Archiwa tagu: dorastanie

wroc+loves ameryka (2)

5. American Film Festival, Wrocław 21-26 października 2014

Moich siedem seansów – jak zwykle nijak niereprezentatywnych dla całej festiwalowej oferty (70 tytułów) – rządzi się swymi prawami i zbieżnościami. Jedną z nich jest nastoletniość, progowe wkraczanie w dorosłość, definiowanie swej tożsamości. O tym jest Palo Alto, ale też Biały ptak w zamieci czy Whiplash. A każdy z ww.tytułów eksploruje inny aspekt czy inną granicę, którą trzeba przekroczyć. Na przykład ostatni z wymienionych przygląda się narastającej determinacji i życiodajnej/śmiercionośnej konfrontacji ucznia z mistrzem. 

Whiplash – reż. Damien Chazelle, USA 2014

Whiplash 4Sekcja: Highlights
Korci mnie, by wzorem polskich krytyków zamarudzić na nutę: „tu wszystko jest rozegrane według wskazówek podręcznikowej dramaturgii” albo: „to się nie może nie spodobać”. Bo tak jest. Od pierwszych taktów po ostatnie nie ma nudy, obniżenia napięcia, nie ma snucia się bez celu i działań nieuzasadnionych. Paradoksalnie: dla widza wrocławskich festiwali to niebezpiecznie zalatuje mainstreamem. Voilà! Niech będzie mainstream, ale naprawdę mistrzowski!

Andrew Neyman jest perkusistą – i chce być kimś. Kimś na miarę Charliego Parkera. Gotowy na wszystko, da z siebie stachanowskie procenty normy, by pokonać przeciętność, wyzwolić geniusz, zostawić w muzyce swój ślad. Cel numer jeden: dostać się pod skrzydła Terrence`a Fletchera, charyzmatycznego dyrygenta-mistrza. Na najlepszym amerykańskim wydziale, wśród wybrańców, w pocie i krwi (bardzo obrazowe: skrwawione, spocone bębny i talerze). Nie ma lepszej drogi, choć nie ma też drogi bardziej szalonej i destrukcyjnej. By sprostać wyśrubowanym wymaganiom i utrzymać się w podstawowym składzie jazz bandu, Andrew nie tylko musi przekroczyć własne ograniczenia (fizyczne, warsztatowe), ale  wytrzymać (a nawet wygrać!) ring z psychopatycznym rywalem. Takie archetypiczne „zabijanie ojców”, by uzyskać prawo do własnej pełni. Bo mistrz nie prowadzi ucznia za rękę ku gwiazdom. Mistrz niszczy, by wydobyć perły z najskrytszych głębi. O ile one tam są – jeśli adept sztuki potknie się lub wycofa, przegrana potwierdzi, że żadnych pereł nie było.

Whiplash-4868.cr2Można powiedzieć, że Damien Chazelle gra kliszami, pojedynek ucznia z mistrzem ma przecież tak wiele realizacji, że co rusz rozpoznajemy jakiś odwieczny trop.
1) Od fascynacji do nienawiści, od naśladownictwa do rywalizacji. 2) Pigmalion stwarza Galateę: mistrz lepi ucznia na modłę swoich wyobrażeń. 3) Lęk przed utratą zainteresowania mistrza, przed innym, który mógłby zająć miejsce lidera. 4) Fałszywa gra: manipulacja, rzucanie kłód pod nogi, emocjonalne tłamszenie. 5) Zależność od grymasu guru: aprobata daje szczęście, niezadowolenie – pasmo udręk. 6) Pęknięcie wizerunku – rozczarowanie idolem lub pupilem. 7) Kolizja interesów, konieczność podporządkowania sztuce wszystkiego: zabezpieczeń, innych celów, każdej strefy życia.  8) Ostateczna rozgrywka: walka o siebie i przekraczanie granic.

Nawet jeśli „wszystko już było”, to Whiplash ogrywa toposy fenomenalnie i brawurowo. Filarem sukcesu są mocne charaktery antagonistów, zagrane tak, że raz po raz ich sparingi wstrzymują dech. To esencja filmu. I linia dramaturgiczna: na tym budowane są zwroty akcji, kulminacje, wszelkie przesilenia emocji. Zostawiam bez komentarza, by – broń Boże! – nikomu nie zepsuć przyjemności. Daję jednak namiar na kuszący zwiastun filmu.  (TU).

Uff…kto fascynuje bardziej: Andrew czy Fletcher? Nie wiem, jakim cudem Miles Teller tak przekonująco zagrał perkusistę. Emocje to jedno, gra na bębnach i talerzach drugie. A mamy tu fascynujące popisy solówek. Z jazzowym backgroundem ujętym między mocne uderzenia standardów: Whiplash i Caravan. Jeszcze mam przed oczyma tę scenę, gdy Fletcher wybiera między trzema świetnymi kandydatami do podstawowego składu. Przerywa próbę bandu i do wycieńczenia każe grać rywalom na przemian, niemal do utraty przytomności, ze złośliwą mantrą: „przyspieszasz” – „spóźniasz się”. „Jest źle!” Bo Fletcher nigdy nie mówi: „good job”, takie ma przekonania. Pochwała premiuje średniactwo, to tępa ostroga, nic tak nie bodźcuje jak doprowadzenie adepta do furii i skrajności. No ale wracam do pytania: jak Teller to zagrał?! Nie podejrzewałabym samej siebie, że obserwowanie perkusisty może wzbudzić we mnie tyle ekscytacji.

Whiplash-6613.cr2

Terrence Fletcher, grany przez J.K.Simmonsa, wygląda jak chodząca charyzma. Wysportowany, sprężysty krok i ruchy emanują pewnością siebie. Czarna elegancja podkreśla osobowość (przypadkowy kolor wprowadziłby niuanse, elegancja nawet podczas prób czyni go nieskazitelnym, uzbrojonym po zęby w swój geniusz). Plastyczna twarz wygłasza świetnie zredagowane komunikaty. Żaden element wizerunku nie wymyka się spod kontroli – obojętnie, czy Fletcher w kuluarach zdaje się być wyluzowanym gościem, na scenie dystyngowanym dyrygentem czy agresywnym psychopatą zdolnym do rękoczynów i syczącego jadu podczas prób. Tak właśnie wygląda charyzma. Możliwe, że wcześniej myślałam inaczej, ale po seansie moje wyobrażenia skrystalizowały się w kreacji Simmonsa. Amen.

Skoro pomijam komentowanie pojedynku, sięgnę po sceny niezdradzające dramaturgii, po „interludia” dopełniające akty główne. Jedną z moich ulubionych jest kolacja rodzinna w domu Andrew Neymana. Trwa uroczystość, zjechali się krewni, każdy przechwala się sukcesami, reszta daje aplauz. Andrew jest tuż po nominacji do składu w prestiżowym konkursie. Ale tradycji muzycznych w rodzinie nie ma żadnych. Jego sukces (okupiony ogromnym wysiłkiem i potwierdzający talent) nie brzmi spektakularnie. Trwa więc licytacja: ktoś wygrał zawody sportowe (któraś tam z niższych lig), komuś się poszczęściło w pracy – nic, co zapowiadałoby wielkość, lecz przy rodzinnym stole wszytko zyskuje uznanie. Andrew pozostaje w tyle. Tu jest najciekawszy moment: gra pychy i pokory, niestety, wynik 1:0. Już mi się zdawało, że perkusista potrafi ujarzmić własne ego, dopuścić istnienie innych hierarchii, wytrwać bez napuszenia. Pokora nie jest mu obca, potwierdza ją na każdej z prób. Cóż, ekspansywność pychy przebija dobry ton i smak. Andrew wygłasza kilka uszczypliwych uwag i odsuwa się od towarzystwa do samotnej wieży domniemanego geniuszu. 

Whiplash-5547.cr2Stawianie na jedną kartę – na talent, niepowtarzalność, wybitność nie do zakwestionowania. Obaj adwersarze są lustrzanym odbiciem: ambicja, wiara w siebie, determinacja. Takich dwóch nie mieści się na podium. 

