Archiwa tagu: kino włoskie

baśń nad baśniami

Pentameron (Il racconto dei racconti), reż. Matteo Garrone, Włochy (& co) 2015

Pentameron. Skojarzenia z Dekameronem są całkiem na miejscu, choć nie najistotniejsze.  Ten sam chwyt kompozycyjny, który niezależne opowieści łączy w całość jakimś nadrzędnym kluczem (konwencją lub sytuacją). Pentameron to (w wersji literackiej) zbiór 50 baśni posegregowanych na pięć dni. Niewiele wiem, bo też dopiero co dotarła do mnie nowina z XVII wieku. Żył wówczas w Neapolu dworzanin Giambattista Basile i spisywał baśnie, z których czerpali garściami (200 lat później) bracia Grimm. Opowieści to były okrutne, krwiste i bez ogródek odsłaniały „ciemną stronę pragnień” – tak na plakacie filmowym reklamuje się świeży film Garrone`a, zainspirowany Basilem. W eseju o filmach Matteo Garrone`a („Kino” 10/2015) natrafiłam na  rekomendację (Italo Calvino), że Basile to włoski Szekspir. Pierwotny tytuł Pentameronu brzmiał: Baśń nad baśniami, czyli Festyn tłuścioszekNiby jedna, ale „festyn”, więc mnóstwo.
Pentameron. plakatFilm wybiera sobie z tego bogactwa trzy historie. Może i więcej, lecz linie fabularne są właśnie trzy. I tyleż królestw, a w każdym mierzą się ze sobą pragnienia i rozczarowania, jedne i drugie niebotyczne.

Królowa (Salma Hayek) obłędnie pragnie być matką. Bardziej niż żoną, toteż bez trudu przyjmie ofiarę męża, który stoczy bój o serce potwora. Po to, by ona mogła je pożreć i niemal natychmiast urodzić syna. Ma czego chciała, pragnienia się spełniają. Nikt jednak nie ma złudzeń, że uruchomienie czarnej magii i zaspokojenie desperackich oczekiwań przebiegnie bez uszczerbku. Zdublowany syn (baśń wszystko wyjaśnia) chce świata, nie matki, która mu świat przesłania. Nie nacieszy się królowa i nie będzie chciała odpuścić.

W innym królestwie księżniczka Violet marzy o zamążpójściu. Liczy na dobrą wolę ojca i udaną aranżację. Ale król-ojciec zdziwaczał. Czy to z samotności, czy z nudy czy z bardziej pokrętnej przyczyny – dość, że eskapistycznie przyjaźni się z pchłą. Violet się stroi i czeka, ale bez ojcowskiego alertu kandydat się nie znajdzie. Najwidoczniej księstwo leży z dala od drogi przelotowej dla pięknych książąt. Gdy już w końcu nastanie czas turnieju – rozstrzygającego, komu dana będzie ręka księżniczki – to, doprawdy, jest to zapowiedź nie szczęścia lecz horroru. Proszę bardzo: możesz śnić, marzyć i dokarmiać pragnienia, a jak ci się ziszczą, to noś swój garb.

Królestwo trzecie – najbardziej perwesyjne – jest w posiadaniu króla-erotomana (Vincent Cassel). Król swawoli i póki co zwleka z ożenkiem. Aż spotka głos cudniejszy niż wszystko dotąd. Wyobraźnia sugeruje, że piękno nie chadza samotnie, więc skoro ktoś ładnie brzmi, to i wyglądać musi bosko. Tymczasem głos należy do staruchy, pomarszczonej i zwiędłej jak suche liście. Starucha ma siostrę, również w wieku podeszłą i obu paniom marzy się przygoda z królem. Może zresztą nie o figlach śnią, a o tym, by ktoś ich pożądał, wielbił je i do nich wzdychał. Tę historię to polecam całym sercem: kaskada przebieranek, metamorfoz, cudownych odmłodzeń i gier z losem. Gdy pragnie się czegoś naprawdę bardzo, to rzecz się ziści, nie ma mocnych. Ale co dalej? Droga na pewno nie jest gładka ni bezpieczna. Źle było starej kobiecie w starej skórze, na chwilę stała się promienną młódką – i jak jej teraz, gdy czar pryska, a galopem wraca stare? 

Tak jak nie jestem amatorem baśni, opowieści ze świata fantasy, tak film Matteo Garrone`a przyjmuję z pozytywnym zaskoczeniem. Nie na tyle, by deklarować zmianę upodobań, ale wystarczająco, by polecić seans Pentameronu.

Po pierwsze – wizualna uczta. Wejście w alternatywny świat i to całkiem dosłowne. Pierwsza scena (jeśli pamięć mnie nie zwodzi) jest podążaniem za czyimiś łydkami. Idą zgrabne łydki w rajstopkach, w stroju dworskim i wiodą nas na dziedziniec, przed sam tron. Więc już jesteśmy, na dobre i na złe, po to, by przyglądać się cudom i klątwom.

Po drugie – wachlarz baśniowych tropów.  Bez przesłodzenia. Nawet to, co znane, jest podbite zwiększoną dawką perwersji (migam się od słowa brutalność, choć to blisko). Cudowne poczęcie, bracia urodzeni przez różne matki; źródełko, którego wody mówią o losach bliskiej osoby; ogr marzący o delikatnej księżniczce; odrzucona – wyniesiona na tron; zazdrosna siostra, która da się obedrzeć ze skóry, by dostać swoją porcję łask. Piękno idzie w parze z brzydotą. A logika i sprawiedliwość podszyte są ironią. Nie brak tu hybrydycznych zwierząt. Zamiast smoków są pchły-olbrzymki i morskie potwory, którym się wyjmuje serca. Groteskowość i hiperbolizacja to nieodłączne cechy baśni. Tak mi się od teraz wydaje, choć chwilę wcześniej byłam skłonna szukać w baśniach lukru.

