Archiwum autora: tamaryszek

mother!

Mother! – reż. Darren Aronofsky, zdjęcia – Matthew Libatique, USA 2017
mother!

Właśnie rozpoczął się w Bydgoszczy Camerimage (25. edycja filmowego festiwalu sztuki operatorskiej) i jest możliwe, że Matthew Libatique zgarnie Żabę. Aronofsky – Libatique to filmowy tandem z dorobkiem. Mother! jest w konkursie głównym. Jest również na liście filmów dostępnych w repertuarze kin. Można się więc przekonać, na czym kunszt operatora polega i w jaki sposób współtworzy całość.

O ile to możliwe, spróbuję nie wdawać się w powszechny spór na temat kontrowersji i skrajnych ocen filmu. Żadnej oceny nie wystawiam. Oglądałam ze zdziwieniem, irytacją, z narastającym rozbawieniem przerysowaniami… aż po coraz bardziej wzrastające przekonanie, że wszystkie szarże są zaplanowane, celowe i uderzają w sferę wielkiego kalibru. Tak wielkiego, że aż człowiek chce powiedzieć: serio? mówimy tu o Bogu? o Jego infantylnie patriarchalnym ego? Jeśli tak, to Aronofsky porywa się na księżyc z motyką, co emanuje tyleż pychą, co próbą wiwisekcji sacrum w bliżej niesprecyzowanym celu. Otóż cel może być nadęty lub po prostu odważny. I tego rozstrzygnąć nie umiem.

Deklaruję, że odrzucam interpretacje, które widzą w Mother! przede wszystkim opowieść o artyście. Odrzucam, bo jeśli On (główny bohater nazwany jest tym zaimkiem) miałby tylko taką wykładnię, to nie wierzę w film ani trochę. Przekombinowane. Jeśli natomiast oglądać tę fabułę jako opowieść naszpikowaną biblijnymi archetypami, to odbieram ją jak wyzwanie. Nie na tyle jestem otwarta, by przyjmować Aronofsky`ego jak proroka, ale posłuchać i popatrzeć można. Zwłaszcza popatrzeć, bo – powtórzę – zdjęcia Libatique`a mam wciąż w głowie i najsilniej mówi w tym filmie wizualność.

On i Ona (tytułowa „mother”) w wielkim domu na odludziu. On starszy o pokolenie, ona ma urodę madonny. Ona odrestaurowała olbrzymi dom po pożarze, każdą reperację przeprowadzając własnoręcznie. On w tym czasie usiłuje coś tworzyć, nie może przywołać weny, więc ślęczy na pustą kartką. Ironiczne odwrócenie twórczych ról. Impas twórczy jest żałosny, a żałość narasta, gdy obnaża się megalomania „impotenta”, wygórowane wyobrażenia o roli każdego słowa. Tak, to znak: słowo może stwarzać światy, uzdrawiać, określać życiową misję. W tym celu – za moment – nawiedzą dom spragnione tłumy. Słowo potrzebuje kogoś, kto powie „tak, niech się stanie” i świetnie w tej roli sprawdza się młoda kobieta, w której poczęło się życie i wciąż jeszcze nie zgasło uwielbienie do Tego, który je począł. Zawieszam chronologię: poczęty został syn, którego On chce podarować światu. I naprawdę to zrobi, choć Ona usiłuje powstrzymać irracjonalny dar. Tak samo jak próbuje wyperswadować Mu wzruszenie ludźmi, którzy Go wielbią, potrzebują, szerzą kult. U Aronofsky`ego wielkopańskość gestu Artysty (Boga, Onego etc.) jest horrendalnie nieludzka. Dlatego właśnie trudno na serio traktować postać graną przez Javiera Bardema. Artysta o tak rozdmuchanym ego jest niestrawny, choćby tam sobie stwarzał bóg-wie-co. No ale Bóg to inna jakość. Może ludzkie pragnienia kobiety, chcącej tylko domu, wspólnej kolacji i pieluszek dla maluszka to jednak rzecz zbyt drobna? Czyżby w tym sęk, że ona pojąć nie może, a On jednak wie, co robi?

Tropów biblijnych bezlik. Bo to: Adam i Ewa (przybysz, co ma ranę tam gdzie żebro, za którym podąża wcielenie kobiecości) – tu: Ed Harris i Michelle Pfeiffer. Może dom, stojący na bezludziu (z którego Ona chciała zrobić raj) wydaje się początkowo pusty, ale wraz z pojawieniem się Pierwszych Ludzi, nadciągają kolejni. Dwaj synowie – jako żywo: Kain i Abel, a wraz z nimi bratobójstwo. Już oni wystarczają, by urządzić apokalipsę (Ona używa tego słowa, jakby Aronofsky miał potrzebę dopowiedzieć, co i tak przecież widać). 

Apokalipsa, czyli najazd obcych. Gdy On stworzy coś na kształt Księgi – będzie nieustannie się nasilać. Nie sposób się nie zdziwić, że Armagedon jest stopniowalny. Piekło jest przecież już na początku, a tu wciąż bardziej i bardziej… Aż po męczeństwo Syna i rozdanie Jego ciała, by nasycić spragnionych. Aż po niepojęte miłosierdzie dla grzeszników, w których ceni się to, że uznają swą słabość i wciąż szerzą kult z nadzieją na miłosierdzie. Ten „Bóg” jest nie do wytrzymania. Ale trzeba przyznać: zapiera dech, jest niepojęty i w różnych sensach tego słowa: bezgraniczny.

