Archiwa tagu: Nowy Jork

żywopłot

Dorit Rabinyan, Żywopłot, Smak Słowa 2016

Zywoplot

Literacka premiera drugiej połowy sierpnia. Trafił do mnie egzemplarz recenzencki i dobrze, że zdarzył się taki traf. Warto było poznać.

Kilka wabików: izraelska Nagroda Bernsteina, rekomendacja Amosa Oza i szum wokół recepcji książki w Izraelu (zakazy, stempel „niewłaściwego” wpływu na czytelników). Tym ostatnim nie należy się sugerować, bo to absurd i choć mówi co nieco o Izraelu, to prawie nic o książce. Natomiast Oza warto posłuchać (nawet jeśli to reklama na okładce). Rzeczywiście, Żywopłot to przede wszystkim opowieść o miłości, która rozkwita w ciągu kilku miesięcy w mroźnym Nowym Jorku (2002 – zima stulecia).

Spotkali się w obcym im mieście, bo tam, skąd pochodzą, los pewnie nie dałby im szansy. Liat jest Izraelką z Tel Awiwu, Hilmi – Arabem urodzonym w Hebronie. A więc miłość, której kontekstem jest splot zadawnionych sporów między nacjami, odwieczny i niewygasający konflikt. Przeszkody, które tam, w Tel Awiwie czy Ramallah, były namacalne (strefa okupacyjna, mury, strażnicy), na drugiej półkuli są żywopłotami rozrastającymi się w głowach. Z jednej strony – można dać się porwać narracji o namiętności i czułości, która unieważnia granice, z drugiej (i to jest najciekawsze) – granice to stemple mentalne i nawet oderwane od bodźców politycznych czy społecznych nie znikają. Zostaje to, co zaszczepiła w nas kultura, tradycja, filtr, przez który patrzymy na świat. Historia Liat i Hilmika ujęta jest w zimno-gorące szczypce. W głowach (przynajmniej w głowie Liat) pali się czerwona lampka, że to tylko tymczasowe. Emocje próbują ten szlaban złamać, nagiąć do pragnień czy przeznaczeń.

Powieść ma rytm trzech pór roku: jesieni, zimy (i nieśmiałej aż po maj wiosny) oraz lata. Jesień to dwa pierwsze dni, które przesądziły o spotkaniu i dopasowaniu się. Zima to pestka z przyległym miąższem. Lato jest skórką epilogu. Sięgnęłam po powieść Dorit Rabinyan tuż po lekturze opowiadań Elizabeth Strout (Olive Kitteridge). Stąd lekki szok termiczny. Amerykanka opowiada o prowincjonalnej codzienności ludzi, których życiowa ścieżka robi właśnie ostatni zakręt. Posługuje się przy tym narracją mistrzowsko zwięzłą, precyzyjną. Pisarka izraelska wciąga od pierwszych stron w żywioł młodości: wielkie miasto, uczucie jak grom z jasnego nieba, narracja bardzo subiektywna. Znaki zapytania towarzyszyły mi w części jesiennej: bo przecież zaskoczyła mnie rozlewność obejmująca dwa dni, z których pierwszy jest chodzeniem ulicami Nowego Jorku tam i z powrotem. Lekki sceptycyzm powrócił, gdy czytałam końcowe sceny na plaży – również niesamowicie rozbuchane. Oczywiście, temperatura zdarzeń jest na tyle gorąca, że usprawiedliwia taki wybór. Choć lakoniczność też zdziałałaby swoje.

Podkreślę: żywiołem Żywopłotu jest młodość. Wiek bohaterów (dobiegają trzydziestki), gorączka romansu, wybory rozstrzygające o całym dalszym życiu. Ale nie tylko to. Coś więcej, coś w sposobie pisania Dorit Rabinyan zachęca, by analogiczną młodzieńczość (zuchwałość i nieśmiałość jednocześnie) odkrył w sobie czytelnik.
Doris Rabinyan1Wyobrażam sobie, że Liat mogłaby wyglądać tak, jak autorka. Tropów autobiograficznych jest kilka: dedykacja, żydowsko-irańskie korzenie bohaterki i pisarki, miejsca bliskie im obu. Czytać należy tę powieść jednak jak fikcję.

Najbardziej ujęło mnie wyważenie tego, co prywatne i tego, co przynależy do społecznych diagnoz. O konflikcie izraelsko-palestyńskim co nieco wiemy. Rabinyan nie próbuje tworzyć fresku historycznego ani ujmować tematu panoramicznie. Skupia się na tym, jak sytuacja stymuluje zachowania bohaterów. Kłócą się, mają świadomość, że po powrocie do kraju nie zyskają aprobaty najbliższych, próbują zgadywać, co siedzi w głowach tych, którzy nie dają im szans. Samych siebie zaskakują tym, ile mogą poświęcić i tym, jak sztywnieją im poglądy, gdy służą konfrontacji z kimś, kto może je zaatakować.

