Archiwa tagu: literatura amerykańska

małe życie

Hanya Yanagihara, Małe życie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015
Male zycieJak widać po napisach na okładce: nagłośniony tytuł. Każdy już kojarzy i co nieco wie. Nakład znika z księgarń błyskawicznie. Prawdopodobnie rzeczywiście jest czytany. Trudno zmierzyć, ile tych zakupionych egzemplarzy wchłonięto, jednak można założyć, że jeśli ktoś zaczął (przełamując strach przed grubym), najpewniej skończył, bo rzecz wciąga.

Nie od razu po lekturze biorę się do pisania. A gdy zaczynam szukać klucza, pojawiają się dwie opcje. Albo przyjrzeć się, na czym polega mechanizm przyciągania. Albo na odwrót – zająć się tym, co w mojej lekturze było brzęczykiem-przeszkadzaczem. Trzecia opcja – zwycięska – narzuca się po wysłuchaniu rozmowy z Hanyą Yanagiharą, w której padają odpowiedzi na moje niezadane pytania. To popytam dalej, ale zacznę od tematu i warsztatowych założeń Autorki. (Z najwyższej półki – 1.05.16)

Małe życie jest opowieścią o przyjaźni czterech amerykańskich chłopaków, którzy poznają się w college`u i pielęgnują tę więź przez całe życie. Stoją na początku zawodowych dróg, które mimo nierównych startów, powiodą ich do różnych spełnień. Jude to błyskotliwy prawnik, Willem staje się aktorem, Malcolm architektem, a J.B. malarzem, którego sukces przypieczętowały obrazy inspirowane zdjęciami przyjaciół. I tak jak kolejne wystawy J.B., tak cała powieść jest próbą przeniesienia relacji między bohaterami w wymiar uniwersalny (transcendentny). Gdyby wiązkę tematów uruchomionych w tej powieści sprowadzić do jednego, to trzeba wskazać właśnie na siłę przyjaźni – która ocala, nadaje sens codzienności, jest najwyższą instancją, choć nawet ona nie ma mocy ostatecznego rozbrojenia samotności i zaprzeszłych traum.

To, co Yanagihara pisze o przyjaźni jest szalenie wzruszające. Jest tym, co chce się o przyjaźni usłyszeć, by móc w nią wierzyć. A tym, co z wywiadu z Autorką najbardziej mi pomaga w asymilacji powieści jest wyznanie: „chciałam, by to była współczesna baśń”. Wiele z moich niezaspokojonych głodów może się tym nasycić. 

Dlaczego baśń? 

  • czas historyczny został unieważniony. Współczesność, ale bez znaków rozpoznawczych. Realia polityczne i społeczne są umowne. Co nieco wynika z kontekstów kulturowych: projekty architektoniczne Malcolma, wystawy J.B, role filmowe Willema. To „nasze czasy”, bez sugerowania dat. Rekompensatą za mgliste realia świata zewnętrznego jest wnikliwość w ukazywaniu wnętrza. Monologi, introspekcje, wyznania.
  • główny bohater mierzy się z niewyobrażalnymi przeciwnościami losu. Ze wspomnianej czwórki tym głównym i jedynym pełnowymiarowym bohaterem jest Jude. Okrutnie potraktowany w dzieciństwie, nie umie uporać się z traumą, nie potrafi jej wypowiedzieć, znajdując alternatywne ujście w samookaleczaniu. Skala bólu, pustki, wstydu i pogardy do siebie, z którymi musi się mierzyć jest ogromna. Nieprawdopodobna wręcz, ale tu nie ma miejsca na licytację, bo życie ma licencję na urzeczywistnianie potworności, które się nie śniły naszym filozofom. I wszystko to zdarzyć się mogło. Baśń nie musi tłumaczyć, jak do tego doszło, kto był ślepy, kto obojętny. Zło jest silnie skrystalizowane. I zmaganie się z nim jest jak doświadczanie katharsis. Co prawda Jude nie doznaje oczyszczenia, ale czytelnikowi nie jest ono zabronione.
  • tyle samo dobra co zła; obie moce są zadziwiające i niewyczerpywalne. Kibicujemy, oczywiście, dobru. Temu, by Jude zaufał ludziom, którzy go pokochali i pozwolił sobie pomóc. Temu, by ci, którzy cierpliwie opatrują rany, nie musieli patrzeć na rozrywanie opatrunków. Temu by czas, miłość, przyjaźń, zrozumienie, akceptacja i Bóg wie co jeszcze zadziałały ozdrowieńczo. Ale walka między skrajnościami nigdy się nie zakończy.
  • historia jest na tyle odrealniona i prawdziwa zarazem, że jak każda baśń staje się lustrem, opowieścią, w której chcemy się przeglądać, angażując emocje, empatię, nadzieję na sprawiedliwość.