Po trzecie – ale to już z mniejszym przekonaniem piszę – są u Garrone`a jakieś tropy wiodące do świata, w którym żyjemy. Po coś w końcu ten film powstał i szukanie analogii czy sugestii to naturalny odruch. Tyle tu o pragnieniach, że blisko do Freuda. Coś mnie jednak powstrzymuje. Zostanę na granicy, na skraju surrealnej krainy, w której rodzą się ludzie tęskniący za zmianą. Nie każda jednak zmiana wychodzi ludziom na zdrowie, co nie znaczy, że nie warto jej doświadczyć, by się przekonać.

Reklamy

Paolo Sorrentino

Młodość, reż. Paolo Sorrentino, Włochy (& co) 2015

Można by się spodziewać, że pod takim tytułem znajdzie się solidna notka o Sorrentino, a raczej tak się nie stanie. Trochę na złość. Owszem, widzę, jak reżyser się stara, jak pręży kulturalne muskuły i szasta cytatami, i synkretyzm sztuk uskutecznia. Słowo. Obraz (malarstwo i fotografia). Muzyka (w tym klasyka i opera). Gra aktorska. Wszystko wycyzelowane i podniesione do potęgi. Warto zobaczyć. Myślę, że można odebrać bezpośrednio, a jeśli ktoś potrafi, to i aluzje sobie rozczyta. W Młodości do tych najczęściej dostrzeganych kontekstów należą Osiem i pół Felliniego i Czarodziejska góra Tomasza Manna. Oczywiście, muszę się przyznać, że jeden ogląd nie wystarcza mi na wychwycenie wszystkich smaków. Może nawet nie poczułabym ich po dziesięciu seansach. Ale też zaziewałabym się na śmierć, gdybym miała wynotowywać te wygibasy. Prawda jest taka, że mam z Sorrentino problem ten sam co z operą. Nie wzrusza mnie. A kilka tytułów widziałam. Wczoraj Młodość, rok temu (i dziś) Wielkie piękno, niegdyś Wszystkie odloty Cheyenne`a i siedem lat temu Boskiego.

Młodość

Młodość. SorrentinoNiezmiennie od 20 lat Fred i Mick spędzają urlop w tym samym sanatorium. Jest luksusowo i elitarnie – przyjeżdża tu w nagrodę nawet Miss Universe (choć starsi panowie podejrzewają, że to za karę). Trochę tu uciekają przed życiem, ale też przywożą je ze sobą, zrośnięte symbiotycznie z  ich naturą. Druga natura to nawyki. 

Mick Boyle jest reżyserem i z grupą młodych adeptów dopracowuje scenariusz do (proroczego) Ostatniego dnia życia. Fred manifestuje swój emerycki stan i nawet posłaniec królowej nie może na nim wymóc powrotu do dyrygentury. Tak na pozór, bo pokątnie chodzi na podalpejskie łąki dyrygować krowimi dzwoneczkami. Te sceny bardzo lubię. Panowie przyjaźnią się od zawsze. Rozumieją się w pół słowa (zwłaszcza, gdy wyliczają krople moczu, które z racji prostaty są niezadowalające). I tak gadają ze sobą – dowcipnie, błyskotliwie, nostalgicznie i ostatecznie, bo są w takiej fazie, że przeglądając karty życia, weryfikują ich wartość. O tym, czym jest dla nich sztuka, ile dla niej poświęcili, i czy było warto. O kobiecych archetypach, rozpiętych między  Lindą, żoną i Brendą (platonicznym westchnieniem, związkiem zatrutym egoizmem i chodzącym sex appealem). O więzach z dziećmi – całkiem niezłych (Fred i jego córka-asystentka, która co nieco mu jednak wygarnie) i całkiem zdystansowanych (Mick o wybrykach syna powie, że to spuścizna po matce). Sporo o zapominaniu i o minionej młodości. O ważnym i nieważnym. Byle odegranym przez mistrzów: Harveya Keitela (Mick) i Michaela Caina (Fred)

Dialogi to mocna strona filmu. Słabszą stroną jest jego epizodyczność. To, że poszczególne sceny, choć interesujące, błyszczą własnym światłem, niewiele do całości dodając. Na przykład: scena, gdy do młodego aktora (Paul Dano) podchodzi nastolatka, która umie docenić kunszt gry w niszowych filmach, podczas gdy miliony zachwycają się rolą Rycerza Q, stworzoną dla chałtury. W ogóle – wszystkie niemal sceny z Rachel Weisz (piękną skądinąd, więc zasadnie obecną) są mało istotnym dodatkiem.  

I jak z operami bywa, to, co się może podobać, bywa też nieznośne. Trudno z Sorrentino dyskutować,  że lubi rozbuchane formy. Nie wystarcza mu opowieść prosta, skupiona na losie dwóch osiemdziesięciolatków (tak się składa, że artystów), na tym, co w nich wciąż trwa, co minęło, z żalem lub ulgą. Nie wystarczy. Jeszcze muszą wybrzmieć archetypy, senne figury, kawałki arcydzieł muzycznych czy filmowych. Musi się wymieszać starość z młodością. Błędy życiowe z tym, co krystalicznie czyste. Jeszcze trzy deko muzyki, pięć gramów malarskich impresji. 

Najzabawniejsze, że Wielkie piękno tętniło bogactwem dużo bardziej barokowym, wciągało w wir jak rollercoaster. I ani mru mru. Przeżyłam z zachwytem. Co podważa zasadność krytycznych argumentów. Ale potwierdza, że w filmie (i szerzej – w sztuce) nie tyle komponenty się liczą, ile końcowe flow. Drugie, co z tego wynika, dotyczy widza, który jednego wieczoru jest otwarty i przyjmie wszystko ze smakiem, a kolejnego dnia marudzi i wydziwia.

sen o miłości

Słowem wstępu zaznaczę, że mi się ma na odzwyczajenie. Odkleił się tamaryszek od rzeczywistości. Oglądam teraz filmy na potęgę. Mowy nie ma, by o każdym z nich pisać tekst. Co by tu…, jak by tu to przełamać? Sposobem, tamaryszku, sposobem. Słyszę schizofreniczną podpowiedź… Będzie więc cykl uwag wielce selektywnych, które nie pretendują do bycia recenzją.