Mam dwa ulubione fragmenty, oba konfrontacyjne, z mięsistej części zimowej. Pierwszy to świętowanie szabatu w izraelskim gronie Liat. Zataja swój związek z Hilmikiem, przychodzi sama, ale cały czas zgaduje, jak byłby tu przyjęty, co mogłoby go urazić i czym on drażniłby Żydów. Ucztują, przekomarzają się, dyskutują o tym, co w kraju, o „żydowskiej racji” i „arabskim zbłądzeniu”. Wspominają wojsko, bo każdy z obecnych odsłużył swoje w izraelskiej armii. I wiedzą, że główny problem to arabski terroryzm. Schronieni w żydowskich smakach, piosenkach, modlitwach i przekonaniach jak w kokonie.

Drugi – to kolacja w restauracji wśród arabskich przyjaciół Hilmika. Są oboje, ale Liat poczuje się dotknięta, gdy nie otrzyma wsparcia ukochanego. I choć Hilmi jest wyjątkowo empatyczny i jak to tylko możliwe – apolityczny, to przecież bliżej mu do poglądów brata Wasima niż do izraelskiej koncepcji dzielenia ziemi i budowania wszędzie płotów. A Liat idzie w zaparte, oburza ją apodyktyczność Wasima, odczuwa ironię Zajnab, komentującej, że niby oczywista jest nieznajomość arabskiego wśród Izraelczyków, bo bliższy jest im starogrecki i flamandzki.

Językiem, w którym porozumiewają się bohaterowie jest angielski. Wcale niemało jest jednak hebrajskich i arabskich przebitek. Sprawiały mi one dużą przyjemność. W melodię języka Rabinyan wpisuje tożsamość, atmosferę rodzinnego domu, swojskość (i odmienność).

Może to, co można odnaleźć w powieści Rabinyan, nie doda wiele nowego do publicystycznych analiz, niegdyś już przeczytanych. Ale pozwala przyjrzeć się jak konflikty społeczne osadzają się nam w głowach, jak trudno je w sobie przełamać. Co akurat dotyczy nie tylko sporu izraelsko-palestyńskiego, bo daje się dostrzec dużo bliżej.

„Tam, przed ekranem telewizora, oglądając weekendowe wiadomości, ja i moja siostra ścierałyśmy się z rodzicami (…) i oskarżałyśmy okupację o wszystkie kłopoty, obrzucając wyzwiskami prawicowy rząd i żydowskich osadników. Natomiast tutaj, w Nowym Jorku, mówiłam nagle ich językiem, broniłam Izraela, usprawiedliwiałam jego politykę. I ze wszystkich ludzi na świecie właśnie z Hilmim nie udawało mi się zgodzić w niczym. Nienawidziłam tego. Nie rozumiałam, dlaczego nawet my, bliscy sobie i kochający się ludzie, wciąż i wciąż ponosimy klęskę w miejscu, gdzie wszyscy doznają niepowodzenia od tylu już lat”.

 

stary dobry Woody

Annie Hall – reż. Woody Allen, USA 1977
Manhattan – reż. Woody Allen, USA 1979
Hannah i jej siostry – reż. Woody Allen, USA 1986

No cóż, nie każdy listopad jest udany. Tegoroczny był jak pandemonium. Prawie w każdej sferze. Irracjonalny i rozczarowujący. Światowo, krajowo, osobiście i cieleśnie. Wymknął się spod kontroli mikrokosmos. Zbuntowane ciało samo sobie dało w kość. Dostało cztery tygodnie L-4 i choć nie czuje się po nich jak po spa, to mimo wszystko lepiej niż Woody Allen

Właściwy czas na spotkanie z kwintesencją neurotyzmu i hipochondrii – zgodnie z dewizą wybicia klina klinem. Sięgnęłam do opowieści nowojorskich sprzed trzech, czterech dekad. Wody Allen był wówczas daleki od podróżowania po Rzymie, Paryżu czy Barcelonie. Siedział na Manhattanie lub w sąsiedztwie, chodził do psychoanalityka, do lekarzy, do klubów, na korty, nad rzekę. Był kinomanem i maniackim czytelnikiem. Miał popaprane życie uczuciowo-erotyczne. I intelektualny (żydowskiej proweniencji) klucz odpowiadania na lęgnące się króliczo pytania egzystencjalne. Woody Allen, znaczy tu – umownie – bohater filmów (których był jednocześnie aktorem, reżyserem i scenarzystą). 

Wyliczmy: Alvy Singer (komik i mizantrop) z Annie Hall, Isaac (pisarz) z Manhattanu i Mickey (znów komik, „eks” jednej z sióstr, ale przede wszystkim hipochondryk) w Hannah i jej trzech siostrach. Towarzyszą mu ulubione Allenowskie aktorki: Diane Keaton, Mia Farrow, Dianne Wiest, Barbara Hershey.

Mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać (dwa z trzech tytułów oglądałam wcześniej), ale uderzyło mnie, że te historie filmowe – mimo neurotyzmu i niekończących się tyrad Allena, mimo scen tworzących niezależne skecze – są jednak fabularnie bardzo spójne i zmierzają do domkniętych epilogów. Złośliwość równoważona jest czułością. Co tu zresztą mówić: trzy świetne, niestarzejące się filmy, z których najbardziej lubię Annie Hall

Annie Hall. Diane Keaton. Woody Allen

 Annie Hall

Najzabawniejsza historia o czymś najsmutniejszym na świecie. Film jest zresztą poskładany z wielu puzzli, epizodów, odprysków przeszłości (z różnych przedziałów czasowych), z tysiąca wkurzeń i marudnych obserwacji. Jest więc i wielotematyczny. Ale temat nadrzędny to ten, który Woody-Alvy wypowiada wprost do kamery: „Annie i ja zerwaliśmy ze sobą, a ja ciągle jeszcze nie mogę się z tym pogodzić. Ciągle przesiewam szczątki naszego związku… Rozmyślam o swoim życiu, próbując odkryć, gdzie się spieprzyło”.

Yeah, to jest tekst! Przyciągnie popaprańców, którzy westchną jak Krecik, że… och, tak, i ja przesiewam i szukam niegdysiejszych śniegów. Przyciągnie amatorów czarnego (i w ogóle wszelakiego) humoru, bo to przecież beka przesiewać życie jak młynarz mąkę. Jedni i drudzy dostaną to, na co czekają. Niektórzy dwa w jednym. Dowcip rozpoczynający tę historię kończy wszak puenta: „Takie właśnie mam podejście do życia. Jest pełne samotności, smutku, cierpienia i niezadowolenia. I to wszystko o wiele za szybko się kończy”.

Annie i Alvy rozstali się, a przedtem byli ze sobą w jedyny (chyba) możliwy sposób: wśród wątpliwości, tarć, rozstań i powrotów, prób narzucania drugiemu, co ma czytać (to Alvy!) i mikroucieczek przy pozorach zgody (to Annie). Było prześmiesznie, co ilustruje scena z homarami, które rozpełzają się po kuchni przy wtórze histerii i ubawu. Było czule, co dobrze oddaje scena z zabijaniem pająka w łazience. Musiało być również intelektualnie, inaczej nie byłaby to historia Allenowska. Tu z jednej strony dywagacje o sensie życia – Alvy ma swoją pesymistyczną teorię: „Uważam, że życie dzieli się na okropne i nędzne”; okropne, gdy spotyka cię perfidne nieszczęście i nędzne – w pozostałych przypadkach („Powinnaś być wdzięczna, że masz nędzne życie”). A z drugiej strony kontekst tego wszystkiego, co bohaterowie oglądają (Bergman), czytają (koniecznie z ulubionym słowem Alvy`ego w tytule) czy słuchają. 

Właściwie: jest tu wszystko, co powinno się znaleźć w opowieści o miłości. Początek i koniec. Kluczowe momenty. Coś, co sprawia, że wierzymy w powodzenie tego związku i coś, co przesądza, że nie dajemy mu szans. Trochę antagonizmów i mniej więcej tyle samo zgrania w punkt. I jest piękny epilog. Zdradzę, bo i tak znacie ten film. Od pierwszej sceny wiemy, że Annie i Alvy nie idą wspólną drogą. Jedno związało się z kimś, drugie nie. Drogi się jednak przecinają, szczególnie gdy mieszka się w Nowym Jorku. Wpadają więc na siebie i może z nutką bólu, ale takiego zmieszanego z uśmiechem, jedno z nich zauważa, jak drugie ciągnie swego partnera na film, który musi się kojarzyć z poprzednim związkiem. Ale najładniejsza jest tu scena, w której spotykają się w kawiarni i ze śmiechem, przyjaźnie spoglądają na to, co ich łączyło. W tle migają sceny, które kilka chwil wcześniej rozgrywały się na naszych oczach. Puentą jest to, że nawet jeśli rozdroża są nieuchronne, to fajnie, że choć kawałek drogi szło się wspólnie. Ta scena jest chyba równie piękna jak scena ocenzurowanych pocałunków z Cinema Paradiso.

Annie Hall. Keaton i Allen

Oczywiście, Annie Hall (i Manhattan i Hannah i jej siostry) warto zobaczyć nie tylko po to, by śledzić związki uczuciowe i gdybać, dlaczego one wszystkie są tak kruche lub jaki wpływ na szczęście ma neuroza. Są podróżą w lata 70. i 80. I majstersztykiem pomysłów scenariuszowo-reżyserskich (z akcentem na scenariusz). 

Woody Allen jest geniuszem (przynajmniej „był”, bo czas wszystko rozrzedza). W Manhattanie bohaterka grana przez Diane Keaton określa tym mianem każdego, kto ją poruszy, więc Woody trochę z tego kpi. Cóż, a jednak…