 Konsternacja. Niby nic nowego, ale dociera do mnie, że nie rozumiem, skąd to się bierze. Czy to jest męska potrzeba walki i udowadniania swej wartości? Czy raczej rzecz rozgrywa się na scenie sztuki, która żąda wyłączności i lekceważy przeciętność? Oczywiście, z jednej strony dostrzegam obłęd w takim podejściu do życia. Film Chazelle`a naświetla szaleństwo i pokazuje skrajność sytuacji. Mistrz w takim wydaniu jest dla mnie nazbyt psychopatyczny. Coś jednak przemawia za „racją” Fletchera. Co prawda jego metoda doprowadziła do chorób psychicznych, do złamanych nadziei i pustki w życiu wielu z odrzuconych adeptów. Ale też wydobyła z nich „nuty” najgłębiej ukryte, pozwoliła dotrzeć do wewnętrznych barier i przekroczyć je. Wstrzymuję się z jednoznacznym osądem, choć nigdy przenigdy nie byłabym zdolna wejść w podobną grę lub wytrzymać przyglądanie się, jak zatraca się w niej ktoś bliski. Tylko… lekko uśmiecham się na myśl, jak łagodnie postrzegam rolę mentora, ile skromności, taktu, cierpliwej mądrości kojarzy mi się z towarzyszeniem czyjemuś rozwojowi. Nie przekonał mnie Fletcher do swoich metod, ale nie mogę unieważnić wrażenia, że sztuka graniczy z szaleństwem. I w takim mniej więcej nastroju (rozstroju) wychodzi się z seansu Whiplash.

Warto sobie ten rozstrój zafundować, a potem długo pić rumianek na przemian z melisą.
(W kinach – od pierwszych dni 2015 roku). Nie do przeoczenia.

***

Dla porządku wyliczę tytuły obejrzane na 5.aff we Wrocławiu:
1) Palo Alto – reż. Gia Coppola
2) Łagodnie i czule – reż. Josephine Decker
O obu pisałam w poprzedniej notce.

3)Whiplash – reż. Damien Chazelle
4) Mapy gwiazd – reż. David Cronenberg
5) Stópki – reż. Alexandre Rockwell
6) Czas niepewności – reż. Nathan Silver
7) Biały ptak w zamieci – reż. Gregg Araki.

aneks
Whiplash zdobył kilka oscarowych nominacji (najlepszy film i scenariusz adaptowany) i zwyciężył w kategoriach: aktor drugoplanowy (J.K.Simons), najlepszy dźwięk i najlepszy montaż.

Reklamy

wroc+loves ameryka (1)

5. American Film Festival, Wrocław 21-26 października 2014

 Ta-dam. Znów święto kina. Nielimitowany dostęp do kinowego narkotyku. Co poniektórzy pewnie będą na haju przez najbliższy tydzień. A ja ostrożnie, sztachnęłam ledwie siedem seansów. Taka się w ogóle jakaś ostrożna i racjonalna zrobiłam. Oczywiście, i ostrożność, i racjonalizm są względne. 

Jak zwykle problemem jest świadomość. Tym razem świadomość tego, że niewielu widziało ten sam zestaw filmów, więc katalogowanie wrażeń może nie znaleźć nabywców. Dwa tytuły będą w dystrybucji na pewno: Mapy gwiazd (od 7 listopada) i Whiplash (po Nowym Roku). Możliwe, że pozostałe (np. Biały ptak w zamieci lub Palo Alto) – również. Dla porządku posegreguję obserwacje według tytułów.  Choć mogłabym – zadawszy sobie więcej trudu – kierować się podziałem na eksperyment, kino autorskie, debiutanckie, kameralne i mainstreamowe. Kategorie nieostre i przenikające się. 

Palo Alto – reż. Gia Coppola, USA 2013

A313_C003_121626Sekcja: Festival Favorite Ale Kino +

Coś a la bombonierka, jeśli spojrzeć na nazwiska. Mój faworyt (ex aequo z mainstreamowym Whiplash). Kalifornijske miasto i nastolatki tuż przed progiem dorosłości. Bez problemów socjalnych – tak eufemistycznie określę ich życiowy entourage. Aktorzy, wcielający się w te role, z racji wieku mają nieopatrzone twarze, lecz znane nazwiska: syn Kilmera, bratanica Julii Roberts, córka Andie MacDowell. Reżyserka jest wnuczką Françisa Forda Coppoli (przywołać wypada powinowactwo z Sofią). Taki miks. Dorzućmy do niego hollywoodzkiego gwiazdora, Jamesa Franco – pokoleniowo oczko wyżej, więc wcielającego się w postać wuefisty z ciągotami do licealistek. Odnajduje się w tej roli jak ryba w wodzie. Trudno rozstrzygnąć, czy jest bardziej rybą czy wodą: scenariusz powstał na podstawie opowiadania, które Franco napisał.

Pomimo (!) wyżej wymienionych „gwoździ programu” film ujmuje atmosferą. Tworzy ją nieuchwytność, seria sytuacji i szans na określenie siebie, rozpoznanie ślepych uliczek i po omacku wycofywanie się z nich, jeszcze bez świadomości co dalej. Nastolatki: April, Teddy, Fred, Emily… April jest najważniejsza, skupia uwagę innych, jakby skromniejsza, ale też niewycofująca się z towarzyskich szaleństw. Oczko w głowie Pana B (wuefisty). Coppola przeplata wątki, więc April schodzi na dalszy plan, a wtedy w myślach jednak poganiałam reżyserkę, by powróciła do głównego nurtu. Konstrukcja fabuły nie zmierza do kulminacji, dryfuje od epizodu do epizodu. Mecz, trening, impreza, weekendowa opieka nad dzieckiem wuefisty, karna praca społeczna za spowodowanie wypadku, znów impreza i tak w kółko.

Najistotniejsze jest chyba to, że w Palo Alto wkraczanie w dorosłość wymaga nie tyle odcięcia od starszej generacji, tych paskudnych nic nierozumiejących dorosłych. Ważniejsze jest, by wydobyć się z szumu rówieśników. Z ekscentrycznego, zmultiplikowanego podkręcania doznań, przekraczania granic, żarłocznego picia i szukania seksualnych doświadczeń. Imprezy są – być może – manifestacją zblazowania i buntu, ale jeszcze bardziej być może: zagłuszaczem wątpliwości i sztucznym podtrzymywaniem transu przed przebudzeniem. Bo nikt jeszcze nie wie, w co chciałby się wbudzić.

Palo Alto Fred i Teddy prowadzą głupawe rozmowy: „- Kim chciałbyś być, gdybyś żył w dawnych czasach? – Królem. – Nie możesz, ja byłbym królem”. Albo: „- Kim chciałbyś być, gdybyś był Egipcjaninem? – Faraonem. – Nie, to ja nim byłbym”. etc. Kimkolwiek, byle nie sobą. Obaj chodzą na lekcje rysunku, Fred tylko dla towarzystwa, więc gryzmoli cokolwiek i raz po raz otrzymuje pouczenie od nauczyciela, na ogół zbudowane na aluzji do Picassa. A jedno z nich jest o Bobie. Wspomina instruktor jak sam przed laty, ujarany, pędził nieswoim autem przez jakiś tunel. Aż usłyszał w głowie głos: „-Bob, co się dzieje?” Nagły przebłysk: „Zaraz. Nie jestem Bob. To nie jest moje auto i wcale nie chcę się pakować w ten tunel. Zawracam”. Po czym instruktor mówi do Freda: „- To nie twój kierunek, Bob. – Nie jestem Bob!” No właśnie. Kilka sekwencji później trzpiotowaty Fred zademonstruje zawrót w tunelu na jednokierunkowej trasie. Szczeniackie, mimo to metaforyczne odłączenie się od szumu, który zagłusza.

