Archiwa tagu: szkoła

lata 30. i Bydgoszcz

30. Aff-Era Filmowa. Bydgoszcz. 22-25 września 2015

Jest taka impreza. Pulsuje w bydgoskim Pałacu Młodzieży przy Rondzie Jagiellońskim. Zawiadują nią „Dominikanie” – Dominika Kosińska i Dominik Wierski. Wspomagają filmoznawcy z bydgoskiego i poznańskiego uniwersytetu. I nie tylko, bo również ci, którzy prowadzą warsztaty (filmowe, fotograficzne, taneczne, literackie i te o savoir-vivrze). Słowem: coś dla tych, którym już ciało zdrętwiało od siedzenia w szkolne ławce i zamarzyła się podróż filmowa. Taki na przykład maturzysta, co to zabiera się do lektury Nałkowskiej albo pierwszak sięgający po Mistrza i Małgorzatę. Zanim przekona go Bułhakow do wysłuchania konsultanta czarnej magii na Patriarszych Prudach albo zanim zrozumie, dlaczego Zenon Z. desperacko oblał się kwasem, może wdać się w Afferę. Wehikuł – magiczny jak kino – przenosił w lata 30. za minimalną opłatą, z bagażem ledwie podręcznym, z instrukcją w postaci prelekcji.
Lata 30. plakat
Przeszkody były? Były. 
Ktoś nie spał w nocy, więc oko kleiło się, gdy zgasło światło. Ktoś dał się oczarować Hasowi i zajrzał do Sanatorium pod Klepsydrą, a drugi Ktoś wolał cyrk Braci Benzinich i Wodę dla słoni.  Mogło być tak, że nie każdy etap podróży był dla każdego jednakową atrakcją. Ale była jazda i kalejdoskopowy pakiet podróżny.

***

Przedwojenna Warszawa (i Zakopane)

Adolf Dymsza, „dziedzicznie obciążony” wielorakimi talentami fryzjer Czwartek, staje się kanadyjskim hokeistą Piątkiem, którym de  facto jest Aleksander Żabczyński.  Zabawne qui pro quo organizuje dziesiątki komicznych scen Sportowca mimo woli. Ten sam chwyt (najwidoczniej sprawdzony i niezawodny) przejął reżyser komedii Piętro wyżej. Tu myli się Hipolit Pączek (meloman) z Henrykiem Pączkiem (spikerem i jazzmanem). A ekran, oprócz fabuły, oferuje opowieść o tym, co w latach 30. było modne. Stroje, fryzury, piosenki, sport i jazz, i ówczesny bon ton. Również typy amantów i amantek: Dymsza, Żabczyński i Bodo oraz panie – Helena Grossówna czy Ina Benita.

Chaplinowskie Wielkie Miasto (LA/NY?)

Obszarpany tramp w meloniku, w podartych portkach i z laseczką wędruje ulicami, co rusz – przez przypadek, który jest duchem sprawczym wszystkich gagów – trafia na salony bogaczy, na ring lub do pokoiku kwiaciareczki. To połknie gwizdek, to zje serpentynę zamiast makaronu, to zatrudni się w firmie czyszczącej miasto i jak magnes przyciągnie stado koni i słoni, których kupy trzeba będzie usuwać. Może nielekkie to życie, ale warto się ogrzać burleskowym żartem, zanim zgasną ostatnie Światła wielkiego miasta.

Nowy Orlean 

Tutaj skok w przeszłość. Betty Davis przenosi nas w czasy wojny secesyjnej, na farmę na amerykańskim Południu. I chociaż wtedy panny chodziły w gorsetach, grzecznie dygały, a na Bal Debiutantek przywdziewały szumiące białe suknie, ona stroi się w szkarłatną, wydekoltowaną i zaczepną. I pokazuje, ile trzeba płacić za chęć bycia niezależną. Stracić można wszystko. Tym bardziej, że to melodramat, w którym zazwyczaj depcze się uczucia i łamie serca. Jezebel – Dzieje grzesznicy.

Norymberga

Leni Riefenstahl dokumentuje zjazd faszystowskiej partii i przez dwie godziny każe nam oglądać Hitlera. Z żabiej perspektywy, by wyglądał jak atletyczny wódz. Albo sam Pan Bóg lądujący z nieba na ziemię, z dobrotliwym uśmiechem i mocną pięścią na mównicy. Rzesze wielbicieli Trzeciej Rzeszy. Wszyscy wygimnastykowani w składaniu rąk do salutu, maszerujący, zwarci, nordyccy. Reżyserka nazwała dokument Triumf woli, choć ciśnie się na usta raczej „obłęd zniewolenia”. 

***

Tyle stacji przedwojennych, pozostałe pochodzą z lat późniejszych, nawet z ostatniego sezonu, ale rozgrywają się niezmiennie w trzeciej, przedwojennej dekadzie. Czasem w miejscach fikcyjnych jak Zubrowka z filmu Wesa Andersona, nierzadko w drodze (tam, dokąd prowadzi cyrk lub gdzie trzeba dotrzeć z trumną zmarłej matki). 

USA

W bliżej nieokreślonej przestrzeni. Chyba że komuś mówi coś miasto Jefferson w hrabstwie Yoknapatawpha (gdzieś w stanie Missisipi). Tam podążają żałobnicy z trumną, opisani wcześniej przez Williama Faulknera – Kiedy umieram. Nieco odrażający ojciec, czterech synów i córka. Atmosfera z pogranicza szaleństwa, groteski i ekscentrycznych objawień o samotności, bólu czy poplątanych pragnieniach.

Dużo prościej jest oglądać Jennifer Lawrence i Bradeya Coopera w melodramacie Serena. Jak już wspomniałam, melodramat łamie serca i depcze uczucia. A do tego lubi wysoką temperaturę (tu całkiem dosłownie, ogień wypala wnętrza i spełnia się w pożarze). Natomiast lata 30. lubią melodramat – i tak się kręci błędne koło. Cooper kocha Lawrence, a Robert Pattison wzdycha do Reese Witherspoon, choć Christoph Waltz krzywo na to patrzy (Woda dla słoni). Cała nadzieja w słonicy Rosie, która jest „dziedzicznie obciążona” niezliczonymi talentami niczym fryzjer Czwartek.

Zubrowka

W latach 30. wydarza się większość historii opowiedzianych w szkatułkowo skomponowanym Grand Budapest Hotelu. Zero kocha Agatę, a Monsieur Gustave wszystkie starsze panie, ale tym razem nie w tym rzecz. A w czym? W melancholii, w dowcipie, w muzyce Alexandra Desplata i zapachu l`air de panache. 

Hiszpania (a ściślej: Aragonia)

Ken Loach ma rękę dokumentalisty, więc Ziemia i wolność uderza realizmem. Przeniosła nas w sam środek hiszpańskiej wojny domowej. W temperamentne spory republikanów, tych sympatyzujących ze Stalinem i tych, którzy jak protagoniści u Loacha marzyli o alternatywnej wizji komunizmu. Słowo klucz to „marzenia”. O równości, wolności, sprawiedliwości (którą każdy rozumie inaczej). Rzecz również o mrzonkach idealizmu i o tym, że niepotrzebnie przedkłada bezkompromisowość nad miłość.

Anglia

Ryszard III w klimacie lat 30. – w obłędnej obsadzie, w tanecznym rytmie, w kostiumach XX-wiecznych. Ryszardem jest „Gandalf”, czyli Ian McKellen (wyprany z magii, wystylizowany na Hitlera). Kobiecy tercet tworzą:  Annette Bening, Kristin Scott Thomas i Maggie Smith. Jest nawet kamerdyner z Downton Abbey, czyli Jim Carter (tutaj grający Lorda). To się ogląda! Nawet jeśli słowa Szekspira chłoszczą miłośników prozy.

Drohobycz (?)

Nikt nie wie, gdzie znajduje się Sanatorium pod Klepsydrą. Gdzieś na granicy jawy i snu, życia i śmierci, w pętli czasu. Ale niewykluczone, że można tam dojechać z Drohobycza, z którego Bruno Schulz oglądał i kreował świat. Jest wszystko, w czym kochał się pisarz, jego bohater i reżyser. A więc: syn zafascynowany ojcem, kuszony egzotyką i erotyką; manekiny, ptaki i tajemnicza księga; ruina i rupiecie; starość i dzieciństwo, kobiecość i męskość. Zagubienie (tyleż samo bohaterów co widzów).

Bydgoszcz

W przedwojennej Bydgoszczy grasował seryjny morderca. Zwodził policję, ofiar szukał wśród dzieci, które mamił grą-zabawką z czarnym kotem. Sfilmował (i wymyślił) tę historię Tadeusz Chmielewski (tegoroczny zdobywca Platynowych Lwów na festiwalu w Gdyni). Dawno, bo w 1978 roku. A film – Wśród nocnej ciszy – się nie zestarzał, ogląda się go świeżo i z dreszczykiem.

***

Trzeba więc wrócić do początku. Wszystko zdarzyło się w Bydgoszczy. Anno Domini 2015. Niemal w centrum, dwa kroki od „linoskoczka” nad Brdą i Wyspy Młyńskiej. 

Reklamy

bzdura?

Jestem jak stary Żyd w antysemickich czasach. Krótko mówiąc: nie na fali, wrobiona, postawiona na beczce. Nie ja jedna, może nawet ktoś ma gorzej, w sumie – gdyby nabrać dystansu, to ujdzie. Jeśli autor cieszy się tym, co stworzył, to głupio marudzić, że ma się słabo napisaną rolę. Rola humanisty we współczesnej szkole, wydanie majowe. 

Trwają matury. Teraz czas egzaminów ustnych – język polski rozpoczął się 11 maja. W całej Polsce tak samo, bo od Tatr po Bałtyk obowiązują jednakowe zestawy egzaminacyjne, codziennie nowy pakiet osiemnastu pytań. Sześć z nich dotyczy tekstu ikonograficznego, sześć literackiego, a sześć języka. 666 – imię Bestii. ;) Ale nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nie żyjemy w średniowieczu. Żyjemy w Polsce. I mamy dostęp do internetu. Dwa ostatnie założenia są tu kluczowe. Jak sobie radzą tegoroczni maturzyści? Za wcześnie na komentarz do całego przedsięwzięcia, lecz właśnie skończył się czas moich osobistych obserwacji ustnej części egzaminu. Nie mogę dzielić się doświadczeniami z egzaminacyjnej sali. Wolno mi obserwować źródła powszechnie dostępne.