Uwielbiam snobizm intelektualny Allenowskich bohaterów. Pewnie dlatego, że żyję w takim czasie i miejscu, gdy (i gdzie) od dawna nikt się nie snobuje. Dlatego nawet jeśli intelektualny snob grzeszy pychą, wierzę, że będzie zbawiony. No może poza jednym wyjątkiem. Mowa o tym przemądrzalcu z kolejki do kina (Annie Hall), który wiedział, co ma na myśli Marshall McLuhan lepiej niż autor tej myśli. Nieszczęścia chodzą parami, więc nie dość, że Annie marudna, to jeszcze za plecami tokuje facet, który zżarł wszystkie mądrości. Kobieta, która mu towarzyszy gra rolę „słuchawki”, czyli biernie milczy. Alvy przez chwilę też, no ale tak się nie da. Facet analizuje kino Felliniego („przerysowane”) i dramaty Becketta („Podziwiam technikę, ale nie dostaję od niej kopa”), zna się na wszystkich trendach, -izmach i nie omieszka się tym pochwalić. Tę scenę powinno się aplikować wszystkim niewyżytym recenzentom. Również ze względu na puentę. Alvy wyciąga zza kotary McLuhana i konfrontuje go z mądralińskim. McLuhan uciera mu nosa i sprowadza tyczkę do parteru. 

Podobnie jest, gdy Annie opowiada Alvy`emu o swoim byłym. Nie opowiada, bo trick polega na tym, że przeszłość rozgrywa się na oczach bohaterów. Po lewej stronie ekranu młody przystojny aktor czaruje Annie truizmami, po prawej – Alvy naśmiewa się i kpi z eksrywala. Takich pomysłów jest w tych filmach zagęszczenie. Konfrontują się różne rzeczywistości: przeszłość z przyszłością, fabuła z widzem, dzieło z autorem. Otóż zwarcie wygląda tu z grubsza tak (klasyka humoru Allena):
„- Wiesz, jak chciałbym umrzeć? Rozszarpany przez dzikie zwierzęta” – mówi wyciągnięty z przeszłości adorator. Na co zdegustowany i niemal doprowadzony do mdłości Alvy odpowiada: „- Straszne! Zjedzony przez jakieś wiewiórki!”. Bo też jedno drugim podszyte: intelekt i emocje. Tu, oczywiście, zazdrość, do której intelektualny malkontent przyznaje się z trudem:
„- Nie mów, że jesteś zazdrosny.
– Tak, troszkę… jak Medea”. 

Być może cały ten wpis jest patchworkowy i niczego nie porządkuje. Ale naprawdę nie sposób przepisać Woody`ego na klarowny konspekt. Tu przecież ścierają się ze sobą setki pomysłów, tematów, błysków, ironicznych komentarzy. Cudem jest to, że wcale nie zgryźliwość dominuje, że w tej intelektualnej demaskacji jest wyraźna nuta sentymentu. Stawiam tezę, że osiąga ją Allen za sprawą kobiet.

Dzięki spokojnej, zrównoważonej, choć trochę zbyt „samowystarczalnej” Hannah i dzięki wiosennej Lee, o której mężczyźni śnią, na jawie wyrażając swój zachwyt wierszami Cummingsa. Ale też dzięki Holly, ekscentrycznej, niepewnej siebie, pogubionej córce marnotrawnej, która – jak wiele Allenowskich postaci – radzi sobie, przetwarzając życie w tekst literacki. [Hannah i jej siostry]
I nie wiadomo, czy trzeba by tu wymieniać te stojące w przeciwwadze do neurotycznego mężczyzny, jak choćby 17-letnia, czysta jak łza i ufna Tracy, czy stawiać na typ rozedrganych neurotyczek niczym Mary – między którymi wybierał Isaack w Manhattanie.
A diadem i tak wręczam Annie Hall. Za ten udany image w za dużych spodniach i w krawacie. Za to, że boi się iść własną drogą, ale pójdzie. I za to, że mówi inaczej niż wszyscy, ma słabość do słów, które już wyszły z użycia (wykwintność, układność i la-di-da). Tak, la-di-da!

 

taksówkarz

Taksówkarz (Taxi Driver), reż. Martin Scorsese, USA 1976

Dlaczego Taksówkarz? Dziesiątki powodów.
Pierwszy: jeździłam z Panahim żółtą taksówką po Teheranie? To dlaczegóż nie obstawić kursu nocną taryfą po Nowym Jorku z Robertem De Niro?
Drugi: obsesje i samotność Travisa Bickle`a. Zwłaszcza ta druga, którą smakuję, czytając Lotnisko w Monachium (i przy mojej ogromnej sympatio-skłonności do samotności, zaczynam ją podejrzewać o najgorsze).
Trzeci: żółty plakat z taksówkarzem mam vis-à-vis mojego stołu w miejscu pracy. Wgapiam się w niego, mgliście pamiętając wrażenia z bardzo dawnego seansu. Teraz mam na świeżo i to po podwójnym oglądzie!
Czwarty: żółć żółcią, ale to jest kinowy evergreen! Ani cienia myszki czy kurzu. Absolutne 10/10, któremu niewiele filmów może dotrzymać kroku.
Piąty: wiem, że Ameryki nie odkryję (choć właśnie że tak, najdosłowniej), pisząc o filmie Scorsese. Bo trzeba by wysmażyć sążnisty esej, a i tak już mądrzy przede mną rozbierali ten tytuł na porcyjki, a ci, którzy tu zaglądają, pewnie znają, bez moich przypomnień. Słowem: piąty powód jest taki, że pisać o Taksówkarzu, to jak z motyką na słońce ruszać. Więc dlatego.
Szósty: niesamowicie aktualny komentarz do tego, jak widzą świat „oburzeni”, „wkurzeni”, „zdesperowani”, którym przypisuje się ostatnio ogromny potencjał polityczny. Taxi Driver daje spectrum zjawiska.
Siódmy: słowa Urszuli Antoniak w FilmWebowym programie „Mój gust filmowy„. Jeden z lepszych odcinków, bo bohaterka ciekawa i inspirująca. I tam pojawia się Taksówkarz (od 3`50″ do 5`15″). Film z ulubioną rolą męską. Ekwiwalent greckiej tragedii i fenomenalne połączenie energii reżysera, scenarzysty i aktora. Może to nie brzmi jak bon mot, ale to absolutna esencja wszystkich możliwych recenzji. Primo – scenariusz, secundo – reżyseria (kto się zachwyca brawurowym Wilkiem z Wall Street, powinien wrócić do początków Scorsese`a, który owszem, rozwija się, ale geniusz objawił już w roku 1976), tertio – gra
Roberta De Niro. Czy jakiś młody aktor może nie marzyć o takiej kreacji? Albo czy może nie uczyć się budowania roli od młodego De Niro? W każdym razie: powinien marzyć i uczyć się jednocześnie.