Dwa w jednym. Filmy o miłości niemożliwej, wyidealizowanej, zrodzonej z tęsknoty i prowadzącej do nieuchronnego fiaska. O grze z tożsamością. Z mężczyzną w roli głównej i kobietą w tle, choć można by się kłócić, czy nie odwrotnie, skoro kobieta pociąga za sznurki i przejmuje ster.

Koneser, reż. Giuseppe Tornatore, Włochy 2013

koneser. pokój z portretami

Kto podrzucił reżyserowi Prusa? Virgil Oldman jest co najmniej o dekadę starszy od Stacha W., ale elastyczne dziś granice młodości czynią ich równolatkami. Dojrzały mężczyzna, samotny, oddany swej pracy, unikający życia towarzyskiego, na pierwszy rzut oka sprawiający wrażenie gbura. Może nawet nieświadomy tego jak bardzo tęskni za uczuciem. Świadomość obudziłaby w nim czujność. On tymczasem udaje się bezbronny do starej willi, w której trzeba wycenić nagromadzone przez zmarłych właścicieli dzieła sztuki. (Jak niegdyś Stach, któremu Rzecki kupił bilet do opery. A potem już nie było odwrotu. Poruszone serce tak bardzo dziwi się swemu ożywieniu, że brnie w zależność, ślepe na wszystkie znaki ostrzegawcze.)

Historia zaangażowania Virgila w pannę Claire grubymi nićmi jest szyta. Ale dziwak dopuszcza dziwactwa innych, nawet horrendalnie naciągnięte. Oglądałam z racjonalnym zwątpieniem. Ale nie krzyczałam do Virgila, że brnie w przepaść, bo chyba odpowiadała mu sceneria tej drogi. Poniewczasie dodam jednak memento: Mężczyzno, ZAWSZE ufaj kobiecie, ale NIGDY aż tak.

Ten film jest mieszanką składników świetnej jakości, które niekoniecznie dobrze się skomponowały. Jakby nie zdążyły sobą przeniknąć. Przede wszystkim wcielający się w tytułową postać Geoffrey Rush. Ten w farbowanych włosach, szpakowaty albo zarośnięty – trudno oderwać oczy. Po drugie: aukcje dzieł sztuki, tajemna wiedza znawców, cenione falsyfikaty, podstawieni licytatorzy. Zwodzenie widza, który przecież nie wie, co właściwie jest cenne, a co okaże się lipą. Jaką wartość ma osiemnastowieczna „maszyna”, składana z pojedynczych trybików i zębatych kółek? Albo obraz tancerki, któremu przypadnie rola zamiennika dla całej kolekcji. „W każdym fałszerstwie jest coś autentycznego”. Po trzecie: świetna jest trzecioplanowa postać karlicy o genialnej, matematycznej pamięci. Dalej: magiczne miejsca. Na przykład sceneria ostatnich scen: kawiarnia Night & Day w Pradze, której wnętrze jest niczym werk, mechanizm ogromnego zegara. A przede wszystkim – na koniec zostawiam najlepsze – gabinet Virgila Oldmana, pokój z portretami. Są bodajże trzy sceny, w których bohater udaje się w to miejsce: sam, z Claire, i znów sam, z obrazem tancerki… Dla tych scen można obejrzeć film. Dom Virgila (konesera, znawcy, człowieka przeprowadzającego prestiżowe aukcje dział sztuki – najlepszego w swym fachu) jest okazały. A do tajemniczego pokoju prowadzi przejście przez galerię rękawiczek! Zdjęcie jest namiastką wrażenia. Malowane przez mistrzów wszech czasów portrety intrygujących kobiet. Spojrzenie, tajemnica, piękno… Kobiecość, której nie tworzy przecież wielokrotność, ale takie zagęszczenie twarzy potęguje jej nieuchwytność.

Ona (She), reż. Spike Jonze, USA 2013

Ona. Joaquin Phoenix

Jeśli opowieść o koneserze sztuki działa się współcześnie, to jednak tuż za plecami bohaterów czaiła się przeszłość minionych artystów. W filmie Spike`a Jonze`a historia rozgrywa się w czasie lekko przyszłym niedookreślonym. Na to wskazują możliwości technologii informatycznej. Ale nie przesadzałabym z perspektywą futurystyczną – jest umowna, to prawie dziś. W obu filmach podglądamy uczucia mężczyzn, rozbrajająco pragnących kochać i napotykających na spore trudności. Chcieć to jedno, starać się to drugie, a trzecie to znaleźć kompromis między przeczuwaną jednością a faktyczną rozbieżnością dwojga istnień. Sporo łączy te filmy. W obu bohaterki są dziwnie nieuchwytne: albo nie wychodzą z pokoju (Claire), albo kondensują swe istnienie w głosie (Samantha). Co jest znaczące, bo obie są projekcją mężczyzny. Wcześniej czy później przestaną się mieścić w wymarzonym przez nich kształcie. A wtedy… ciekawa rzecz: miłość nie znika, staje się akceptacją bólu po tym, co utracone (lub niemożliwe). 

Theodore (Joaquin Phoenix) ma ciekawy fach. Pisze listy na zlecenie. Wyznaje miłość, ubiera w słowa cudzą tęsknotę, pomaga w wyrażaniu pragnień, przeprosin czy próśb. Świetnie sobie radzi. Co sugeruje, że jest wrażliwy, empatyczny, otwarty, że umie słowami stwarzać relacje. I tu – konieczny – zgrzyt: słowami kreuje się niby światy, tymczasem rzeczywistość ma kilka innych wymiarów. Theodore jest rozpaczliwie sam. Przywiązany do nieudanego małżeństwa (nie stawia kropki, bo mu żal) i próbujący po omacku znaleźć więź na łączach wirtualnych. 