Miało być lepiej, bo zewsząd narzekano, że jest źle. Więc zamiast wypracowań sprawdzanych według klucza, wprowadzono ocenę holistyczną. A zamiast prezentacji przygotowywanej przez 10 miesięcy zaproponowano losowanie jednego pytania, na które odpowiada się po kwadransie namysłu. Poza aspektem merytorycznym (inna formuła sprawdza inaczej i co innego), istniał też aspekt moralny. O prezentacjach szła fama, że handluje się nimi powszechnie, że rzesza ludzi zarabia na produkowaniu gotowców, a maturzyści płacą, kują na blachę i zdają. Albo po prostu pożyczają od kolegi ze starszego rocznika i sprzedają komisji egzaminacyjnej czerstwy chleb jak świeżą bułkę. Komisja miała ograniczone środki weryfikacji blagi, dużą świadomość w czym uczestniczy i porcję satysfakcji z rozpoznawania zdających, którzy wykonali zadanie samodzielnie a nawet z pasją.

W tym roku inaczej, ale tak samo. Maturzyści szukają sposobów, by pokonać Bestię i znajdują rozwiązania oczywiste, których twórcy tego projektu nie przewidzieli (?). Skoro te same zestawy w całym kraju (i tylko 18), to rzecz w tym, by jak najszybciej zebrać dane zewsząd i skompletować wszystkie w jednym miejscu. Nawet nie muszę dodawać gdzie. Tym sposobem maturzyści znają tajne zestawy już o dziewiątej. Nieboraki, którym wypadło zdawać w pierwszej kolejności, cóż, liczą na siebie. Cała reszta ma wgląd w pytania. Ci, którzy zdają po południu, uczą się gotowych rozwiązań.

I co z tego wynika? Jaką aurę wokół matury i szkoły kreuje ta sytuacja? Kilka obserwacji (cytaty ze strony na facebooku).

1. Solidarność 2015
Młodzież jest dumna, że wykiwała starych. Niszczą system, wiadomo – system jest zły i usiłował odebrać im godność. Zmuszał do egzaminu, kazał każdemu samodzielnie, a oni przecież – w miażdżącej większości – nie wybierają się na polonistykę. Po co mieliby uczyć się polskiego, skoro im niepotrzebny?

Prekariusze wszystkich krajów łączcie się. Nie znałam tego słowa wcześniej. Dopiero komentarze powyborcze wylansowały „prekariuszy” jako określenie siły politycznej, zagospodarowanej przez kandydata rozwalającego „system”. Etymologia pozornie wskazuje na słabość [prekariusz = człowiek bez perspektyw].

Jak świat światem, a Polska Polską, trudna sytuacja ludzi łączy i wyzwala potencjał działań zbiorowych. Nazwać to spadkiem po PRL-u? – to przyzwolenie na omijanie prawa, które ustanowił ktoś, komu nie daliśmy legitymizacji. Omijanie przepisów dowodzi cnót, nie wad. A może inaczej: sięgnijmy do czasów własnej matury i z ręką na sercu wyznajmy, że nikt nie ściągał, nie słyszeliśmy o żadnych sposobach i trikach. Nie da się. Nic nie działo się na taką skalę, bo inne były możliwości. Pytanie: czy autorzy (kolejnej) koncepcji egzaminów maturalnych nie potrafili przewidzieć, jak łatwo łamie się procedury? Może przewidzieli, lecz czuli się bezradni wobec technologii i filozofii hakerskich czasów? 

Profesor Bartoszewski zapytany czego oczekuje po pielgrzymce Papieża, zaczął od uściślenia. „Nie wiem, czy chce Pan zapytać, czego oczekuję, czy może czego się spodziewam. (…) Bo oczekuję na przykład, że wszyscy Polacy będą uczciwi, ale w ogóle się tego nie spodziewam”. Analogia jest oczywista.

2. Na legalu nielegalne
Nauczycieli i dyrektorów obowiązują ścisłe procedury i etyka zawodowa. Uczniów nie obowiązuje nic. Na ogólnie dostępnej stronie, często pod własnym nazwiskiem i danymi, które mogą identyfikować miejsce, w którym przystąpili do egzaminu, ujawniają, że naruszyli jego tajność, że zamierzają to robić w kolejnych dniach i że to jest właśnie sprawiedliwość.

Gorzko zabawne jest to poczucie słuszności. Ktoś się obruszył, że zdający o ósmej są pokrzywdzeni. Odpowiedź: winny jest wróg, nie my, to on zasługuje na zemstę.
„(Antolik): CKE nas zrobiło w balona (eufemizując, bo ciśnie mi się inny wyraz) więc my mamy takie samo prawo zrobić je. sprawiedliwość za sprawiedliowść”. [Pisownia oryginalna, przecież maturzysta nie ma obowiązku znać ojczystego języka, skoro nie chce. Centralna Komisja Egzaminacyjna to rodzaj żeński.] „(…)bardzo przykro, że jest to tak niesprawiedliwe, ale jeżeli cke jest niesprawiedliwe wobec maturzystów, to czemu maturzyści nie mogliby być niesprawiedliwi wobec ich…”

3. „Lej ciepłym moczem” na polaka
Język polski (ustny) jest pod szczególnym ostrzałem, bo dla wszystkich obowiązkowy, a zarazem niedoceniany od lat. Nieuwzględniany przez uczelnie w rekrutacji na studia. Nieprzydatny w znaczeniu merkantylnym i pragmatycznym. Przede wszystkim taki sygnał płynie z obserwacji. Humanistyka nie przynosi dochodu – ani państwu, ani jednostce. Niezupełnie prawda. A już kolosalna nieprawda, jeśli uwzględnić znaczenie nieprzekładalne na korzyści wymierne i natychmiastowe. Skoro jednak tych niewymiernych nie traktuje poważnie dorosły świat, to absolutne przyzwolenie na krótkowzroczność mają Ci, którzy swą dojrzałość właśnie potwierdzają na egzaminach.

W komentarzach (fb) ktoś sugeruje, że to nie fair, więc zbiera powinszowania za nieuleczalny „autyzm”. „A chciałabyś powtarzać w sierpniu egzamin ustny, który bądź co bądź NIKOGO nie obchodzi na uczelniach, bo pytanie było pojebane i nie zdałaś?” Rany! Całe sztaby co rok przeprowadzają żmudną ewaluację matury, szukając przyczyn uczniowskich potknięć. A odpowiedź jest prosta i genialna: „pytania były pojebane”. Długo się maturzysta (znany z imienia i nazwiska) wypowiada, niezbyt porywająco, ale cytuję za ową zgrabną frazę o ciepłym moczu, który wszyscy leją na egzamin. Wkracza skatologia. ;)

4. Domino
Następny rocznik patrzy i wyciąga wnioski. Przekaz brzmi: zdałem, choć nie umiałem. Matura to bzdura. Mentalność narodowa każe nam oznajmiać światu, jaki to jestem sprytny, jak wielką mam inteligencję wrodzoną (niećwiczoną), że nieskażony wiedzą wykiwałem durną komisję egzaminacyjną. Gdybym to wiedział wcześniej, nie zawracałbym sobie głowy szkołą już w gimnazjum. 

Jakie wnioski wyciągnie nauczyciel? Jeśli uwierzy, że edukacja to walka (my-oni), to może zacząć budować swoją pozycję na strachu. Może do tej walki przystąpić i łatwiutko (głupiutko) – czy to na egzaminie, czy na sprawdzianie – zadać pytanie, które niewiedzę obnaży. Stop. Nawet nie chcę myśleć, to absolutnie chory wariant. Jestem w szkole po to, by pomóc, by prowadzić i doradzać, (idealistycznie) zainteresować, podsuwać pytania i wspólnie szukać odpowiedzi. Hmm.. też brzmi głupio, bo nierealnie. Moi uczniowie wdzięczni są głównie facebookowi. Ich wygrana mnie nie dotyczy. Nauczyciel, któremu jeszcze się zdaje, że gra toczy się fair, jest dobrotliwym „starcem”, który nie wie, jak kręci się świat. Czy komuś przyjdzie do głowy, że można to wiedzieć, a mimo to nie zgadzać się na ślepy pęd?

Strona (podejrzewam, że jedna z wielu) prowadząca akcję rozszyfrowywania pytań, ma w podtytule „jak mieć przejebane”. Znaczy: współczujcie nam, bo my biedni musimy (?) zdawać głupią (?) maturę. Kto tu ma przejebane? Krótki namysł: wszyscy po trochu, ale głównie maturzyści. Nawet jeśli otrzymają wysokoprocentowe wyniki, nawet jeśli na nie zapracowali, to i tak każdy będzie mógł to podważyć. Zdawałeś w czasach, kiedy wszystko jest relatywne. Gdy coraz mniejsze  znaczenie ma cokolwiek.

Dziś czwarty dzień ustnych matur. O 8.25 dziewięć z osiemnastu pytań zostało odtajnionych, chwilę później już wszystkie. A nawet więcej, bo codziennie ktoś robi kawał i podsuwa pytania wyssane z palca. 

zjazd absolwentów

Zjazd absolwentów, reż. Anna Odell, Szwecja 2013;
T-Mobile Nowe Horyzonty Tournee (2-11.01.2015)

Zjazd absolwentów

Stojąca na pierwszym planie (plakat obok) aktorka i reżyserka, Anna Odell  sprawia wrażenie osoby myślącej obsesyjnie. Nie po zdjęciu tak sądzę, a po filmie. To ma swoje konsekwencje. Na przykład takie, że coś, co ona uznaje za prawdę i co próbuje udowodnić, może być odbierane jako wątpliwa hipoteza, w najlepszym razie opcja jedna z wielu. Zamiast więc śledzić jej misternie (zawile?) przeprowadzaną demaskację grzechów bliźnich, korci, by przyjrzeć się, kim  jest ona sama.