Taksówkarz (plakat)

1.

Pierwsze kadry to oczy w samochodowym lusterku. Albo wykadrowane do takiego formatu. Bingo! Bo raz, że to są oczy, którymi przez dwie godziny oglądamy świat. Dwa, że tu naprawdę wiele zależy od filtru oczu i od kąta widzenia tego, kto patrzy. I zanim ruszę dalej, to zacząć muszę od tego, że Travis Bickle nie może spać. Zgłasza się do agencji taksówek, by pracować „anytime, anywhere”. Chce zabić czas. Zrobić coś ze swoim życiem… z kimś być, znaleźć cel i sens. Ok, słuszny kierunek, ale ważniejsze w tej informacji jest to, kim Travis jest na starcie. Kimś, dla kogo sens i cel nie są czymś naturalnym. Wrócił z Wietnamu. Nie ma bliskich (choć pisze listy do rodziców). Wkurza go świat. Najchętniej by go posprzątał, nie przebierając w środkach.

A odkąd jeździ nocną taksówką, powodów, by gorycz narastała ma coraz więcej. Nastoletnie prostytutki, zdradzające żony, cyniczni alfonsi, dilerzy i menele. W jednej z moich ulubionych scen taksówką Travisa jedzie Palantine, kandydat na prezydenta. Travis przekazuje mu swoje memento. Zapytany co go wkurza, odpowiada, że śmieci. (ok.28`) „Wiem jedno – ktoś powinien oczyścić to miasto, bo jest jak otwarty ściek. Pełno w nim brudu i śmieci. Nie mogę tego znieść. Wychodzę i czuję ten smród. Dostaję bólu głowy. Wszędzie się unosi. Prezydent powinien posprzątać ten cały bałagan. Spuścić go do szamba”. To właśnie filtr, przez który Travis widzi świat. Czy diagnoza jest trafna? Szaleństwo jest w wirującym zepsuciem Nowym Jorku czy raczej w głowie Travisa? I choć niewykluczone, że oba światy są w ruinie, to silniej przeraża dewiacja wewnętrzna. Czy skorzysta z niej polityk, demagogicznie szafujący hasłem WE ARE The PEOPLE?

2.

Skoro o patrzeniu mowa, wspomnieć warto jaki to z Travisa kinoman. Nocą jeździ, za dnia siedzi w kinie. Takim specjalnym, z pornosami. I nie dostrzega różnicy między repertuarem tego kina dla „dorosłych” a kinem w ogóle. Tu przychodzi na pierwszą (nieudaną) randkę z Betsy, którą przepłoszy dosadnością oferty. Oczywiście, zdziwiony konsternacją dziewczyny, zaoferuje w razie czego inny film, ale sam nie widzi w repertuarze żadnej anomalii.

Scena z patrzeniem to również słynna scena bąbelkowa. Jedno z kilku spotkań w barze taksówkarzy. Rozmowy najprzyziemniejsze, paplanina branżowa, punkt wsparcia dla kierowców z żółtych aut. Travis rozpuszcza w szklance wody musującą tabletkę. Wpatruje się w nią i to go wciąga, podkreśla outsiderski krój. Co można widzieć w bąbelkach? To czego nie widać gołym okiem, co prowadzi do wspomnień lub półświadomych traum. Jeśli ktoś widział filmoznawczą epopeję Marka Cousinsa „The Story of Film – Odyseja filmowa”, piętnastogodzinną opowieść o historii kina, ten wie, o czym mówię. Adekwatny, minutowy fragment można zobaczyć Tutaj. Bąbelki są cytatem. Z Carola Reeda (Niepotrzebni mogą odejść, 1946), Jean-Luca Godarda (2 or 3 Things You Know About Her, 1967). Pulsujące, pączkujące szaleństwo.

3.

