?

Druga sprawa to triumf biografizmu nad strukturalizmem. Dla poznańskich filologii strukturalizm był kamieniem węgielnym. Strukturalizm, czyli takie czytanie/badanie utworu literackiego, które zakłada, że tekst broni się sam, swoją wewnętrzną organizacją, niezależną od biografii autora, której właściwie można by nie znać. „Triumf protez” w rodzaju: „ja liryczne” (nie: autor), „projektowany odbiorca dzieła” (nie: czytelnik) etc. Przywołując tu dyskusję znawców, mogę im przypisać to, czego sama miarodajnie orzec nie mogę: że biografizm wraca i wierzga. A strukturalizm traci koszulkę leadera. I dobrze.

A z Zadie Smith ma to tyle wspólnego, że każdy jej esej jest biografią podszyty, jeśli nie biografii poświęcony. Są więc eseje pisane trochę o twórczości, ale przede wszystkim o osobowości: Katharine Hepburn, Grety Garbo, Franza Kafki, Zory Neil Hurston, E.M.Forstera, George Eliot (& Henry`ego Jamesa) i Vladimira Nabokova, i Rolanda Barthesa. Myślę, że Zora Hurston miała szczęście, że pisała o niej właśnie Zadie Smith. Bo dzięki temu jestem gotowa uwierzyć i z aprobatą poddać się takim zdaniom (Hurston):

„Kiedy wkładam kapelusz pod odpowiednim kątem i sunę wolno Siódmą Aleją (…) pojawia się Zora kosmiczna (…) Jak ktoś może sobie odmówić mojego towarzystwa? Nie pojmuję!”

Mam swoje ulubione teksty i takie, które nie przypadły mi do gustu (tu: Dziesięć notatek z weekendu oscarowego, Mówienie językami). Z wdzięczności za tekst o Katharine Hepburn gotowa bym była powiesić sobie nad łóżkiem duży plakat z Zadie S. (jak ona niegdyś sypiała pod plakatem Katharine H.), gdybym takowy posiadała.

***

W multipleksie: 2006  to tekst szczególny, nie tyle esej, co wybór recenzji mainstreamowych filmów ze wskazanego w tytule roku. Rzecz umieszczona w dziale „Patrzenie” i na oko szacując, jest najmniej wyrafinowana kompozycyjnie, najbardziej ulotna. Słabsza od kilku esejów-perełek, z którymi sąsiaduje. Ale ja czytałam z rozbawieniem. Bo Zadie Smith recenzuje oryginalnie. Nie nazbyt filmoznawczo, bez szczególnych zawijasów erudycji (ale nie sądźmy po pozorach: inteligentna kobieta, nie owijając spostrzeżeń w sążniste konteksty, potrafi szpilką nakłuć gdzie trzeba, mrugnąć, że wie więcej, zdemaskować czczą maskaradę).

Pisze z humorem, ze szczególnym upodobaniem do oceny gry aktorskiej, która prowadzi ją w ulubioną stronę spostrzeżeń biograficznych (aktor przebija postać). Tyle że filmy niekoniecznie z mojej ulubionej półki. Jest jednak tytuł, który po uwagach Z.S. bardzo chciałabym zobaczyć: Spotkanie (z 1945 r., film Davida Leana o miłości, której się wyrzekamy w imię wierności komuś innemu… a może w imię wierności sobie samemu?).

I pisze Zadie tak: „Dla tych, którzy kochają filmy z lat czterdziestych, każde wznowienie jest jak ciepło słońca. Nie widziałam jeszcze filmu z tego okresu, w którym nie znalazłabym czegoś, co mi się podoba, tak samo jak jeszcze nie spotkałam sera, którego bym nie zjadła. Spotkanie to ser Wensleydale: pyszne angielskie jedzenie, doskonale znajome, nieumyślnie komiczne”.