Ze wszech miar polecam powieść Hanyi Yanagihary, bo jest tym, czego potrzebujemy, by uruchomiły się w nas pewne tęsknoty, wypłakały się rozczarowania, by coś się uspokoiło. Bez wątpienia przeczytać warto.

Tymczasem – skoro z przeżyć już ochłonęłam – to powiem, czego mi żal

a) Jude jest postacią, która zapada w pamięć. Świetnie oddane są jego przekonania na temat siebie, paradoksalna wnikliwość w patrzeniu na świat i niezdolność zdystansowania się do własnych cierpień. To jest często chore, nieracjonalne, irytujące. Jude zniewala i odpycha, a w dodatku, co niepojęte, lecz przekonujące, niewiele się zmienia. Połączenie tak wielu barw i pozbawienie postaci spektakularnej przemiany jest świetnym zabiegiem. 

I niech już tak będzie, że wnikamy w psychikę i emocje Jude`a. To o wiele ciekawsze niż retrospektywne historie, które wyjawiają, co zdarzyło się naprawdę. Długo jesteśmy trzymani w tajemnicy, a gdy kurtyna się odsłania, coś na tym tracę. Jeśli już koniecznie mam otwartymi oczyma oglądać, co z Judem robił brat Luke, to przynajmniej doktora Taylora przegnałabym za kulisy. Głupio zabrzmi, gdy powiem, że te fragmenty są nudne, więc niech będzie, że są słabsze.

b) Szkoda, że takie postaci jak Willem, Harold i dr Andy są tak obłędnie jednowymiarowe. Stróże dobra i piękna. Na tyle ciekawie przedstawieni, że choć jednoznacznie dobrzy, dają się lubić. Ale bez pęknięć. Mam nadzieję, że w życiu to żaden problem, ale w literaturze jednak mankament. Jak na powieść o przyjaźni mało wiemy o pozostałych osobach z paczki. Tylko tyle, żeby w ogóle jakoś osadzić chłopaków w ich biografii. Kilka stron o rodzinie i jakimś kluczowym problemie, nie na tyle ważnym, by mógł równać się z problemem Jude`a. Więcej Malcolma! Więcej J.B. (świetna scena, w której wbrew sobie przedrzeźnia i rani Jude`a)

Jakby wszyscy pojawiali się w tej opowieści tylko po to, by dodać coś od siebie o Judzie. Ok, do zaakceptowania, jeśli przyjmiemy kryteria baśni. A mnie na przykład bardzo zainteresowała postać Any z pomocy społecznej, która pierwsza otworzyła Jude`owi drzwi do „normalności”. Opatrzyła rany, ale nie zdążyła nauczyć go mówić o przeszłości. Wiedziała, jak ważne jest, by ból się nie zakleszczył. Zabrakło jej czasu, by udrożnić wspomnienia Jude`a. I wracałam do tego, drążąc, czy rzeczywiście tak ważne jest, by nie pozwolić zbudować muru, czy czas jest aż tak kluczowy?

c) Może nie żal, ale niezrozumienie. Prawie nie ma tu kobiet. Te, które są, wydają mi się celowo zmarginalizowane: Any, Julie, India, żony Andy`ego czy Malcolma. Taki był zamiar. Yanagihara mówi, że chciała opisać fenomen męskiej przyjaźni. Mamy więc chłopaków i mężczyzn… i bardzo kobiecy sposób mówienia o nich. Z jednej strony pisarka sugeruje, że istnieje jakiś społeczny kod męskiej przyjaźni. Jaki? Bo przecież nie ten, który obserwujemy. Męska przyjaźń kojarzy mi się raczej z dogadywaniem się w milczeniu, z rozmowami na jakieś ideowe lub głęboko merytoryczne tematy i z działaniem, nawet z rywalizacją. Tymczasem bohaterowie Małego życia są ponadprzeciętnie empatyczni, wrażliwi, wręcz czuli. Gotowi do wyznań („kocham cię”). Nie, nie, nie twierdzę, że to niemęskie. W ogóle kategoria płci jest wtórna. I dziwię się, że tak przez Autorkę zaznaczona. 