Dopiero gdy najnaturalniej w świecie pojawia się Samantha, uczucia zaczynają się organizować i rosnąć. Samantha jest systemem operacyjnym, „duszą i mózgiem” jego komputera. Ma seksowny, czuły głos Scarlett Johansson i sporo wie o Theodorze. Widz stoi przed wyborem: dystans lub akceptacja. Zalecam to drugie. Ostatecznie nie sama historia znajomości jest tu istotna, a proces „rozkwitu” mężczyzny, odsłanianie obaw, budzenie się gotowości i ochoty na przynależność do kogoś drugiego.

Myślę, że spokojnie Joaquin Phoenix mógł zastąpić Chiwetela Ejiofora w grupie nominowanych do Oscara za rolę męską. Ten drugi rozgrywał szerokie spectrum doświadczeń niewolniczych stosunkowo wąską paletą środków aktorskich. Tymczasem Phoenix, wypełnia ekran za dwoje, gra właściwie cały czas to samo (przywiązanie-uczucie-tęsknotę), ale na mnóstwo różnych sposobów. Nie nudzi (wiem, subiektywne) i mimo tropów sugerujących nieudacznictwo życiowe, budzi sympatię, jest wiarygodny, odbiera się go serio, wbrew umowności sytuacji. Bardzo doceniam. 

Dlaczego Samantha? Kim jest Samantha? Kogo chce w niej widzieć Theodore?
Inspirację. „Cudownie być z kimś, kto jest tak ciekaw świata”. Kogoś, kto nie zagraża, nie wymaga deklaracji i zmian, więc nie płoszy. Jest dowcipna, inteligentna, pełna pasji. Potrafi słuchać, pamięta, docieka wszystkiego, co wiąże się z Theodorem. Towarzyszy mu, jest blisko, wprowadza błogostan bycia z kimś w sposób nierozłączny. Nawet przeszkoda jaką jest wirtualność, bezcielesność Samanthy, może być przezwyciężona ekstraktem czułości i niezaprzeczalnej obecności.

Hmm… rozczarowanie nadejść musi, bo nawet jeśli coś takiego się komuś zdarzy, to przecież nie trwa dłużej niż sen. Dla mnie kwinesencją romantyczności w filmie Ona czy Koneser jest to, co dzieje się z mężczyzną po utracie. To właśnie interesowałoby mnie najbardziej, a zadowolić się muszę dwoma epilogami, które budzą dość przewrotną refleksję. Że jednak bardzo wzbogacające jest takie ogołocenie. 

***

Tak więc oba filmy są odsłoną męskich emocji, takich nieoczywistych, mocno skondensowanych i na ogół niedostępnych w przekazie. Albo też są spojrzeniem na kobiecość jak na animę męskiej tożsamości. Animę, czyli dopełnienie. Wypełnienie jej czymś obcym a upragnionym. Tu oddam głos Oldze Tokarczuk, która w eseju o Lalce (Lalka i perła) tak pisała o tej zależności. Nie chcę nachalnie nakładać Wokulskiego na Theodora czy Virgila, ale kobiety, które kochają są z takiej „animistycznej” materii utkane. Jedna z możliwych teorii. Wydaje mi się, że ani Tornatore, ani Jonze nie odżegnują sie od niej.

„Anima jest archetypową postacią „obrazu duszy” i reprezentuje komplementarną, odmiennopłciową część psychiki. Przedstawia sobą obraz drugiej płci, jaki mężczyzna nosi w sobie jako jednostka i jako przed­stawiciel gatunku. Mówiąc najprościej – każdy mężczyzna nosi w sobie swoją Ewę, każda kobieta – swojego Adama. Ponieważ ta część psychiki jest nieświadoma, według więc praw psychologii głębi, jak wszystko, co nieuświadomione, niezróżnicowane, nieprzeżyte, ulega projekcji. Każda osoba, w której się zakochujemy, nosi cechy nas samych, ukrytych w animie lub animusie. To właśnie dlatego Wokulski, widząc Izabelę po raz pierwszy w teatrze, ma wrażenie, że ją rozpoznaje. […]”

Tonino

To będzie odstępstwo od reguły. Sytuacja jest wyjątkowa. Zasada, którą naruszam dotyczy niecytowania własnych tekstów. Przytoczę notkę sprzed roku, zapisaną na starym tamaryszku. Słowa, których użyłabym dziś, miałyby kształt klepsydry i podporządkowane by były dyktatowi czasu przeszłego. Nie ma już Tonina Guerry (od dzisiaj), nie ma Theo Angelopoulosa (od 25 stycznia 2012). Przynajmniej w pewien sposób ich nie ma, bo całkowicie nie znikną nigdy. 

[tamaryszek – opowieści zebrane, wpis z dnia 3.02.2011]

Scenarzysta. Poeta

Mówią o nim, że młody. Wierzę.

Metryki, statystyki, rankingi – to przecież informacje dla amatorów tabelek. Ja wolę opowieści, a Tonino Guerra jest ich mistrzem. Znam nieliczne, a wyczarował niemal setkę filmowych scenariuszy.

Raz jeden otrzymał nominację do Oscara (1976) za scenariusz oryginalny do filmu Amarcord – to mój ulubiony obraz Felliniego.

Włoskie kino naznaczone opowieściami Guerry to oprócz Felliniego (jeszcze: Ginger i Fred, A statek płynie) przede wszystkim MichaelAngelo Antonioni (Przygoda, Zaćmienie, Czerwona pustynia, Zabriskie Point i inne), również: Vittorio De Sica, Paolo Taviani, Francesco Rosi i Giuseppe Tornatore. Ważna była jego przyjaźń z Tarkowskim.