Geneza filmu: 20 lat po ukończeniu szkoły „podstawowej” organizowane jest spotkanie klasowe, na które Anna Odell nie została zaproszona. Raczej nie przez przypadek. Jest coraz bardziej znana w artystycznym świecie, ale ma za sobą lata trudnej młodości, gdy walczyła o akceptację, nie wierząc w siebie i bojąc się otoczenia. Nie zaproszono jej. Tak mało znaczyła, że jej obecność niczego by nie wniosła? Czy właśnie wniosłaby coś drażniącego jak niewidoczny, lecz uciążliwy włos w gardle? Zjazd absolwentów jest odpowiedzią reżyserki na dotkliwe dla niej pominięcie. Gdybym uwierzyła w ten film, powiedziałaby, że jest próbą zrozumienia. Tyle tu jednak ekshibicjonizmu i tendencji, że adekwatniej brzmi: próba rewanżu.

To film-eksperyment. Dwuczłonowy. Część pierwsza to fabularna opowieść o zjeździe, w którym Anna uczestniczy. Domniemana rekonstrukcja możliwych zdarzeń i interakcji. Kluczem jest ten tryb przypuszczający, o którym, oglądając, jeszcze nie wiemy. 

Spotkanie po dwudziestu latach. Impreza sentymentalna podszyta sztucznością. Chyba trudno zachować tu naturalność. Polegałaby ona na wyważonym balansie między sobą dawnym a obecnym, między tym, co pamiętamy i tym, co pamiętają inni. To taka gra kilkudziesięciu zadziwiająco różnych zapisów przeszłości, którą scala jakiś wspólny mianownik. „Byliśmy razem przez dziewięć lat”. I teraz też jesteśmy jak muszkieterowie. „Wspólnie mierzyliśmy się z przeszkodami” – w tej roli dobrze sprawdzi się znienawidzony belfer, jakaś upierdliwa szkolna zasada i pomniejsze, wspólne wszystkim problemy wieku dorastania. „Ten czas nas ukształtował”. Potrzebne są wspomnienia zdarzeń, które wszyscy uznają za formujące – szkolna wycieczka lub impreza, jakieś nieszczęście lub fart, którego razem się doświadczyło. Na tym to polega, po to przychodzi się na seans spirytystyczny. Im więcej sentymentalnego sosu, tym lepiej.

Podczas wywoływania duchów-mitów, ktoś stawia veto. Czarna owca, odszczepieniec, dywersant… wróg. Anna zabiera głos i rozbija iluzje. Mówi o swoim poniżeniu i odtrąceniu, o perfidnych żartach i napaściach, o ignorowaniu lub dokuczaniu. O latach, gdy sama o sobie myślała jak o kimś nic niewartym. „Teraz mogę i chcę powiedzieć to, czego wtedy nie potrafiłam”. 

I tutaj są dwie sprawy: jedna to emocjonalne problemy i poranienia Anny. Ta potrzeba wiwisekcji świadczy, że trauma wciąż trwa. Druga to reakcja klasy złapanej w potrzask. Ludzie mówią: byliśmy wtedy dziećmi, nie sądziłam, że tak to odbierasz, przestań, to nie jest właściwy moment. Stężenie irytacji narasta. Aż wszyscy przypomną sobie, dlaczego nie cierpieli tej wkurzająco osobnej, drażniącej persony i na nowo poczują nienawiść (co delikatniejsi może tylko gęstą niechęć).

Część druga Zjazdu absolwentów zaczyna się od wyjaśnienia: to był tylko film. Domniemanie. Przekroczenie granic, przed którym powstrzymuje świadomość niestosowności. Ale reżyserka nadal hula w najlepsze z manipulacją. Zobaczymy, jak każdy z osobna przyjmie zaproszenie Anny na projekcję filmu. Wielu odmawia. Ktoś przychodzi i dziwi się, nie rozpoznaje siebie w aktorskiej kreacji lub czuje się ośmieszony.

Anna Odell – jako bohaterka filmu – przeprowadza podwójną wiwisekcję i domaga się katharsis. To, co mogłoby być tarczą (prawda), okazuje się atrapą. Nie szuka prawdy, bo ją zna. Chodzi o to, by jej „prawdę” uznali pozostali i… I co? By poczuli się winni, by doświadczyli choć namiastki jej dawnego odrzucenia? Mam wrażenie, że Anna Odell – jako reżyserka – usiłuje za wszelką cenę skierować kamerę na swych dawnych „oprawców”, wziąć każdego z osobna pod mikroskop, wszystkich razem przyszpilić w chwili, gdy ją (w jej mniemaniu!) atakują. To jest coś kuriozalnego!

Film niepokojący. Graniczny. Uważam, że nieudany, ale budzący wiele refleksji. We mnie rodzi pytanie o to, czy taki nieoczyszczony ekshibicjonizm można nazwać sztuką? Zbigniew Herbert zgłosiłby (tak sądzę) votum separatum. Przypomniałam sobie jego wiersz Dlaczego klasycy, w którym tego rodzaju użalanie się nad sobą przeciwstawiał męstwu i powściągliwości starożytnych. Gdy w ostatniej strofie wskazywał na skutki sztuki zajętej gonieniem własnego ogona („to, co po nas zostanie/ będzie jak płacz kochanków/ w małym brudnym hotelu,/ kiedy świtają tapety”), mówił o estetyce granic chroniących przed ubabraniem.

Inna rzecz, która przeraża, to destrukcja nieprzebaczenia. Bycie ofiarą – bardziej mentalnie niż rzeczywiście. Tu nie mogę rozstrzygać, być może krzywda była jak najbardziej realna. Ale przeczuwam, że bez uwolnienia się od dawnej roli, przeżywając wciąż na nowo przeszłość, nie sposób ani znaleźć prawdy o sobie, ani w ogóle odnaleźć się Tu i Teraz, wśród nowych interakcji. Film-przestroga. W pewnym sensie: horror.

Obejrzałam w ramach projekcji Nowe Horyzonty Tournee, w kinach film pojawi się w lutym.

globus przepity…

Geograf przepił globus, reż. Aleksandr Veledinsky, Rosja 2013

Globus przepity,  a świat i tak się kręci. Może nie byłoby źle: włożyć kij w szprychy i zablokować obrót. Pchnąć kulę po linii prostej, by zamiast bezcelowo śledzić własny ogon, spróbowała się dokądś dokulać. No ale jak? Codziennie ten sam poduralski pejzaż za oknem, sino-buro-szara tonacja, zmęczenie tubylców i drętwa robota. 

A ziemia toczy, toczy swój garb … i niesie się tęsknota czyjaś na świata cztery strony... (Stachura). Dużo tęsknoty. Za „nie tu”, „nie teraz” i „nie tak”. I gdyby nie to, że główny bohater wzbudza przeogromną sympatię, mogłoby być za smutno. Tymczasem można przetrwać, skoro Geograf, dzielnie dzierżąc tarczę-buteleczkę, daje jakoś radę.

Geogrf przepił globusFilm dowcipny, ludzki, melancholijny, skupiony na tym, jak być szczęśliwym w świecie, który wiruje wokół osi „beznadziejność”. Nie, nie daje żadnych recept, więc wychodzi się z kina, myśląc: nie można. Albo: można, nawet tu i teraz, bo do szczęścia nie trzeba niczego specjalnego. No, odrobiny znieczulenia….

Wiktor zostaje geografem w miejscowym liceum – akurat ten etat jest wolny.  Z wykształcenia jest biologiem. Praca w szkole ma swój początek i koniec (przyjmą go i zwolnią), co jest w gruncie rzeczy optymistyczne. Historia  rozgrywa się tam, skąd wszyscy chcą wyjechać. Nie dziwota, że lejtmotywem jest wyjazd na wycieczkę. Najpierw po okolicy. Zamiast dyktowania  danych o miejscowym przemyśle, Wiktor ciągnie dzieciaki w plener. Podpuszczony obiecuje wspólną podróż. Ach, co to będzie za wycieczka! Niech nikt nie wątpi, że zawód nauczyciela to profesja dla ludzi o mocnych nerwach. 

Powiedziałam „dzieciaki”? A to mi się zdarzyło eufemistyczne przejęzyczenie. Nie byłoby dalekie od sedna użycie słowa „szuje”. Wejście do klasy to jak wtargnięcie hordy tatarskiej, tępota i tumiwisizm uderzające i jeszcze to siusianie na ściereczkę do mazania tablicy. Czas ostrzec potencjalnych widzów (zwłaszcza zatrudnionych w oświacie): są sceny brutalnie gwałcące nieskalaną wiarę w chłopięta i dziewczęta. Geograf nie wyznaczy w tym świecie nowych granic, ale swoje sposoby na nich ma. Do końca przy tym nie będzie wiadome, kto kogo trzyma w szachu. 

Na wycieczce:
Geograf pyta uczniaka o datę urodzenia. „A wy – do pozostałych – też ten sam rocznik? No to uwaga, żebyście nie mieli tej samej daty końcowej. Ja rządzę, za niepodporządkowanie kara śmierci”.
Po kilku perypetiach role się odwracają i to Geograf musi powtarzać dziesięć razy: „Jestem leszczem”. 

Duże wrażenie zrobiła na mnie pewna mocna (głęboko słuszna) scena, w której Wiktor, nie przebierając w słowach, mówi młodocianym, co o nich myśli. „Nie szanuję was, wy sami też się nie szanujecie”. „Nie tylko geografia, nic was nie obchodzi, nic nie jest dla was ważne”. Nie należy oczekiwać, że to jakaś kulminacja, ale słowa przynoszą ulgę.

Film nie kręci się wokół szkoły, bo jest przecież opowieść o mającym wzięcie u pań przyjacielu Wiktora. O jego żonie, kilku koleżankach, w tym ślicznej germanistce. O tym, jak się żyje, gdy wszyscy mają nie to i nie tyle, ile by chcieli. 