***

Michał Nogaś jest tą powieścią zachwycony i nie boi się wielkich słów. „Arcydzieło”, „powieść totalna”. Ja bym się jednak bała. Przyznaję, że niełatwo ją ogarnąć i dawno nie miałam takiego wrażenia, że kończąc post, jestem na początku. Szkic szkicu etc. Ale to rzut na taśmę. Jutro rozpoczynam moją przygodę z 16. edycją Nowych Horyzontów. Filmy pewnie przegonią część lekturowych wrażeń, więc jeśli w ogóle cokolwiek powiedzieć o Małym życiu, to tylko dziś. 

Gdyby Ktoś zechciał mi jednak podsunąć coś do przemyśleń, to wrócę i domyślę. Albo przyjmę na wiarę. :)

Reklamy

blade runner

Łowca androidów (Blade Runner), reż. Ridley Scott, USA 1982
Philip K. Dick, Blade Runner (Do Androids Dream of Electric Sheep?), Prószyński i S-ka, tłumaczył Sławomir Kędzierski – rok powstania: 1968

Gdy wokół newsy o Ultronach, nowych Spidermanach, remakach i sequelach hitów kina akcji czy sag science-fiction, czas sięgnąć po nieodkrytą klasykę. Nie wiem, jak to się dzieje – a niestety notorycznie – że umykają mi kinowe przeboje. Co bywa rozczarowujące dla tych, którzy się spodziewają, że widziałam wszystko. ;) Wyszło na jaw, że nie znam Łowcy androidów. Zaopiekowano się tą dysfunkcją i niebawem otrzymałam do czasowej dyspozycji film i książkę – z bardzo przydatną instrukcją, by najpierw zobaczyć, potem przeczytać. Luka wypełniona, a wpis jest dedykowany, z wdzięcznością.

Pierwsza sprawa: i książka, i film są szalenie klimatyczne. Film zdecydowanie w tonacji noir, przyszłość w stylu retro, Yukon 2019. Postapokaliptyczna Ziemia, skąd wielu emigrowało  i osiadło na okolicznych planetach. Wspierają ich tam androidy, które po rebelii mają zakaz powrotu na planetę-matkę. Reklamy (wszechobecne i audio-wizualne) zachęcają do przemyślenia wyboru: „Emigruj lub się degeneruj!”. Tubylcy żyją w radioaktywnym pyle, wśród deszczu, po którym pełno kałuż, a światło nie rozjaśnia przestrzeni przedmieść czy (tym bardziej) wnętrz przepastnych mieszkań. Ogromne wieżowce bywają zamieszkane przez jednego człowieka i nie jest to miarą posiadania, lecz pustki. Filmowcy nadali światu azjatycki charakter. Wrażenie surrealistyczne, bo Azjaci nie docierają na plan pierwszy, natomiast wizualnie i fonicznie wypełniają każdą szczelinę planu drugiego. Pustka i przeludnienie zarazem – czytaj: samotność. Blade Runner

Klimat filmu ma swoich dyktatorów – scenografię i muzykę Vangelisa. Nie wyobrażam sobie jak bardzo inny byłby Blade Runner przy zmienionych dźwiękach. Elektroniczna nostalgia, z porcją patetycznego smutku. Patos, wiadomo, źle się kojarzy, ale tutaj jest w sam raz. By wybrzmiały pewne kwestie i by było żal tego, czego nie można już zmienić.

