Archiwa tagu: kino brytyjskie

Dunkierka

Dunkierka, reż. Chrstopher Nolan, Wielka Brytania &co, 2017

Do pisania o filmach wojennych podchodzę z nieśmiałością dużą, bo co ja tam wiem. Myli mi się, kto-gdzie-jak dowodził. Jakie strategie tworzą ukryte tło zdarzeń. Nie rozróżniam broni, pojazdów, samolotów. Nawet o znaczeniu bitew muszę coś doczytać (przed lub po). Dunkierka plasuje się na liście zdarzeń mi znanych, ale jeśli dorzucę coś od siebie, to nie po to, by zdawać test z historii. Opowiem o sile seansu najnowszego filmu Nolana, o torpedzie strachu, w jakiej na własne życzenie się znalazłam. 

Stawiam Dunkierkę wyżej niż Szeregowca Ryana, Przełęcz ocalonych czy Helikopter w ogniu. A przecież Spielberg, Gibson, Scott swej rangi nie tracą. Do innych wielkich filmów wojennych analogii nie przeprowadzam, choć można przy tej okazji jakiś klasyk sobie przypomnieć.

Bardzo zsynchronizowana opowieść. Równie zasadnie można by zacząć uwagami o muzyce, stronie wizualnej czy scenariuszu. Są sprzężone, wszystkie strefy działają równocześnie. 

Akcja rozpisana na tydzień, przełom maja i czerwca w 1940 – operacja „Dynamo”. Osaczone wojska alianckie – angielskie i francuskie (trzeba rozróżnić) – nie mają szans w walce z wrogiem. Należy więc ewakuować żołnierzy przez Kanał La Manche. Na horyzoncie plaży w Dunkierce mgliście „widać” ojczysty ląd. Dom jest niemal w zasięgu zmysłów, wzmacniając tęsknotę i bezradność. Siły zbrojne nie przysyłają na ratunek okrętów wojennych, czekających w gotowości na obronę Brytanii. Nadzieja w małych, licznych, łodziach i jachtach. A żołnierzy na plażach Dunkierki są setki tysięcy. Jakie szanse ma każdy z nich, by być uratowanym? Im ich więcej, tym nadzieje na życie mniejsze. 

Wiadomo, że wielka ewakuacja stała się symbolem „zwycięskiej porażki”. Na francuskim brzegu porzucono broń i wcale niemałą liczbę poległych żołnierzy, na brzeg angielski dotarło ich 338 tysięcy 226. W jednej z końcowych scen, gdy wchodzą do pociągu, którym pojadą w głąb lądu, niewidomy starzec wita ich słowami:
– Brawo!
– Myśmy tylko ocaleli.
– To wystarczy!
Napięcie między doświadczeniem przegranej i wygranej wpisane jest też w scenę czytania gazety. Jeszcze nie wiedzą, jaki będzie społeczny komentarz do ewakuacji, strach przed wstydem waży się z ulgą po totalnym zmęczeniu minionego tygodnia. Mnie się to rozdarcie nie udziela. 
Przeżyć – wystarczy. Wreszcie przestaję się bać, rozumiem tylko sen, w który się chronią, odreagowując piekielną, natężoną czujność. Film Nolana nie zajmuje się tym, co odłoży się w psychicznej pamięci. Wystarczająco dużo się zdarzyło, by ocaleni zapamiętali ekstremalne stany i reakcje.

Fenomenalne jest to, że scenariusz Nolana nie koncentruje się na żadnej spektakularnej historii. Można wybrać, który z bohaterów silniej zaanektuje naszą uwagę. Każdy, kto wchodzi w pole akcji, wprowadza swój los w grę. Gra zagarnia coraz więcej ludzi i coraz mniej daje im szans. Nie dowiemy się o tych postaciach zbyt wiele. Poza tym, że pod Dunkierką dotknęli śmierci, ostatecznie lub tylko czując jej przedsmak.

Dunkierka. 1

Skoro więc nie śledzę „przygód”, nie uruchamiam sentymentalnych kontekstów, nie mam wglądu w biografię, w relacje, w bagaż cudzy, to uruchamiam własny. Przez niespełna dwie godziny jestem nad Dunkierką w błękicie nieba i wody, w kabinie myśliwca z Farrierem (Tom Hardy), który traci kontrolę nad zasobami paliwa. Albo z Collinsem (Jack Lowden), lądującym na pełnym morzu, w stawiającej opór kabinie napełniającej się wodą. Albo na jachcie Dawsona (Mark Rylance), który kieruje się w stronę odwrotną do ucieczki. I trudno nie rozumieć, że wyciągnięty z morza żołnierz dygocze ze strachu (Cilian Murphy). Jeszcze gorzej: nie w myśliwcu jestem i nie na jachcie, lecz w zatapiającej się łajbie albo pod wodą, na której unosi się i za chwilę zapłonie warstwa ropy. Na mostku wśród tysiąca innych pod ostrzałem bombowców.

Dunkierka. 3

Scenariusz, który sygnalizuje potencjał bohaterów, ale za nim nie idzie, to ryzyko. Słusznie podjęte. Zmultiplikowanie bohaterów, wtłoczenie na plażę statystów, balansowanie między otwartą przestrzenią nieba, wody, piasku a klaustrofobiczną cieśnią kabin – potęguje strach. Kolorystyka obrazów – czasem błękit, często sinoniebieski, szary, beż i cała paleta ciemności. Operatorem jest Hoyte Van Hoytema, chciałabym zapamiętać. Muzycznie prowadził mnie przez seans Hans Zimmer. Nie umiem opisywać muzyki, ale kto wie, czy to nie główna siła, która wpędziła mnie w lęk. Swą monotonią narastającą. Cały czas sugerując jakąś eksplozję, ale w heroizm nie wchodząc. Właśnie osaczenie – czasem, przestrzenią, dźwiękiem jest tym, co działa silniej niż herosi i ich ewentualne tragizmy i heroizmy.

Jak powstawała Dunkierka? (materiał z vloga Na gałęzi)

Dunkierka

 

Reklamy

filomena

Tajemnica Filomenyreż. Stephen Frears, Wielka Brytania 2013

Filomena. Judi Dench, Steve Coogan

Tytuł oryginalny: Philomena. „Tajemnica” jest dodatkiem lekko wątpliwym, bo trzeba mocno zamykać oczy, uszy, usta (niczym japońskie trzy mądre małpy), by rzeczywiście nie wiedzieć i innych nie wtajemniczać. To, co było ukryte, ujawnia się w ekspozycji. Ciąg dalszy jest oczekiwanym układem zdarzeń. Z kilkoma niespodziankami, owszem. Mimo to – nie dramaturgia skrywa największe sekrety, tajemnicą jest człowiek. Jak zawsze. Siłą filmu są więc aktorskie kreacje. Judi Dench w roli tytułowej i Steve Coogan grający dziennikarza Martina Sixsmitha. (Nie dam rady pisać, nie tykając fabuły, konia z rzędem temu, kto potrafi.)