Nie wiem jeszcze, co myślę. Nie traktuje tego filmu jako dzieła, które proponuje jakiś metafizyczny dyskurs. Raczej – sprowadza metafizykę w wymiar ludzki, więc niepojęty. Dosłowność biblijnych tropów (zwłaszcza ofiary z syna) uświadamia, jak bardzo różne jest czytanie Biblii przez zdesakralizowane okulary od lektury, która zakłada jeden zasadniczy pewnik: że On to On. Javier Bardem (nawet gdy mówi „Jestem, który jestem”) jednak Nim nie jest.

***

Mother! pewnie w ryzach gatunkowych horroru się nie mieści, ale sporo jednak z niego ma. Jennifer Lawrence (Ona, matka, etc.) bierze na siebie grozę mierzenia się z czymś irracjonalnym. Krew płynąca w ścianach, plama na podłodze, znaki i głosy dziwne. Nie wydaje mi się, by to była najlepsza rola aktorki – ale można jej empatycznie towarzyszyć. Coraz nowi obcy włażą butami w jej życie, najpierw się szarogęszą, potem na potęgę niszczą (nieumocowany zlew, na którym siadają z nonszalancją – trochę śmieszy, ale nie da się zaprzeczyć, że przyspiesza krążenie krwi w żyłach). Coś tu się Aronofsky`emu załamało, bo choć napięcie grozy powinno rosnąć, trochę siada. Winna jest groteskowa figura natchnionego Artysty. Gdy Bardem nago siada do pisania, by nie uronić weny albo gdy Ona czyta poemat i – klękajcie narody – świat się przemienia, to jednak zabawne jest. W tym rzecz: jeśli ten poemat to Biblia (którą wielu tak właśnie czyta), to inna opcja niż jeśli założyć, że poemat to poemat. Nawet jeśli arcydzielny, to przecież można sobie darować stawanie na palcach i opuchliznę płynącą z dumy.

Niegotowe piękno raju w obiektywie Libatique`a naprawdę robi wrażenie. Surowość, potencjalność, wielkość – aż chce się chodzić krok w krok za Jennifer. Są takie sekwencje (powtórzone i budujące znaczącą klamrę kompozycyjną), w których opowiadaczem jest autor zdjęć. Cień i światło. Najpierw aura rozkładu, spalenizny, truchła, z którego za sprawą światła wyłania się życie. Ten motyw jest powtórzony również w obrazie ogrodu, który ze zgliszcz przemienia się w barwny soczysty Eden. Ogród stwarza się, gdy Ona czyta poemat. Piękno obrazu zakłóca więc infantylna (nieprzekonująca) motywacja. Ale gdy na początku i na końcu filmu ruch kamery i ustępowanie cienia powołują na nowo świat do życia, to to jest coś pięknego.

Chapeau bas za wizualne ogarnięcie apokalipsy. Nie ma co opisywać – to są sceny warte zobaczenia. Nawet gdyby trzeba było wyciszyć przy tym racjonalne interpretacje.

Mother! to film, o którym naprawdę niełatwo jest pisać. Dwie trudności stoją na przeszkodzie. Jedna dotyczy spojlerów (no cóż), druga hermetyczności (bo jednak kto sam nie widział, nie wchłonie tego opisu).

 

 

 

Reklamy

(aff) nowicjat

Nowicjat – reż. Margaret Betts, USA 2017

Film wielu nominacji – póki co niezwieńczonych nagrodą – Sundance, Gotham, Camerimage, AFF (sekcja Spectrum). Najmocniejsze strony to aktorstwo i zdjęcia, również reżyseria – jako że ogarnia całość. Nie wiem, kiedy wchodzi do dystrybucji w polskich kinach. Powinien wejść.

Być może ujął mnie tym, że nie powiela schematu. Czego się można spodziewać po opowieści o dziewczynie wstępującej na zakonny trakt i zamieniającej wachlarz życiowych perspektyw na jednotorową drogę do świętości – w scenerii ograniczonych do minimum bodźców, samotnie, wśród zdanych na podobną samotność, osobnych towarzyszek? Można się spodziewać, że dziewczę albo wyrzeknie się siebie albo wejdzie w konflikt z hierarchią. Ponadstuprocentowa pewność, że przeorysza okaże się podłą babą z twarzą wykrzywioną wieloletnią ascezą i cierpiętnictwem. Te oczekiwania nie stąd płyną, że tak jest w istocie (nie wiem, jak jest, pewnie różnie). Stąd raczej, że taki jest stereotyp i taka jest dramaturgia konfrontacji młodości z późną dojrzałością, świata z zakonem, jednostki z hierarchiczną wspólnotą. I w filmie te wszystkie klisze występują, ale jeśli nie przełamane, to przynajmniej pogłębione, nie czarno-białe.

Wpadło mi w oko czyjeś powątpiewanie: niemożliwe, że w nowicjacie tyle pięknych dziewczyn! Przecież możliwe, skoro takie młode, siedemnastoletnie, mające nadzieję na coraz silniejsze duchowe iluminacje, emanujące oczekiwaniem miłości wyższej i doskonalszej niż wszystko, co oferuje im świat. Postać główną gra Margaret Qualley  (Amelia, poszukiwana przez duet nieudacznych detektywów w filmie – Nice Guys. Równi goście). W Nowicjacie jest krucha i silna. Jej wybór zaskakuje – wyrastała w niewierzącej rodzinie, „rozbitej” – jak mówiło się niegdyś. Trafia do szkoły prowadzonej przez zakonnice i tam znajduje to, co już kilka lat wcześniej ujęło ją podczas przypadkowej „niezobowiązującej” wizyty w kościele: ciszę i spokój. Ujmują ją młode zakonnice, choć te wcale nie rekrutują: „zastanów się, czy NA PEWNO tego chcesz”, mówią z rezerwą.