Podoba jej się zwłaszcza jedna scena – mnie również, choć widzę ją oczyma wyobraźni;) – w której romantyczny klimat poezji Keatsa zderza się z tym, co bezpieczne, choć pozorne.
„Laura Jesson i doktor Alec Harvey poznają się na dworcu i zakochują w sobie. Niestety są małżonkami innych ludzi. Laura ma statecznego męża Freda, którego jedynym łącznikiem z nurtem keatsowskim w angielskim życiu jest hasło z krzyżówki w „Timesie”: I kiedy czuję – człowiek małej miary – / Że i ty znikniesz razem z gwiazd obiegiem,/ Że nie dosięgną mnie już nigdy czary/ Ślepej ….. (7 liter). Laura podpowiada: „miłości”. Ma rację, ale to nie pasuje do innych odpowiedzi. W tym jednym momencie zawiera się cały film. Anglicy wielu rzeczy pragną, o wielu rzeczach marzą i w wiele rzeczy wierzą. Ale nie pasują one do naszych innych odpowiedzi”.

***

Polecam szczególnie Sztuczki warsztatowe, czyli przygotowane dla nowojorskich studentów Creative Writing uwagi o własnej metodzie pisania. Wyobraziłam sobie, że gdybym była – jak nie jestem – powieściopisarką, to miałabym z pewnością kilka punktów stycznych z Zadie Smith.

Po pierwsze: pewnie nie byłabym makroplanistką, lecz mikromenedżerką.;)

Ci pierwsi zaczynają od gruntownych przygotowań. Tworzą strukturę, rozrysowują wątki i postacie, ustalają szczegóły scenerii. Pisać mogą zacząć choćby od środka – posuwając się wstecz lub do przodu. Mogą również układać alternatywne wersje zakończenia i potem rozważać, które lepsze.

Nie tak pisze Z.S., czyli mikromenedżerka. Nie ma mowy o wariantach zakończenia, bo rzecz pisana jest po prostu według zasady: „zaczynam od pierwszego zdania i kończę ostatnim”.  W połowie książki nie ma się pojęcia, dokąd ona może doprowadzić, kim bohater może jeszcze się stać. Pisząc w ten sposób co prawda nie kontroluje się wszystkiego, ale ileż musi być frajdy w tym seansie spirytystycznym, gdy duch powieści dyktuje i narzuca swoją wolę.

Po drugie: najtrudniej byłoby mi stworzyć pierwszych 20 stron. Circe – to liczba ustalona przez Z.S. Przekleństwo. Czego by nie zacząć, trzeba powołać do istnienia wszystkie przyległości. Niby prosta scena, a zapaść muszą decyzje co do języka, jakim bohater się odezwie, rytmu jego myśli, wcześniejszych traum, które go naznaczyły i obecnych nawyków, które tę postać pozwolą zapamiętać. Słowem: na początku było słowo, ale jeszcze przed nim było poszukiwanie właściwego tonu.  Z.S. przepisuje te strony milion razy.

[Tu przypomniałam sobie wykłady Amosa Oza o początkach książek, będących zawsze czymś w rodzaju kontraktu piszącego z czytelnikiem.]

Po trzecie: wyobrażam sobie, że nadchodzi taki moment, w którym pisze się samo. Wszystko zdaje się współpracować z naszą wyobraźnią. Ludzie w tramwaju mówią takie fajne rzeczy, że żywcem można je przenosić do literatury. Otwierasz czasopismo, a w nim sukienka dokładnie taka sama, jaka powinna nosić bohaterka etc. Życiowe sytuacje podpowiadają rozwiązania niczym deus ex machina. Nie wiem, czy tak właśnie jest, ale wierzę, że dla tego etapu warto pisać bez wcześniej zbudowanej struktury.

Po czwarte, tu podważam teorie, ale zgadzam się z praktyką. Z.S. radzi: „proszę odsunąć się od pojazdu”. Odstawić tekst po napisaniu, najlepiej na rok. A potem przeczytać jak tekst kogoś obcego. Zadie tak postuluje, ale postępowała dotąd inaczej. Absolutnie nie wyobrażam sobie, by kończyć tekst przed terminem i czekać aż „się odleży”. Preferuję potrawę al dente. Lekko może niedogotowaną. Pisaną nocą przed oddaniem. Oddawaną rzutem na taśmę.