Irlandia. Początek XXI wieku. Odsłona tajemnicy: niemal siedemdziesięcioletnia Filomena Lee wyznaje córce, że pięćdziesiąt lat temu urodziła syna, którego jej odebrano. Nie wie, jaki los był mu pisany. Dotąd milczała, zmuszona umową, którą podpisała pod presją. Sprawcą rozłączenia były siostry zakonne, a takich jak ona było dużo więcej. Temat podejmuje (nie bez wahań) dziennikarz, nienawykły do pracy nad „życiowymi przypadkami”, specjalizujący się w „historii Rosji” i (na szczęście) uznający pogoń za sensacją za niższą zawodową półkę. Spotkanie Filomeny i Sixsmitha to szkielet filmu. Tropią ślady i rozpoznają siebie nawzajem (Filomena jest dla dziennikarza równie intrygująca co śledztwo w sprawie syna). W kategorii „duety” film Stephena Frearsa zasługuje na laury.

W temacie „matka i syn” doświadczenie jest udziałem Filomeny. Z jej dramatu dostrzec możemy jedynie ułamek, nie mamy wstępu do pięćdziesięciu lat bólu i życia w poczuciu winy. Jesteśmy tym, kim jest dziennikarz. Czyli: widzimy wielki temat, pojedynczą tragedię, sprawę, którą trzeba wyjaśnić i oczyścić. Słowem: to rola towarzysząca, drugoplanowa, rozegrana w cieniu. Pierwsze skrzypce należą do Filomeny (młodej i starszej – grają dwie aktorki). Ona doświadcza hańby i odrzucenia (ciąża bez ślubu), perfidnej łaski zakonnic, które dają schronienie, każąc jej odpracować każdy wydany na nią „grosz”, potwierdzając jej grzeszność i niegodność. Doświadcza trzyletniego macierzyństwa, przedziwnej więzi, której przerwanie po takim czasie jest wyjątkowo podłe. Poddana jest manipulacji, bezecnej grze, w której pionkiem są dzieci, a żetonem pokaźne sumy za adopcję napełniające zakonną kasę. Żyje z samotnie dźwiganym garbem przez pięćdziesiąt lat. A potem szuka desperacko, ożywa, odzyskuje i znów traci. Emocje są silne. Chwała Judi Dench, że zagrała je bezpretensjonalnie, nie szantażując uczuć widza. Sytuacja (ewentualnego) spotkania z synem-mężczyzną, w którego życiu jej nie było, który życie mógł przegrać, mógł stać się kimś mentalnie nie do rozpoznania… to sytuacja niebezpieczna, łatwa do przeszarżowania. Pomysł Frearsa (inspirowany życiem) jest poruszający.

W temacie „sprawiedliwość dla winowajcy” układ sił się wyrównuje. Martin Sixsmith jest równorzędnym partnerem Filomeny, wychodzi z cienia i tworzy balans z jej opcją. Dzięki temu zrozumienie i wybaczenie idzie w parze z oskarżeniem i chęcią natychmiastowego napiętnowania kłamstw. Ktoś może powiedzieć, że Dom Sióstr, w którym rozgrywa się pierwszy i ostatni akt tej historii, to sceneria mroczna i pełna fałszu. Dziennikarz ocenia działania zakonu według kryteriów współczesnych. Widzi prymat instytucji nad jednostką i kwestionuje go bezwzględnie. Patrząc jego oczami, widzimy hipokryzję, pychę, niezgodność praktyki z wiarą. A ponieważ jest to opcja ateisty, więc nawet zasadność istnienia tego rodzaju zgromadzeń, z psychopatycznymi zakonnicami, wydaje się wątpliwa. 

I tu do głosu dochodzi Filomena. Krzywda nie niszczy jej. Pamięta, co utraciła, a potrafi nie wystawiać rachunku za swoje cierpienie. Oburza się: nigdy nie wyrzekłam się swego dziecka. A potem dodaje, usprawiedliwiając ruchy zakonnic, że miały jej podpis na umowie, więc prawo zezwalało na adopcję. Sixsmith widzi „sprzedaż” i naruszenie elementarnych ludzkich praw. Filomena tego nie widzi. Czy to jest kwestia wieku? Filomena wyrasta z czasów, kiedy nie rozczulano się tak nad prawami ludzi z marginesu (a nieślubną ciążę uznawano za grzech, który wykluczał z grona „porządnych”). Może to dowód na akceptację kary, wstyd za własny błąd (nawet jeśli owocem był ukochany syn)?  Ta pokora to chyba najciekawsze zadanie, z jakim zmierzyła się Judi Dench. Bo tak, jak ja odczytuję tę postawę, to wynika ona z prostoty, z mądrości, z koncentracji na tym, co istotne. Chwilami można myśleć, że to lęk albo słabość. Ale przenikliwość i nowoczesność Filomeny bywają zaskakujące. Sięgnęłabym raz jeszcze do metafory trzech małp. Jedna zamyka oczy, druga uszy, trzecia usta: nie widzę, nie słyszę, nie mówię. Różnie się ją rozszyfrowuje. Nie chodzi tu jednak o wyłączenie zmysłów, przyzwalające na obojętność, znieczulenie. Raczej o niedoszukiwanie się zła w tym, co mówią i czynią inni. Nieosądzanie. Buddyjska geneza splata się z chrześcijańską wykładnią przebaczenia, a przede wszystkim z mądrością ludzką, która przestrzega przed goryczą poczucia krzywdy. Smakowanie jej pogrąża nie mniej niż sama krzywda.

W temacie „duet aktorski” mamy sprzężenie bez zarzutu: kreacje Dench i Coogana. Rola Filomeny zdobyła nominację do Oscarów. Judi Dench to aktorka z klasą. Zaskakujący jest jej partner: znany brytyjski komik, którego obecność uzasadnia zapewne to, że jest autorem scenariusza i producentem filmu. Na szczęście trzecim uzasadnieniem jest talent i idealne zgranie z partnerką. Prawdopodobne, że sporo jego osobistych cech wyposażyło Martina Sixsmitha w inteligencję, błyskotliwość, humor i dystans. Dowcip, powiedzmy, w tonacji cynicznej. W jednej z pierwszych scen, indagowany przez towarzystwo o plany na przyszłość (właśnie zostal zwolniony z BBC), zapowiada pracę nad książką o Rosji. Sądząc po minach słuchaczy, nikt mu nie wieszczy sukcesu. A on z tą Rosją, jak Katon z Kartaginą. Byle nie parać się obyczajówką. Filomena okaże się wyzwaniem. Prosta kobieta, której umysłowość wyrzeźbiły lektury Ridest Digest (złośliwość Sixsmitha). Zaskakująca jak samo życie, do którego Martin nabiera szacunku. 