Cathleen chce. Chętnie wyrzeknie się świata, im więcej odda, tym bliższy wyda jej się Jezus-Oblubieniec. To oddanie jest namiętnością. Niesamowicie pokazuje to film. Owszem, współtowarzyszki wyboru przygnały do zakonu impulsy na ogół przypadkowe: tradycja, by jedno z dzieci oddać Bogu, film z Audrey Hepburn (The Nun`s Story), potrzeba szacunku (bycie przedsoborową zakonnicą to prestiż). Ale jakież zaskoczenie, gdy w miarę upływu czasu, dziewczyny coraz dojrzalej lustrują własne pragnienia. Gdy dzielą się obawami, próbują rozróżnić rozmowę z Bogiem od dialogu z samą sobą, gdy doświadczają milczenia i zaczynają rozumieć, że to najczęstsza odpowiedź, jakiej udzieli im On. Dawno nie spotkałam się z taką opowieścią. Na ogół przecież człowiek pakuje się w życiowe wybory na oślep. Więc chętnie pomyśli, że panienki na progu życia muszą być ślepe po stokroć. Wcale nie. Wycofują się. Przyglądają się, jak habit zrzuca ich opiekunka, jak jedna ze starszych zakonnic wariuje. 

Dziewczyny są tak młode, że ich hojne wyrzeczenia są na wpół świadome. Znów: mogłoby się zdawać, że pewne pragnienia w ogóle nie wydostaną się na wierzch, stłumi je zakonne tabu, poczucie grzechu. Tymczasem właśnie tu czeka przełamanie. Erotyzm, rodzący się stopniowo, przerażający, bo przeżywany w tajemnicy i przychodzący wbrew woli. Naprawdę mam szacunek do reżyserki za sposób, w jaki to ukazała. Jeśli Cathleen z namiętnością oddaje swe życie Wybranemu, to coraz trudniej będzie jej opanować pragnienie bliskości. Jedno z tych, które ma być beznadziejnie niezaspokojone.

Tym, co mnie uderzyło jest przekonanie, że zakonna droga to małżeństwo z Jezusem. Brzmi to jakoś tak… sama nie wiem… kosmicznie. Ale tak jest nazywane. Dziewczęta po ślubach tańczą przy ognisku jak na weselu. Są aż pijane radością, że taki super Pan Młody jest ich (znaczy każdej z osobna – !). Matka przełożona też czuje się żoną. W głowie się kręci. Ale też dodaje to bohaterkom kobiecości. Każda pracuje nad swym małżeństwem z osobna. Zakon to inny świat? O, tak.

Skierujmy światło na przeoryszę. Gra ją Melissa Leo (najwięcej nagród zgarnęła dotąd za drugoplanową rolę w Fighterze – 2010). Dla niej warto zobaczyć ten film. Od nowicjuszek zaczęłam, bo to plan pierwszy, ale matka przełożona to postać-cebula. Warstewka po warstewce buduje efekt piorunujący. Najwyższy czas, by uwzględnić tło historyczne (które dla zrozumienia opowieści o nowicjacie nie było najistotniejsze). Jesteśmy na początku lat 60. Papież Jan XXIII reformuje kościół na II Soborze Watykańskim. Jeden z dekretów adresowany będzie bezpośrednio do osób konsekrowanych. Zrewolucjonizuje ich świat. Patrzę na te przemiany przez pryzmat filmu – w tym świetle zmiany są dla wielu zainteresowanych nie do przełknięcia. Podobno ich konsekwencją było porzucenie zakonu przez 90 000 zakonnic. 

Matka przełożona to przeczuwa. Trzyma swe dziewczyny pod kloszem niewiedzy. Dopiero arcybiskup przywołuje ją (groźbą) do porządku. Ach, ten epizod z arcybiskupem! Jak on ustawia hierarchię! Jak biskup się nią pasie, jak zakonnica przełyka pigułkę pokory!

Dlaczego kreacja Melissy Leo jest taka świetna? Bo niejednoznaczna. Ja ją rozumiem, choć charakter nie mój. Gdy mówi nowicjuszkom, że zastąpi im Boga jako pośredniczka, chociaż to absurd, brzmi wiarygodnie. Gdy przenika wzrokiem, organizuje sesje terapeutyczne, przeprowadzając na dziewczynach wiwisekcję, miażdży gaduły wrzaskiem – wywołuje dreszcze. Ale wiele rozumie. Zna wszystkie wątpliwości, bo sama ich doświadcza i woli obrać dziewczyny ze złudzeń. Już ona wie, co znaczy milczenie Tego, który przyjął dar poświęcenia Mu życia. Scena, w której miotana irytacją – bo w czasie absolutnej ciszy, nowicjuszka pozdrowiła ją na głos – nie panuje nad twarzą, zapada w pamięć. Nie tyle jest wściekła (nad miarę), co ogarnięta niekontrolowaną chęcią, by przedrzeźniać, doszpilić, przydepnąć tę nieogarniętą istotę, która stanęła jej na drodze. Trzeba zamilknąć, gdy kładzie się u stóp ołtarza jak zdradzona kobieta, która „pomimo wszystko” będzie trwać w wierności. Albo gdy przełyka łzy, czytając dekret, który – tak to przynajmniej brzmi – degraduje zakonnice z pozycji Oblubienic do równych wszystkim innym członkom kościoła, od których nigdy nikt radykalnych wyrzeczeń nie oczekiwał.