Palo Alto 2

Tam, gdzie pojawia się April jest subtelniej. Trochę jakby wskrzeszono aurę z Między słowami, Sofii Coppoli. Nomen omen: słowami jej nie opiszę, ale proszę spróbować ją sobie wyobrazić. Scenka, którą lubię, bez puenty i w dowolnej parafrazie słów.

Tuż po meczu, April i dwie koleżanki siedzą na ławce, śledząc jak zwykle każdy ruch Pana B. (ciacho, mimo wszystko). Pan B. pociesza właśnie zapłakaną Rachel, która tym bardziej popłakuje, im bardziej chce być pocieszana. April, z zazdrością:
„- Nie jest wcale taka ładna, nie?
– No, jest ładna, niestety. Piękna.
– Nie, no może głupia, ale jednak jest ładna.
– (April) Wcale nie jest ładna”. I tak sobie po dziewczęcemu wymierzają i ważą. W sumie: ważne, nawet kluczowe, gdy trzeba się zmierzyć z rywalką.

Na szczęście nie muszę wyceniać, bo może nie wszystko jest w tym filmie arcydzielne ;). Pod „skórą” trudno wyczuć rytm podręcznikowych zwrotów akcji. Mimo pędu, jest nieśpiesznie. Tak, jak ma być, gdy trzeba się przesiąść – na inną linię, inną częstotliwość, bez GPS-a.

Łagodnie i czule – reż. Josephine Decker, USA 2014

Łagodnie i czule 1Sekcja: Spectrum

Lubię ten film za siłę oddziaływania. Za irracjonalność, niepokój, mroczność i nawet za to, że gubię się w przeczuciach i rozczarowuje mnie finał. Nie jest to kino skrojone fabułą. Raczej obrazem, sensualnymi wibracjami, pierwotnością. A może perwersją? Egocentryzmem? Jakimś biologicznym pulsem. 

Wolę tego rodzaju filmy oglądać podczas festiwalu, gdy moje oczekiwania są otwarte na niedopowiedzenia, gdy dużo łatwiej mi o cierpliwość i tolerancję dla dziwności.

Opowieść obejmuje cztery osoby, toczy się na farmie w Kentucky. W letnie miesiące, gdy na najemną pracę zgłasza się do Jeremiaha i Sarah młody mężczyzna: Akin. Zanim wysiądzie z samochodu, zdejmuje z palca obrączkę. Przeczuwa, że jako człowiek bez zobowiązań ma większe szanse na zatrudnienie, czy może jest w tym geście dalej idąca kalkulacja? Jest małomówny, nieco niewprawny, Jeremiah nazywa go drwiąco „Ramionka”, podkreślając zbyt delikatną posturę Akina. Jeremiah jest ojcem Sarah, zazdrosnym, zaborczym, podejrzliwym. Akin ma żonę i dziecko – gdzieś daleko. Tuż przy nim jest Sarah, która rozpala zmysły i uwodzi. Czy bardziej on śledzi ją, podpatruje i pobudza nią wyobraźnię, czy natarczywiej ona zjawia się przy nim, omotuje czerwoną wstążką, roztaczając aurę pragnień?

Łagodnie i czle 2Bo właśnie Sarah jest postacią centralną. Naturalna, nieskrępowana, przynależna do podziemnych nurtów, zapachów i impulsów. Gdy w finałowych scenach zjawia się na farmie Drew, żona Akina, Sarah gościnnie otacza ją opieką, tuli dziecko, jest kojąca i poprawna. Wyczekiwana przeze mnie konfrontacja kobiet albo kolizja męskich potrzeb nie następują. Zamiast nich rozkręca się krwawa jatka, seria scen rodem z horroru. Wystarczająco przerażających, bym podskoczyła na fotelu, ale za mało sugestywnych, by dało się w nie uwierzyć. 

Reżyserka skręca w horror, na FilmWebie podają, że film jest komedią romantyczną. To jakiś żart. Najwięcej tu z ballady, poematu, lirycznych, gęstych impresji. Szkoda, że ta konwencja pęka, a wraz z nią znika to, co najbardziej mnie frapowało. Nie przypadkiem przecież opowieść rozpoczyna się i kończy głosem Sarah dochodzącym  z offu, jej pieśnią do kochanka. Tego, za którym tęskni, który ją zna i wie, czego jej trzeba. Jest urojeniem, autoerotycznym majakiem lub panerotycznym spojrzeniem na wszystko wokół. 

Tu jest ta dziwność i zastępowanie fabuły obrazem. Sarah wtulająca się w trawę, wyciągająca ręce w uniesieniu, któremu nie towarzyszy żadna bliskość, raczej rozbudzone, nieukierunkowane pragnienie (synonimicznie: pożądanie). Raz po raz bohaterami kadru stają się zwierzęta. Ich perspektywa widzenia ogarniająca ludzkie przypadki. Trafione: bo przecież gra instynktów ma tę zwierzęcą prowieniencję. Ale i ryzykowne: oczy krowy czy smutna mordka psa budzą lekko ironiczne podejrzenia, czy aby na pewno powinniśmy zgadywać, co czują zwierzęta. Na ogół ludzkie domniemania na ten temat są po prostu … ludzkie. I tyle.

Decker szaleje w jazdach kamery, w grze ostrością obrazu, w kadrowaniu i zanurzaniu się w ciemność (może się mylę – bo wiele scen rozgrywa się w penerze – ale zapamiętałam przewagę scen mrocznych, nocnych). I choć na koniec nie wiem wcale, czy zobaczyłam to, co trzeba, czuję, że wkroczyłam w opowieść niepokojącą, wibrującą, taką, której nie daje mi kino gatunku. Zanurzenie, z którego bardzo chętnie się teraz otrząsam. Bo „łagodnie i czule” brzmi tylko tytuł.

cdn.

boyhood

Boyhood, reż. Richard Linklater, USA 2014

Mason sześciolatek

Wiecie dlaczego warto zobaczyć ten film? Powodów jest kilka. Na przykład ten: widzisz na ekranie przemijanie, niedający się zatrzymać upływ czasu, a mimo to doświadczasz jakim bogactwem jest chwila. Przeminie, ale zanim to nastąpi, można z niej wyssać różne smaki i rozmościć się w niej, jakby poza TERAZ nie było tego, co PRZEDTEM i tego, co będzie POTEM. Takiej pochwały teraźniejszości nie spotyka się często, choć nawołują do niej mędrcy, coache i terapeuci wszelkich szkół. Co innego zalecać carpe diem, a co innego poczuć na własnym przedramieniu gęsią skórkę. Więc warto.

Linklater ma taki dar, a może nawet obsesję, że lubi sprawdzać, co się stanie, gdy rozpoznaną sytuację zanurzymy w roztworze czasu, odczekamy i wyjmiemy na światło dzienne. Można wtedy zagrać w „stałe i zmienne” – zawsze przecież coś jest rozpoznawalne (niekoniecznie constans) a coś w kawałkach i rozpryskach. Upływ czasu to lejtmotyw jego – jak na razie – trylogii o Jesse i Celine (Przed wschodem słońca, Przed zachodem…Przed północą). W Boyhoodzie jest coś analogicznego.  Eksperyment, który trwał 12 lat. Pomysł jest tak prościutki, że nie do wiary, by nikt wcześniej na to nie wpadł. I nie na nim opiera się wartość filmu, choć rzeczywiście sporo z niego wynika.

3

Wybrany w drodze castingu sześcioletni Ellar Colltrane i ośmioletnia wówczas córka reżysera, Lorelei Linklater to para dzieciaków,  którym przydzielono role rodzeństwa, wyposażono w mamę (Patricia Arquette), tatę (Ethan Hawke) i kilku ojczymów. Filmowy Mason i Samantha odgrywają scenki z codziennego życia – które wychwytują to, co charakterystyczne dla kolejnych przystanków w ich rozwoju (a dla dzieciaka i nastolatka każdy rok to korekta perspektywy!).