Do zapamiętania naznaczam sceny, w których Filomena streszcza swoje ulubione powieści. Martin przechodzi wówczas etap czyśćca. Szczególiki, naiwność pensjonarki i to rozbrajające: „nigdy bym nie zgadła”, którym Filomena kwituje najbardziej ograne literackie chwyty. Coogan ma duże oczy, a całkiem często rosną mu one na naszych oczach. Świetna jest scena, w której rozmawiają o tym, że Martin (zbieżność przypadków) spotkał kilka lat wcześniej poszukiwanego syna Filomeny. Dziewczęca radość i zachłanność na każdy okruch wspomnień wciągają mało sentymentalnego dziennikarza w odtwarzanie gestów czy słów. Czułe i zabawne. Niezłe są ostatnie sekwencje (przemilczę), w których Coogan daje popis temperamentu i przekonuje do siebie tych, których nie zdołał przekonać wcześniej. Co do Judi Dench – choć wzruszenia podbija scenariusz – najsilniej trafia do mnie, gdy mierzy się z tym, że pozna syna, który nie zachował jej w pamięci. Trzyletni chłopczyk miałby zapamiętać chwile, które ona przeżywała retrospektywnie przez całe życie? 

Poniżej Dom Sióstr, niemy świadek wydarzeń dawnych i współczesnych.

Filomena. Drzewo przed Domem Sióstr

zniewolony

Zniewolony (12 Years a Slave), reż. Steve McQueen, USA, Wielka Brytania 2013

Zniewolony. plakatNawet tytuł jest słaby. Zwłaszcza w wersji oryginalnej. Kto się dobrze wczyta, już nie musi oglądać. Dwanaście lat, czyli bardzo określony interwał czasu. Musiał być początek. Solomon Northup to wolny czarny mężczyzna, któremu ktoś narzuci niewolę – łatwo domniemać, że wystarczy wywieźć go na Południe, wmówić nową tożsamość, nowy status przylgnie do niego „samoprzylepnie”. Będzie tuzin trudnych lat. I nadejdzie wyzwolenie.
Głupio się ogląda historię, która ma zaprogramowany dobry koniec. Podskórnie liczę na jakąś przewrotkę, ale daremnie. Gdy Solomon cierpi, tęskni i źle mu w niewoli, chciałoby się mu podpowiedzieć: spoko, jeszcze chwilka, złe minie, znów będziesz sobie pan.

Chwilka-nie-chwilka… 133 minuty, o sto za dużo. A gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że aż o sto trzydzieści trzy.

Czułam pismo nosem. Co nowego można powiedzieć o niewolnictwie, o racji abolicjonistów, o podłości wszelkiej maści „panów”? Niby nic. Ale to właśnie rodzi nadzieję, że jeśli za temat weźmie się fachman (Steve McQueen!!!), to przeorze pole pod nowe żniwa. Rany! Porażka na całej linii. Pierwszą ćwiartkę filmu traktowałam jak wprowadzenie do „rewolucji”, drugą – jak stymulację oczekiwań widza, przewrotną ciszę przed burzą. Potem światełka gasły, bo co z tego, że finał coś zmieni, jeśli przez dwie godziny nudzę się i nie mogę wzruszyć nawet spektakularną sceną bicia czy popisu wredoty. Czy muszę dodawać, że nawet finał był o smaku landrynki?

Na plakacie dewiza: „Człowiek wolny pozostanie nim na zawsze”. Myślisz, że to tylko chwytliwy trick dystrybutora? A to sedno pomysłu. Jednowymiarowy ton, obraz bez cieniowania, więc bez głębi. Solomon Northup ma śliczną żonę, słodką córeczkę, żwawego syneczka i talent do gry na skrzypcach. Ile ma, tyle traci – prócz godności. Napotyka oszustów, tchórzy, białe buraczane typki spod ciemnej gwiazdy… Dostaje cios i wstaje jakby miał przy podeszwach sprężynki. Murzyn (zostawiam to słowo, by dostroić się do czasów sprzed Lincolna), który posmakował wolności, nigdy jej nie utraci. Czy mam coś przeciwko tej myśli? Nic poza tym, że to nie jest myśl, lecz wishful thinking

Można polecić seans Zniewolonego wszystkim sympatykom kultowego serialu Isaura. W roli Leoncia – Michael Fassbender. Niewolnica ma na imię Patsey, jest bawełnianym stachanowcem (500 funtow zbioru dziennie – 250 % normy). Znosi pożądanie pana, zazdrość pani, baty, brud i znój. Nie wiem, jak to możliwe, ale ten stuprocentowy szturm na wzruszenia zamroził moją empatię na amen. Pewnie, że plecy w pręgach i czyjeś prawo do mydełka każą mi stawiać raczej na czarne niż na białe. Na pewno niejeden psychopata korzystał z praw do „własności” w podobny sposób. Co nie zmienia mojego podejrzenia, że jednak dzielenie świata na białe i czarne, dobre i złe, zdolne do głębokich humanistycznych uczuć i wyzbyte tej zdolności… jest grubo przesadzone. 

Nie ma szlachetnych białych? Są. Jak już, to na amen. Na przykład taki Kanadyjczyk Samuel (Brad Pitt!!! – nie wierzę, że Pittowi przeszły jego kwestie przez gardło bez żadnego szczękościsku). Gdy już niemal nie ma ratunku, by z południowej farmy skontaktować się z kimś, kto potwierdzi wolność głównego bohatera, pojawia się dzielny biały, który odważy się na dobry uczynek. Zanim cokolwiek zrobi, wygłosi exposé. Osiem grzybów w barszczu. Film nominowany do Oscara (dziewięć nominacji!), obdarowany Złotymi Globami, film twórcy tak arcydzielnych obrazów jak Głód czy Wstyd, odwołuje się do łopatologii i serialowej dublerki (słowo powtarza to, co mówi obraz). Nie dowierzam. Może ja miałam zły dzień? Może Ktoś pójdzie i się wzruszy? Jeśli tak, proszę o odzew. Pomoże mi to wyjść z konsternacji, w jaką popadłam po seansie. Zaczęłam mówić sama do siebie. Zadawać pytania retoryczne, chwytać się za głowę (ostatkiem sił powstrzymując się od wyrywania włosów – jestem typem pragmatycznym, nie będę inwestować w perukę). Opowieść poparta autopsją, podszyta potencjalnym wzruszeniem, nie porusza zupełnie. Nie ma napięcia. Emocje kumulują się w ziewaniu. Albo widz winny, albo scenariusz. Jako że nie będę przeprowadzać samokrytyki, więc obstawiam to drugie.