I bardzo szczególna współpraca z Theo Angelopoulosem. Ta interesuje mnie szczególnie ze względu na moje plany, by filmy te wreszcie poznać, do kilku powrócić. Zrobili razem osiem filmów (m.in. Pejzaż we mgle, Spojrzenie Odyseusza, Wieczność i jeden dzień).

Angelopoulos tworzy kino autorskie i sam jest zarazem reżyserem i scenarzystą. Tonino go wspomagał. To będzie odsłona szczególiku tej współpracy, który swą prostotą przypadł mi do serca.

„Zacząłem opowiadać mu o moim projekcie scenariusza Podróży na Cyterę. Słuchał jak dziecko.
Dotarłszy jednak do momentu, kiedy starzec wraca po trydziestu latach wygnania i widzi żonę, która czeka na niego w drzwiach domu, zatrzymałem się. Nie potrafiłem znaleźć pierwszego słowa, pierwszych słów, które wypowiedziałaby do niego kobieta po trzydziestu latach.
Tonino wstał z nagłym błyskiem w oczach.
– Jadłeś?
– Co takiego?
Nie rozumiałem. Tonino uśmiechnął się.
– Jadłeś? – powtórzył. – O to zapytał mnie ojciec, kiedy wróciłem pieszo z obozów jenieckich w Niemczech w czterdzistym piątym.
– Słowo, którego szukałem.” (Theo Angelopoulos)

Krytycy sugerują wpływ Tonina Guerry na znaczące przesunięcie w filmach Angelopoulosa: od historiozoficznej analizy do refleksji egzystencjalnej. Jednostkowy bohater, mniej – trudnych dla obcokrajowca – kontekstów politycznych. To wszystko nie czyni z tych filmów obrazów łatwych, lekkich i przyjemnych, ale wierzę (a priori), że je upraszcza.

Kultura włoska, rosyjska, grecka. Z tej międzynarodowej ekspansji czas jednak powrócić do miejsca, skąd wyruszył w świat, do którego wrócił, które uznał za docelowe.

Włochy, Romania, wioska Pennabilli.
Mikrokosmos. Stary (choć młody) Tonino Guerra mieszka tu z bratem, wśród
sąsiadów – Biny, Pineli, Filomeny (i jej głupiego syna), Pirina od Pszczół, Pidia i innych. Życie płynie wolniej, ciszej, nabrało gęstości – cokolwiek to oznacza, bo pewnie utraciło już niektóre smaki, te burzliwe i pikantne.

Tonino Guerra jest poetą. W Polsce znamy jeden tylko tomik, Miód. Przetłumaczony z włoskiego, czyli pośrednio, bo językiem oryginału jest dialekt, którym posługują się mieszkańcy tej ziemi. Wydawnictwo rekompensuje to kilkoma cytatami z dialektu i zestawieniem polskich tekstów z ich wersją włoską.

Powrót do początku niesie ze sobą odkrycia, które wymagają dojrzałości. Dopóki kogoś gna, by świat podbijać, będzie na nie głuchy. Później głuchniemy na to, co złudnie wabiło nas w młodości. Sięgnę po słowa Jarosława Mikołajewskiego ze wstępu do tomiku – Guerra „wraca do rodzinnej krainy – z miasta, w którym szukał przemiany losu, na wieś, która jest losem niezmiennym”.

Spaliłem strony z książek, kalendarze,
mapy. Dla mnie Ameryki
już nie ma, Australii jakby nie było,
Chiny są zapachem,
Rosja białą pajęczyną,
zaś Afryka szklanką wody, o której śniłem.   (Pieśń druga)

Wiersze – jakie są? Proste. Dla wiecznie zdziwionych brakiem ostrej różnicy między prozą a poezją mogą być kolejnym pretekstem, by o to spytać. Są słowa poetyckie, ale nie wyszukane. Jest liryzm, trochę kruchych uczuć i wrażeń. Czasem odpryski spostrzeżeń, obrazów:

Kiedy jesienią
drzewa były nagie,
pewnego wieczoru
nadleciała chmura
wycieńczonych ptaków;
usiadły na gałęziach.
Zdawało się, że to wróciły liście,
żeby pohuśtać się na wietrze.    (Pieśń dwudziesta druga)

Nade wszystko te wiersze są opowieściami, są epickie, trochę plotkarskie lub pamiętnikarskie.
Niech dopowie za mnie Italo Calvino:

„U Tonina Guerry wszystko przeobraża się w opowiadanie i w poezję: w słowie mówionym, pisanym, czy też w sekwencjach filmowych, w prozie czy w wersach, po włosku czy w dialekcie. W każdym jego wierszu jest opowiadanie; w każdym opowiadaniu poezja.”

Trzydzieści pięć pieśni. W jednej bracia obserwują przez okno burzę, a później smakują wodę ze szklanki, którą napełniła ulewa – „a potem porównaliśmy tę wodę z nieba / z codzienną wodą,/ która nie ma zapachu piorunów”. W innej Prin od Pszczół wędruje z ulami po wsiach (tak, trzeba pszczołom dopomóc). Kolejna o ojcu Biny, który wyjechał do Chin i stamtąd pisał listy:

raz w roku słał wiadomości, potem nazwane
„listami z Chin”. W pierwszym pytał o kozę,
która miała gorączkę w dzień jego wyjazdu,
w drugim opowiadał, że jadł węża; w trzecim
o przyszywającej mu guzik kobiecie,
czwarty był pełen gryzmołów, jakby kura grzebała pazurem
w błocie, aby wiedzieli, że już jest Chińczykiem
i że zapomniał wszystko, nawet słowa.    (Pieśń pierwsza)