Wydaje mi się, że trudno opowiedzieć o filmie Veledinsky`ego i nie rozminąć się z tym, co nadaje mu urok. Może to coś da, gdy wspomnę o świetnym tle muzycznym, które czasem zabawnie, to znów romantycznie puentuje perypetie? Albo inaczej. Proszę zapomnieć o wszystkim, co powyżej, a zapamiętać jedynie puentę.

Nieprawda, że opuszcza nas romantyzm, bo życie mu nie sprzyja. On tylko zmienia sposób ekspresji. Licealistka Masza (podkochująca się w Wiktorze) nosi w zeszycie fotografię zachodu słońca podpisaną: „Wielki Wybuch”. Wiktor robi komórką zdjęcie namakającego w rzece listu z daremną prośbą o uczucie (nie jest ani nadawcą, ani adresatem). Wywołuje fotkę i podpisuje „Zwykła Woda”. Ale czy róża nazwana inaczej mniej by pachniała?… (oczywiście, kradnę tę różę od Szekspira). Czy nieszukanie ckliwości miałoby znaczyć, że nie ma popytu na uczucie? Czyż…? No nie, oczywiście, że nie. ;)

krzesła

J. powiedział, że mam jeszcze prądu nie wyłączać. Żeby zaczekać. Może przyjdzie świeża dostawa energii i będzie jak na karuzeli. Obaczym. Tymczasem książek nie czytam (spakowane do kartonów), filmów nie oglądam (płyty dvd wrzucone do worów), żyję jak na biwaku w prowizorce remontowej. W zadyszce czerwcowego finiszu.

The Following. PlakatTo, co powyżej, jest „prawdą stopniowalną”, bo jednak coś tam oglądam. Pożarłam piętnaście odcinków pierwszej serii The Following. To serial o psychopatycznym mordercy, wielbicielu prozy Edgara Allana Poego, wykładowcy literatury, specjalizującym się w romantyzmie. O jego naśladowcach i o walczącym ze złem gliniarzu. Oglądałam nocą późną, bladym świtem i zasypiając miałam jeszcze w uszach pogłos rozcinanej nożem śledziony. Tak, tak. A oderwać się nie mogłam, bo gdyby romantyzm nie wystarczył, był w rezerwie drugi wabik: teoria i praktyka pisania powieści. Joe Carroll mordował tak, jakby pisał książkę, stosując literackie tricki, zajawki, zwroty akcji, lejtmotywy i toposy, dzielił tekst na rozdziały i świadomie rozgrywał finał. Co prawda jego oponent, kochany Kevin Bacon jako Ryan Hardy, próbuje mu to pisanie zakłócić, ale tekstu przybywa. Nic to, że dobry eksagent FBI uczy się czytać nienapisane (by złu zapobiec). Nic to, że kciuki trzymam (główne za siebie, by trupem nie paść z wrażenia). Całkiem blisko finału „pisarz” usłyszy od swego „bohatera” morderczą krytykę: „Wiesz, że nie umiesz pisać. Kto nie umie, ten uczy”.

Cóż…. Kto nie umie, ten uczy. Całkiem jak ja. Stop! Nie będę brać tych słów do serca. Bo świat nie jest znów tak bardzo, bardzo zły. Każda kobieta „z klasą” o tym wie, zwłaszcza gdy musi kuriozalnie wycenić „zachowanie” podopiecznych. Na co dzień można by ulec wątpliwościom, ale pod koniec, gdy każdy się spina i kurz ze skrzydeł otrzepuje, wygląda to na zastęp anielski.

Na marginesie wyznam, że „ocen z zachowania” wystawiać nie umiem i gdyby mogły mnie zastąpić krasnoludki, z pocałowaniem ręki tę przyjemność podam dalej. Nie ma jednak sytuacji, z której nie można by się czegoś nauczyć. Dziś zrozumiałam, jak ważne są krzesła.

Nie prowadzę skrupulatnych notatek, poprosiłam więc o przegnanie mojej sklerozy i spisanie tego wszystkiego, o czym powinnam pamiętać. Zasług, spontanicznych porywów dobroci, wytrwałości w przestrzeganiu ustaleń, ofiarności, pasji konkursowej i wszelakich osiągnięć. Każdy o sobie. Kto pyta, nie błądzi, ale kto głupawo pyta, ten niech się nie dziwi odpowiedziom. Zdziwiłam się.

Rzecz dotyczy osiemnastolatków. Jakiego rodzaju wyznania zdobędą największą popularność lub które zapamiętam na dłużej? Coś szczególnego? Coś, co pozwoli zrozumieć, ile dobra kryje się w niepozornych gestach? Okazało się, że nic nie przebija dwóch hitowych wyznań: „przyniosłem nakrętki” i „nosiłem krzesła”. Poniżej próbka spisanych z karteczek atutów, w których czai się nadzieja na obniżenie restrykcji za „nieobecności”:

– brałem aktywny udział w „akcji krzesła” :)
– tańczyłam zumbę na prosty kręgosłup!
– nosiłam krzesła na testy gimnazjalne,
– przyniosłem nakrętki ;)
– ustawiałem krzesła na konkurs filmowy,
– czyściłam obrazy w sali,
– nosiłam krzesła, kiedy mi kazali (dwa razy!)
– czyściłam obrazy w klasie (ścierką zapożyczoną od miłej pani sprzątaczki :)
– jestem miłą, zawsze pomocną klasową koleżanką :)
– nosiłam stoły w Dzień Wagarowicza!
– mam tylko jedną nieusprawiedliwioną godzinę nieobecności ;)

Na swoje usprawiedliwienie dodam, że to nie ja zaganiałam do ustawiania krzeseł. Sobie przypisuję „akcję krzesła”, czyli poranne wezwanie do zdejmowania krzeseł ze stołów. Samo się dzieje, ale zawsze zostaje kilka postawionych na sztorc. Nikomu to nie przeszkadza, ale kto by lubił mówić do krzesłowych nóg. „Akcja krzesła” to błyskawiczne równanie do poziomu.

Czego się nauczyłam?
1) Nigdy nie wiadomo, co jest serio, a co na niby. Głowę bym dała, że chcieli mi wykręcić numer. A gdybym miała dwie głowy, to tę drugą dałabym sobie uciąć, że oni tak na serio.
2) Nigdy nie wiadomo, co się stanie spécialité de la maison.
3) Krzesło to konkret. Człowiek najdłużej pamięta to, co mu się zapisało w mięśniach.

Ilustracja: krzesła i „obrazy” w sali 145. Spojrzałam dziś na koniec dnia na postawione na głowie krzesła. Jutro zacznę od „akcji…”. A już za kilka…naście dni ten widok nabierze statyczności. Nadchodź chwilo i trwaj! Trwaj, bo jesteś piękna!

wrzesień 2013

145.czerwiec 2014

matura

Kciuki trzymam!

Maturzyści co mieli napisać, napisali. Wybór był skromny i drętwy. Arcypolski.
Teraz trzeba ściskać paluszki za egzaminatorów: by prace wpadły w dobre ręce, o dobrej godzinie, przy dobrej pogodzie etc.

koniczynkaI ja będę czyjeś maturalne analizy czytać i wyceniać. I niech mnie Bóg ma w swej opiece, bym trzeźwo, miłosiernie i jakoś tak adekwatnie (o ile się da) wyważyć cudzy trud umiała. Gdy spotkam pracę błyskotliwą, niech mnie oświeci intuicja, by nie zaprzepaścić niczego przez ślepą wierność wytycznym. Niech nie trafiają w moje ręce prace kuriozalnie głupie, by nie dobijać mojej wciąż nie dość polskiej, choć polonistycznej duszy. Wciąż „nie dość”, bo gdy się przyglądam tematom, to nie czuję w nich emocji, które współbrzmiałyby z moimi. Podejrzewam, że znaczna część piszących pisała o czymś niezbyt sobie bliskim. Szkoda. Po raz kolejny trzeba się było zastanawiać nad losem ojczyzny, narodu, literatury narodowej i przeróżnych ofiar. To są sprawy ważne, ale lepiej gdyby można je było przywołać samorzutnie, z impulsu lub przekonań, niż tak z rozkazu rozwałkowywać i ugniatać. Prorokuję liczne zakalce.

Odważniej i bez owijania w bawełnę pisze o tym Dariusz Chętkowski na blogu „Polityki”. Trafnie. Natomiast liczne komentarze, które się pod wspomnianym wpisem pojawiły, wprawiają mnie w nastrój kabaretowo-wisielczy. („Witam, zamiast Lucjan Rydel napisałem Ryszard Riedel, czy to błąd dyskwalifikujący moją pracę?”)

Spadające aniołyGdybym była maturzystką, to chciałabym, by wszystko miało ręce i nogi. I głowę. Wolałabym, by o egzaminie, do którego przystępuję, mówiono z szacunkiem, by nie ironizowano, nie wyśmiewano się, nie zamieniano matury w maturkę. Czasami życzy się zdającym łatwych egzaminów. Ja tam nie mam nic przeciw wyzwaniom trudnym, ale sensownym. Takim, które premiują wiedzę i sztukę myślenia. Angażują emocje i budzą wiarę, że to coś znaczy. Oczywiście, dojrzałość polega również na tym, by nie hołubić złudzeń, że Ktoś/Świat wystawi nam ocenę ze wszech miar sprawiedliwą. Ten najistotniejszy werdykt zapada mimmo wszystko w nas samych. Niemniej jednak: niechby nie było tak, że głównymi decydentami są fart i pech. Nie mam powodu naburmuszać się, że wysokie procenty przypadają w udziale czytaczom ściąg i streszczaczom załączonego fragmentu. Ale nie mogę pozbyć się dreszczu żalu, gdy myślę, jak niewiele szans na rozwinięcie skrzydeł mają ci, za których kciuki zaciskam szczególnie.