Uwag jest więcej. Nie są to wskazówki mistrza dla początkujących, raczej refleksja nad pisaniem, obserwacja warsztatu pisarskiego czyniona przez praktyka (wciąż jeszcze początkującego).

Eseistka Zadie Smith ma pióro inteligentne, bystre, niepozbawione zmysłu humoru. Mojemu czytaniu towarzyszyło uczucie przebywania z kimś błyskotliwym i świeżym. Ale lekko nieprzewidywalnym, niekoniecznie mającym rację. Nie może być inaczej, skoro zauroczyły mnie niegdyś jej Białe zęby (powieść, ale zęby autorskie są również ok), a przez Łowcę autografów i O pięknie nie mogłam przebrnąć.

wariacje

Rachel Cusk, Wariacje na temat rodziny Bradshaw, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Najpierw cesarzowi co cesarskie – kilka słów osadzających Rachel Cusk w kontekście.

Czterdziestoletnia pisarka brytyjska, ma w swym dorobku dziewięć książek, trzy przetłumaczono na polski (Arlington Park, Ostatnia wieczerza), przeczytałam tę najnowszą – Wariacje na temat rodziny Bradshaw (2009). Nagradzana (Orange Prize 2007), ceniona i atakowana. Kontrowersyjność wynika ze sposobu ujmowania tematu macierzyństwa. Gdy czytam wywiad z Rachel Cusk, otwieram stronę wydawnictwa, które rekomenduje jej książki…, cokolwiek czytam, tam sygnał, że oto proza kobiety o kobiecym pragnieniu samorealizacji, w którym przeszkadzają jej nakładane na nią role społeczne.

Etykieta ciekawa i – podejrzewam – niosąca z sobą jedno z możliwych rozpoznań prozy Cusk. Ale etykieta. Wariacje… zdają się ją rozsadzać. Nie o tym, nie tylko o tym one są.
Inną przypisaną Rachel Cusk wizytówką jest analogia z prozą Virginii Woolf. Nie protestuję. Taka lokalizacja na literackiej mapie dodaje splendoru, a nie ma powodu, by odmawiać go komuś, kto zrobił na mnie ogromne wrażenie. Virginia-nie-Virginia, obrazoburcza-czy-nie, Rachel Cusk napisała rzecz świetną, do wielokrotnego czytania, do składania w nowe konstelacje swych spostrzeżeń i ukłuć.

Nie żartuję: czytałam raz za razem, najpierw zgodnie z rytmem rozdziałów (sytuacje, nastroje, obserwacje, rozmowy, czasem sen – wielu narratorów i tyleż perspektyw), potem jeszcze raz, by ogarnąć ich wszystkich – zobaczyć punkty styczne, promieniowanie aury. Za drugim razem poważniej potraktowałam odniesienia muzyczne i oniemiałam: ależ świetnie skomponowana powieść. Tyle w niej treści między słowami, również między tekstami (utwory muzyczne, motta, poezja,  Sonata Kreutzerowska Tołstoja – budująca finał). Można czytać wielokrotnie. Wiem, co mówię.

Co to w ogóle jest? To są wariacje. Przetworzenia motywu, swobodne interpretacje, zależne od wykonawcy, tu: narratora.
Wariacje na temat rodziny – tej, z której wyrastamy, nigdy do końca nie odcinając pępowiny, i tej, w którą wchodzimy – świadomie, ale przecież ta świadomość jest zmienna i z czasem dziwnie się ulatnia.

Rodzina Bradshaw – czyli trzech braci: Thomas (ożeniony z Tonie, mają córkę Aleksę), Howard (mąż Claudii, troje dzieci) i Leo (w związku z Susie, rodzice chłopca i dziewczynki). Perspektywa czterdziestolatków zaznacza się najsilniej, słabiej – ale wystarczająco, by poczuć jej ciężar – perspektywa ich rodziców, raz jeden słucham, co myśli ośmioletnia Aleksa. Do splotu spojrzeń rodzinnych Cusk dodaje nitkę zewnętrzną – to widzenie Olgi, mieszkającej u Thomasa &Tonie, polskiej eksnauczycielki, w Anglii – sprzątaczki.