Nie wdając się w szczegóły znajomości Travisa z Betsy (zjawiskowy blond anioł wcielony w Cybill Shepherd) i z nieletnią prostytutką Iris (13-letnia Jodie Foster!), zatrzymam się na scenach metamorfoz. Jak mówi Travis: „wszystko prowadziło mnie do tego punktu”, fatalizm deptał po piętach. Lecz działał poprzez małe przygotowawcze ruchy. Jak choćby zakup broni. Z rozmachem, od razu cztery spluwy, w tym magnum 44, które do filigranowych nie należy. Nie można oderwać oczu od De Niro ćwiczącego się w szybkości reakcji. Poobwieszany zmyślnymi pasami, ukrytymi kaburami etc. staje się chodzącym arsenałem. Mniej więcej w połowie filmu zaczyna się przemiana w człowieka misji. Co ciekawe: misja jest rzeczą wtórną – Travis ma inklinację, by zabić polityka lub by wyzwolić z opresji prostytutkę. Nieważne, ważne, że staje się „misjonarzem”, zdeterminowanym mścicielem.

Travis pręży swe muskuły i refleks przed lustrem. Robi wrażenie! „Do mnie mówisz?” „Jestem człowiekiem, który mówi «dość»”. 
” – I`m standing here. You make the move.
Don`t try it, you fuck.  It`s your move. You talking to me? Well, I`m the only one here. Who the fuck do you think you`re talking to me? Oh, yeah.”
A potem wyjdzie i posprząta świat.

Jedno robi aktor, drugie scenarzysta z reżyserem. Bo gdy Travis pojawia się na wiecu wyborczym, mamy rewelacyjne preludium, budujące efekt zaskoczenia. Nadjeżdża żółta taksówka, wysiada z niej kierowca i zmierza na plac, miesza się z tłumem… A wszystko to ujęte półzbliżeniem, kadrującym poniżej głowy. Gdy kamera wznosi się i odsłania twarz, nie sposób nie wcisnąć się mocniej w fotel (kanapę czy co tam jest w pobliżu). Łysa pała z irokezem, nowy image buntownika. Znak, że choćby nie wiem ile działo się na naszych oczach, aktorski prestidigitator i tak wyjmie królika z cylindra a gołębia z chusteczki.

Taxi driver. Robert do Niro4  Taxi driver. Robert do Niro2

4.

Oczywiście, to, że Travis nie lubi „takich” ludzi może mieć przyczyn bez liku. A „takich” jest pojemne. Mieści czarnoskórych i białe, zimne kobiety, tych, co jawnie chcą ulepszać świat i tych, co po cichu rozszerzają jego gnicie. W rozmowie z Iris daje jej wskazówki jak konserwatywny starszy brat. „Powinnaś chodzić do szkoły. (…) Mieć kolegów i ładne sukienki”. Bo też największymi radykałami są konserwatyści. To wiadomo. W pojedynku z dwunastolatką: kto zna lepiej życie? Ja, bo widzę całe to bagno i wiem, że wszystko powinno być na swoim miejscu, a nie jest. – mógłby rzec Travis. A Iris na to – jesteś frajer. Kobiety są  wyzwolone. Nie masz prawa nikogo oceniać. Wszystko dlatego, że jesteś Skorpionem, ja jestem Wagą i mam rację. Parafraza rozmowy.

Więc jedną z przyczyn może być to, że Travis jest Skorpionem. Albo to, że ma za sobą Wietnam. Inny powód to wykańczająca bezsenność i samotność, już Dostojewski zdiagnozował, że gdy myśli kotłują się bez luftu i wymiany, prowadzą do ekstremum. Bodziec w rodzaju odrzucenia przez kobietę lub beztroskiej miny łotra (Harveya Keitela, ulicznego szefa Iris) działa jak zapałka na słomę.

Stymulacją są też zapiski w pamiętniku. Dają poczucie władzy nad rzeczywistością. Bo tak działa pisanie: tworzy wirtualny świat i pozwala wierzyć, że to ten prawdziwy. Mam władzę nad przecinkiem, to mogę przestawiać klocki. Szaleństwo – jak mniemam – lubi być zracjonalizowane.

5.

Finał to jazda bez trzymanki. Wszystkie strzelby, dosłowne i metaforyczne, muszą wystrzelić. Aż po ostatni nabój. Po scenę, w której ranny Travis, pod ostrzałem policji, kieruje okrwawioną rękę do swojej skroni i teatralnie trochę, a trochę autoironicznie, oddaje wyimaginowany strzał, który go uciszy: pif-paf. De Niro stosuje zgrabniejszą onomatopeję, trudno odtworzyć w zapisie.

Dodam, że za każdym razem, gdy oglądam epilog, mam ochotę iść w zakład, że to sen. Imaginacja, surrealizm, jakaś opcja alternatywna. A tu nie. Naprawdę sprawy mogą się obrócić w niespodziewanym kierunku. Szaleństwo jest w cenie. Można powiedzieć: świat normalnieje za sprawą szaleńców. No, posypałabym tę sentencję szczyptą kpiny.