I tu już trzeba kończyć, bo ileż można. Ale zza muru wyłania się postać, którą lubię najbardziej. Julianne Nicholson jako Nora Harris, matka Cathleen. Kobieca, bezpośrednia, nonszalancka wobec kościelnych świętości, których nie rozumie. Świecka do bólu. Pełna podejrzeń wobec instytucji, w której swe życie chce ulokować jej córka. Próbuje wybić jej z głowy klasztorną opcję. Ale zostawia Cathleen wolność, bez której sama by żyć nie mogła. Pojawia się raz po raz i mnie jej obecność wzrusza. Jak zawsze wzrusza miłość, niestawiająca kochanej osobie barier i kłód w poprzek drogi, którą chce iść.

 

zaległa obecność

Na czym to skończyłam? Na lipcowej Dunkierce? Ano. Trochę wody upłynęło. Trochę znużenia przybyło. I zdziwienia – że jak to? Tamaryszek nie pisze, a świat wciąż toczy się dalej? I filmy ktoś kręci, choć nie są na …pre-tekstach opisane? Żaden alarm się nie włącza, a przecież siedzą we mnie (coraz słabiej osadzone) obrazy widziane w kinach w sierpniu, wrześniu, październiku…

No, to czas na remanent (zanim kolejna zaspa niepamięci przysypie chwilowo świeże wrażenia). Na 18. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty (początek sierpnia) największe wrażenie zrobił na mnie Zwiagincew. Już wiadomo, że Niemiłość wejdzie do kin na początku lutego. Wówczas warto nie przegapić. Nawet jeśli nie trzeba wiele, by zamknąć oczy i wyświetlić sobie ten film z pamięci, bo mocno się po pierwszym oglądzie w głowie osadza. Ta scena, gdy mały Alosza – za drzwiami łazienki – słyszy rodziców podrzucających go sobie jak niechcianą paczkę. Albo spotkanie mamy Aloszy z własną matką (pełną wypomnień i żywych zaległych życiowych rozczarowań). I ta myśl, że nawet nienawiść nie boli bardziej niż „niemiłość”, obojętność i chłód.

Sierpniowy Wrocław to był dla mnie czas odkrycia takich filmów jak Dusza i ciało (węgierski), Po tamtej stronie (fiński), Western (niemiecki) i Manifesto (oj, szalona Cate Blanchett!). Odkrycia! Poza tym unikalne spotkanie z Van Goghiem, powtórzone w październiku, na seansie z dubbingiem. Twój Vincent – mocno zabrzmi, ale tak: obrazy Van Gogha już nie będą takie same. Są podszyte ruchem. Potencjalnością. Jakby naprawdę można było w nie wejść i dojść z jednego pejzażu w kolejny. Poza tym cały czas bawi mnie świadomość, że można zagrać rolę w filmie animowanym; że ktoś gra po to, by później tę grę zanimować. OK, efekt „no, naprawdę”. Ale czyż to nie tak jakby dojrzała piwonia zamieniała się w kwiatowy pączek? Ależ to byłby świat, gdybyśmy zaczęli marzyć o wejściu w przestrzeń już istniejących malarskich struktur. Gdyby ktoś mnie zanimował np. jako tę dziewczynę na huśtawce, w białej sukience z niebieskimi kokardami – z Renoira. A jeszcze lepiej tę w czerwonym kapeluszu, siedzącą z dzieckiem na tarasie, zamyśloną taką. O, tę chcę zagrać! Mam predyspozycje. ;)

Widziałam latem i inne – Happy End (Hanekego), A Ghost Story (Lovery`ego) czy The Square (Östlunda). Zostały we mnie we fragmentach. Może się kiedyś – przy kolejnym oglądzie – poskładają w całość. Podwójny kochanek przesądził o przypięciu Ozonowi łatki nudziarza.

To było „przedwczoraj”, a „wczoraj” raczyłam się Ameryką na wrocławskim 8. AFF (ostatnia październikowa sobota). Ździebełko filmowej klasyki: pobyt w psychiatryku u Samuela Fullera – Shock Corridor. Psychiatryczna Ameryka (kameralny plan jest mikrokosmosem, w którym USA – i nie tylko – mogą się przeglądać). Ostrzeżenie: nie ryzykować dla kariery pisarskiej zbyt wiele! Może i trzeba przyjrzeć się światu, zanim się go opisze. Lepiej jednak zachować dystans niż skończyć jak katatonik z wyciągniętą ręką. ;) Z hałaśliwej przestrzeni dobrze wskoczyć w miejsce zaciszne (choć stany z ekspresją hiper- i hipo- dają podobny rodzaj odlotu). Trafiłam do Nowicjatu (Margaret Betts) – którego akcja rozgrywa się (podobnie jak film Fullera) w latach 60. Nowicjat to mój faworyt tegorocznego oglądu (i chciałabym mu poświęcić w oddzielnym wpisie więcej uwagi).

A propos amplitud dalekich od normalności: dorzucę jeszcze dokument Kochana mamusia nie żyje, którego temat (morderstwo matki przez córkę, uśmiercaną uprzednio przez matkę farmakologią i toksynami emocji) jest tyleż mocny, co prowadzący na skraj irytacji.