Polifonia głosów ma swoje uprzywilejowane tony. Pierwszy plan to opowieść o mniej więcej rok trwającej zamianie miejsc w małżeństwie Thomasa. On porzuca pracę w korporacji, by odnaleźć siebie. Przejmuje opiekę nad Aleksą, zapamiętale uczy się grać na fortepianie, bo w tym widzi ratunek, linę, która wyciągnie go z tego, w czym ugrzązł. Ona wraca do pracy, obejmuje ważną uniwersytecką posadę, wchodzi w nowy świat, do męża i dziecka wraca wieczorem. Oboje tej decyzji chcieli. To nie jest tak, że testujemy urojony feministyczny postulat. Tak, Tonie czuła się zgaszona po narodzinach Aleksy. Tak, Thomas też potrzebuje innej autentyczności niż ta, którą oferuje mu schemat nie wiadomo czemu służącej pracy.

Ma czterdzieści jeden lat, jest w wieku, kiedy życie wychodzi z własnej przeszłości jak odlew z formy; i albo jest solidne, stanowi zwartą całość, albo nie utrzymuje nadanego mu kształtu i się rozpada. Rozpad nietrudno sobie wyobrazić. Zagadkowa jest raczej solidność, konkretność kształtu. Rozpadu nie dotyczy kwestia autentyczności, ale w stosunku do solidnej formy pytanie o autentyczność musi paść.

Tak to się zaczyna. Czym jest forma, w której tkwię? Przychodzi taki czas, że trzeba ją opukać, przyjrzeć się pęknięciom, obadać, czy nie krępuje oddechu. Forma, która nadaje życie, jednocześnie coś w nas uśmierca. Formą, która modeluje najsilniej, jest rodzina. 

Gdy przyglądasz się zbytecznym przedmiotom upchniętym do szuflad, na które dotąd nie zwracałeś uwagi, gdy zauważasz obcą energię w żonie, która jeszcze niedawno „stanowiła część wzoru, tak jak postać na arrasie, utkana tą samą nicią, co jej otoczenie” (Thomas). Albo odwrotnie: czujesz rozczarowanie zamiast powiewu nowych możliwości, gdy spędzasz samotną noc w hotelu na delegacji (Tonie). Wtedy – w tysiącu ulotnych chwil, w które zakrada się bezradność lub rozczarowanie – możesz poczuć się jak ślimak bez skorupy. Jak człowiek w środku nocy, przebudzony ze snu, „a łóżko, w którym leży, jest niczym urwisko na krańcu kosmosu”.

m u z y k a

Jeśli moje słowa sugerują, że forma nas zniekształca, to spieszę sprostować, że to nie tak. Dzięki niej istniejemy. Zupełnie tak samo jak muzyka. Gdyby tylko mieć talent i słuch, i znać nuty.

Przywołany w motcie Jan Sebastian Bach mówi z polotem i optymistycznie:

„Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Trzeba tylko naciskać właściwe klawisze we właściwych momentach, a instrument gra sam”.

Ach, gdyby umieć. Thomas rzemieślniczo opanowuje adagio Beethovena – starczy na jedno  brawurowe wykonanie, jego wiedza nie przenika do krwiobiegu. Owszem, słyszy muzykę wszędzie  (świetna scena symfonii podczas sprzątania mieszkania: tworzą ją odgłosy odkurzacza, wody, trzaśnięć czy szurnięć), dostrzega, że w jej rytmie jest harmonia, którą chciałby wprowadzić w życie. „Naciskać właściwe klawisze…” – łatwo powiedzieć. 