Wsłuchałam się dziś w przedmaturalne sondy, rozmowy z osiemnastolatkami przed egzaminem i tuż po nim. Uderzyło mnie, jak wielu z nich śmiało się ironicznie przy pytaniu, czy czytali lektury. Ja tego tak czarno nie postrzegam. Znam takich, którzy czytają, choć wiem, że gatunek nieczytających ma stary rodowód i bynajmniej nie wymiera. Ale to podejście do matury ze strony zdających nie jest mi obojętne. Bo raz: pełno w nim przejęcia właściwego komuś, kto będzie oceniany, dwa – często pobrzmiewa refren: „byle zdać”, „mnie to do niczego niepotrzebne” etc. Trzy: wyczuwa się świadomość uczestnictwa w grze – my nie czytamy, bo wiemy, że to lipa, wy od lat odgrzewacie trupie „nieśmiertelniki”. Bilans zbalansowany.


Może jestem staroświecka jak znaki interpunkcyjne, ale wystrzegam się jaj z matury. Wkurza mnie głupawy program „matura to bzdura” (bo co ma piernik do wiatraka? – powszechne niedouczenie ma się nijak do egzaminu, raczej demaskuje odmóżdżającą rolę mediów). Strunę przeciągają jedni i drudzy – twórcy matury i jej komentatorzy. Słowem, jak widać, ulotniło mi się poczucie humoru i trzeba czym prędzej je wskrzesić, bo bez niego ani rusz. No tak. Wymądrzyłam się, zaalarmowałam świat, jak strasznie ambiwalentne jest to, w czym uczestniczę. I zdawszy sobie sprawę, że kijem rzeki nie zawrócę, idę uprawiać swój ogródek. I wypić spokojnie trzecią kawę. ;)

Tegoroczne tematy:
1) (na podstawie fragm. Potopu – scena wbijania na pal, na szczęście przerwana interwencją Kmicica) przeanalizować emocje żolnierzy, zachowania i sytuacje ukazanych w tekście postaci;
2) (na podstawie fragm.Wesela – scena rozmowy Gospodarza z Poetą) przedstawić i porównać, co bohaterowie sądzą o Polakach i o poezji narodowej.

* koniczynkę pożyczyłam bez wiedzy Autora – stąd (licząc na to, że podanie źródła jest zadośćuczynieniem).
* powyżej Wyspiański – Spadające anioły

józefinka i reszta

statuetkaTamaryszek zaczaił się w cieniu, wyczekując na wiosenną ekspansję. Niewykluczone, że uda się przebudzić i rozgadać na wszystkie tematy naraz. Póki co, podejmuję próbę przerwania milczenia – próbę mikrofonu. Czy mnie słychać?

Mam w zanadrzu kilka przeczytanych książek. I kilkanaście filmów, oglądanych zachłannie, w pośpiechu, pod presją. Może tego aż za dużo, by zgarnąć do jednej notki, a znów pisać o wszystkim z osobna to jak wchodzić do szafy z molami, gdy tymczasem świeży, kwietniowy deszcz zmywa stare i każe czekać na nowe kiełki. 

Będzie ruletka, wybiorę jedną jedyną rzecz zaprzeszłą i nastawię się na nowy kurs. Może nawet zafunduję sobie lifting, jeśli nadal nie będę pewna, czy ja muszę opowiadać świat akurat, właśnie i tylko przez pryzmat filmów. Chyba że rzeczywiście muszę. Bo prawdą jest, że co nieopisane, istnieje jakby mniej, tak tylko bladoniebiesko i mgliście.

Kilka słów o presji oglądania. Przyczyna była ważna. Chodziło o Józefinkę – tę, która pręży się u góry na lewo. Spiralka z taśmy filmowej jest statuetką dla zwycięzcy konkursu filmowego – ja jej nie zdobyłam, lecz miałam okazję ją wręczać. Rzecz spoza blogosfery, kawałek mojego realnego życia, czyli pracy w szkole. Józefinka ma imię po Tischnerze (uczę w szkole, której jest patronem).  A konkurs miał swoją szóstą edycję i najpierw wyssał ze mnie wszystkie soki, a później odwdzięczył się wielką frajdą. 


Marcelina, Magda i Michalina i inniSię cieszę bardzo! Odwiedziło nas prawie 30 drużyn z szesnastu szkół (wielkopolskie licea) i przyjemnie było gościć tę chmarę kinomaniaków. Bo to jest konkurs-spotkanie ludzi z filmową pasją. Tych, którzy oglądają filmy i wiedzą, co w kinematograficznej trawie piszczy. Jedna część (ta, którą ja przygotowuję) testowała znajomość filmów sezonu. Toteż miałam powód, by nadrobić braki, odkurzyć znane, znaleźć klucz do quizowych pytań i główkować: jak by tu zbić z tropu, zmylić, podpuścić, wyprowadzić na manowce. Miksowałam sceny, zestawiałam fotosy, sklejałam fragmenty muzyczne, dobierałam cytaty. Ręce urobione i głowa dymiąca. Tu sprostowanie: pomagali mi Dzielni Ludzie, szare eminencje technologicznej obróbki (za co, jeśli tu zajrzą, daję serdecznie wdzięczny uśmiech!). Słowem: ja poszłam wszerz, a Lidka (odpowiedzialna za drugą część konkursu) – w głąb (filmoznawcze zadania z czterech obowiązkowych tytułów z klasyki). 

I powiem jedno: no, nie wiem. Skąd się biorą ci ludzie, nie do zagięcia? Oj, nie było tak, że ja wiem więcej i was sprawdzam. Oni naprawdę mają oko, ucho, pamięć i zacięcie do inteligentnej zabawy. Więc chyba za Mateuszem z filmu Chce się żyć powiem: dobrze jest! Bo skoro oglądają i potrafią interpretować tytuły ambitne, skoro z gracją wykonują slalomy między tym, co w kinie ma wagę problemu, tym, co warsztatowo błyskotliwe i tym, co skrzy się bezpretensjonalnym wdziękiem – to znaczy, że warto dla nich robić filmy i jest z kim o nich rozmawiać. 

Poniżej kilka fotek – na trzeciej zespół z Siedemnastki, za który zaciskałam kciuki bardzo szczególnie. I skutecznie! Bo choć z Józefinką musieliśmy się rozstać, to trzecie miejsce zostało w naszej/mojej szkole. 

Janek i BasiaAlicja i MichałTomek i Ewa

A ponieważ „księga zdarzeń zawsze otwarta w połowie” i każdy koniec jest jakimś początkiem, więc odliczam czas i oglądam filmy na konto spotkania za rok. ;)

Jeśli komuś blisko do Poznania, zapraszam! Rozsyłamy do szkół anonse, część z nich ginie w gąszczu innych i trzeba czujności, by nie przegapić. To jeszcze jedna wielka sprawa: że są nauczyciele, którym się chce zaproszenie przyjąć, informację dalej przekazać i jeszcze przyjechać ze swoimi na miejsce imprezy i wspólnie z nami się bawić. Świetne!

A skoro – tak wyjątkowo przecież – weszłam w świat moich codziennych zmagań, to nadmienię, że choć codzienność jest zwyczajna, to świąt w przestrzeni mojej szkoły co niemiara. Mój tekst dotyczy XVII LO, które tworzy zespół (ZSO) z Gimnazjum nr 26. Jeśli czytacie Miasto Książek (a kto nie czyta?!), to napotkacie tam relację z wizyty Padmy (Pauliny Surniak) w naszym gimnazjum. Prowadziła Lekcję czytania (akcja pod patronatem „Tygodnika Powszechnego”, zorganizowana u nas przez Jolę, dzięki której Biblioteka jest szkolną bazą inspiracji!).

Nie spotkałam Pauliny, w brodę sobie pluję, ale nie z każdej gratki można skorzystać. Wiem jednak, że gimnazjaliści byli zachwyceni i wrócili na lekcje uskrzydleni. I tak sobie fruwamy. ;)

jedna dziesiąta

Mam obsesję jednej dziesiątej. We wrześniu się odwiesza i uaktywnia. Oswajam ją, trzymam na diecie, przycinam jej gałązki – ale nie daję rady zdusić jej w zarodku. Co dalej robić: nie wiem.
Drogi Kąciku Porad, wskaż kierunek.

Bo ja się przywiązuję do słów. Megalomańsko: zwłaszcza do tych, które sama wypowiadam. Mówię, więc bym chciała być słyszana. Raz a dobrze. Żeby nie było, że ktoś pyta o to, co już powiedziane (wyznane z namaszczeniem!). Lub dopowiada, nie wiedząc, że wszedł w rolę echa. Nie wie, w czym rzecz, bo zgubił wątek. Się zamyślił. Się zapomniało mu albo umknęło.

Obsesja dotyczy słów zmarnowanych. Tych, które idą w zapomnienie. Ginąc, odbierają fundamenty innym, cudem złowionym, które i tak bez konstrukcji są jak kotylion po balu. Dociera jedna dziesiąta. Obliczenia robiłam na oko.

Najspektakularniej można to wyczuć na lekcjach. Krótko, czasem ledwie przez kilka sekund, nachodzi mnie błoga świadomość, że coś ujęłam tak, że nie ma siły nie zrozumieć, a zrozumiawszy nie zapamiętać.
I wtedy z ostatniej ławki (albo co gorsze: z pierwszej – jak w Dniu Świra) rozbudzony ciekawością głos dopytuje. Szpilka i po balonie.  Pytanie z kategorii „zacznijmy od początku albo zmieńmy temat”. Treść wysłana w kosmos.
No i masz babo plecak (jak znane przysłowie parafrazuje moja koleżanka, Lidka). Plecak wypchany sucharami.

jedna dziesiątaMam dylemat: to dużo mówić czy mniej?
Bo jeśli spojrzeć na to, co zostaje – wprost proporcjonalnie do tego, co dam. Im więcej powiem, tym bardziej wypasiona jest jedna dziesiąta. Ale gdy uwzględnić, ile idzie w przepadłe, to logika się odwraca. Tym więcej zginie, im więcej wypowiem. Dziewięć dziesiątych staje się oceanem zatracenia. Szkoda, żal, mała wielka katastrofa.