Gdybym miała wybrać wiersz jeden jedyny dla oddania klimatu tego tomu, wybrałabym Pieśń trzydziestą. Jest o gadaniu. Tonino i jego brat, dwaj tetrycy marudzący na zmieniający się, oczywiście na gorsze, świat. Noc przegadali o zbożu – że kiedyś było takie, „które nie pokładało się podczas wichury”, podczas gdy dzisiejsze „wyciągnięte jak głód,/ które niczym dziwka od razu kładzie się na ziemię”. I ciąg dalszy:

tak w ogóle przygnębiała nas myśl, że świat
jest coraz brzydszy. Jednak pewnego ranka
wyciągnęliśmy z szuflad komody
odświętne ubrania, których nie zakładaliśmy już od dawna.
Moja marynarka i spodnie pasowały także jemu,
jego rzeczy zdawały się szyte na moją miarę.
Nie wiedząc, dokąd idziemy, otworzyliśmy drzwi
i tuż przed nami, na przydrożnej
łące, kwitły wiśnie,
które witały nas w błękicie powietrza.
Wtedy ja i mój brat stanęliśmy
jak wryci na schodku i bez słowa
zdjęliśmy z głów kapelusze.

Chapeau bas! Iga Cembrzyńska w którymś filmie Kondratiuka mówi podobnie: „Chcę mieć ładne myśli, to się ładnie ubrałam”. :)

To nie jest tomik, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Tu można spotkać Tonina Guerrę. Starszego pana z talentem do opowieści. I oczywiście cały jego mały mikrokosmos.

Ta poezja przypomina mi klimat filmu, który widziałam kilka lat temu. To dokument hiszpańskiej reżyserki Mercedes Alvarez Niebo obraca się (El cielo gira). Autorka powraca do wioski, którą opuściła jako mała dziewczynka. Była ostatnim dzieckiem, które przyszło na świat w tym miejscu. Teraz żyją tu wyłącznie starsi ludzie, kilkunastu. I właśnie taka senna, niespieszna, lekko nostalgiczna, ale też humorystyczna aura spowija ten film. I tomik Tonina Guerry również.

Tonino Guerra, Miód, Wydawnictwo Anagram. Stowarzyszenie Nowe Horyzonty, Warszawa 2008.

Żeby uściślić wiek młodego Tonina, podaję rok urodzenia: 1920.

A poniżej plakaty kilku filmów, do których pisał scenariusze.

odloty

Wszystkie odloty Cheyenne`a, reż. Paolo Sorrentino, Włochy, Irlandia, Francja

Sean Penn zerkający z plakatu jak jakieś ekscentryczne straszydło nie wpraszał się w nazbyt oczywisty sposób w moje filmowe plany. Aż tu jedna kulturalna rozmowa w TVP Kultura przesądziła, że pobiegłam sprawdzić. 

Trochę się potwierdziło, a trochę nie. Gwoli porządku przytoczę minimum nieszkodliwych informacji.

Cheyenne jest pięćdziesięciolatkiem, niegdysiejszym muzykiem rockowym, który nie umie zdjąć kostiumu. Wymalowany, z szopą włosów, z depresyjnym wzrokiem i sposobem mówienia przypominającym ni to nadąsane dziecko, ni to nastoletnią panienkę, ni to wypalonego artystę-starca. Ekscentryk. Ale nienarzucający się, smutny, gorzko-słodki, przy czym słodycz płynie z akceptacji, jaką budzi w swoim otoczeniu i w widzu. To znaczy: jeśli budzi, jeśli ktoś kupuje Seana Penna w roli Cheyenne`a, to kupuje cały film i przeżywa dwugodzinną przyjemność.

Cheyenne trochę się zagubił, więc zostawia żonę (nie niszcząc z nią więzi, bo żona to najbliższa przyjaciółka) i rusza w świat. Nie do Indii jednak, jak odpowiada na sugerowany ironicznie kierunek, lecz w głąb, wzdłuż i wszerz Ameryki. A zaczyna od Nowego Jorku, w którym umarł właśnie jego ojciec.

Wraz z ojcem wkracza drugi temat: Holocaust, a to połączenie wydaje się tak irracjonalne, że nie dowierzałam, by mogło tworzyć coś spójnego z ekscentrycznością współczesności i z kinem drogi „w stylu Wendersa”. Tematy (poszukiwanie siebie i zamykanie wojennych rachunków) łączą się w ten sposób, że Cheyenne spróbuje wypełnić ojcowską obsesję znalezienia zbrodniarza wojennego, który nękał go w Oświęcimiu. 

Cheyenne nie widział ojca od 30 lat, więc nic dziwnego, że na pytanie „czy wiesz co to Holocaust?” odpowiada tak samo jak na pytanie: „czy wiesz, kim był twój ojciec?” – „Mniej więcej”. Na szczęście reżyser nie stawia sobie za punkt honoru wyjaśniać żadnej z tych zagadek. Nawet jeśli uruchomi slajdy z głodnymi ludźmi „stamtąd”, nie będzie to wycieczka śladami Spielberga, Polańskiego czy Holland. Bo to jest zupełnie inna opowieść.

Cheyenne wyrusza i dotrze do starca, który tak irytował swą bezkarnością jego ojca. A ja się zastanawiam, czy było konieczne sygnalizowanie wielkiego tematu, skoro chodzi tak naprawdę o Cheyenne`a,  jego traumy i niedorośnięcia. Jeśli nawet nie było, to na szczęście nie okazało się również szkodliwe. A gdyby sensu się jednak doszukiwać, to pewnie w poczuciu winy i krzywdy, w potrzebie katharsis, w odkryciu tajemnicy ojca, które rodzi z nim jakąś zapóźnioną więź.

Obrazy z podróży są przede wszystkim kolażem różnych scen. Dlatego, choć byłoby to możliwe, nie zajmę się układaniem ich w ciąg przyczynowo-skutkowy, lecz podążę tropem kilku migawek. Bo dla mnie film Sorrentino to przede wszystkim kalejdoskop różności.