Bardzo mi natomiast było miło wędrować nocą w gangsterskim klimacie ze zmęczonym do granic możliwości Joaquinem Phoenixem czy z Robertem Pattinsonem i braćmi Safdie. Okradać, mordować, uciekać… w świetle migających neonów natężających ból głowy.

Zabawne, że festiwalowy program opisuje oba filmy (Nigdy cię tu nie było i Good Time) jako krzyżówkę Taksówkarza Martina Scorsese i Drive Nicolasa Windinga Refna lub Taksówkarza i Siedem Davida Finchera. Czyżby „kalkomania” redaktorów? Bo noc, samochód i desperacja?

Ojejku, ja nie wszystko rozumiem, poprzestaję na domysłach, ale i tak oczu nie mogę oderwać, gdy Phoenix w jednej scenie śpiewa z mamą piosenkę „alfabetyczną”, a w drugiej wali po mordach (mało powiedziane!) zleconych mu skurwieli (słowo, wiem, nieładne, lecz adekwatne). You Were Never Really Here.

Good Time to coś dla miłośników absurdu (lub sensacji podszytej humorem). Jeden z braci Safdie (scenarzyści i reżyserzy) gra tu rolę upośledzonego umysłowo, w którejś z pierwszych scen poddawanego ankiecie przez terapeutę. „Co to dla pana znaczy: dzielić skórę na niedźwiedziu?… a co: uderz w stół , a nożyce się odezwą?…”. Jego bystry brat, Connie (Pattinson), próbuje go wyciągnąć ze stresogennej sytuacji. Bo biedak napina się niemożebnie przy odpowiedziach („Connie, my tu z panem rozmawiamy o niedźwiedziu i nożyczkach”). I cały film jest właśnie o tym, jak bystrzak próbuje udowodnić światu, że brat nadąża i wszystko potrafi. Zaczynają od tego, by sprawdzić, czy im się uda wspólny napad na bank. A dalej to już czysta gonitwa-ucieczka, roller coaster, co nawet czasu na namysł nie zostawia, tak gna.

Myślę sobie, że poza wszystkim innym (głębią, kunsztem, wagą tematu…) kino potrzebne jest człowiekowi, by wypchnąć z niego zmęczenie. Owszem, samo też męczy. Zwłaszcza w dawce pięciu seansów na dzień. Ale jak cudownie odświeża – nawet swoim brudem, szaleństwem, dewiacją i innymi paskudztwami, w które narkotycznie umie wciągnąć. Porównać da się to do zanurzenia głowy w rwący nurt. Oddechu brak, stężenie grozy i szału większe niż przed zanurzeniem, ale gdy się ponownie odzyska dostęp do powietrza, to nagle tlen wskakuje w normalne parametry. 

Dunkierka

Dunkierka, reż. Chrstopher Nolan, Wielka Brytania &co, 2017

Do pisania o filmach wojennych podchodzę z nieśmiałością dużą, bo co ja tam wiem. Myli mi się, kto-gdzie-jak dowodził. Jakie strategie tworzą ukryte tło zdarzeń. Nie rozróżniam broni, pojazdów, samolotów. Nawet o znaczeniu bitew muszę coś doczytać (przed lub po). Dunkierka plasuje się na liście zdarzeń mi znanych, ale jeśli dorzucę coś od siebie, to nie po to, by zdawać test z historii. Opowiem o sile seansu najnowszego filmu Nolana, o torpedzie strachu, w jakiej na własne życzenie się znalazłam. 

Stawiam Dunkierkę wyżej niż Szeregowca Ryana, Przełęcz ocalonych czy Helikopter w ogniu. A przecież Spielberg, Gibson, Scott swej rangi nie tracą. Do innych wielkich filmów wojennych analogii nie przeprowadzam, choć można przy tej okazji jakiś klasyk sobie przypomnieć.

Bardzo zsynchronizowana opowieść. Równie zasadnie można by zacząć uwagami o muzyce, stronie wizualnej czy scenariuszu. Są sprzężone, wszystkie strefy działają równocześnie. 

Akcja rozpisana na tydzień, przełom maja i czerwca w 1940 – operacja „Dynamo”. Osaczone wojska alianckie – angielskie i francuskie (trzeba rozróżnić) – nie mają szans w walce z wrogiem. Należy więc ewakuować żołnierzy przez Kanał La Manche. Na horyzoncie plaży w Dunkierce mgliście „widać” ojczysty ląd. Dom jest niemal w zasięgu zmysłów, wzmacniając tęsknotę i bezradność. Siły zbrojne nie przysyłają na ratunek okrętów wojennych, czekających w gotowości na obronę Brytanii. Nadzieja w małych, licznych, łodziach i jachtach. A żołnierzy na plażach Dunkierki są setki tysięcy. Jakie szanse ma każdy z nich, by być uratowanym? Im ich więcej, tym nadzieje na życie mniejsze. 

Wiadomo, że wielka ewakuacja stała się symbolem „zwycięskiej porażki”. Na francuskim brzegu porzucono broń i wcale niemałą liczbę poległych żołnierzy, na brzeg angielski dotarło ich 338 tysięcy 226. W jednej z końcowych scen, gdy wchodzą do pociągu, którym pojadą w głąb lądu, niewidomy starzec wita ich słowami:
– Brawo!
– Myśmy tylko ocaleli.
– To wystarczy!
Napięcie między doświadczeniem przegranej i wygranej wpisane jest też w scenę czytania gazety. Jeszcze nie wiedzą, jaki będzie społeczny komentarz do ewakuacji, strach przed wstydem waży się z ulgą po totalnym zmęczeniu minionego tygodnia. Mnie się to rozdarcie nie udziela. 
Przeżyć – wystarczy. Wreszcie przestaję się bać, rozumiem tylko sen, w który się chronią, odreagowując piekielną, natężoną czujność. Film Nolana nie zajmuje się tym, co odłoży się w psychicznej pamięci. Wystarczająco dużo się zdarzyło, by ocaleni zapamiętali ekstremalne stany i reakcje.