To nie jest dylemat pedagogiczny. Na tym polu najłatwiej o ilustrację. Doskwiera mi on bardziej w sferze niezadekretowanej żadnymi obowiązkami. Tu powtarzać niczego nie mam ochoty. I korci mnie, by marnotrawcom dawkować słowa jak więzienny chleb (gdzieś na Alcatraz, z siostrą Ratched na pokładzie). Do czego bym jednak doszła? Drogi Kąciku Porad, to już chyba lepiej marnotrawić wyznania, czyż nie? Szerokim gestem bogacza.

Mam kilka podejrzeń:
To się bierze z dekoncentracji. Nie jestem jedyną jej ofiarą. Co więcej: bywam cudzym oprawcą (aczkolwiek ćwiczę skupienie jakby ciut bardziej niż typ statystyczny, bo świadomie). 

To się bierze z nadmiaru bodźców i z pośpiechu. Z powierzchowności. Z egocentryzmu. 

Najgorszy wariant: z nieprzykładania wagi do słów. Cudzych czy własnych. Tu otwiera się przestrzeń zranień (chyba dość powszechnych, nie moich tylko), więc szybko ją zamknę. Wiadomo – jeśli wierzy się słowom – nagłe słów przekreślenie, zdiagnozowanie, że nie przystają do rzeczy, to unieważnienie czasu zaufania i przemiana wyobrażeń w czystą iluzję. Dywan wyrywa się spod stóp. Grunt grzęźnie.

Podejrzenia łatwo zamienić w oskarżenie globalne i zapaść na mizoandryzm i mizoginizm razem wzięte. Obsesja jednej dziesiątej sama w sobie jest na tym tle zaledwie obsesyjką. Bez właściwości Hydry. Urwie się łeb, to może nie odrośnie.

A zatem…
Zawieszając megalomanię i czcze dąsy, powiem, że wszystko jest, jak być musi. Znaczymy ślady, które szybko się ulatniają. Skoro tak jest, więc z tym nie dyskutuję. OK, c`est la vie, panta rhei, nie szkoda róż, gdy płonie las.

Ale mogłoby być ciut inaczej. Na skalę mikro: zacznę od siebie. Chcę śladów głębszych, takich, co trwają. I słów, które się nie dewaluują. Bardzo cholernie chcę. I ćwiczę się w uważności. Dwie dziesiąte to już jest jedna piąta – i dużo lepiej brzmi.

 

a ja bronię anafory

Założenie jest takie: nie zabieram na blogu głosu w sprawie matury. Ani tegorocznej, ani żadnej. Czułabym się jak kundelek szczekający na księżyc. Nie żebym była aż tak nierasowa, a matura tak astronomiczna. Bynajmniej. Po prostu ilość spraw do obszczekania jest za duża, a hałas, jaki jestem w stanie wytworzyć, niewiele może zmienić. Poza tym: każdy kij ma dwa końce, a kijów ci tu dostatek. Słowem: matura – sza! Ale pytanie z  artykułu Jacka Żakowskiego w „Polityce”, chciałabym skomentować. 

Gdzie by człek ostatnio nie spojrzał, tam krytykują szkołę. Niektórzy w ogóle odmawiają jej racji bytu. Inni narzekają na staroświeckość, absurdalność, bezradność, nieużyteczność. Uczucia mam mieszane. Bo po części to prawda. I jeśli ta krytyka ma otworzyć oczy i wymusić, by zaprzestano zamiatania problemów pod dywan, to ok. A jeśli prowadzi do tego, by każdy mógł sobie pluć na wszystko, to wolę nie obserwować.  

Artykuł: „Wiecie, co to anafora? Nie wiecie! Nie załamujcie się. Pytałem redaktorów i dziennikarzy – w końcu zawodowo zajmujących się pisaniem – też nie wiedzieli. Po jaką cholerę ma to wiedzieć 325 tysięcy tegorocznych maturzystów?”

Jedno z maturalnych pytań dołączonych do artykułu o kosmosie (Świat w 44 zerach), które sprawdzało umiejętność „czytania ze zrozumieniem”, wymagało, by maturzysta określił, czy we wskazanym fragmencie użyto: metafory, porównania, apostrofy czy anafory. Ściślej: powinien zgadnąć, że „horyzont poznania” jest metaforą. Jejuńciu! To jak z kabaretu Mumio, niegdyś reklamującego telefonię komórkową… „Trudne słowo: metafora. I jeszcze trudniejsze: alegoria”. Gdzie tu jest nadmiar? 

Ja rozumiem, że to nie jest TAK życiowe jak pytanie o cenę chleba albo o to jak udzielić pierwszej pomocy rannemu w wypadku. I faktycznie nie jest to zadanie na kreatywne myślenie etc. I nie zorganizuję krucjaty w obronie anafory. Ale coś tu jest nie tak. No bo dlaczego nie mógłby maturzysta wiedzieć, czym anafora jest? No co szkodzi wiedzieć? Dlaczego pan redaktor uważa, że umiejętność rozpoznania metafory jest bzdurna? I chce chronić przed nią swoje dziecko? „(…) jestem wściekły, że moje podatki są marnowane na zaśmiecanie głów młodego pokolenia zbędnymi informacjami”. „Dlatego jako ojciec zwyczajnie sobie nie życzę, żeby mojemu dziecku za moje pieniądze zawracano głowę takimi głupotami”.

Czyli co? Zrobimy listę chwytów (środków, figur, znaków) językowych, które w redakcji „Polityki” są znane i o nie można będzie pytać, a o inne już nie? To analogicznie: sprawdźmy, jakie znają gatunki ptaszków (żeby na biologii nie pytano o rudzika, jeśli redaktor zna tylko sikorkę, bociana, srokę i wróbla). Ustalmy limity słów, pojęć i terminów, żeby cała wiedza mogła się zmieścić w kieszonkowym wydaniu poradnika dla maturzysty „Zdążysz w weekend”.

Jasne, że encyklopedyczna wiedza nie jest dziś tak znowu nieodzowna. I gdyby jakiś Pimko natrząsał się z kogoś swymi pytaniami i pasł się zielonością jego jak krowa na łące, to źle by było. Ale żeby nie móc zapytać? Żeby za zbyteczne uważać? Na mocy tego, że komuś się w życiu powiodło bez tej wiedzy? To takie banalne! Wierzycie w narzekania fizyka, który „niepotrzebnie” kiedyś przeczytał Gombrowicza, bo teraz nikt go o to nie pyta? Albo biadolenie humanisty, że mordowano go niemiłosiernie funkcją kwadratową lub budową pantofelka. Że uczono nas głupiej tabliczki mnożenia, a teraz to psu na budę, niepotrzebne, bo każdy kalkulator zrobi to za nas szybciej…

Przydatność wiedzy to niekoniecznie jej użyteczność. Czasem chodzi po prostu o sposób myślenia, o perspektywę, z której patrzy się na świat. O to, by wejść na stół i zobaczyć inną przestrzeń (metoda prof. Keatinga! ze Stowarzyszenia umarłych poetów). Ta zbitka literaturoznawstwa i historii literatury (która w mocno sfatygowanej postaci wysyła swoje zombi do szkół) uczy, że można nie tylko używać języka do komunikowania treści. Można to robić na różne sposoby. I to w dodatku świadomie, potrafiąc również nazwać zastosowane chwyty. I że ta językowa świadomość jest na swój sposób cenna.

A nieszczęsna anafora, której nikt ze znajomych pana Żakowskiego nie zna… Cóż to jest?
To powtórzenie tego samego słowa lub zwrotu na początku kolejnych segmentów wypowiedzi. Gdy wers po wersie zaczyna się analogicznie. Strofa po strofie, akapit po akapicie. Poezja barokowa stoi anaforą – to raz. W ogóle mowa wiązana lubi tak łączyć wyrazy, by wszelkie powtórzenia i paralelizmy (trudne słowo!) tworzyły dodatkowe sensy właśnie dzięki takiemu a nie innemu ustawieniu. 

Anafora jest starym jak świat – i dobrze znanym starożytnym mówcom – chwytem retorycznym. Bo pozwala genialnie łączyć przejrzystość kompozycyjną z perswazją. Zwłaszcza gdy w roli anafory wystąpi zgrabna, mocna, chwytliwa fraza.

Jest też środkiem mnemotechnicznym, pomagającym zapamiętać więcej, dzięki skomponowaniu treści w analogiczne bloki. Użytecznym – o dziwo!

Żakowski: „Słuszna odpowiedź na pytanie o anaforę brzmi: «puknijcie się w głowę»”. Jakie to było słowo…, to, którym się określało ludzi, znających jedyne słuszne odpowiedzi i  negujących wszystko, czego nie znają? 

W tekście Żakowskiego jest kilka bardzo mądrych obserwacji. Może tak musi być, że jak ktoś coś słusznego powie, to jakieś biologiczne prawo (którego się nie nauczyłam i teraz nie wiem!) działa tak, że dorzuca głupotę?

Przyjaciel podrzucił mi niedawno inną (filmową) wypowiedź o zmianie paradygmatu edukacji.  Polecam do namysłu. 

nadrabiam i młodnieję

Tytuł zastępczy: TRUCIZNY!

Dwie książki, o których jakiś czas temu było na blogach głośno. Wszyscy czytali ze smakiem. Ja też miałam zamiar, ale – jak to bywa – odkłada człowiek co najlepsze na później, a potem się dziwi, że mógł tak długo żyć w nieświadomości.
Czas uświadomienia nadszedł. Zabawa była przednia!

EDYNBURG, lata 30. do tużpowojennych [Pełnia życia panny Brodie]

Cieniutka ta książeczka opowiada „o niejakiej pannie Brodie w pełni jej życia” i o jej stadku, które przez długie szkolne lata rozdziawiało dzioby i chłonęło mądrości z ust swojej pani, a później z różnym skutkiem uwalniało się od jej wpływu. Szkoła była żeńska, nauczycielka z charyzmą, metody nauczania – kontrowersyjne. Czyta się bajecznie: lekko, ale nie mdło (mieszają się perspektywy czasowe, więc poznawaniu „pełni życia” Miss Brodie towarzyszy przedsmak jej zmierzchu), zabawnie, ale i refleksyjnie. W gruncie rzeczy ta prosta opowiastka jest jak staroświecka walizka z drugim dnem, pod którym jest jeszcze trzecie i czwarte. 