Zacznijmy od zniewieściałego image`u Cheyenne`a. Oto świergot panienek w windzie i przekrzykiwanie, która szminka dłużej trzyma się na ustach. L`Oreal? Helena Rubinstein? Cheyenne odpisknie: marka jest nieważna, trzeba na usta nałożyć podkład, potem dopiero pomadkę. Albo kiedy stoi z żoną przed lustrem i oboje tym samym mleczkiem zmywają makijaż. Albo tak jakoś znienacka spojrzy, okulary poprawi, prychnie na kosmyk, co na twarz mu się zsunął. Sean Penn umie to zagrać tak, że jego Cheyenne jest bardzo męski. W przebłyskach.

Jest chimeryczny, ale nie gwiazdorzy. Z udręczeniem i poczuciem winy przyjmuje objawy rozpoznawania go przez dekadenckie nastolatki. Ktoś zabił się pod wpływem słów jego piosenki (za które on sam nie byłby gotów zapłacić żadnej ceny). Niezaprzeczalnie był kiedyś kimś – prostuje przejęzyczenie, że to nie on z Jaggerem, ale Mick Jagger śpiewał z nim.

Przychodzi mi na myśl nocne spotkanie Cheyenne`a z nauczycielką historii (żoną tropionego Niemca), surrealistyczne zupełnie: ona wyciąga z lodówki i zachłannie wypija chyba ze cztery litry soku, a jego (ukrytego w mroku) dziobie gęś. Piękna, elegancka, długoszyja gęś. Podskubuje. Albo spotkanie z oprawcą, starym człowiekiem, który nago wychodzi na śnieg, trzęsący się, pomarszczony. Podobny do swoich ofiar. Tu nie ma słów. A tam gdzie są, są naprawdę w sam raz. Na przykład gdy w grę wchodzi walizka. To bohaterka numer dwa, Cheyenne taszczy ją ze sobą wszędzie, a ona milcząco podskakuje jak niezauważalna introwertyczka. Aż do spotkania w przydrożnym pubie z mężczyzną, który okazuje się wynalazcą kółek do walizki.

Dialogi świetne, od niechcenia, nie silące się na mądrości, a jednak będące blisko prostych trzeźwych spostrzeżeń. Tu zapożyczam jedną celną uwagę: Cheyenne jest po trosze „takim jurodiwym kultury Zachodu, tyle, że w przebraniu rockmana”. Dlatego żadne miejsce, żaden cel nie są najistotniejsze, lecz podróż i przemiana.

W sumie: chodzi o to, by papierosa zapalić. Cheyenne nie pali i nie rozumie po co niby.
Ale tłumaczą mu, że widocznie dzieciak z niego, bo tylko dzieci nie potrzebują. A ponieważ zdarzyło się tak, że Cheyenne trochę dorósł, więc w jednej z końcowych scen zaciąga się nikotyną. I nie ma innego wyjścia i innej dojrzałości jak zmycie make up-u i zrzucenie skóry chłopaczka.

Dobrze się ogląda, dobrze się słucha (muzyka Talking Heads i Davida Byrne`a). I tak jak nie potrafiłam delektować się poprzednim filmem Sorrentina (Boski), tak tym razem nie narzekam, choć raczej doceniam niż przeżywam.

Dwa pytania stawiam à propos. Włoski reżyser, koprodukcja włosko-irlandzko-francuska:  jak to uporządkować? Kino włoskie? Przecież film jest to szpiku amerykański. Sean Penn, plenery, Nowy Jork. Więc?

Cheyenne jest ekscentrykiem, wystarczy spojrzeć. A jednak postać rozegrana jest w ten sposób, że nie tak znów wiele siebie nam odkrywa. Introwertyczny ekstrawertyk? I to prowadzi mnie ku drugiemu pytaniu, o to, co komu bliższe: ekstra- czy introwertyzm? Polubienie Cheyenne`a uświadamia mi, że jestem zdolna otworzyć się na ekstrawertyzm, choć zazwyczaj deklarowałabym co innego. Ekstrawertycy dobrzy są w epizodycznych scenach (w życiu znieść ich jeszcze trudniej), chwilę później męczą nas niczym hałaśliwy klaun. Introwertycy przeciwnie, przyciągają uwagę obietnicą głębi. Nie muszę dodawać, że te pozory rzadko wytrzymują konfrontację z rzeczywistością. Ekstra- i intro- ? Czyżby remis?

odważny unik

Habemus papam – mamy papieża, reż. Nanni Moretti, Włochy 2011

Kino Morettiego to dość przewrotna mieszanka tego, co społeczne i polityczne oraz tego, co prywatne, rozgrywające się w człowieku. Dorobek reżyserski jest pokaźny: Moretti kręci od lat 70. w tempie co dwa lata nowy film. Znam tylko trzy – Pokój syna (2001), Kajman (2006), Habemus papam…. (2011) – ale to wystarczy, by rozpoznać „charakter pisma” Morettiego i mieć zdanie na temat ulubionych zawijasów i mniej kształtnych liter, kropek czy haczyków.

Wiem, że Moretti jest ateistą o lewicowych poglądach, że bardzo krytycznie ocenia rządy Berlusconiego i zarówno na ekranie jak i w życiu gotów jest zamanifestować swoją niezgodę na towarzyszące sprawowaniu władzy przekręty i manipulacje. Ale to są właśnie te kształty, które w jego piśmie lubię mniej. Nad Kajmana przedkładam Pokój syna, w którym przygląda się sympatycznej rodzinie doświadczonej śmiercią nastoletniego chłopca. Plan kameralny, rozgrywający się wśród społecznych interakcji, ale skupiony na wnętrzu. Cieszę się, że w najnowszym filmie Morettiego znów ta jednostkowa perspektywa okazuje się ważniejsza.
A zważywszy na temat – konklawe obraduje i wybiera papieża, nowo wybrany wpada w depresję i ma problem z objęciem urzędu – mogło być inaczej.