2

Reżyser rozdaje karty, układa rodzinne zdarzenia w opowieść mającą swoją dramaturgię. Ale napięcie wynikające z wydarzeń to rzecz wtórna. Wyobrażam sobie, że skrzyknięci na plan filmowy aktorzy, mogli nie wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza i jakie progi będą przekraczać przy następnym spotkaniu.

Zakładam, że liczyła się chwila, uchwycenie momentu: zmieniającej się fizyczności, nastawień do świata, relacji z najbliższymi etc. Tego, co akurat modne i zaprzątające uwagę. Efekt: kolaż scenek rodzajowych z tymi samymi, choć w odmienionej skórze bohaterami. Ale jakie to są scenki! Podszyte komizmem, nostalgią, mądrością (na ogół okupioną utratą) i wymądrzaniem się przeróżnych mądralińskich. Wpisuję Boyhooda na listę filmów, do których będę powracać. Między innymi dla poprawienia nastroju i przypomnienia sobie, że zramolenie jest nieuchronne – czy chodzi się w garniturze czy w podartych dżinsach. Świeże, nastoletnie oko jest – niestety – bezlitosne.

4Tytuł namaszcza na pierwszoplanowego bohatera małego chłopca (któremu w ostatnich ujęciach stuknie osiemnastka). Żeby się nie nabrać! Wcale nie mniej ciekawe są postaci towarzyszące: Straszna Starsza Siostra, Skomplikowana Pogubiona Mama i Chłopięcy Tata, który zadaje sobie wiele trudu, by Być Równym Gościem. 

5

Najwięcej radości wnosił swą energią Ethan Hawke. Niedzielny Tata, niedorosły do roli, ale po swojemu przejęty. Gdzie by nie zabrał swoich pociech, zawsze to on bawi się najlepiej. Cudna jest scena, w której instruuje dzieciaki, jak należy rozmawiać z Fajnym Rodzicem. Oczywiście, oczekuje, że na hasło „co słychać?” usłyszy litanię sekretnych wyznań, bez pruderyjnych zatajeń. Cóż, zdarzyło mu się uciec przed ojcostwem „na Alaskę”, ale po latach stara się o właściwy światopogląd (tylko nie Bush!) i angażuje syna i córkę w słuszną sprawę (Obama!). No i te rozmowy! O Gwiezdnych wojnach, o kondomach (biedna Samantha zatyka uszy, bo pierwszy chłopak już swym istnieniem ją onieśmiela, a gdzie tu te wstrętne kondomy z przestróg Taty!), o życiu.
6

Świetna jest rola Patricii Arquette, samotnej mamy dobierającej sobie – nie najszczęśliwiej – partnerów na dalsze, rodzinne życie. W oczach dzieci wypada czasem na zrzędę i nudziarę, choć przecież daje im niesamowite wsparcie. Może największe tym, że realizuje swe życiowe plany, walczy o siebie i jest gotowa zaczynać wciąż od nowa.

Gdzieś w trzeciej godzinie (seans trwa 2 godz. 43`) postanawia sprzedać dom, pozbyć się bibelotów i tych trochę większych rzeczy, w które obrosła. Zdziwienie dzieci, odruchowo osadzających rodziców w roli strażników starych dekoracji, kwituje krótkim: to mi już niepotrzebne. Miałam wrażenie, że to kobieta otwarta na wszystko, co może nadejść. Dlatego tym mocniej wybrzmiał jej płacz, w jednej z ostatnich scen.
7

Jedną z najciekawszych stron filmu Linklatera jest wierność dziecięcej perspektywie widzenia. To uruchamia nostalgię: każdy odnajdzie w sobie niejedno z Masona i Samanthy. Większość, o la boga!, również coś z tych Dziwnych Dorosłych.

Mnie rozśmieszyla dydaktyczna nieporadność przeróżnych tyrad i pouczeń. Gdy jest się nastolatkiem, to niemal wszystko ze świata dorosłych brzmi jak udzielane bez proszenia porady. Oczywiście, gdy wygłasza je bufoniasty ojczym, przerzucający życiową porażkę na tych, którzy są mu podlegli – to irytacja jest oczywista.

8Ale nawet poczciwe rady nauczyciela (te z ciemni fotograficznej) lub opiekuna z dorywczej pracy w restauracji, nawet słuszne rodzicielskie wskazywanie na konsekwencje i stawianie wymagań – wszystko to jest belfrem podszyte. Bezcenne jest więc przejrzenie się w tym filmowym lusterku.

A dorastanie jest szukaniem siebie na swój własny sposób. Doświadczaniem utraty (dorastamy za sprawą rozstań i dzięki porażkom?). Stawianiem pytań i wyciąganiem wniosków z obserwacji. Mason mówi niewiele. Mam wrażenie, że dopiero pierwsze ważne zauroczenie, odkrycie bliskiej osoby w Sheenie, otwiera go na rozmowę i określanie siebie. Stawia diagnozy, wybiera, szuka coraz świadomiej (rezygnacja z Facebooka, fotograficzna pasja, akceptacja rozstania z Sheeną).

10

Ostatnie ujęcia filmu są peanem na cześć młodości. Rany! jaka piękna jest młodość! Ta pierwsza. Gdy wszystkie drogi są wciąż do przejścia. Gdy zadaje się naiwne pytania, które brzmią świeżo, bo są stawiane serio. Mason pyta ojca: „O co w tym wszystkim chodzi?”. „Stary, to improwizacja. Nikt nie wie niczego na pewno”. A Mason zdążył już zrozumieć, że dorosłość niczego nie porządkuje, że nie jest stanem uładzenia ścieżek w swoim ogródku, raczej podróżą. Na przykład wyprawą w góry z przyjaciółmi.

I w całym tym obłędnym przemijaniu zdarzeń i ludzi, w tym nieubłaganym następstwie generacji, przecież żadne wejście na szczyt nie potrwa długo. Jest chwilą, którą można złowić. Może od razu poczuć nostalgię za tym, co jest i już być przestaje. Albo nie: ucieszyć się na myśl o kilku… dobrych chwilach, które wciąż przed nami.  

Notkę dedykuję Czarze, której pięciomiesięczny Chłopczyk dorasta póki co z wolna, lecz niepostrzeżenie zawłaszcza coraz większe połacie świata dla siebie. I Piotrowi, który mieszka w Austin, więc jest prawie stamtąd, skąd Mason, Samantha, Mama, Tata i inni. :)

11

ja i mój cień

Ursula Le Guin, Czarnoksiężnik z Archipelagu, tłum. S.Barańczak, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

Przeczytałam, bo mus. Aż nie dowierzam, że naprawdę mi się podobało.

Świat literatury fantasy to moja czytelnicza terra incognita. I nie ma nic dziwnego w tym, że nie wszystko mnie przyciąga. Fantasy jest najwyraźniej naładowane czymś, co już w sobie mam, bo niczym katoda aniony (anoda kationy) odpycha mnie zdecydowanie i na poziomie intuicji.

Wiem, że czytać trzeba z akceptacją pewnego kodu. Nie narzekać na brak eseistycznej ekwilibrystyki albo reporterskiej faktografii, biograficznej bądź obyczajowej zgodności z realiami. Wiem, ale to dla mnie trudne. Czytam z przymrużeniem oka, z potakiwaniem głową…tak, tak, czarodzieju, pokonaj smoka, bo zły. Starcie dobra ze złem wywołuje podejrzliwą gęsią skórkę, by nikt mi nie wmawiał, że triumf dobra (wspartego męstwem) jest oczywisty.

Jak ta dorosłość jest obwarowana racjonalizmem! Tymczasem Ursula Le Guin, mistrzyni gatunku, nie tylko pisze o magii, ale magicznie przemienia sceptyka w (może jeszcze nie entuzjastę, ale…) admiratora jej opowieści. Dodam, że Czarnoksiężnik z Archipelagu znajduje się na liście lektur polecanych w akcji Cała Polska czyta dzieciom. Adresat: czytelnik powyżej 12 lat. Zgadza się, powyżej – i jako duże dziecko, starsze od dorastającego bohatera i niedysponujące żadnym czarodziejskim rekwizytem, wyznaję, że wszelkie powątpiewania porzuciłam w czwartym rozdziale. Gdy tylko pojawił się cień.