Ale ponieważ dyskusje na powyższy temat już się rozegrały (Klub Czytelniczy Anki), a piękną recenzję powieści Muriel Spark napisała Lirael, więc sobie wyznaczam wyłącznie rolę czytelnika, który buszuje w zbożu jak pijana kuropatwa, zaśmiewa się i stroszy piórka. Aha, jeszcze dodam, że tytułowa bohaterka miała swój pierwowzór, który poznać można z biografii pisarki (Lirael wszystko zna i już opisała). Jako że  liczba trzy jest liczbą świętą, więc po raz trzeci przywołam Lirael, dodając, że czytałam przesłany mi przez nią egzemplarz, więc może dzięki temu zrozumiałam trochę więcej.

Ad rem.
Kluczowe zdanie wypowiada jedna z uczennic, Sandy, gdy sypia z mężczyzną, który kochał się w pannie Brodie i przez lata malował obrazy, na których wszystkie twarze jakoś dziwnie przypominały Jej  twarz. „Dlaczego jesteś taki opętany przez tę kobietę? Czy nie widzisz, że ona jest śmieszna?”

Śmieszna. Jean Brodie na pewno nie chciałaby tego słyszeć. Ona! – elegancka, triumfująca, świadoma swej pełni, obdarzająca szczęśliwców wiedzą, smakiem, wyczuciem życia, wyższymi aspiracjami… Śmieszna? Ach, jakże to?

Oczywiście, miała wrogów. Całe grono pedagogiczne i panią dyrektor, nierozumiejącą jej metod (a ona „e” -„dukuje”, czyli nie wtłacza wiedzy do głów, lecz ją z nich „wyprowadza”). Ileż to razy czepiano się jej! Daremnie! – bo Brodie w pełni swego życia pozostawała niezatapialna.
Była z niej trucicielka i nie tylko Teddy Lloyd widział ją we wszystkim, co portretował. Jedni otrząsali się dość szybko, inni musieli z tymi wpływami walczyć, niekiedy dość przewrotnie.

Ale żeby śmieszna? Ujmuje mnie ta diagnoza. Do tego stopnia, że żal mi panny Brodie, podszytej złudną, choć na pozór zwycięską kompensacją. Czy jest coś bardziej autodestrukcyjnego niż poświęcenie podniesione do potęgi misji? Wykreowanie siebie na kogoś, kto jest ponad to, co zwyczajne…, uczynienie z uczennic „powiernic”, manipulowanie, szukanie ekwiwalentów własnego życia. Rozumiem tę pokusę otoczenia się fanami (nie jest to wcale takie rzadkie!), przeglądania się w czyimś podziwie, grzania się myślą, że moje uznanie jest osądem miarodajnym. Są w takim myśleniu ziarna szlachetne. Może się wydawać, że skoro mamy dobre chęci, to nauczymy innych jak mądrze, szczęśliwie i pięknie żyć.

Ale za kołnierzem siedzi diabeł nieskromności i pogrywa archetypem Narcyza. A Narcyz, wiadomo, bardzo potrzebował aprobaty i nie było sposobu, by mógł się nasycić porcją, która mu się trafia. Więc ciągle „jest na głodzie”.

Ech, pełnia życia…! Bzdura. To niestety był ersatz. Jeśli w którymkolwiek momencie dotarło to do Jean Brodie, to musiało zaboleć.

Jak by na tę postać nie spojrzeć, nie da się zaprzeczyć, że Brodie to była tekściara! Gdyby dodać ze trzy szczypty autoironii, nie umiałabym się z nią rozstać. Jakie one zdania wygłasza! Kto kiedykolwiek pracował w szkole, ten wie, że czasem strasznie korci, by powiedzieć coś absurdalnego (mnie korci często i ulegam).  Wewnętrzny chichot podpowiada mi, ile teatralnego potencjału kryje się w takich frazach:

„Dajcie mi jakąkolwiek dziewczynkę w okresie największej chłonności, a jest moja.”
„Gdybyście mnie tylko, dziewczynki, słuchały, zrobiłabym z was crème de la crème”.

„Byłam z przyjaciółmi na audiencji u papieża. Oni pocałowali pierścień, a ja uznałam za stosowne pochylić się tylko nad nim. Byłam w długiej czarnej sukni i koronkowej mantyli i wyglądałam wspaniale”. (…) „Miałam na sobie jedwabną suknię w duże czerwone maki, która znakomicie podkreśla moją karnację”. Ja, ja, ja.

Teatralne lekcje Miss Brodie to przede wszystkim jej monologi, ale i scenografia. Jakieś zawiłe zadanie z algebry wypisane na tablicy dla niepoznaki lub rozłożone na ławkach podręczniki-kamuflaże. Gdyby ktoś wszedł, mamy alibi, że pracujemy – a tymczasem opowiem wam, dziewczynki, o mojej miłości, o tym, co jest ważne i jakim kremem odżywiać cerę.

Odmładzająca moc tej lektury to spoglądanie na świat oczyma jedenastolatek. Moją ulubienicą jest Sandy, która miała skłonność przeplatać dialogi realne z urojonymi. Kwestie jej się czasami mieszały, raz  adresowała je do koleżanki w ławce, raz do przyjaciół ze świata Stevensona (Porwany za młodu).

Świetne są gdybania dziewczynek na temat życia erotycznego panny Brodie! Czyżby ona… Nie, nie mogłaby się przy nim rozebrać! Zresztą – gdyby, to miałaby dziecko. Co miała na myśli, mówiąc, że „w czasie ostatniego spotkania lgnęli do siebie w namiętnym zapomnieniu?” Przecież stosunek płciowy jest taki okrrrrrropny! [Jedenastolatki swoje wiedzą!]

Cóż, w zasadzie nikt nie może się równać z panną Brodie, ale jeśli chodzi o teksty, to jednak palmę pierwszeństwa oddaję chemiczce.

„– Mam w tym słoju dość prochu, żeby wysadzić w powietrze całą szkołę – powiedziała panna Lockhart spokojnym tonem.
Stała za swym stołem, w białym płóciennym fartuchu, trzymając obie ręce na szklanym flakonie w trzech czwartych wypełnionym ciemnoszarym proszkiem. Śmiertelna cisza, jaka zapadła, była efektem, którego właśnie oczekiwała, ponieważ zawsze pierwszą lekcję chemii zaczynała od tych słów, ze słojem przed sobą (…). Wszystkie oczy wlepione były w słój”.

Aż mam ochotę pożyczyć sobie ten trick.;)

BUCKSHAW (koło Bishop`s Lacey), lata 50. [Zatrute ciasteczko]

Skoro mowa o jedenastolatkach, truciznach i chemii, to magiczny wehikuł powinien nas przenieść na angielską prowincję, do rodowego domostwa, w którym żyją: szlachetny, smutny pułkownik-filatelista i jego trzy nastoletnie córki: Ofelia (Fela), Dafne (Dafi) i Flawia. Najważniejsza jest, oczywiście, Flawia de Luce – i jeśli wspomniany wehikuł stoi jeszcze na poboczu, to powinien zniknąć, bo Flawia w czary nie wierzy, a wszelkie nieprawdopodobieństwa tłumaczy racjonalnie, na ogół z wykorzystaniem wiedzy chemicznej.

Który z atutów prozy Bradleya przedłożyć nad inne?
Mogłabym postawić na klimat angielskiej prowincji lub dobrze skrojoną intrygę kryminalną (nie tak krwawą i drastyczną jak te znane ze szwedzkich opowieści dla dorosłych, ale z pewnością logiczną i pełną napięcia).

Można by przyznać premię za intertekstualne mrugnięcia – parafrazy klasyki kryminalnej (chyba szczególny ukłon w stronę Agathy Christie i panny Marple, ale i Sherlock ma tu swój niepodważalny status), powieści młodzieżowych (ja wyczuwam wyobraźnię Ani Shirley), kontekstów muzycznych (miło że w tle sączy się nie tylko ulubiony kawałek Flawii – Toccata Pietra Domenica Paradisiego – ale i przywołany w roli pobudki Polonez a-moll Chopina i Rozszumiały się wierzby płaczące…), last but not least –  aluzje filmowe i cytaty z Szekspira.

Nie ma co rozdzielać tej książki na warstwy, nie zauważając, że najważniejsza jest główna bohaterka. Rezolutna wielbicielka nauk ścisłych, przeprowadzająca w domowej pracowni skomplikowane chemiczne reakcje. Złośliwa i empatyczna, wszędobylska i wścibska. Śmigająca po okolicy na rowerze o imieniu Gladys. Odważna taką brawurą, jaką tylko nastoletnie dziewczynki potrafią się wykazać. I w dodatku udowadniająca (tak! bo to szczerozłota prawda!), jakie sprawne bywa myślenie małolatów i ile w nim psychologicznej dedukcji.

Ale gdybym musiała zdecydować się na jeden atut i miała ćwierć minuty na wygłoszenie jego pochwały, to wybór pada na narrację i styl. Jeden czy dwa rozdziały oddają głos ojcu Flawii, który wyjaśnia, ile temperamentu jest w filatelistach. Raz po raz ktoś ze starszych otwiera swą odpowiedzią drzwi retrospekcji. Flawia nie mogłaby odsłonić nam tych opowieści osobiście, ale cała teraźniejszość i sporo zrekonstruowanej przeszłości należy do Flawii de Luce. 