Nie mogę wyjść z podziwu dla sposobu, w jaki łączą się tu ze sobą różne porządki. Zdjęcia nocnej odsłony New York City zrobione przez Michaela Chapmana. I muzyka, zwłaszcza motyw przewodni, jazzowa pościelówa.  Zespolenie smutku i nostalgii, wydawać by się mogło dalekie od furiackiej rewolty buntownika. A jednak z nią współgra.

Polecam powroty do klasyki, jest zielona jak pietruszka i bogata w minerały.

pocałunki

David Schickler, Pocałunki na Manhattanie, Dom Wydawniczy Rebis (e-book) 

W święta folguję opowiadaniom. Tym razem trafił mi się autor, którego z niczym nie kojarzę i pierwsze zetknięcie było lekko feralne. Na moim Kindle`u ściągnięty tytuł wyświetla się przez „ce-ha”: „… na Manchattanie”. Cha cha cha. To nie mogą być normalne pocałunki, pomyślałam, więc trzeba sprawdzić. Następny krok: pełen zachwytu wstęp Jonathana Carrolla: Pocałunki na Manhattanie to zabawna, niesamowita, ogromnie seksowna, tajemnicza książka, miejscami czarodziejska jak alchemia. Z każdym, kto ją przeczyta i jej nie polubi, coś jest zdecydowanie nie tak”.  Podejrzenie, że może ze mną jest coś nie tak, było tak frapujące, że wpadłam jak śliwka w kompot. 

Pocałunki na ManhattanieOpowiadań jest jedenaście, wszystkie – jak można się spodziewać – rozgrywają się tam, gdzie trzeba (Man-c-hattan). Co więcej: w każdym pojawia się kilka tych samych, znaczących miejsc: restauracja Flat Michael’s, nocny klub Minotaur i kamienica Preemption. Bohaterowie kolejnych opowiadań przenikają do swoich światów: początkowo delikatnie (napomknięcie, że na trzecim planie pojawia się ktoś, kto w poprzednim tekście grał pierwsze skrzypce), później kontrapunkty są czytelne, a postaci nie tylko się mijają, lecz wchodzą w jedną, centralną intrygę. 

Efekt podobny jak w filmie To tylko miłość Curtisa. Każdy ma swoją miłość i swoje pocałunki. A właściwie – odwrotnie: każdy ma swoją samotność, dziwność, traumę i mrok. Każda z historii mogłaby być tą jedyną, a jest ledwie pasmem w warkoczu.
Od bożonarodzeniowego Londynu Curtisa do sylwestrowego Manhattanu Schicklera jest dalej niż „tydzień”. Mroczniej i dziwniej. Dziwność, magiczność, zbiegi okoliczności. W filmie To tylko miłość niepodważalnym gwarantem takich „przypadków” jest adwentowe przyzwolenie i wyczekiwanie na magię. Wszystko się może zdarzyć, a miłość przede wszystkim. Opowieści nowojorskie tego glejtu nie mają i niezwykłość jest probierzem naszych czytelniczych preferencji. Krótko, zwięźle: mnie czytało się lekko, przypominała mi się proza Carrolla (pojęłam więc, skąd jego zachwyt i rekomendacja) i zrozumiałam, dlaczego to nie jest to, co moje tygrysy lubią najbardziej.

Chciałabym coś powiedzieć o „dziwności”, jaką emanuje ta książka, bo ta dziwność odpycha mnie i przyciąga. Odpychanie jest pozamerytoryczne. Nie w tym rzecz, że komuś coś niesamowitego się przydarza (i tak trudno przebić reportaże, czyli „dziwność non-fiction”). Na moment się w niej zanurzam, ale wychodzę ze spotkania bez naznaczeń.

Przykłady. Jest sobie irlandzki ksiądz, Thomas Marchant, wychowany przez trzy ciotki, które przypominają Parki, a co najmniej Wróżki. Ma zdolność i potrzebę wpatrywania się w ludzi i widzi to, co ukryte pod naskórkiem, ma jakiś siódmy zmysł. I przydarza mu się, że wieczór w wieczór na jego msze przychodzi młody mężczyzna ubrany na czarno. Tylko Marchant czuje bijący od niego odór, nierzeczywisty, bo to jest smród zła, które osiadło na duszy/psychice mężczyzny. Nieważne, czy to się później wyjaśnia czy nie – wyjmuję te dziwności z kontekstu.
Inna postać to James, młody, nieśmiały samotnik, który zabłądził do sex shopu, a tam, w piwnicach, gdzie szukał toalety, znajduje pracownię jubilerską z kimś, kto pretenduje do „mistrza ceremonii”. Tajemniczy jubiler pozwala Jamesowi wybrać wśród drogocennych preciozów coś, co chciałby podarować swej dziewczynie. Nic to, że kamienie są drogie, a James jest niezamożny (w dodatku nie ma dziewczyny). Nic to, że za chwilę okaże się, że miejsce przestaje istnieć, zniknie jak sen – zostaną kolczyki z opalami, do których później James dobierze sobie uszy, a właściwie całą kobiecą postać. 