Lubię u Morettiego sięganie do sportu, który hartuje, daje poczucie własnych możliwości i uczy gry fair. Z autopsji bierze swe obserwacje, bo sportową rywalizacją zajmował się osobiście.
I lubię, gdy on sam wciela się w jakąś postać. Zwłaszcza, że robi to z autoironicznym wdziękiem. Tak przynajmniej postrzegam jego wejście w rolę psychoanalityka, który ma sugerować dobre rozwiązania, analizować psyche innych, ale najwyraźniej nie czuje się w swych przypuszczeniach nieomylny.

Z Habemus papam… sprawa wygląda tak, że szkielet fabuły podawany jest w materiałach dystrybucyjnych. Każdy, kto przed obejrzeniem filmu zajrzy do jakiejkolwiek recenzji, nabędzie orientacji w temacie i dowie się, czego z grubsza może się spodziewać.

Czy to źle? Niekoniecznie. Obejrzałam wczoraj ten film po raz drugi. W lipcu poznałam go na wrocławskim festiwalu. Wydawało mi się, że kolejny ogląd będzie wtórny… jednak nie. Jestem pod wrażeniem kilku świetnie rozegranych scen, lekkości zmrużonego oka i tego, co z rolą nieszczęsnego papieża zrobił Michael Piccoli.

Mamy więc dużo kardynalskiej czerwieni i zamknięty świat konklawe. Łatwo można by było wprowadzić złośliwości na temat nieomylności wyboru, hierarchicznych zależności, jakiejś wewnątrzkościelnej gry politycznej. Wydaje mi się, że Moretti nie poszedł tym razem drogą satyry społecznej. Owszem, dostojnicy kościelni pokazani są humorystycznie, nieporadnie (a przecież są między nimi prawdziwi mężowie stanu!), z wyczuleniem na to, co ludzkie. Ale nie znaczy to wcale, że ktoś z nich kpi.

Gdy konklawe się przedłuża (przypomnę: wybrany na papieża kardynał Melville zanim ukazał się w papieskim oknie, przeżył atak depresji, a splot wydarzeń umożliwił mu ucieczkę z watykańskich murów), kardynałowie snują się w czerwonych sukniach jak na balu przebierańców. Jedni układają pasjanse, ktoś ćwiczy na stacjonarnym rowerze, inni marzą o pączkach ze śmietaną i porządnym włoskim cappuccino. Żaden chyba nie zazdrości wybranemu, bo kilka chwil wcześniej modlili się żarliwie: „Panie, tylko nie ja. Nie ja, proszę.”

W tym kardynalskim stadku wyróżnia się rzecznik prasowy Watykanu (Jerzy Stuhr) i psychoanalityk (Nanni Moretti). Pierwszy ma prawdziwe urwanie głowy, usiłując namówić Melville`a do wejścia w rolę a zarazem uspokoić rozgdakane media. Ten drugi, uwięziony wśród obcych mu mentalnie ludzi wiary, próbuje przegnać stagnację aranżowaniem pogaduszek i potyczek. A to zaprezentuje kościelnym mędrcom jak czyta Biblię psychoanalityk: otóż tak, że znajduje w niej opisy objawów chorób psychicznych (np. depresji). A to wyjaśnia kardynałom, by ostrożniej szprycowali się lekami. Wreszcie: urządza turniej siatkarski. Ach! Pysznie sfilmowany. Zwłaszcza, gdy swój jedyny punkt zdobędzie drużyna kardynałów z Oceanii. Zwolnienia, radość, triumf ducha walki… Warto te sceny obejrzeć.

Ale najlepsze, crème de la crème, jest w grze Michaela Piccoli. Gdyby w kardynale Melville było więcej pewności siebie albo trochę mniej poczucia odpowiedzialności za własne decyzje… Gdyby poddał się fali gratulacji i zapewnień, że wszystko będzie dobrze, bo nie może być inaczej (Bóg wybrał, Bóg pomoże), to przecież poszłoby jak z płatka. Ale dobroduszny wyraz twarzy, emanująca z oczu jowialność i pokora idą tu w parze z przekorą i charakterem zadziornym, domagającym się wewnętrznej zgody na każdy świadomie podjęty krok.

Potulny, ale umie tupnąć nogą, wrzasnąć i uciec. Świetnie! Zyskuje kilka dni na błąkanie się po Rzymie i dojrzewanie do decyzji bez precedensu.

To, co mu się przydarzy, to okruchy jego własnych dawnych marzeń (spotkanie z grupą teatralną przeprowadzającą próby Mewy Antoniego Czechowa) i strzępy codziennego życia, którego dotąd nie znał (jazda tramwajem, podróż samochodem z parą brykających dzieciaków, wizyta w sklepie etc.). Gdy jadąc tramwajem przepowiada sam sobie słowa, które mógłby wygłosić do wiernych, to aż chciałoby się, by rzeczywiście zostały one wypowiedziane i to takim właśnie tonem, niepozbawionym znaków zapytania.

Trudno przyjąć na siebie rolę papieża. Sytuacja jest wyjątkowa i ekstremalna. Ale i mniej wymagające role społeczne wymagają namysłu i rozeznania w sobie samym. Opowieść Morettiego przedstawia perypetie człowieka, który się wycofał, ale – paradoksalnie – jest to historia nieprzeciętnej odwagi. Rezygnować, gdy wewnętrzny głos mówi, że tak trzeba, to czasami czystej wody heroizm.

Scena, którą lubię najbardziej: końcowe przedstawienie w teatrze. Rewelacja. Zabawne, wzruszające, ze świetnie rozegraną kulminacją. Nomen omen: teatralne. I jeszcze to qui pro quo i pomieszanie prowincji Czechowa z watykańskim centrum świata. Świetne. Warto zobaczyć.