Szukam choć jednej sceny, która budzi moje emocje. I coś chyba mam.
Dwie sceny, paralelne. Solomon Northup wraz z kilkoma towarzyszami niedoli jest eskortowany na Południe. On sam jeszcze nie wierzy w to, co się dzieje. Żył jak człowiek wolny, więc ze zdziwieniem słucha, jak przestraszony Murzyn niemal modli się o interwencję swego pana. Inni powątpiewają, ale pan 
stawia się i wymusza uwolnienie swojej „własności”. Niewolnik przytula się do pana jak wierny sługa (piesek zabrzmialoby niefortunnie, prawda?).
Po dwunastu latach, gdy na farmę potwornego Edwina Eppsa (Fassbender) przybywa wezwany listem dawny przyjaciel, Solomon pada mu w ramiona. Wbrew temu, co sugeruje główna linia filmu (wolny duchem niewolnik jest zawsze wyprostowany), ten obraz unaocznia, że wolność przynosi ktoś drugi. Ktoś, kto usankcjonuje nasze mniemanie na swój temat. Kto zaświadczy. Wtulenie się w ramiona wybawcy przypomniało mi ww. scenę z początku. Co z niej wynika? Może nic poza symetrią kompozycji. A może to, że Solomon Northup poczuł na plecach ciężar zniewolenia, bezgraniczną wdzięczność za to, że otrzymuje coś, co kiedyś było jego bez niczyjej łaski. Trochę będzie miał do przepracowania, zanim wejdzie w stare buty. Jakie stare? Oczywiście nowe, tak jak koszula, tużurek (?) i kapelusz w soczystych kolorach wolności.

et cetera

Kolejny rok, reż. Mike Leigh, Wielka Brytania 2010

Weekend jak upchana walizka, którą, by dopiąć, trzeba całym ciałem ścisnąć. Seminarium filmowe: piątek, sobota i niedziela w klimatach polsko-żydowskich. Sporo inspiracji, lecz nie dałabym rady ich podjąć, więc chętnie wrócę do filmu sprzed kilku dni. Zupełnie inna tonacja. Żadnego ekstremum, żadnych kwestii ostatecznych, życie na ludzką miarę i śmierć obecna nie bardziej niż zwykle – tyle, ile musi być w każdym życiu.

Do pewnego momentu życie biegnie torem zmiennym, zakręt goni zakręt, nie zapuszczamy korzeni, bo wiemy, że „dzisiaj” jest tymczasowe. Każdy rok coś kończy (a przynajmniej przybliża jakąś metę), coś zaczyna lub podsuwa możliwe rozwidlenia. Matura… i jakiś ciąg dalszy. Studia… i jakiś ciąg dalszy. Pierwsza praca, nowe ważne relacje, nowe przestrzenie i środowiska. To może tak trwać w (nie)skończoność, ale zazwyczaj impet zmian wyraźnie po którymś przełomie słabnie. Można, oczywiście, urządzić sobie życie na kształt ciągu niespodzianek – o ile upatrujemy w tym wartość. A może być i tak, że zaczniemy oswajać się – coraz bardziej, tak całkiem na dobre – z tym, czym jesteśmy, czym jest nasze życie i nasz świat. I wtedy pojawia się taki czas, o którym opowiada Mike Leigh: kolejny rok, wiosna, lato, jesień, zima. Et cetera.

Kolejny rok. plakatWłaściwa opowieść rozgrywa się w kręgu kilkorga bohaterów. Jest małżeństwo, Tom i Gerri, ich 30-letni syn Joe i jego narzeczona Katie, dwoje przyjaciół, Mary i Ken, oraz brat Toma.

Ale zanim wejdziemy w ich świat, jest preludium – przychodzi kobieta do lekarza i mówi: nie mogę spać, proszę przepisać tabletki. Co tam tabletki, trzeba usunąć przyczynę – diagnozuje lekarka. Zmęczona twarz i ciało Imeldy Staunton (pamiętnej Very Drake z innego filmu Mike`a Leigh). Nie chce żadnych psychologicznych prześwietleń. Tabletki proszę, chcę spać, nie chcę o tym rozmawiać.

„- Czy jest pani szczęśliwa? Proszę określić w skali od 1 do 10”.
„- Jeden”. Nie poznamy bliżej jej życia, lecz odsłonięcie rąbka pozwala niejedno sobie dopowiedzieć. Mąż – najbardziej obcy człowiek na świecie, córka, zjawia się, gdy czegoś potrzebuje, monotonia, którą oswoić niełatwo, ściana nie do ominięcia. Terapeutka sugeruje, by wsłuchać się w siebie i coś zmienić. Wzdrygnięcie ramion. „- Zawsze jest tak samo. Od dawna nic się nie zmienia”.

Terapeutką jest Gerri, empatyczna kobieta w szóstej dekadzie życia, za którą podążamy, przyglądając się, jak wygląda jej codzienność. 

Gdyby cegiełkom, z których zbudowała swoje życie, dodać inne spoiwo, inną interpretację, mogłoby być tak. Zmęczenie pracą i słuchaniem cudzych problemów, podglądaniem obcych nieudolności, które wolałaby z siebie zmyć. Świadomość ubytku sił – praca na działce daje się już we znaki. Zawsze można dorzucić też kilka deko zmartwień pod tytułem „Przemijanie”. Syn wiecznie samotny, więc nie ma wnuków. W nadmiarze natomiast upierdliwych przyjaciół, których karmi, przytula, wysłuchuje i gości. No i nie musiałoby jej się układać z mężem, bo na tym etapie nietrudno o zrzędliwość i ciążącą rutynę. Mogłoby tak być, ale nie jest.

Another Year

Dzień za dniem, kolejna pora roku, jeszcze jeden zestaw dwunastu miesięcy. Używamy przypraw kojących, świadomie dobieramy zestaw składników dobrych i smacznych. To nie muszą być egzotyczne rarytasy, może być coś z ogródka.

Sympatyczna para, która umie ładować akumulatory. Jadą na działkę, przekopią, wypielą, podleją, zbiorą pomidory do koszyka. A jak rozpada się deszcz, siądą pod prowizorycznym daszkiem jak dwoje przedszkolaków, których to bawi, albo jak para uśmiechniętych ludzi, zadowolonych, że nie mokną. 

Wieczorem Tom upichci coś smacznego, bo ma do tego dryg. I będzie pachnieć. Pożartują, popracują, przeczytają książkę przed snem. Lub – co zdarza się często – spędzą wieczór z Mary lub z Kenem. Ona jest przyjaciółką Gerri, lecz Tom nie pierzcha, gdy nadchodzi (choć niejeden miałby taki odruch, bo Mary jest toksycznie nieszczęśliwa). A Gerri nie znika, gdy nadciąga Ken, kumpel Toma, niegdyś przystojny, dziś napęczniały od tłuszczu i poczucia, że coś przegrał. I na moment (który trwa całkiem długo, wieczór lub kilka dni) ich prywatne wentyle: humor, rozmowa, bycie tu i teraz, neutralizują neurozy i niespełnienia. A życie przynosi, co ma w ofercie. Czasem niespodziewaną synową, czasem śmierć bratowej. 

Sama się dziwię temu, co tu piszę. Bo planowałam, że skupię się na czym innym. Tom i Gerri są świetni, lecz nadto przewidywalni, by o nich pisać. Mary to jest temat! Że co, że niby każdy mógłby, jak tych dwoje, wypracować w sobie niezbędną dozę odpowiedzialności, zgody na to, co jest, empatię wobec drugiego i umiar w zalewaniu go własnymi toksynami? Mógłby każdy. To nie jest dyscyplina ekstremalna i każdy może ją ćwiczyć, zaczynając w dowolnym punkcie, w tym, w którym akurat jest. Tom i Gerri (ach, jak kot i mysz ze znanej animacji!, przynajmniej fonetycznie) chyba częściej używają bazyli i tymianku niż cukru czy kandyzowanych owoców. Słodziutko wcale nie jest. Tylko zbyt normalnie na jakiś dynamiczny tekst.