Nastroje w powieści Dicka nie atakują tak bezpośrednio. Można je nawet nastawiać programatorem lub wysubtelniać skrzynką empatyczną. Mimo to oscylują wokół dekadencji. Główna postać, łowca Deckard, racjonalny i nie nazbyt hamletyczny, coraz czarniej odbiera rzeczywistość. Narasta w nim obsesyjna tęsknota za istotami autentycznymi, za niereplikowanymi zwierzętami. Tym bardziej, im mniej ostre wydają mu się rozróżnienia między ludźmi i androidami. 

Ale istotę rzeczy najtrafniej oddają słowa Johna Isidora (w filmie będącego J.F.Sebastianem), gdy opisuje dziewczynie jedną z zasad rządzących światem („chłam wypiera niechłam”).  –  „Pokoje, w których nikt nie mieszka – setki pokojów i każdy z nich pełen jest rodzinnych fotografii, ubrań i rzeczy, które kiedyś należały do jakichś ludzi. Ci, którzy umarli, nie mogli nic wziąć, ci, którzy emigrowali, nie chcieli. Ten budynek, poza moim mieszkaniem, jest całkowicie schłamiony. (…) Chłam to bezużyteczne przedmioty, takie jak reklamy przysyłane dawniej pocztą albo okładki po zużytych, papierowych zapałkach albo opakowanie po wczorajszej gumie. Kiedy nikogo nie ma w pobliżu, chłam sam się rozmnaża. Na przykład jeżeli pójdzie pani spać, pozostawiając takie rzeczy w mieszkaniu, to kiedy obudzi się pani następnego ranka, chłamu będzie już dwa razy tyle”. (…)

Postapokalipsa ma – jak sądzę – forpoczty w czasach, które ją poprzedzają. Bo nadmiar, przyrost, nadprodukcja i ekspansja to etykiety dobrze opisujące to, co wokół nas.

Druga sprawa to spora rozbieżność między powieścią a filmem. Duże zmiany w fabule, jeszcze większe w istocie konfrontacji ludzi z androidami. Historię tych zmian a także kilku różnych zakończeń oraz chyba wszystko, co naprawdę powinien wiedzieć miłośnik Blade Runnera znaleźć można w artykule Michała Chacińskiego i Konrada Wągrowskiego sprzed ponad 7 lat. Powstał w ćwierćwiecze premiery filmu i śmierci Philipa K. Dicka. TU

Punkt wyjścia. Policja wytropiła przybyłe na Ziemię androidy, przekazuje więc zlecenie łowcy, który ma je czym prędzej „zlikwidować”. W filmie jest ich czworo, w książce więcej. Nie używa się słowa „zabić”, bo przecież one nie żyją. Przeprowadzenie testu Voigta-Kampffa, badającego poziom empatii, daje łowcy glejt, by działać bez pardonu. – Czy zdarzały się rozpoznawcze pomyłki? – pyta Rachel, dobrze wiedząc, że tak, bo zakłócenia emocjonalności mają też ludzie leczący się psychiatrycznie. Rick Deckard zna skalę niebezpieczeństwa i rację wyższą. Androidy (zwane kolokwialnie andkami lub neutralnie replikantami) są zagrożeniem. Najnowsza technologia – Nexus 6 – wyposażyła je w moc fizyczną i intelektualną wyższą niż ludzka. Rzeczywiście, kilka scen rewanżu wystarczy, by zorientować się, że działają brutalnie. Czego replikantom brak? Ano uczuć, wspomnień i empatii. Bywa, że oni sami wierzą, że są ludźmi, a to tylko implanty cudzej pamięci dają im wrażenia jakby mieli za sobą przeszłość. Replikanci „umierają” po czterech latach. Podobno właśnie tyle trzeba, by otworzyły się na emocje. Gdyby więc proces humanizacji poszedł dalej niż sądzono, to czas będzie je po prostu „wyłączał”. 

Najciekawsze jest właśnie to skonfrontowanie człowieka z replikantem, służące przedefiniowaniu człowieczeństwa. W filmie Ridleya Scotta androidy są ludzkie, budzą współczucie a nawet chciałoby się im życzyć niezależności i akceptacji. Marzą o tym, o czym marzą ludzie: by okiełznać upływ czasu i zyskać wieczność. Gdy Roy Batty dotrze do konstruktora, staje przed nim jak Syn marnotrawny przed Bogiem („Ojcze, chcę dłużej żyć!”). Towarzyszący mu J.F. Sebastian przeżywa ten sam strach, będąc człowiekiem – choruje na przyspieszone starzenie organizmu. Czas jest bezlitosny dla wszystkich, którzy cenią życie. 