Kraina Ziemiomorza

Klasyka fantasy: mamy równoległy, obmyślony w detalach świat.  Archipelag dziewięćdziesięciu wysp (może i więcej, wszystko zależy czy króluje przypływ czy odpływ). Można by nakreślić mapę, a miejsc szczególnych jest kilka. Wyspa Gont (stąd pochodzi bohater, potocznie zwany Krogulcem, a prawdziwe jego imię, tajemne, będące z nim tożsame to Ged) – sławna z korsarzy, złodziei kóz i czarnoksiężników. Na tych ostatnich popyt jest w całym Archipelagu.
Dalej:  Re Albi, gdzie mieszka pierwszy mistrz magii – Ogion, który uczy Geda cierpliwości i pokory (mało skutecznie). Wreszcie wyspa Roke – tu czarodziej na czarodzieju: dziewięciu mistrzów i na pęczki adeptów. Na Pendorze mieszkają smoki, na wyspie Osskil jest tajemniczy kamień Torrenon, a na skalistej bezimiennej wysepce mieszka dwoje zagubionych na bezludziu staruszków. Jeśli popłynąć zdecydowanie na wschód, dotrzemy na Rubieże, a tam – proszę Państwa! – tam to już nic tylko woda bezkresna aż po kres (!) świata, o ile taki jest.

Są przygody i czary.  Ale to tylko skafander (znaczy: wierzchnia przykrywka), najistotniejsze rozgrywa się w nas.

Taka magia to ja rozumiem, biorę na wynos!

Magia nie jest wyczarowywaniem dziwów. Wymaga cierpliwości i skupienia. Iluzja to ledwie rekwizyt, istotą magii jest dojrzewanie i docieranie do prawdy. A to przemienia, przeobraża i nas, i świat. Adeptem czarnoksięskich umiejętności może być każdy, kto szuka w życiu sensu. Księgi psychologiczne powinny czerpać ze stronic Le Guin garściami.
Mistrzowie przestrzegają, by mądrze korzystać z własnej siły, bo nadużycie osłabia.

(…) czary to nie gra, w którą bawimy się dla przyjemności albo własnej chwały. Pomyśl o tym: o tym, że każde słowo, każde działanie naszej sztuki wypowiadamy i wprowadzamy w ruch na korzyść albo dobra, albo zła. Zanim przemówisz albo uczynisz cokolwiek, musisz znać cenę, jaką trzeba zapłacić. (s.35)

Jako chłopiec Ogion myślał, jak wszyscy chłopcy, że bardzo przyjemną igraszką byłoby przybieranie za pomocą sztuki magicznej  dowolnego kształtu, postaci człowieka czy zwierzęcia, drzewa lub chmury, i bawienie się w ten sposób w tysiąc różnych istnień. Lecz jako czarnoksiężnik poznał cenę tej igraszki, cenę, jaką jest ryzyko utraty własnego ja, przegrania prawdziwego istnienia. Im dłużej człowiek pozostaje w cudzej postaci, tym większe jest ryzyko. (s.164)

Myślałeś, będąc chłopcem, że mag to ktoś, kto potrafi uczynić wszystko. Tak i ja niegdyś myślałem. Tak myśleliśmy wszyscy. A prawda jest taka, że im bardziej poszerza się jego wiedza, tym bardziej zwęża się droga, którą może on kroczyć; aż wreszcie niczego już nie wybiera, lecz czyni tylko i wyłącznie to, co musi czynić… (s.97)

Genialna (choć prosta) myśl: móc wszystko wcale nie jest tym, co prowadzi do celu. Dopiero wsłuchanie się w siebie i odrzucenie możliwości – w geście utożsamienia się z tym, czym jesteśmy – daje wolność. Paradoksalnie, wolność ma smak konieczności i pewności wybranych rozwiązań.

Szalenie ważne w świecie Ursuli Le Guin jest rozpoznawanie imion. Kto zna prawdziwe imię człowieka (również swoje), roślin, zjawisk…, ten zna ich istotę. A wiedza ta oznacza więź, i wpływ, i iluminację.

Co to za ziele przy ścieżce?
– Słomianka.
– A tamto?
– Nie wiem.
– Czworolistek, tak to nazywają. (…)
– Jaki jest z niego pożytek, Mistrzu?
– Żaden, o ile wiem.(…) Gdy poznasz czworolistek we wszystkich porach roku, jego korzeń, liść i kwiat, gdy poznasz go po wyglądzie, zapachu i nasieniu, wtedy będziesz mógł nauczyć się jego prawdziwego imienia, bo będziesz znał jego istotę: a to więcej niż pożytek. Ostatecznie, jaki jest pożytek z ciebie? Albo ze mnie? Czy góra Gont jest użyteczna? Albo Morze Otwarte? – Ogion maszerował dalej chyba z pół mili, po czym odezwał się wreszcie: – Aby słyszeć, należy milczeć. (s.28)

Kulminacją wszelkich przygód jest tu walka Geda z Cieniem. Zmierzanie się z bezkształtnym, niebezpiecznym złem, które raz uwolnione rozbudza w nas lęk, niepewność siebie, wahanie. Instynktownie uciekamy przed tym, co nas przeraża. Wygrana wymaga natomiast zamiany ról: gdy z ściganego stajesz się tym, który szuka konfrontacji. I gdy rozpoznasz w olśnieniu, że cień nosi twoje imię – że słabość jest nierozłączna z mocą.

Jestem związany z tym ohydnym, okrutnym stworem i będę związany póty, póki nie poznam słowa, które go ujarzmia: jego imienia. (s.208) (…) Głośno i wyraźnie, naruszając odwieczną ciszę, Ged wymówił imię cienia i w tej samej chwili cień przemówił bez warg i bez języka, wypowiadając to samo słowo: „Ged”. I dwa głosy były jednym głosem. Ged wyciągnął przed siebie ręce, upuszczając laskę, i objął swój cień, swoje czarne ja, które jednocześnie sięgnęło ku niemu. Światło i ciemność zetknęły się i połączyły, stając się jednością. (s.233)

***

I na koniec: otóż wcale nie dla dzieci lub nie tylko. Na wewnętrznej stronie okładki, już po własnej lekturze, dostrzegłam wyznanie Stanisława Lema: „Żywię dla Czarnoksiężnika szczególny sentyment. Jest to jedyna pozycja amerykańskiej fantasy, która wzbudziła mój szacunek (…). Gdyby nie Czarnoksiężnik z Archipelagu, uznałbym się – wobec współczesnej fantastyki bajeczno-magicznej – za ślepego wobec kolorów. Ursula Le Guin pomogła mi swoją powieścią odzyskać wiarę zarówno w żywotność fantastyki amerykańskiej, jak i w moją wrażliwość na jej uroki.” Nadal nie uważam, bym mogła radykalnie zwiększyć częstotliwość sięgania po fantastykę. Ale uprzedzenia się rozkruszyły.


ANEKS

Może się wydawać, że ogień przygasa, bo na blogu przerwy się wydłużają, więc informuję, że mimo wszystko żar pozostał. Maj jest dla mnie miesiącem niewdzięcznym. Roboty mam po uszy i po dziurki w nosie. Ale gdy sytuacja się znormalizuje, przyjemność pisania zajmie na powrót swoje uprzywilejowane miejsce. :)


rozmowy o kinie i wszystkim

David Gilmour, Klub filmowy, Wydawnictwo Dobra Literatura, Słupsk 2011.

edukacja à rebours (cz.2)

Pomysł na książkę jest przynętą, może nie na wszystkie ryby, ale ja to biorę. Filmy zamiast regularnej szkoły. Kino, które wprowadza w życie, wtajemnicza, inspiruje… przynosi katharsis, łączy we wspólnym przeżywaniu i zadawaniu pytań.