No więc uważam, że gdybym skupiła się na Mary, post byłby ciekawszy. Gdybym na przykład opisała, jak Mary marzy o samochodzie, który rozwiąże jej problemy, zwłaszcza osamotnienie. A potem go kupuje i ściaga na siebie nadwyżkę tarapatów. Bo „małe czerwone tanie autko” z nią za kierownicą to katapulta nieszczęść. Albo gdybym opisała jak to wiecznie czeka na coś, co jej się należy. Na przykład na to, że eksfacet będzie za nią tęsknić (po co jej to?), że przystojniak w barze zapała czymś intensywnym i nagłym właśnie do niej (rany, takie podwojenie mrzonek to gwarantowana niestrawność!), albo że młodszy o dekadę lub dwie syn przyjaciółki uzna ją za bratnią duszę i atrakcyjne ciało (oj, Mary, Mary!). Cudne to czterdziestoletnie dziewczę, zaprogramowane na niedojrzałość.

Nie będę przypisywać reżyserowi intencji, których może nie miał – Mike Leigh nie moralizuje, podgląda arcyzwyczajnych ludzi, niezbyt ładnych, niezbyt docenionych, którym nie trafił się los na loterii, którzy jakoś tę swoją codzienność oswajają lub z nią się boksują. Tom i Gerri. Joe i Katie. Mary. Ken. Brat Toma, Ronnie. A właściwie my wszyscy. Taki zwyczajny film jak samo życie. I o to tylko chodzi, by nie żebrać o tabletki na sen. By zaradzić chorej bezsenności. Czymś zwykłym. U Mike`a Leigh sensownym antidotum jest przyjaźń. Bliskość. Niekoniecznie w temperaturze wrzątku.

Z wczorajszego newslettera z zaprzyjaźnionej Księgarni z Bajki: „Pod koniec dnia lub pod koniec życia tak naprawdę posiadamy tylko siebie i miłość”.

nie było aż tak

13. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, 18-28 lipca 2013

13 MFF T-Mobile Nowe HoryzontyTym razem marginalnie uczestniczyłam w festiwalu, pokątnie i fragmentarycznie. Trzy dni, dwanaście filmów. Były wrażenia mocne, było zmęczenie i aż dziwne rozpoznawanie tych samych klisz, a przynajmniej tematów, w kolejnych tytułach. Albo widzę to, czego nie ma, albo wybrałam sobie coś podświadomie ze zróżnicowanej bądź co bądź oferty, albo (naprawdę: niewykluczone!) nowohoryzontowi twórcy podlegają modom i porywają się na słońce z motyką tej samej marki. Dźwięki (jako temat) – 2,7, śmierć i odreagowywanie utraty – 1, 2, 3, 6, 10, związki homoseksualne – 1, 2, 12, zmiana obiektu uczuć – (1), 11, 12, manipulacja odbiorcą (a przynajmniej studium perswazji) – 4, 5, 7, 8, 9, dziecięca wrażliwość – 6, 10, 11.

Warunki oglądania nie są bez wpływu na to, co się widzi. Karnetowcy, podłączeni do filmowej kroplówki na dni jedenaście, nabywają w cenie karnetu ponadnormalną cierpliwość, uważność i podatność na trans. U mnie z tym było krucho.

I tak: mogłam sobie darować Nieznajomego nad jeziorem [1] i Noc [2] (oba są filmami konkursowymi). Jasne, ten pierwszy był momentami dowcipny, a drugi miał świetną scenę otwierającą i dobrze się słuchało taśm dźwiękowych, nagranych przez bohatera przed samobójstwem (odgłosy świata). Ale po tych filmach mam na wieki wieków dość oglądania nagich facetów orientacji przeważającej (geje są w przewadze liczebnej, tak?), którzy wykonują jakąś nadprodukcję erotycznych zbliżeń w celu nadrobienia braków tychże w  kinie starohoryzontowym. I dość będę mieć (na jakiś czas) postaci snujących się w poszukiwaniu autora (jak u Luigiego Pirandella, i chyba też było ich w Nocy sześcioro). 

Bardzo mi się podobał film Spokojni [3] – siedziałam jak w transie. Ale nie mogę sobie przypomnieć: dlaczego? Czy to była ta cisza i skromność obrazu, czy sugestywność, czy twarz bohaterki (Węgierka, Orsi Toth)… A może mój trans miał przyczynę w czymś organicznym i osobniczym.  Śnił mi się film inny niż innym? Zagadka, nie przypomnę. W zasadzie nie mam nic przeciwko takim tytułom jak 3x3D [4] (trzech reżyserów, trzy nowele rozgrywające się w portugalskim Mieście Kultury 2012, Guimarães). Greenaway wskrzeszał historię, bawiąc się obrazem i możliwościami filmowej techniki (sztuka dla sztuki), Jean-Luc Godard trafił na moją obniżoną percepcję, natomiast Edgar Pêra, przyglądał się ewolucji człowieka-widza (Cinemasapiens) i ta część niebywale mnie ożywiła, bo była lekka, dowcipna, nawet autoironiczna, przy czym i widz mógł się autoironią wykazać. Już to, że na Nowych Horyzontach oglądałam film, do którego potrzebne są „bryle”, jest mocno ironiczne.

Gratuluję sobie właściwego wyboru filmów takich jak: Nie [5] (o wojnie dwóch obozów przygotowujących spoty wyborcze w kampanii reklamowej w Chile. Opcja „Si” chce Pinocheta, opcja „No” ma go dość) oraz amerykańskiego Nie uśmiechaj się [6] czy brytyjskiego Berberian Sound Studio [7]

kino nowe horyzontyNa chwilę zatrzymajmy się przy tym ostatnim. Sytuacja wygląda tak: Anglik, inżynier dźwięku, Gilderoy przybywa do Włoch, zaproszony przez reżysera Santiniego. Okazuje się, że czeka go współpraca przy horrorze. Oj, będzie to horror w stylu lat 70. (a la filmy Daria Argento). Spokojny, angielski (!) Anglik mocno nadwyręży swoje nerwy i co nieco w nim popęka. Mężczyzna to introwertyczny, radość czerpiący z listów od Mamy, żyjący w świecie, w którym realizuje się obietnice i przestrzega bon tonu. A włoski świat krzykliwie te jego drobne przyjemności zagłusza. Wątkiem pobocznym, zabawnie powracającym, jest dopytywanie się przez Gilderoya o zwrot kosztów za przelot. – Oczywiście, ale nie teraz. – Tak, ale, na Boga, proszę mieć do nas zaufanie. – Jasne, ale to nie moja działka. Zgłoś się do Iksa, Ygreka etc. – Naprawdę, to niegrzecznie się tak pytać. Pieniądze to nie wszystko. Trochę pomoże Gilderoyowi pewna Włoszka, każąc mu zmienić ton. – Tu nie płacą, jeśli nie muszą. Trzeba o swoje wrzeszczeć. A jak w tym filmie krzyczą, jak krzyczą! 