Fenomenalne jest to, że scenariusz Nolana nie koncentruje się na żadnej spektakularnej historii. Można wybrać, który z bohaterów silniej zaanektuje naszą uwagę. Każdy, kto wchodzi w pole akcji, wprowadza swój los w grę. Gra zagarnia coraz więcej ludzi i coraz mniej daje im szans. Nie dowiemy się o tych postaciach zbyt wiele. Poza tym, że pod Dunkierką dotknęli śmierci, ostatecznie lub tylko czując jej przedsmak.

Dunkierka. 1

Skoro więc nie śledzę „przygód”, nie uruchamiam sentymentalnych kontekstów, nie mam wglądu w biografię, w relacje, w bagaż cudzy, to uruchamiam własny. Przez niespełna dwie godziny jestem nad Dunkierką w błękicie nieba i wody, w kabinie myśliwca z Farrierem (Tom Hardy), który traci kontrolę nad zasobami paliwa. Albo z Collinsem (Jack Lowden), lądującym na pełnym morzu, w stawiającej opór kabinie napełniającej się wodą. Albo na jachcie Dawsona (Mark Rylance), który kieruje się w stronę odwrotną do ucieczki. I trudno nie rozumieć, że wyciągnięty z morza żołnierz dygocze ze strachu (Cilian Murphy). Jeszcze gorzej: nie w myśliwcu jestem i nie na jachcie, lecz w zatapiającej się łajbie albo pod wodą, na której unosi się i za chwilę zapłonie warstwa ropy. Na mostku wśród tysiąca innych pod ostrzałem bombowców.

Dunkierka. 3

Scenariusz, który sygnalizuje potencjał bohaterów, ale za nim nie idzie, to ryzyko. Słusznie podjęte. Zmultiplikowanie bohaterów, wtłoczenie na plażę statystów, balansowanie między otwartą przestrzenią nieba, wody, piasku a klaustrofobiczną cieśnią kabin – potęguje strach. Kolorystyka obrazów – czasem błękit, często sinoniebieski, szary, beż i cała paleta ciemności. Operatorem jest Hoyte Van Hoytema, chciałabym zapamiętać. Muzycznie prowadził mnie przez seans Hans Zimmer. Nie umiem opisywać muzyki, ale kto wie, czy to nie główna siła, która wpędziła mnie w lęk. Swą monotonią narastającą. Cały czas sugerując jakąś eksplozję, ale w heroizm nie wchodząc. Właśnie osaczenie – czasem, przestrzenią, dźwiękiem jest tym, co działa silniej niż herosi i ich ewentualne tragizmy i heroizmy.

Jak powstawała Dunkierka? (materiał z vloga Na gałęzi)

Dunkierka

 

Olli Mäki

Olli Mäki. Najszczęśliwszy dzień jego życia (Hymyilevä mies), reż. Juho Kuosmanen, Finlandia 2016

Premiera w połowie lipca. Widziałam, bo byłam na seansie „kina w ciemno” (MUZA).  

Fowiści zgłosiliby veto: film czarno-biały. Amatorzy soundtracków mogliby poczuć niedosyt: nie ma muzyki spoza planu (na planie – niewiele). A ja mówię: zaskoczenie, niespodzianka, bardzo w punkt.

Chwytliwy slogan głosi, że to „fińska love story”, ale bardziej „fińska story” niż „love…”. Opowieść ma zaczepienie w prawdziwej historii – w biografii tytułowego Olli, boksera, który miał dla Finów wywalczyć mistrzostwo świata w 1962 roku.

Fabuła krąży wokół tego sportowego eventu. W Helsinkach rozegra się wielki pojedynek: Amerykanina (który ma tytułu bronić) i Fina (który ma mu go odebrać). Olli to prowincjonalny piekarz z Kokkoli (w tym mieście urodzi się też reżyser – 27 lat po pamiętnym bokserskim starciu). Skoro po tylu latach kręci się o Ollim Mäkim filmy, znaczy, że była to w fińskim sporcie persona. Póki co jest świeży, skromny, uważnie rozpoznający swe cele i uczucia. Cel: nie sprawić zawodu, czyli wygrać, uczucie: „chyba się zakochałem”, czyli Raija. 

Wszystko jest takie niepozorne! Dzisiejszy świat glamour, szeroko otwarty dla sportowych celebrytów, jeszcze nawet nie raczkuje (albo ledwie). Owszem, ekipa fotoreporterów ma śledzić przygotowania, robi się kilka ustawek (nic nieznaczącą Raiję usuwając w cień). Żadnych tam pstrykniętych ukradkiem zdjęć paparazzich. A były przecież widowiskowe okazje – np. gromada zapiętych na ostatni guzik dziennikarzy wkraczająca do łaźni, gdzie goluteńcy bokserzy.