Opowieść o trzyletnim kontrakcie ojca (Davida) z synem (Jesse).

Dziennikarz – krytyk filmowy, chwilowo bezetatowy – ma syna, który ze szkołą jest na bakier. Trzeba mu poświęcić więcej czasu, więc ojciec uzgadnia z matką chłopca (eksmałżeństwo), że teraz on przejmuje pieczę nad doglądaniem frekwencji i zadań domowych ich dziecka.

Nie o doglądanie jednak chodzi. Dawid w desperackim przeczuciu, że relacja z synem rozmienia się na drobne, proponuje układ. Siedemnastoletni Jesse może sam zdecydować, czy zamierza kończyć szkołę. Oczywiście, nie zamierza. W zamian podjąć się musi dwóch zobowiązań: trzy filmy tygodniowo oglądane wspólnie z ojcem (David ustala repertuar) i żadnych narkotyków.


Książka ma w moim odbiorze dwa atuty. Pierwszy przynaglił mnie, by po nią sięgnąć: rozmowy o kinie, dobór repertuaru, sposób czytania kina, kuchnia warsztatu krytyka filmowego. Chciałam podpatrywać. Drugi atut pojawił się początkowo jako dodatek, ale przez wiele stron wypływał na powierzchnię i odsłaniał czasami zabawne, to znów dramatyczne, niemal organiczne przejęcie się rodzica losem dziecka. Więcej: tym atutem była odsłona męskich wtajemniczeń w życie. Co takiego ma do przekazania ojciec wkraczającemu w dorosłość synowi, przeżywającemu pokusy, odrzucenia, niepewność siebie?

Atut drugi jako pierwszy
Obaj są sympatyczni. Jesse: „wysoki na metr dziewięćdziesiąt nastolatek o ciężkim kroku (…), niezdolny do robienia czegokolwiek, co go nie interesowało, niezależnie od tego, jak bardzo przejmował się konsekwencjami. A przejmował się nimi bardzo.” Magnes przyciągający porażki i ludzką sympatię – wszyscy Jessego lubią. Tak się przynajmniej wydaje ojcu, który raz po raz patrzy na syna niemal z zachwytem, dumny i zakochany w tej cząstce siebie zmaterializowanej w niezależnym bycie. Pomysł, by filmy stawały się pretekstami do zwierzeń, pytań i pouczeń nienachalnych, wziął się stąd, że dla obu był to niewymuszony sposób na wypełnianie czasu. Rozmowy często zbaczają na relacje z kobietami, Jesse pakuje się w trudne układy, a David chciałby wyposażyć go w swój bagaż doświadczeń. Powiem krótko: zołzy górą! Sympatyczne panienki, które niewystarczająco często traktują adoratora „z buta”, skazane są na łzy do poduszki. C`est la vie. Wkraczanie w sferę intymnych doznań dozowane jest przeświadczeniem Davida, że relacja ojciec – syn nie powinna być jednak relacją kumpelską. Słusznie.

Jestem pod wrażeniem tego, jak mocna i piękna więź może tworzyć się między pokoleniami. Najciekawsze są różnice i to ustępowanie miejsca przez ojca, zagarnianie nowych sfer życia przez syna. Odrywanie pępowiny. David Gilmour opowiada o trzech latach zacieśniającej się więzi jak o czasie magicznym. „Cóż to był za czas! Być może czekałem na pracę, ale nie czekałem na życie. Było przy mnie, tuż obok, siedziało na wiklinowym krześle.” Wzruszająca jest chwila, kiedy David spostrzega, że ich wspólny czas dobiega kresu. Bezpowrotnie nadeszła chwila wyfruwania.

„No i zniknął. Pomyślałem, że ma już dziewiętnaście lat, taka jest kolej rzeczy. Przynajmniej wie, że Martin Curtiz nakręcił dwa zakończenia Casablanki, w razie gdyby to smutne nie znalazło aprobaty u widzów. Wiedza ta musi mu pomóc w świecie. Nikt mi nie powie, że nie przygotowałem mojego syna do życia.” :)

Atut pierwszy jako drugi


   
  

Klub filmowy działał według doraźnie tworzących się zapotrzebowań. Lżejsze filmy na czas życiowych zakleszczeń, trudniejsze, gdy potrzebne było wyzwanie intelektualne lub bodziec do działania.
David Gilmour niewątpliwie sporo o filmie wie, co ważniejsze: kocha kino i o niektórych tytułach mówi z czułością kinomaniaka. Ale wcale nie zdradza zbyt wiele. I to traktuję jako bardzo cenną wskazówkę. „Potem uczyniłem to, co moi nauczyciele w szkole średniej powinni robić częściej: zamknąłem się i włączyłem film.”

Sto jedenaście tytułów pojawia się w tej opowieści. Niektóre potraktowane są szczególnie, np. Czterysta batów (1959)Françoisa Truffaut, Olbrzym (1956) z Jamesem Deanem (film George`a Stevensa), Złodzieje rowerów (1948) De Sici, Lśnienie (1990) Kubricka. Ale nie tylko historia kina, również obrazy bardzo świeże miały swą emisję w pokoju Gilmourów.

Podobało mi się kilka pomysłów Davida Gilmoura, m.in.: podsuwanie Jessemu dobrych esejów filmowych z „New Yorkera”, szukanie najlepszego momentu filmu, zastanawianie się nad pierwszą rolą, w której ujawniał się talent późniejszych gwiazd lub mistrzów, czy choćby odkrywanie kto komu ukradł film bezruchem. Ta ostatnia akcja była niezłą szkołą życia. Nie zawsze ten, który ma dłuższą kwestię, ma większą siłę rażenia. Poniższy dialog pojawia się przy którymś z filmów Clinta Eastwooda (osobny pean!):

„Clint przyjął scenariusz (…) ale nalegał na jego skrócenie, ponieważ byłby bardziej interesujący, gdyby bohater tyle nie mówił.
– Masz pomysł, dlaczego tak uczynił? – spytałem.
– No jasne. O facecie, który nie mówi, można sobie wyobrazić dosłownie wszystko. – powiedział Jesse. – W chwili gdy otworzy usta, kurczy się o kilka rozmiarów.”

Zabawne były konfrontacje kultowych filmów Davida ze sceptycznym odbiorem Jessego. Ojciec z wypiekami na twarzy puszcza dokument o Beatlesach, wierci się w fotelu, oczekując zachwytu syna, a ten ścina entuzjazm bezlitosną krytyką: „–Koszmar. Mówił dalej: –A John Lennon był najgorszy z całej bandy – tu sparodiował Lennona z zadziwiającą trafnością. –Wyjątkowo żenujący facet.”

Również to: przekaz zawsze jest dwustronny. Ucząc, poddajemy gotowe prawdy bezlitosnemu sprawdzianowi. Feedback jest natychmiastowy. I jeśli mamy dość oleju w głowie, sporo możemy się sami nauczyć.

O książce można przeczytać na blogu Joli, która zna ją jak mało kto. Zawdzięczamy jej redakcję polskiego wydania.

była sobie dziewczyna…

An Education, reż. Lone Scherfig, Wielka Brytania 2009

edukacja à rebours (cz.1.)

Plakat filmu niesie z sobą dwie sugestie, mylące. „W kinach od 19 marca” – jednak nie o tegoroczny marzec – jeszcze kasłający nam za plecami – chodzi. Oscary również są z poprzedniej odsłony. Dla ścisłości dodam, że nominacje się nie zmaterializowały, a wyróżnienia adresowane były: dla filmu, scenariusza (Nick Hornby) i pierwszoplanowej aktorki Carey Mulligan.

Drugie mrugnięcie to „komedia romantyczna”. Kto nie dostrzegł napisu i tak odczyta przekaz, widząc sympatyczne, upozowane zdjęcie dwojga (w tej wersji plakatu odcięto Sekwanę i paryski entourage).