Kręci się film, o którego treści się rozmawia, słyszymy dialogi, nade wszystko podglądamy nagrywanie dźwięków, krzyków, efektów towarzyszących akcji. Brutalny obraz jest nam podany w kuchni dźwięków, więc rozbrojony. Krwawa jatka to siekanie arbuzów. Roztrzaskany kabaczek przypomina odgłos spadającego z wysokości ciała, odrywanie natki od rzodkiewki brzmi jak wyrywanie włosów podczas tortur, a ciachanie nożem kapusty… och, to morderstwo!

Peter Strickland (reżyser Berberian Sound Studio) w wywiadzie mówi: „żaden dźwięk nie jest niewinny”, „dźwięk korumpuje obraz”. „Berberian Sound Studio to niewinny film. Nie ma w nim sceny morderstwa, nie rozlewa się nawet kropla krwi, nie widać tam ani jednego dźgnięcia nożem, ale to wszystko pojawia się w dźwiękach, przywodząc na myśl konkretne obrazy Na ekranie widzisz faceta krojącego kapustę i czujesz, że ten dźwięk zostanie podłożony pod scenę krojenia ciała. Nagle boisz się zwykłej, codziennej czynności, bo ten przeciętny, niegroźny dźwięk zmienia kontekst”. Tym ciekawiej, że dźwięki przenikają do codziennego życia i przestają być dodatkiem do obrazu, one działają bez niego, dodają podtekst do tego, co zwykłe. Szaleją i zarażają. 

Obejrzałam z dwóch powodów: bo to i warsztat filmowy, film podglądany in flagranti, i druga możliwość spotkania z brytyjskim reżyserem, który niegdyś bardzo poruszył mnie opowieścią o kobiecej zemście (Katalin Varga).

Nie uśmiechaj się – bo nie do śmiechu są „beztroskie” czasy dzieciństwa. Dwaj bracia, ich koledzy, tragiczna śmierć jednego z nich. To zaglądanie pod podszewkę dojrzewania (widziałam już filmy dokonujące podobnych penetracji i bywają one niezwykle zaskakujące). Pole graniczne między dzieciństwem a dorosłością to najbardziej egzotyczna z powszechnie znanych krain. Śmierć jest na wyciągnięcie ręki. Martwy ptak, martwy kot, pies, człowiek. Pragnienie śmierci i lęk przed nią. Dotykanie jej i niemal organiczny lęk. Tu w oderwaniu od zgiełku, w spowolnionym rytmie prowincji, leśnej głuszy, miejsca, w którym nie dzieje się nic szczególnego, rozmowy i „akcje” ograniczone do minimum. Dorośli niemal wyeliminowani (nie przekraczają granicy, poza którą rozgrywa się natężony dramat ich dzieci). Lakoniczność wymusza banalną konstatację: bardzo dobry film, osadzający się obrazem w pamięci. Niewykluczone, że wszystko zdarzyło się w czasach naszego dzieciństwa, że już wtedy dotykaliśmy tajemnic, które powrócą w kolejnych odsłonach i w innych dekoracjach w naszym dorosłym (nie znaczy, że dojrzałym) życiu. 

Co jeszcze? Przekonałam się, że nie mam powołania do objawień podczas filmów z sekcji Trzecie Oko (filmy o sztuce). Nie mam nic istotnego do powiedzenia ani o Ciągłości [8], ani o Fire Followers [9], po którym sobie szalenie dużo obiecywałam.

Zupełnie nie wiem, co mnie zwiodło, by wybrać się na film Leszka Wosiewicza Był sobie dzieciak [10]. Tytuł będzie miał swoją premierę 1 sierpnia, co nieprzypadkowe, bo opowiada historię osiemnastolatka, wędrującego ulicami Warszawy, gdy trwa powstanie i gdy wszystko inne przestaje trwać. Marek, niestety udziecinniony, bo jednak sposób oddania jego emocji sugeruje jakby nie miał lat więcej niż dwanaście. Wędruje piwnicami i czyta „średniowieczną” książkę: Gargantuę i Pantagruela Françoisa Rabelais`go. Czepiam się, ale primo: XVI wiek, secundo: pisarz-humanista, tertio: rozbuchana renesansowa parodia chanson de geste  – jak by nie patrzeć – nie jest dziełem średniowiecza. A taka informacja pada z offu, więc nie może jej wytłumaczyć brak matury Mareczka.

Otóż, głos z offu jest rozwiązaniem, do którego autor miał pełne prawo, bo to jego film, ale ten wybór czyni mnie dalece obojętną i budzi reakcje obronne. Mamy bowiem taką sytuację, że bohater, wędrując ruinami-piwnicami, napotyka warszawskich cywilów, partyzantów i niemieckich bandzorów. Ale patriotyczny zew przesunięty jest na plan drugi, na pierwszy natomiast wstępuje piękna, intrygująca Niemka (Magdalena Cielecka, patriotka, tyle że lojalna wobec swoich). Jasna sprawa, że piękna kobieta – młodzieniec – motyw drogi sumuje się jako opowieść o inicjacji. W życie. Duży walor filmu to ten, że nie podejmuje wątków gejowskich. Inne walory zabił głos z offu. „Jest 12 sierpnia, czyli 12 dzień powstania…” – kawa na ławę, kto jest kim, dlaczego Niemcy są w Warszawie a nie w Berlinie, dlaczego Rosjanie stoją na brzegu, zamiast pić czaj u siebie, trochę bardziej na wschód. No, nie wiem… Ale chyba zanadto poddajemy się sondażom na temat słabej orientacji Polaków w historii najnowszej. 

Na koniec wspomnę o filmach, którym poświęcę więcej uwagi w następnej notce. Bo one wywarły na mnie wrażenie najsilniejsze. Film japoński: Jak ojciec i syn [11], daleki od eksperymentów formalnych, subtelny i wstrząsający, obyczajowy i psychologiczny. Film polski: Płynące wieżowce [12], mocny, niejednoznaczny, świetnie zagrany, działający na emocje. Myślę, że oba trafią wkrótce do kin, ale było warto zobaczyć je już teraz.

Nie uśmiechaj sięNieJak ojciec i synSpokojniNocPłynące wieżowceBył sobie dzieciakNieznajomy nad jezioremBerberian Sound Studio3x3D

sugar man

Sugar Man, reż. Malik Bendjelloul, Szwecja, Wielka Brytania 2012

Cold FactSixto Rodriguez. Zapamiętać. Obejrzeć film – raz, drugi. Kupić płytę (soundrack) i słuchać w kółko. Uśmiechać się, nucić pod nosem, dopasować krok, oddech i przestroić myśli. No, niewiarygodne! Chyba ściema, choć podobno wcale nie. Ale nawet gdyby ktoś dołączył aneks do mitu albo listę pytań o scenariuszowe białe plamy, nic a nic to nie znaczy, bo ja jestem zachwycona jak rzadko kiedy. Okey, mam skłonność do zachwytów – ale ten jest szczególny, bo trafia na przednówkowy głód i go syci. Jak się ten stan utrzyma do początku wiosny, to słowo daję – odfrunę jak nic!