Jakie ryzyko było w takiej koncepcji! No, pewnie, ktoś już kiedyś coś podobnego wymyślił, ale oddanie głosu jedenastolatce to nie jest takie hop siup. Powieść podoba się rówieśnikom bohaterki, lecz i panienki z dłuższym stażem (panów nie przepytałam, ale sądzę, że się nie wyłamią) nabierają przy lekturze rumieńców. Świat, jaki się z tak podanych słów wyłania, nasączony jest chemią i jest chemiowytłumaczalny. Ma swoje smutki i nostalgie, ale w dawkach niedepresyjnych. Bo w tym wieku dobrze się sprawdza zasada Scarlett O`Hary: „Pomyślę o tym jutro”. Dialogi przekorne, obserwacje detaliczne, a słowa dobrane są tak, że działają jak duży kubek espresso. Zaryzykuję cytat, choć najlepiej smakować go w kontekście.

„Czekałam, aż zrozumie, co do niego mówię. Porozumiewanie się z Nedem przypominało wymianę depesz z dyslektykiem z Mongolii”.

„Natychmiast poczułam, że lubię Mary, nawet jeśli ona nie lubi mnie. Każdy, kto zna słowo «kocmołuch», wart jest naszej przyjaźni”.

[tu mógłby się znaleźć opis witraży z pobliskiego kościoła – podany ze wskazaniem związków chemicznych, którymi osiągnięto taki a nie inny efekt kolorystyczny ;)]

[chodzi o stan błogiego ożywienia] „Poczułam się dziwnie, a raczej ogarnęło mną dziwne uczucie, jakbym była parasolem, który sobie przypomniał, co znaczy być otwartym na deszczu”.

I tak właśnie można się poczuć, czytając Bradleya. Jak parasol albo ciastko z rabarbarem (o ileż smaczniejsze od kremówki!) lub jak bulgocząca herbatka podgrzana w chemicznej kolbie panny Flawii.

Muriel Spark, Pełnia życia panny Brodie, PIW, Warszawa 1972
Alan Bradley, Zatrute ciasteczko, Wydawnictwo Vesper, Poznań 2010.

belferski spleen

Z dystansu, reż. Tony Kaye, USA 2011.

Henry Barthes nosi w sobie smutek. Trudno jednoznacznie zdiagnozować jego źródło, lecz jest to smutek uzasadniony. Możliwe, że wynika on z  jakiegoś naznaczenia, ze specyficznych doświadczeń i obserwacji prowadzonych z perspektywy kogoś, kto na co dzień widzi zmarnowane szanse i niegojące się rany.

Henry (w tej roli Adrien Brody – świetny, o niebo lepszy niż w Pianiście) jest „nauczycielem zastępczym”. Kimś bez etatu, wynajmującym się do uczenia w zastępstwie, pojawiającym się w danej szkole (klasie) na moment, na miesiąc lub kilka. Wchodzi w swoją rolę na serio. A film, jak żaden inny ze znanych mi filmów o szkole, pokazuje, że zawód nauczyciela objęty jest najwyższym ryzykiem. Może cię wydrążyć, sfrustrować, rozstroić lub wprowadzić w stan permanentnie odczuwanej porażki. Zawsze walka, czasem wygrana potyczka, niegasnąca  świadomość, że sukces może być jedynie częściowy.

Rzecz dotyczy szkoły amerykańskiej. Jednej z tych nowojorskich szkół, do której trafiają dzieciaki bez przyszłości, za to z nadbagażem impertynencji. Szkoła nie przetrwa, w końcowych scenach widzimy puste korytarze, po których hula wiatr. Szkoda, to było miejsce z charakterem.

Opowieść prowadzona jest w ten sposób, że dominuje perspektywa Henry`ego. Widzimy go podczas lekcji i w trakcie rozmów z innymi nauczycielami. Po południu często odwiedza w domu opieki swego schorowanego dziadka (postać niejednoznaczną). Mieszka i żyje sam. Samotność zakłóci Erica, nastoletnia prostytutka, którą przygarnie, niebezpiecznie balansując na granicy dopuszczalnej formy pomocy nieletnim. Powinien przecież trzymać poprawny dystans.

Fabularny ciąg zdarzeń inkrustują retrospektywne migawki z przeszłości Henry`ego. Ważne. Nauczyciel nie jest człowiekiem wypranym z traum, czyściutkim jak nieużywany podręcznik.
Są też, stylizowane na dokument, wypowiedzi do kamery – niczym glossa do świata, który jest jaki jest.

Mogę powiedzieć, że ten amerykański świat jest radykalniejszy niż to, czego sama doświadczam. Chamskie odzywki, wulgarne epitety, rozdawanie ciosów po omacku. Desperackie zabieganie o ciszę na lekcji. Znoszenie lekceważenia i idiotycznych scen urządzanych przez rozkapryszonych rodziców.

Ale akcent pada gdzie indziej. Na wspólne wszystkim (więc w istocie mogące być pomostem) poczucie bezradności.

Spodziewałam się, że seans zejdzie na obserwacji histerycznych zmagań nauczycieli z uczniami. Tymczasem nie. Nauczyciele jakoś sobie radzą na tej linii frontu. Czasami wdziękiem osobistym, poczuciem humoru (obsceniczną odzywkę przyjmując jak rzucony kęs poezji: można ją zagrać po szekspirowsku, odśpiewać niczym operę, wypowiedzieć jak bohater westernu), cierpliwością. Czasami (jak na załączonym obrazku) uciekając się do stanów transowych. ;) Najczęściej i najskuteczniej – oferując swoją obecność i konkretne, związane z wykładanym przedmiotem, prowadzenie.
Henry, zaatakowany przez buńczucznego młodzieńca, który domagał się uwagi, więc rzucił teczką Henry`ego o ścianę, odpowiada: „Ta torba jest pusta. Nic nie czuje. Mnie też nie możesz dotknąć. Nie biorę tego do siebie. A na twoim miejscu nie wyżywałbym się w ten sposób. Jestem jedną z niewielu osób, które próbują ci pomóc.”

Prawdziwy ostrzał jest gdzie indziej. To konfrontacja z  chaosem wytwarzanym przez świat. To bezradność, bezsilność wobec bełkotu. „Większość z nas wierzyła, że może coś zmienić.” Że wystarczy wymagać od siebie i być gotowym dawać. Za mało. Nie wiem jak to się stało, ale straciłam dystans. Odbierałam kolejne sceny bardzo osobiście. Mimo oczywistych różnic. Bliski jest mi ten nieuchwytny stan ducha, który każdego dnia usiłuję na nowo podważać, wentylować, rozjaśniać.

Zmęczenie. Ale nie takie, które nasunęłoby się na myśl w pierwszej kolejności: wypalenie, zniechęcenie, irytacja. Nic z tych rzeczy. Raczej przeczucie, że to, z czym się mierzę, przerasta mnie. „Płynę przez ocean, którego nie mogę przemierzyć. A sądziłem, że to ja będę rzucał koła ratunkowe.” Świadomość, że dzieciaki potrzebują drogowskazów, że są stawiane na niebezpiecznych rozwidleniach dróg, z których większość nie wydaje się prowadzić dokądkolwiek. I takie niejasne przeczucie, że trzeba by było wejść w rolę kogoś, kto sam się w tym nie plącze. Symptomatyczne, że ten „amerykański” świat cierpi na deficyt rodziców. Brakuje w nim perspektyw i akceptacji.

Lekcje angielskiego. Są jak uruchamianie alarmu, wprawianie w ruch delikatnych dzwoneczków, które – niewykluczone – mogą rozbudzić świadomość.

Czasami jest ekscentrycznie. Jak wówczas, gdy Henry proponuje uczniom napisanie mowy pogrzebowej, którą ktoś z bliskich wygłasza nad ich grobem. Mocne, odsłania to, w jaki sposób widzi się siebie samego i jak odgaduje się percepcję bliskich.

Lekcja z Georgem Orwellem, o dwójmyśleniu. Świetne przeniesienie obserwacji czynionych w świecie totalitarnej polityki na świat dyktatu popkultury. Można tak właśnie odbierać rzeczywistość. Niby wiadomo, że akceptowanie siebie „pod warunkiem”, że jest się wystarczająco atrakcyjnym, odpowiednio lekceważącym, pogardliwym wobec odrzuconych… że to bzdura.
A jednak działa się według tej myśli. Dwójmyślenie: można wierzyć w dwie wykluczające się prawdy jednocześnie. Jeśli w głowie panuje chaos, to można.

Lekcja z Edgarem Allanem Poe. Las uniesionych rąk na powyższym zdjęciu to odpowiedź na pytanie: „Kto z was szedł kiedyś korytarzem szkoły i czuł, że coś mu ciąży. Tak bardzo, że aż przygniata i tłamsi?”  Każdy to czuł. Więc Henry czyta pierwsze zdania Zagłady domu Usherów i objaśnia: ten dom, ta mroczna ruina wśród wiatrów i burz, to nasza dusza. I dzieją się czary.

Gorycz, przełamana, ale dominująca, unosi się nad całym filmem. I dobrze. Tak łatwo przegnać prawdę z filmowych obrazów o szkole. Kilka dramatycznych wydarzeń uwiarygodnia belferski spleen.

Henry trwa w tym stanie permanentnie. Ja nie. Ale nawet przebłyski wydają mi się przytłaczające. Dla pokrzepienia mogę dodać, że dokuczliwe uczucie błądzenia po omacku raz po raz można wywrócić na nice. I wówczas te same sytuacje przeżywa się jak ekscytującą grę, aktorski monodram, radosny, nieobliczalny happening, a nawet jak spotkanie z cyklu „szczerość za szczerość”.

Ale lepiej, że film Tony`ego Kaye`a nie rozbija tej depresyjnej bani. Niech ona się chmurzy, pęcznieje i ciąży.

„Z dystansu” – tytuł jest tajemniczy. Przecież akurat zaangażowania głównym bohaterom nie brakuje. Chyba że jest to diagnoza tego dziwnego stanu, kiedy wchodzimy w coś bez asekuracji, tracąc egocentryczne zastrzeżenia, a zyskując dystans do siebie i świata jednocześnie. Ale nie wiem. Wymyka mi się sens tytułu. Podejrzewam, że można by go rozsupłać w świetle motta, które poprzedza film.

„Nigdy jeszcze nie czułem się tak oderwany od siebie, a zarazem tak obecny w świecie.”  (Albert Camus)