Jedną z niesamowitych scen jest ta rozgrywająca się w pokoju z zabawkami, gdy wpada do niego Deckard. Jest w pułapce dźwięków i ruchów różnych mechanicznych istot, wśród których ukryła się Pris. Replikantka wśród sztucznych mechanizmów zyskuje na żywotności. Tylko się przyczaiła. A gdy zerwie się do walki, będzie drapieżna. Umierając w konwulsjach – jednak ludzka. Podobnie jak Roy Batty, który wygasając, przełamuje androidalny egoizm i ratuje swego kata. Mówi przy tym słowa, które wrzucają do filmu dawkę zagęszczonego wzruszenia. Krój może hollywoodzki, ale nie sposób nie widzieć w śmierci Roya całego unicestwionego wszechświata „Widziałem rzeczy, w  które wy, ludzie, byście nie uwierzyli. Statki bojowe w ogniu w pobliżu Oriona. Refleksy światła skrzące w mroku koło Tannhäusen Gate. Wszystkie te chwile znikną w czasie jak łzy w deszczu...”. Replikanci tak bardzo są ludzcy, że możliwy jest romans i zwątpienie we własną tożsamość. Origami podrzucane od jakiegoś czasu Deckardowi sugeruje, że sny o jednorożcu nie są jego wyłączną własnością. Czyżby więc i on miał przed sobą krótki czas przydatności? 

Blade Runner. KsiążkaInaczej rozstrzygnął to Philip K. Dick, u którego konfrontacja z androidami uwypukla ich obcość. Choćby nie wiem co, technologia to nie wszystko. Roy Batty (świetnie wykreowany w filmie przez białowłosego Rutgera Hauera, przyćmiewającego Harrisona Forda!) jest w powieści niechlujny i emocjonalnie tępy. Pris wyrywa nogi pająkowi, a Rachel zabija z zemsty kozę. Człowieczeństwo definiuje się jako zaprzeczenie replikanckiej nieczułości. Być człowiekiem to tęsknić do współodczuwania, to altruizm, opiekuńczość i coś, czego nie ogarnie najdoskonalsza inteligencja – międzyludzka solidarność. 

Oczywiście, te cechy nie są człowiekowi dane bez możliwości ich utraty. Dlatego pytanie o to, kim jestem pozostaje aktualne. Bo w świecie, w którym o nasze dusze walczą Przyjazny Buster (personifikacja popkultury) i mniej efektowny a nawet uznany za fikcję Wilbur Mercer (kwintesencja religii) wynik boju jest nieprzewidywalny. Jeśli dobrze rozumiem, Dick zostawia mnie w poczuciu ogołocenia. Media są trywialne. Religia ma wagę pozoru, choć i tak potężną siłę, ze względu na popyt raczej niż na wartość oferty. Depresja żony Ricka wciąż się czai w pobliżu, a Rick nie ma szans na żywe zwierzę, więc reanimuje elektryczną owcę. Pomijam tu uwagi o fabularnych pomysłach Dicka, które zaskakują po obejrzeniu filmu (podwójna policja, replikantka-artystka, ekspiacja Deckarda). Oczywista sprawa, że nastrojowa opowieść filmowa, zmajstrowana według reguł sztuki, nie daje szans niuansom. Więc punkt dla książki, choć żaden to zarzut dla filmu. Zwłaszcza, że rozpowszechniana wersja jest oczyszczona z banalnych rozwiązań oglądanych w kinie Anno Domini 1982.