Otóż to, co powyżej, to dla mnie sprawy, które miną, nic nie zmieniając. Tak naprawdę podobają mi się dwa opowiadania, również dziwne, ale inaczej, bez paranormalności. O jednym wspomnę, bo zaszokowało mnie dalece bardziej niż te z tonacją perwersji. 

Kąpiel Jacoba. Jacob Wolf i jego żona Rachel. Jacob rozczarował swojego ojca: nie miał ambicji, błysku, przebojowości, której oczekuje się od synów w dobrze sytuowanych rodzinach wyższych sfer towarzyskich. Miał dryg do układania piosenek i trudnił się w branży reklamowej. Rodzina pobłogosławiła wybór narzeczonej, bo Rachel była córką kogoś, z kim Wolfowie się liczyli. Ale wybór Jacoba wydawał się dość przypadkowy. Rachel była niepozorna, łatwa, nie tremowała Jacoba, nie przytłaczała kobiecym sexapealem. Tego chciał: coś na swoją miarę. A postrzegał się jako mężczyznę miary nie nazbyt zamaszystej. Początek nowego życia. Noc poślubna. Głupia sprawa: Rachel się kąpie, Jacob przegania skunksa z parapetu. Niestety, po chwili nieznośny zapach rozchodzi się po mieszkaniu. But do wyrzucenia, a i Jacob też wydaje się jakby „nie do użytku”. Dalej akcja przenosi się do łazienki. 

Pachnąca po kąpieli Rachel, Jacob zachęcany, by wskoczył do wanny. Jego nieśmiała obawa, że towarzystwo żony może go stresować lub zmierzać w kierunku jakiejś ekstrawagancji. Jej proste gesty i spokojna pewność: namydliła myjkę i „wykąpała swojego mężczyznę”. I tu następuje coś, co jest najdziwniejszą sytuacją, co uderza gdzieś o granice mojej wyobraźni, dziwne, choć zasadniczo zwyczajne.

„Odtąd każdego wieczoru ich małżeństwa Rachel kąpała męża. Kąpała go 20 listopada 1953 roku, w dniu, w którym urodziło się ich pierwsze dziecko, syn Elias. Rachel nie powiedziała o tym swojej rodzinie ani lekarzom w szpitalu Świętego Łukasza. Po prostu to zrobiła: zgłosiła się do szpitala rano, urodziła Eliasa i była w domu przed zmrokiem, żeby wykąpać swojego męża. Także 8 kwietnia 1956 roku – w dniu, w którym jej matka umarła na tętniaka mózgu – Rachel zdążyła wrócić do domu, żeby wykąpać Jacoba. Robiła to w każdy szabat i w żydowskie święta. W czasie pełni księżyca i finałów rozgrywek baseballowych. Kąpała go, kiedy była rozgniewana i kiedy on był okrutny. Jacob zaś niezmiennie zjawiał się w domu każdego wieczoru, aby dopełnić rytuału. 30 lipca 1958 roku, kiedy wieczorem w Centrum Rockefellera odebrał nagrodę za swoją piosenkę reklamową o Musztardzie Jeremiah, nie zgodził się wypić piątego piwa w Duranigan’s i pojechał taksówką do domu, żeby wziąć kąpiel. 23 sierpnia 1969 roku w jednym z pokojów hotelu Plaza pięćdziesięcioletni Jacob Wolf zakończył romans z broadwayowską pianistką Melodie „Trzy Czwarte” Sykes. Pognał do domu, szlochając spazmatycznie, i wszedł do wanny, by żona mogła go umyć. Przez całe dziesięciolecia nikt nie znał tej tajemnicy, nikt nie wiedział o skrywanym ożywczym źródełku małżeństwa Jacoba i Rachel, ani ich rodzice, ani sąsiedzi, ani ich dzieci”.

No nie, w tym jest jakaś piorunująca mieszanka. Więc jednak nie erotyzm… Coś śmiesznego, jakaś transformacja układu małżeńskiego (mężczyzna-dziecko?), a zarazem coś wzruszającego, choć mimo to dziwnego. Trwałość, tajemnica, rytuał – ależ spoiwa! Pisana każdego wieczoru kartka wspólnej historii. Kuriozalne curiosum. Tyleż samo znaków zapytania budzi we mnie ta odsłonięta intymność, co żelazny układ dnia, cowieczorna do kogoś przynależność. Ciekawe są ostatnie akordy opowiadania, bo nastąpi pewien zwrot z racji ujawnienia legendy. Po 43 latach zaprzyjaźniona z Wolfami felietonistka odkryje i opisze ich zwyczaj w „New York Timesie”. Hmm…

Wracam do tego opowiadania i badam, co z tą moją empatią i wyobraźnią. Czy szwankuje moja zdolność do przywiązań, czy raczej przerzucam winę na warsztat pisarski (bo też podał wszystko na tacy w jednym akapicie). Czy intryguje mnie bliskość tych dwojga, czy potknęłam się po prostu o czyjąś rozbujaną fantazję. Może zresztą niepotrzebnie wydziwiam. Stała sobie wanna, trzeba ją było wykorzystać. Przynajmniej Jacob był przez całe życie czysty. I opowiadanie – naprawdę – najlepsze w Pocałunkach…