Zatem: radzę omijać wszelkie recenzje i sprawdzić rzecz naocznie i nausznie: Sugar Man, dokumentalny film pełnometrażowy (laureat Oscara w tej kategorii) poświęcony muzykowi, Sixto Rodriguezowi, jego piosenkom, ludziom, którym one dały siłę lub po prostu zamieszkały w ich życiu oraz temu, że los jest nieprzewidywalny i czasem mówisz: „to już koniec”, a to dopiero początek. :)

Coming From RealityI wonder how many times you’ve been had
And I wonder how many plans have gone bad
I wonder how many times you had sex
I wonder do you know who’ll be next
I wonder I wonder, wonder I do (I Wonder)

Jest więc tak: ciekawy człowiek, świetne piosenki (bardzo zgrabne tłumaczenie w filmowych napisach; nie potrafię tak ładnie ująć po polsku tych fraz, więc zostawiam oryginał) i kapitalna przygoda, jaka stała się udziałem fanów poszukujących mistrza.

Sixto Rodriguez żył jak włóczęga, bywał w pubie „Kanał”, gdzieś w Detroit. Dwóch muzycznych producentów usłyszało go i postawiło na niego jak na czarnego konia. Tego wieczoru na ulicach była mgła, w pubie dym i tylko on był wyrazisty. Wydał płytę Cold Fact (1970), którą kupiła ledwie garstka, potem drugi album – Coming From Reality (1971) – bez zmian. Ci, którzy zainwestowali w Rodrigueza zachodzili w głowę „dlaczego?”. „Myśleliśmy, że będzie wielki, a nie osiągnął nic”. Może okładka nie taka, może nie czas na Latynosów (Rodriguez ma korzenie meksykańsko-indiańsko-europejskie), jak by nie było, trzeba przegnać mrzonki: obstawić inne nazwiska, wrócić do pracy na budowie.  

And you claim you got something going
Something you call unique
But I’ve seen your self-pity showing
And the tears rolled down your cheeks. (Crucify Your Mind)

Soundtrack

Dwadzieścia lat później Cold Fact podbija RPA. Legenda głosi, że  dzięki egzemplarzowi przywiezionemu do Kapsztadu przez młodą Amerykankę. Odcięci od świata Afrykanerzy – w czasach Apartheidu – nie mają pojęcia, że słuchają artysty, który na rodzimym rynku poniósł fiasko. Tu zrobił furorę. Jego teksty zna każde dziecko, pirackie albumy (dziki przemysł fonograficzny tamtych lat) są wszędzie. Jest popularny jak Elvis Presley, Jimi Hendrix, Simon & Garfunkel, Rolling Stonesi i Bob Dylan razem wzięci. 

Piosenki jak elementarz: Sugar Man, I Wonder, Sandrevan Lullaby, Establishment Blues, Crucify Your Mind, I Think of You, Cause…

Just a song we shared, I’ll hear
Brings memories back when you were here
Of your smile, your easy laughter
Of your kiss, those moments after
I think of you,
and think of you
and think of you. (I think of you)

Dekadę później zaczyna się śledztwo, Szukanie Sugar Mana. I o tym jest ten film. O zwrotach akcji, niespodziankach, zmartwychwstaniach, o fajnych facetach, którzy są sobą (niezmienni), gdy marzą o byciu artystą, gdy biorą się do roboty, której poza nimi nikt nie chce wykonywać i gdy świat  w ekstazie składa im hołd. Jakby to nie miało znaczenia. Chciałoby się powiedzieć: niemożliwe. I chciałoby się wierzyć, że czemu nie.

I jeszcze o tym, jak fajne mieć tajemniczych idoli. I o tym, że biedni ludzie mają bogate marzenia. Że głupia sprawa łamać zasady Legalnej Kultury, choć niewyrazistość prawa czasem aż świerzbi, by piracić. Jeszcze o tym, jakie to musi być dziwne: zobaczyć swoja fotkę na kartonie od mleka albo usłyszeć w słuchawce głos, którego nie można nie rozpoznać, a który trudno uznać za realny.

I wonder about the love you can’t find
And I wonder about the loneliness that’s mine
I wonder how much going have you got
And I wonder about your friends that are not
I wonder I wonder, I wonder I do (I Wonder)

wstydliwie (2)

Wstyd (Shame), reż.  Steve McQueen, Wielka Brytania 2011

Pisanie tekstu w odcinkach to nie dla mnie. Ze współczuciem pomyślałam o Sienkiewiczu, który całą Trylogię wysmażył porcyjkami. Pewnie dzięki temu miał zapewniony regularny dochód, poza tym rzeczywiście w jednym odcinku by się nie zmieścił. Ale co to za mobilizacja! Jakie karczowanie gałązek odrastających nie w tym co trzeba kierunku! Ile to trzeba się namachać, by odgonić myśli-pokusy, zdrożne dygresje i lenistwo. Jeszcze gorsze: jak przywołać myśl, która mi oba odcinki zespoli? I w ogóle: co to ja chciałam powiedzieć?

W samochodzie słucham Trójki, w której Mariusz Szczygieł mówi o swoim nowym zbiorze tekstów (Láska nebeská). W anegdocie pada wreszcie zdanie, które daje mi kopa, więc od niego zaczynam. Mimochodem, półżartem. „Wódka nie da ci odpowiedzi… Ale pozwoli zapomnieć pytania”. Chodzi o zagłuszanie, znieczulanie myśli, emocji i pragnień. Wstyd Steve`a McQueena jest opowieścią o trzydziestoletnim seksoholiku, Brandonie Sullivanie. Można pewnie spojrzeć na tę postać jak na przypadek kliniczny (tym ciekawszy, że nieodosobniony, może nawet symptomatyczny dla naszych czasów). Ponieważ jednak opowieść ukazuje Brandona intymnie, zbliża do jego niewypowiedzianych(!) emocji (miedzy innymi licznymi zbliżeniami twarzy), więc trudno o dystans. Buduje się dziwna więź z tym człowiekiem, choć przecież on wszelkie więzi odcinał od siebie radykalnie. Gdy myślę o tym filmie, myślę o człowieku udręczonym (i o echu podobnych udręczeń, które w różnym nasileniu można odnaleźć w sobie), który znalazł metodę na znieczulanie i chwilowe ulgi. Metoda jest destrukcyjna.