A tymczasem, owszem, jest to film nieskomplikowany, ale bezpretensjonalny. O historii miłosnej, lecz nieco bardziej o dziewczęcości, o tym „jakie się wtedy ma sny” i jak trzeba się z nich przebudzić.

Zgodzę się ze sloganem podrzuconym przez dystrybutora, że mamy tu ciekawy mariaż tego, co daje nam edukacja tradycyjna i szkoła życia. Obie potrafią doprowadzić do wściekłości i niosą gorycz. I żadna nie zastąpi drugiej – kompromis jest wymuszony, lecz nieuchronny, jeśli chcemy poznać siebie naprawdę i zrozumieć balast dołączony w bonusie do upragnionych przyjemności.

Podoba mi się polski tytuł, bo uwalnia opowieść o Jenny Mellor od jednowymiarowych klisz: edukacja, miłość, rodzice, pasje, koleżanki i tymczasowe mistrzynie, kolejne nastoletnie urodziny i utracona niewinność, i odzyskana na nowo (ale już  przyprawiona świadomością, że każdy ma w sobie kilka warstw o różnym posmaku). Nie jest słodko. Jest w sam raz.

była sobie Jenny…

Jenny ma siedemnaście lat, uczy się w szkole dla dziewcząt, jest bystra i dużo wie. Chciałaby dostać się na Oxford. Jeśli tylko popracuje nad łaciną, marzenie jest w zasięgu. Gra na wiolonczeli, ale na razie chodzi wyłącznie na szkolne koncerty. Czyta i pisze niezłe eseje. Uczy się francuskiego i lubi czasem – ot, tak sobie – wpleść do rozmowy kilka zdań w tym języku. Francja to kwintesencja jej dziewczęcych marzeń i sublimacja tego, co chciałaby od życia otrzymać. „Po skończeniu studiów stanę się Francuzką” – a tymczasem słucha piosenek Jacquesa Brela, uwielbia Juliette Greco, a wraz z nią egzystencjalny Paryż. Tłumaczy koleżankom Obcego Camusa. Dla równowagi lubi angielskich malarzy z kręgu prerafaelitów, spośród których zastrzeżenia budzi w niej zbyt jaskrawy Holman Hunt, a szczególny sentyment Edward Burne-Jones (jego dwa obrazy – Fyllis i Oczarowanie Merlina – mają swoją rólkę w filmie).

„Jeśli dostanę się na studia, będę czytać to, co chcę, słuchać, czego chcę, podziwiać obrazy, oglądać francuskie filmy i rozmawiać z ludźmi, którzy znają się na wielu tematach.” I to wszystko raczej na pewno;) się stanie. Trzeba wdrożyć się w szkolny dryl, przejść selekcję egzaminacyjną, pracować, oswoić biblioteki, czasem zarywać noce i godzić się na narzucony rytm wtajemniczeń. Ale chyba warto? Dokądś ten trakt prowadzi (chyba).

Jest jednak droga równoległa, która materializuje się przed przemoczoną deszczem Jenny w postaci uśmiechniętego Davida. Świetna scena na przystanku, w której on proponuje, że podwiezie jej wiolonczelę, podczas gdy ona, jako panna rozsądna i niezawierająca znajomości na ulicy, pójdzie sobie równolegle do auta. Tak się zaczyna. Historię tego spotkania przedstawia film. Nie zdemaskuję fabuły, ale zaznaczę, że David może sprawić, by marzenia Jenny nabrały intensywności zanim zbledną lub rozmienią się na porcjowane radości. Świat łykany haustami: koncerty, aukcje dzieł sztuki, podróż do Paryża, kluby jazzowe, perfumy Chanel i rosyjskie papierosy. Dlaczego nie zaspokajać pragnień póki są niezakurzone, gdy posmakowanie może sprawić, że zapragniemy jeszcze mocniej? Można hic et nunc doświadczać życia i oczekiwać nowych dróg za każdym zakrętem.

Kto to wie, co zza zakrętu wyskoczy? Rozczarowania wpisane są w ten scenariusz już na starcie. I co tu jest namiastką czego? Szkoła jest atrapą życia? Życie namiastką marzeń? Jak to jest, gdy te pytania stawia sobie siedemnastolatka, która na naszych oczach pozbywa się naiwności, nadal pozostając dziewczyną w stylu Audrey Hepburn?

Film Lone Scherfig nie jest dramatem społecznym, nie porównuję więc Jenny Mellor do jej kinowych rówieśniczek (wiadomo, że inny świat jest w głowie np. Ree Dolly z Winters`Bone, bo inny czas i inna skala problemów). Prosta historia Lone Scherfig ma swój punkt ciężkości gdzie indziej.  Jaka siła jest w tym, co dziewczęce! Nie: urocze, różowe, słodkie, infantylne, nie dziewczyńskie nawet. Jenny Mellor tam gdzie się pojawia, wprowadza kondensację tej cechy. Opowieść koncentruje się na tym, jak cenną wartością jest jej zachwyt, apetyt na życie, ciekawość świata, wdzięk (nie do końca uświadomiony), bunt i bezkompromisowość, jej przyszłość i potencjalność.

Dla rodziców Jenny jest tym, o co się troszczą organicznie – chcą, by ominęło ją to, czego sami doświadczają: niespełnienie i strach. Postępują nierozważnie i niedojrzale, zwłaszcza postać ojca jest groteskowa (tylko Alfred Molina, nikt inny!). Są niemądrzy, ale oddani – piękna jest scena, gdy ojciec przeprasza Jenny przez drzwi i stoi tak z ciasteczkami w ręku.

Szkoła, którą Jenny porzuca, jest nie tylko skompromitowana w swej zaściankowości (ten aspekt ucieleśnia pani dyrektor, Emma Thompson!), ale również zraniona odrzuceniem. Nauczycielka angielskiego, panna Stubbs, widzi w Jenny samą siebie sprzed lat. Boi się wyborów Jenny, zaprzepaszczonych szans, utraconej niezależności, którą miało dawać wykształcenie. Przykro jej, gdy w tonie Jenny słyszy, że uważa ją za martwą. I cóż, sama przyznaje, że to co ma, nie jest tym, o czym marzyła: opuszczają ją najlepsze uczennice, a ona czyta infantylne „eseje o kucykach”.

Oj, scena rozmowy Jenny z panią dyrektor rzeczywiście sięga podszewki. Bo jeśli nauka ma być „ciężka i nudna” zanim doprowadzi do jakiegoś celu, to można zgubić cel lub apetyt. A Jenny chce dużo, mówiąc, że nie wystarczy uczyć, trzeba jeszcze umieć przekonać, że to do czegoś sensownego prowadzi.

Dziewczęcość Jenny ożywczą moc ma dla Davida, starszego od niej mniej więcej o tyle, o ile był bogatszy. Piękna dziewczyna u boku, chłonąca świat w taki sposób, że wszystkiemu nadawała wartości… za to można zapłacić każde pieniądze.

Ale jest jeszcze dziewczęcość głupawa, na której tle docenia się bezpretensjonalność tej prawdziwej. W tej tonacji wypowiada się Helen, dziewczyna ze świata, w którym obraca się David.
Jak one inaczej brzmią. Również dosłownie: Jenny odświeża świat sposobem, w jakim o nim mówi. Podczas gdy Helen ma do dyspozycji ograniczony zasób słów na wyrażenie ograniczonych możliwości pojmowania.

Pociesza Jenny (po nie najlepszej ocenie z łaciny), by się nie kwapiła tak do studiowania, bo nie dość, że studentki są pryszczate, to i łacina żaden cymes: „Ktoś mi powiedział, że za 50 lat nikt już nie będzie znał łaciny. Nawet naród łaciński.”