„Słysząc jej śmiech, on też się śmieje. Śmieszy ich poczucie formy, poczucie, że w życiu rodzinnym są zarazem ograniczeni i wieczni; jak muzyka, myśli Thomas, która może być wszystkim, a jednocześnie nie może być niczym innym niż tym, czym jest”.

Ludziom chyba często tak właśnie się wydaje… Że sztuka ich uszlachetni, wygładzi kanty i nauczy życia. Thomas marzy o muzyce, Claudia o malarstwie. W obu przypadkach czegoś zabraknie. Rozczarowanie depcze im po piętach. Zresztą… może to poczucie fiaska jest czymś pożytecznym, jakimś przebudzeniem. Nie wiem, ale w powieści Cusk, choć słyszę ulatujące z formy powietrze, nie triumfuje wcale rozpacz. Raczej świadomość ograniczeń. A co kto z nią zrobi – to już inna melodia.

a  j e d n a k   p ę k ł o,  m i m o  s t a r a ń …

Ktoś może powie, że melancholię można przewietrzyć. Nie zawsze. Claudia, która stworzyła dom mogący budzić zazdrość (w obserwatorze, wtajemniczonym mniej niż czytelnik) nie jest wcale typem nadmiernie refleksyjnym. Ma kilka prostych prawd i za nimi podąża, wystrzegając się manowców. I co z tego? Asekuracja przed pustą formą nic nie daje. Mantra zatruwa umysł, osłabia podwójnie, gdy straci swą moc.

„Tak, przyszło do nich to coś – rozżalenie, niezadowolenie – nie wie tak naprawdę, jak to nazwać. Wie tylko, że zawsze bardzo pilnowała, by to odpędzać – przy narodzinach każdego dziecka, przy przeżywaniu każdego roku, wręcz przy spędzaniu każdej nocy z Howardem – zawsze zachowywała czujność; przy przechodzeniu jednego dnia w kolejny trzymała się swojego przekonania, które sprowadza się do tego, iż to ważne, by chcieć tego, co się ma. To przekonanie sprawia, że życie jest dla niej rzeczywiste, więcej nawet – w pewien tajemniczy sposób nadaje mu wartość”.

Nie ma lekarstwa? Jest. Na pewno. Podobnie jak istnieje szansa, że nauczymy się grać bez fałszu, „naciskając właściwe klawisze”. Ale nie ma racji Bach, że to łatwe.

Thomas póki co, odkrył jedno – muzyka* ma swoją cenę. I czasem podwójną twarz. Ale czy to znaczy, że warto zamienić jej nieuchwytne piękno na proste, optymistyczne zaklęcia?

„– Czytałem rano książkę – mówi Thomas – o mężczyźnie, który zabija żonę za to, że grała na fortepianie. (…) Ten mężczyzna o wszystko obwinia muzykę – ciągnie. – Mówi, że pod jej wpływem ludzie czują coś, co nie jest ich prawdziwym uczuciem. Myślą, że coś rozumieją, podczas gdy w istocie nie mają o tym pojęcia. To swego rodzaju złudzenie, tak jak miłość.
Olga patrzy na niego nieruchomym wzrokiem.
– To zła książka – mówi wreszcie.
– Tak – zgadza się Thomas. Gdyby jej nie czytał, może zwróciłby większą uwagę na Aleksę. Może uświadomiłby sobie to, że jest poddawany próbie. Nagle nie może znieść tego, że ma tę książkę w kieszeni. Wyjmuje ją i wrzuca do kosza. Potem znów siada.
Powinno się czytać wesołe książki – mówi Olga. – Po co utrudniać sobie życie?
Nie wiem dlaczego – mówi. – Tak naprawdę nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ty czytasz wesołe książki?
Jest północ. Za oknami całkowita czerń. Thomas widzi swoje odbicie w szybie. Jest roztrzaskane, rozbite, stanowi zbiór miliona odrębnych linii.
Czytam kolorowe czasopisma – odpowiada Olga”.

W moje ręce proza Rachel Cusk trafiła dzięki  Marpil. Inspiracją była jej blogowa recenzja.

* muzyka = miłość, rodzina, życie…