Ze względu na temat seksu, relacji odartej z bliskości, film koresponduje ze Sponsoringiem (o czym już nadmieniałam). Drugim mocnym kontekstem jest wcześniejszy film duetu McQueen – Fassbender, Głód. Ta opowieść o głodówce Boby`ego Sandsa (IRA), prowadzącej do zmian polityki brytyjskiej wobec więźniów politycznych, jest odległa tematycznie, ale bliska dzięki pewnej skrajności, cielesności, autodestrukcji. Dawno temu pisałam o tym zafascynowana odkryciem Fassbendera. Jednak tytułem najbliższym w klimacie, budzącym analogiczny wstrząs, jest Code Blue Urszuli Antoniak. Tak, po rozmowie z A., upewniam się, że to powinowactwo jest najbliższe.

Zatrzymam się na trzech scenach, a podszyte jest to wrażeniem, silnym już podczas seansu, że opowieść buduje konfrontowanie Brandona z kontrpostaciami. Dodam, że osoba Brandona jest pierwszoplanowa. Tak bardzo, że Fassbender niemal nie znika z ekranu, nie ma się gdzie ukryć (jak wspomina w wywiadzie). A przecież ucieczka to jego droga. Ci, którzy w tę drogę mu wchodzą, tworzą znaczącą opozycję, dookreślającą Brandona. Myślę tu o Sissi, o Marianne (koleżance z pracy), o dziewczynie z metra.

Można by wskazać również szefa Brandona, który cynicznie łączy rolę męża i tatusia z wyskokami na dziewczyny i podrywem w wyjątkowo złym stylu. Brandon jest sam, związki uważa za przeżytek, nigdy nie jest namolny.

[Staram się nie streszczać, również te przywołane sceny pozostają odsłonięte tylko częściowo – niemniej jednak: kto się wystrzega spojlerów, powinien tu ujrzeć światełko.]

Scena w klubie, dokąd trafia zaproszony na występ Sissi. Piękna piosenka Sinatry, melancholijna i ufna. O marzeniach, by zacząć od nowa, podbić świat, porzucić smutek i wygrać z losem. To jest piosenka Sissi. O niej. Zaprezentowana chyba w całości (co niezwykłe!). „Prowincjonalne smutki znikną. Chcę zacząć od nowa w starym Nowym Jorku”. Bo „jeśli uda mi się tam, uda mi sie wszędzie”. Marzenia, złudzenia, ręka pełna blizn po cięciach, ekscentryczne próby budowania relacji, zwrócenia na siebie uwagi. Od pierwszej sceny filmu, gdy jej głos nagrywa się na sekretarkę telefonu: „Brandon, odbierz, no odbierz…”. Aż po sceny ostatnie, które ukazują już wprost, jak bardzo nadzieja Sissi podszyta jest rozpaczą.

Póki co – piosenka trwa. Twarz Brandona zdradza silne wzruszenie, ukradkiem ściera łzy. Czułość starszego brata? Jeśli zestawić to z tym, jak traktuje Sissi, jak bardzo ona mu przeszkadza, jak chętnie zakończyłby jej tymczasowy pobyt w swym mieszkaniu, jak irytują go rozmowy z nią (jej bałaganiarstwo, ekscentryczność, naiwność), to wzruszenie zadziwia. Bo Brandon jest inny – uporządkowany, introwertyczny i trzeźwy. Może więc chodzi o te „prowincjonalne smutki” z przeszłości? Jest jakaś poraniona przeszłość, sięgająca prawdopodobnie dzieciństwa, którą dzielą oboje, a o której nie mówi się wprost. Być może przeszłość jest kluczem do tego, kim są dziś. 

Za dwie rzeczy jestem szczególnie wdzięczna McQeenowi. Za wybór Fassbendera i za to, że nie tłumaczy, skąd się wzięła rana. Jesteśmy w teraźniejszości. Musimy sobie radzić bez retrospektywnych wyjaśnień. Tajemnica uświadamia mi, że – po pierwsze – znajomość tej historii mogłaby uprościć interpretację, po drugie – oprócz bagażu prywatnego jest jeszcze bagaż społeczny, duch miejsca i duch czasu, w którym przyszło nam żyć. Tak więc, wzruszenie Brandona szybko zostanie zneutralizowane, komentarz występu będzie zdawkowy, a niezręczne milczenie zażegnane udaniem się po drinki. New York, New York…

Jak Brandon postrzegany jest w pracy? Młody człowiek sukcesu. Przystojny, samotny, dobry kompan podczas wieczornych wypadów do pubu. Singiel, chyba wysoko notowany wśród samotnych pań. W każdym razie Marianne zwraca na niego uwagę. I oto mamy coś niezwykłego: zwyczajne spotkanie przy winie, rozmowę i spacer.

„Miliony” kobiecych ciał, którym Brandon płaci za seks, które wypełniają po brzegi dyski jego laptopa i komputera w pracy, które zawłaszczają jego myśli – każda na krótko i bezimiennie… I taka konkretna, może lekko banalna w swych oczekiwaniach, Marianne. Fiasko oczywiste. Ale sedno tkwi w konfrontacji. Ona mówi o tremie przed randką, która  dla niej jest testem na coś więcej. Brandon się dziwi. Związki? Kto potrzebuje dzisiaj stałego związku? To sentymentalne, nierealne, z góry skazane na porażkę. Druga runda podczas spaceru: w jakich czasach i gdzie chciałabyś żyć? Marianna chce być tu i teraz, chce być sobą. A Brandon na to, że to nudne. Runda trzecia: seks. Znów rozbieżność. Zaangażowanie Marianne kontra potrzeby Brandona. Coś stanowi przeszkodę – to, że M. jest kimś z realnego życia?, to, że on potrzebuje doznań hiperintensywnych?, to, że seks nie jest dla niego spotkaniem, lecz zaspokojeniem własnego instynktu?

Scena w metrze. Nie jedna, jest ich wiele, są jak lejtmotyw. Metrem dojeżdża do pracy. Jak zawsze: w metrze każdy jest sam w tłumie. Brandon jest sam do potęgi. Poza tym to jest czas, kiedy myśli błądzą swobodnie, namagnesowane na to, co pilne lub ważne. Myśli Brandona kręcą się wokół seksu. Obsesja.

Dwukrotnie obserwujemy spotkanie ze śliczną dziewczyną. Nieznajoma. Brandon przypatruje się jej, a to spojrzenie jest znaczące i niezwykle skuteczne. W gruncie rzeczy jedna z ważniejszych scen filmu. To scena uwiedzenia. Tworzenie sieci i wabienie obietnicą. Bez słów, oczywiście. Wiemy, czym kończy się scena pierwsza. 

Powraca w finale niczym déjà wu. Ale okoliczności są dramatycznie inne. Otwarte zostały drzwi do przemiany. Brandon doświadczył wstrząsu, którego skutki są jeszcze nieprzewidywalne, niewykluczone, że uruchamiają przemianę. No tak… Tylko ta śliczna dziewczyna w metrze. Tym razem ma czerwone usta. I chyba zmieniają się role. New York, New York… Więcej: taki jest świat. Pozwala zapomnieć o pytaniach, podsuwając zdradziecki trunek.