Prostota tego filmu sprawia, że jest on czymś w sam raz na weekendowy seans. Tym bardziej, że nie pozostawia niesmaku: finał nie mdli słodyczą i nie wykrzywia goryczą. I jaka piękna podróż po skojarzeniach. Konteksty dokładają kolejne warstwy odczytań, a nie są zarazem na tyle głębokie, by ich przeoczenie zubożało odbiór. Wspomnę więc, że oprócz francuskich klimatów i prerafaelickich obrazów (czy dzieła Burne-Jonesa znaczą tu coś więcej?) przywołana jest powieść Charlotty Brontë, Dziwne losy Jane Eyre, bo Jane i pan Rochester stanowią równoległy do dziejów Jenny odnośnik. Silny jest duch Audrey Hepburn – i w stylizacji, i w aurze wokół głównej bohaterki. A nad wszystkim unosi się atmosfera Londynu początku lat 60., w którym rozgrywa się akcja.

ps.

Poza tym uważam, że nie powinno się rozwiewać dziewczęcych marzeń. To nie jest fair ze strony życia. Zwłaszcza, że nie rekompensuje nam tego natychmiastową dojrzałością.

 

sala samobójców (paralele)

nieznośna lekkość bytu

Wchodzisz w ten świat przewrotnie – przypadkiem, może niechcący. Jakby osunęła ci się noga na krawężniku. Wyczuwasz nierówność dotąd niedostrzeganą. I dawna droga bezpowrotnie traci swą gładkość.
Na ekranie komputera pojawia się napis: Świat jest zamknięty, rany otwarte. Ktoś kaleczy swą dłoń żyletką. Dominik (Jakub Gierszał) odpisuje: Świat jest otwarty, rany zamknięte. Gra w odwrócone, z ciekawości, jaki będzie następny krok. Alternatywna rzeczywistość zaprasza, lecz wymaga wtajemniczenia. Uczestnicy gry poruszają się w tym świecie pod postacią awatarów, mniej lub bardziej odbiegających od tego, kim są w realu. Ta wirtualna przestrzeń to sala samobójców. Tu uciekają, odnajdują się, tutaj rządzą ci, których boli życie, odrzuceni, niedocenieni, pogubieni…nadwrażliwi.

Dziewczyna o różowych włosach, z którą nawiązał kontakt Dominik (odtąd: dOm!n!k), to Sylwia (Roma Gąsiorowska) – królowa, outsiderka. Od trzech lat zamknięta w swoim pokoju, kontestująca świat i tęskniąca do śmierci, planująca kolejne przymiarki.

Jest jak syrena, która śpiewa trujące pieśni: nic nie musisz, nie zasługują na ciebie, jestem wolna, niech teraz oni czują strach.

Sylwia…
Jan Komasa (w wywiadzie dla „Kina” 2011, nr 3) potwierdza: Sylwia Plath i Virginia Woolf były inspiracją dla tej postaci. Mistrzynie samounicestwiającej udręki, samobójczynie, które inspirowała nie dramaturgia życia, lecz jej brak, wymykający się sens, nieznośna miałkość.

To nie katastrofy, morderstwa, śmierć czy choroby nas zabijają i postarzają, ale sposób, w jaki ludzie patrzą, śmieją się, wskakują na stopnie omnibusów. (Virginia Woolf, Pokój Jakuba, tłum. M.Heydel)*

Można mieć bardzo dużo, może się wydawać, że ma się ustawione, szczęśliwe życie, a i tak nieoczekiwanie dopadnie nas los. (Jan Komasa) *

Umieranie/Jest sztuką tak jak wszystko inne./Umiem to robić wyjątkowo dobrze. / Robię to tak, że naprawdę czuję./Robię to na serio./Można powiedzieć, że mam powołanie. (Sylwia Plath, Pani Łazarzowa, tłum. Z.Herbert)


 

Podchwyciłam sugestie reżysera o patronacie Sylwii Plath, ale to nie zupełnie tak. Ani Hamlet, na temat którego odpowiada w szkole Dominik (maturzysta), ani Sylwia ze swoimi banalnymi kwestiami, nie osiągają głębi pierwowzorów. Trochę to zarzut, trochę neutralna konstatacja, że mnie film Komasy bolał niedojrzałością. To dobry film. Niedojrzałość nie jest adresowana do twórców, lecz bohaterów, których przerasta życie. I żyją głupio, karykaturalnie. Cierpienie jest prawdziwe, stąd poczucie, że to mocny film, że zostawia ślad. Gdy Beata, matka Dominika (Agata Kulesza) pyta go, gdzie popełniła błąd, co ma zrobić, czego od niej oczekuje – odpowiedź brzmi: masz cierpieć – jak jeszcze dotąd nie cierpiałaś. To ma być ten ciężar, którego życiu brakowało?

Sylwia: Żyję, cicho krwawiąc. Dominik:  Krwawię, cicho żyjąc.


paralele

Ta pierwsza, oczywista: realny świat (szkoła, dom, spotkania towarzyskie) i rzeczywistość wirtualna. Ludzie z krwi i kości (hmm… marionetki) i awatary (czyli maski, często kłamliwe).

Równoległe są światy młodzieży i ich rodziców.

Awers i rewers: tak mają się do siebie On i Ona (Rodzice): on dyplomata, ona furiatka, on pokornie zgina kark przed silniejszymi, ona robi rozrubę, gdzie tylko się znajdzie.

Spośród kilku innych wspomnę jeszcze zderzenie dwóch szkół psychoterapii. Chodzi o pomoc bezradnym rodzicom w przezwyciężeniu izolacji Dominika, jego odmowy uczestnictwa w świecie. Sprostuję, bo przemilczając dramaturgię wydarzeń, stwarzam być może wrażenie, że główny bohater jest melancholikiem, który osunął się w apatię. Nie. Za tym gestem stoją konkretne wydarzenia, wytrącające go z bezpiecznej równowagi i rozbijające szklany klosz. Im bardziej Dominik się gubi, tym bardziej wsiąka w cyberprzestrzeń i poza nią nie ma już nic pewnego. Trzeba go stamtąd wyciągnąć. Pomocników jest dwóch.
Psychiatra nr 1 to mężczyzna, klasyka gatunku: stonowany, przyjazny, słuchający, cierpliwy. Niestety, jego bezgraniczna cierpliwość i ustępliwość rozmija się z oczekiwaniami rodziców, by było jak za dotknięciem różdżki.
Psychiatra nr 2 to kobieta. W skrócie: zła kobieta, ale genialna Kinga Preis. Bo ona działa tabletkami, wypisuje receptę z marszu.
Może chce pani porozmawiać z synem? [matka]
A tak, właściwie mogę. [psychiatra nr 2]
Jak ona się genialnie mości w tym swoim niedelikaceniu się z nadwrażliwcami. Pieniądz. Konkret. Tabletka.

hit czy kit?

Absolutnie warto obejrzeć. Film zbiera dobre recenzje a pantoflowa poczta potwierdza, że trzeba się wybrać do kina i sprawdzić.
To, co przykuwa uwagę, to po pierwsze gąszcz aktualnych, gorących a jednocześnie uniwersalnych tematów.

Po drugie: ciekawe rozwiązanie formalne, kompozycja, zgranie obrazu z muzyką, montaż oddający przenikanie się obu światów i ich szczelną odrębność (tak: i jedno, i drugie). Tu przede wszystkim chodzi o połączenie tradycyjnej fabuły z animacją.  Mój szacunek budzi sposób prowadzenia fabuły, zwłaszcza jej zawiązanie, pierwszy punkt zwrotny, stawianie bohaterów w sytuacji, w której muszą reagować, a to, co robią, ich określa. Dalej jest mniej dynamiki (kilka niekonsekwencji), ale opowieść toczy się wartko.

Po trzecie: aktorzy (zwłaszcza odtwórca roli Dominika, Jakub Gierszał) miękko i wyraziście zapadający w pamięć jako postaci-ikony współczesności.

Absolutnie warto, nawet jeśli nie wszystkie elementy mozaiki uznamy za równie trafne.

Sala samobójców, reż. Jan Komasa, Polska 2011.
* Cytaty z gwiazdką podaję za tekstem wywiadu zamieszczonym w tygodniku „Kino” 2011, nr 3.