Największym zaskoczeniem jest to, co poza fotograficznym kadrem. Życie codzienne w malutkich mieszkankach, spanie kątem u trenera (w dziecięcym pokoju, skąd przegnano dzieciaki), amatorskie zbijanie wagi. Jest szum i są oczekiwania, ale ich skala budzi uśmiech. Podobała mi się scena kościelna. Olli jest gościem na czyimś weselu. Nieważni nowożeńcy, mężczyźni teatralnym szeptem chcą wydobyć z weselnego gościa, ile to on musi ważyć i jakim cudem schudnie. Biedny Olli nie mógł przecież startować w tej kategorii wagowej, do której naturalnie przynależał, bo w wadze lekkiej triumfował niegdyś trener. Olli musi zmarnieć do 57 kg, do wagi piórkowej, a i tak cud-miód, że nie do koguciej. 

Wszystko, co mnie ujmuje w fińskiej opowieści o człowieku, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, jest rozpięte między prostą i minimalistyczną mimiką młodego boksera a promienną i mądrą twarzą Raiji. Skupienie i jasność. Więc jednak „love” głównym tematem? Jednak nie. Historia tych dwojga rozwija się dyskretnie, w domysłach, bez dramatyzmu. Prawie jej nie ma, choć tworzy mocne tło.

Jest jak antidotum na niepewność i presję świata. Jak lek, kompres i multiwitamina na spojrzenia, które widzą w nas kogoś, kim podobno mamy być. Raija patrzy prosto, z uśmiechem, gotowa roześmiać się w głos lub zrobić głupią minę. Niby nic nie znaczy, sama chętnie schodzi na drugi plan. Ale wówczas drugi plan staje się pierwszym. Tak to chyba widzi Olli. Jeśli więc w realnym życiu rzeczywiście związał się z Raiją, to pewnie się nie zatracił i równowagę utrzymał. Bo to właśnie taki film o równowadze. Zwłaszcza w chwili, gdy coś nas rozbuja i próbuje przestawić na nieznany nam tor. Wówczas jest tak, jak w tych scenach, gdy Olli wiózł rowerem Raiję siedzącą na przednim kole. Miało się na wywrotkę, a do celu dotarli.

Data bokserskiej walki – 17 sierpnia 1962 – bez względu na to, co się zdarzy na ringu, będzie datą szczęśliwą. I o to „bez względu” toczy się gra.

Olli Maki 3

w starym (dobrym) stylu

W starym, dobrym stylu (Going in Style), reż. Zach Braff, USA 2017

Nie przeżyłam katharsis i za kilka chwil pewnie zapomnę. Ale spędziłam w kinie miły wieczór, więc uwieczniam. 

Starsi panowie trzej, osiem dekad na karku, wdzięk i stetryczałość w symbiozie. Przywiązanie do stylu, którego dziś się już nie praktykuje (a żal). 

Oni sami fazę ekspansji mają za sobą, teraz znoszą dyktaturę ciała, młodszej generacji i bezosobowych skarlałych instytucji. Te ostatnie kondensują się w „osobie” banku.

Bank to wróg, okrada i pasie się cudzym. Jest przy tym machiną sprawnie działających bezmyślnych trybików, którym do rozumu trafić nie sposób, bo zamiast niego mają cukrową watę lub obligacje (karykaturalni urzędnicy). Idea jest podobna do tej, która organizowała (świetny!) film z tegorocznej puli oscarowej: Aż do piekła (Hell or High Water). Skoro bank okrada nas, weźmy mu, co nasze. Napad na bank, z którym mamy rachunki do wyrównania. Wspomniany film rozgrywał to w teksańsko-kowbojskiej scenerii. Tu jesteśmy w klimacie amerykańskiej aglomeracji (NY). Konwencja komedii ustala tonację. Oczywiście, będą klisze, uskoki od komplikacji, gładkie happy endy. Nie szkodzi. Można wręcz uznać to za nadwyżkę, aluzję do wcześniejszych tego typu pomysłów, do filmów, w których zagrali pierwszoplanowi aktorzy, do ich emploi.

Tercet składa się z: Michaela Caine`a (Joe), Morgana Freemana (Willie) i Alana Arkina (Albert). Dorzućmy Ann-Margret Olsson, która odmładza ww. obsadę o pół dekady (nie ma co przy tych liczbach szacować inaczej niż w dziesięcioleciach). Ann-Margret podchodami, wdziękiem, uporem zdobywa serce Alberta, który do życia zwykł podchodzić sceptycznie i jeśli w coś wierzył, to w jedno: że nie zamierza się z nikim wiązać. ;)

Panowie żyją samotnie, sercem Williego i myślami Joe rządzą ich wnuczki. Ach, no tak to właśnie jest, że jeden z przyjaciół jest emocjonalny (Freeman), drugi to bystrzak intelektu (Caine), trzeci cynik i ciut maruda (Arkin). Wystarczy, by wspólny los mogli sobie urozmaicać na miarę możliwości. Jak się spodziewamy, głównym urozmaiceniem ma być napad na bank. Zanim do niego dojdzie, zrozumiemy, dlaczego jest konieczny. Po pierwsze: dlatego, że film rozpoczyna się napadem (w którym Joe występuje w roli zafascynowanego obserwatora i oczka mu się świecą do takiej pomsty na gnębicielach). Po drugie: jesteśmy wtajemniczani w efekt gospodarczego przekrętu, który „mrozi” emerytury, cedując je na bankierów. A kiedy w skrzynce Joego widzimy najpierw kopertę żółtą (ostrzeżenie, że zabiorą dom), później czerwoną (egzekucja ww. ostrzeżenia), to jasna sprawa, że lont się pali, a „bomba” wybuchnie.

Najbardziej spektakularnymi scenami są te bankowe. I wprawka rabunkowa w supermarkecie – obrazuje, jak daleko od natury starszych panów jest fach złodziejski. Najmniej podobały mi się przeszarżowane epizody z Christopherem Lloydem, który gra staruszka-imbecyla w takim stadium demencji, że nie śmieszy, lecz żenuje. Mam dwie ulubione scenki. Pierwsza zabarwiona ironią, druga dziecięcym urokiem. (spojlerki małe, nieszkodliwe, lecz ostrzegam)

1) Scena niemal z początku. Joe, Willie i Albert oglądają telewizyjny show o randkowaniu.  Panna w finale wybiera jednego z trzech kandydatów, którzy wykosili konkurencję. Za chwilę wręczy mu różę. I właśnie to, że panowie oglądają bzdurny show, choć nie mają złudzeń co do fałszu takich podpubliczek – już to jest komiczne. Więcej, oni pannie (przez szybkę ekranu) udzielają rad, że skoro z tej miernoty ma jednak coś typować, to tylko jeden wchodzi w grę. Trzech facetów bezbłędnie przeprowadza wiwisekcję młodzieńców, niestety z błędem typuje wybór dziewczyny. Oto, co znaczy znać życie! Nic nie znaczy, bo zawsze zaskoczy nas cudza nieznajomość.

2) Scena, która preludium ma podczas napadu, a kulminację na policji. Nie wszystko w banku szło według planu. Willie emocjonalnie zareagował na ofertę dziewczynki, która rabusiom chciała oddać własną lalkę. „- Nie, od ciebie lalki nie wezmę. Masz taką samą, jak kiedyś moja wnuczka”. Nieopatrznie też daje dziewczęciu zerknąć na cyferblat swego zegarka. A tam fotka ukochanej wnusi. Policja, która z kamer odtworzyła to zajście, wykorzystuje dziewczynkę do wytypowania rabusia spośród szeregu podstawionych. Ale mała spryciara ma serce po właściwej stronie. Wie, komu współczuć, komu pomóc. Spisuje się na medal. A rozbrajająca jest końcówka tego epizodu. Dziewczynka z kamienną twarzą i pewnością mędrca zapewniała policję, że pamięć ma fenomenalną i że żaden z panów nie jest tym, któremu oferowała lalkę. Cudnie się rozpromienia przy wyjściu, gdy widzi znaną ze zdjęcia wnuczkę Williego. Och! A jakże! Pamięta, pamięta, ale sztamę trzymać potrafi! Panna na schwał!

Intrygę zostawiam lekko w tle, ale puentę ujawnię. Tą wyrażoną wprost są słowa z sekwencji początkowej (parafraza): społeczeństwo powinno dbać o starszych ludzi, jeśli nie dba, wystawia sobie marną wizytówkę. Puentą nie wyrażoną w słowach, lecz przecież oczywistą, jest pochwała przyjaźni, inteligentnej kontry, zrywu, by jeszcze pożyć i narzucić światu swoje warunki. Ładna puenta. :)

opowieść do wysłuchania

Długie milczenie grozi eksplozją. Ryzy nakładam i słowotoku nie będzie. Sam konkret. Opowiem co i dlaczego absorbuje moją uwagę. Oczywiście poza filmami, książkami, pracą i życiem powszednim.

CK Zamek (Poznań) – Centrum Praktyk Edukacyjnych – ogłasza wiosną konkurs na projekt Współdziałanie w kulturze. Muszą być dwie strony, edukacja i kultura, i jakaś grupa docelowa, której projekt będzie służył. Czegoś uczył i zapraszał do twórczego działania. Wystartowałyśmy z moją przyjaciółką i dano nam zielone światło. Wybrano siedem projektów do realizacji, również nasz.

Ja reprezentuję ZSO nr 4, Joanna ODN. Partnerów znalazłyśmy w Teatrze Nowym (Michał Pabian jest tam dramaturgiem, prowadzi również spotkania z tekstem i pisarzami – Czytnik) i w Radiu Poznań (Wanda Wasilewska specjalizuje się w reportażach społecznych). Działamy do połowy października.

Tytuł zdradza wszystko: „MOST ZAMIAST MURU. Opowieść do wysłuchania”. Dotyczy wykluczenia. Grupą docelową są osadzeni w Areszcie Śledczym na Młyńskiej. Robimy z nimi słuchowisko. W ten sposób opowieść zza muru zbuduje most i ma szansę pokazać, że po obu stronach można podobnie myśleć i czuć. A jeśli różnie, to też ciekawie.

Drugą grupą  są licealiści. Popracujemy z nimi nad wykluczeniem, które widzą wokół siebie lub którego doświadczają. I dobrze by było, gdyby i tu powstała jakaś opowieść. Te opowieści być może się spotkają.

Zaplanowałyśmy cykl warsztatów. Scenarzysta z Teatru Nowego pracuje z więźniami nad historią, która ma być opowiedziana. Fikcja, przefiltrowana przez ich sposób patrzenia. Potem aktor pomoże przygotować role, a reporterka wystąpi w roli reżyserki. Chłopaki z Młyńskiej zadziałają. Już ruszyli i idzie nieźle.

Młodych dopiero rozkręcamy. Mamy dla nich warsztaty tematyczne – „wykluczenie” i „inność”, mury i mosty. Spotkają się ze scenarzystą, reporterką społeczną, aktorką, która metodę dramy wykorzystuje w działaniach społecznych, również ze mną i z Joanną.

Trzymajcie kciuki, bo gra jest warta świeczki. :) Można nas polubić i obserwować na fanpage`u (KLIK).

Zapraszam :)