Blade Runner, którego oryginalny tytuł brzmi: Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?, to taka książka, którą odkładasz, by pogłaskać kota, przytulić się do psa lub choćby nakarmić rybki. Co tam: nawet biedronki pożałujesz i dasz jej szansę na drugie życie za oknem.

pocałunki

David Schickler, Pocałunki na Manhattanie, Dom Wydawniczy Rebis (e-book) 

W święta folguję opowiadaniom. Tym razem trafił mi się autor, którego z niczym nie kojarzę i pierwsze zetknięcie było lekko feralne. Na moim Kindle`u ściągnięty tytuł wyświetla się przez „ce-ha”: „… na Manchattanie”. Cha cha cha. To nie mogą być normalne pocałunki, pomyślałam, więc trzeba sprawdzić. Następny krok: pełen zachwytu wstęp Jonathana Carrolla: Pocałunki na Manhattanie to zabawna, niesamowita, ogromnie seksowna, tajemnicza książka, miejscami czarodziejska jak alchemia. Z każdym, kto ją przeczyta i jej nie polubi, coś jest zdecydowanie nie tak”.  Podejrzenie, że może ze mną jest coś nie tak, było tak frapujące, że wpadłam jak śliwka w kompot. 

Pocałunki na ManhattanieOpowiadań jest jedenaście, wszystkie – jak można się spodziewać – rozgrywają się tam, gdzie trzeba (Man-c-hattan). Co więcej: w każdym pojawia się kilka tych samych, znaczących miejsc: restauracja Flat Michael’s, nocny klub Minotaur i kamienica Preemption. Bohaterowie kolejnych opowiadań przenikają do swoich światów: początkowo delikatnie (napomknięcie, że na trzecim planie pojawia się ktoś, kto w poprzednim tekście grał pierwsze skrzypce), później kontrapunkty są czytelne, a postaci nie tylko się mijają, lecz wchodzą w jedną, centralną intrygę. 

Efekt podobny jak w filmie To tylko miłość Curtisa. Każdy ma swoją miłość i swoje pocałunki. A właściwie – odwrotnie: każdy ma swoją samotność, dziwność, traumę i mrok. Każda z historii mogłaby być tą jedyną, a jest ledwie pasmem w warkoczu.
Od bożonarodzeniowego Londynu Curtisa do sylwestrowego Manhattanu Schicklera jest dalej niż „tydzień”. Mroczniej i dziwniej. Dziwność, magiczność, zbiegi okoliczności. W filmie To tylko miłość niepodważalnym gwarantem takich „przypadków” jest adwentowe przyzwolenie i wyczekiwanie na magię. Wszystko się może zdarzyć, a miłość przede wszystkim. Opowieści nowojorskie tego glejtu nie mają i niezwykłość jest probierzem naszych czytelniczych preferencji. Krótko, zwięźle: mnie czytało się lekko, przypominała mi się proza Carrolla (pojęłam więc, skąd jego zachwyt i rekomendacja) i zrozumiałam, dlaczego to nie jest to, co moje tygrysy lubią najbardziej.

Chciałabym coś powiedzieć o „dziwności”, jaką emanuje ta książka, bo ta dziwność odpycha mnie i przyciąga. Odpychanie jest pozamerytoryczne. Nie w tym rzecz, że komuś coś niesamowitego się przydarza (i tak trudno przebić reportaże, czyli „dziwność non-fiction”). Na moment się w niej zanurzam, ale wychodzę ze spotkania bez naznaczeń.

Przykłady. Jest sobie irlandzki ksiądz, Thomas Marchant, wychowany przez trzy ciotki, które przypominają Parki, a co najmniej Wróżki. Ma zdolność i potrzebę wpatrywania się w ludzi i widzi to, co ukryte pod naskórkiem, ma jakiś siódmy zmysł. I przydarza mu się, że wieczór w wieczór na jego msze przychodzi młody mężczyzna ubrany na czarno. Tylko Marchant czuje bijący od niego odór, nierzeczywisty, bo to jest smród zła, które osiadło na duszy/psychice mężczyzny. Nieważne, czy to się później wyjaśnia czy nie – wyjmuję te dziwności z kontekstu.
Inna postać to James, młody, nieśmiały samotnik, który zabłądził do sex shopu, a tam, w piwnicach, gdzie szukał toalety, znajduje pracownię jubilerską z kimś, kto pretenduje do „mistrza ceremonii”. Tajemniczy jubiler pozwala Jamesowi wybrać wśród drogocennych preciozów coś, co chciałby podarować swej dziewczynie. Nic to, że kamienie są drogie, a James jest niezamożny (w dodatku nie ma dziewczyny). Nic to, że za chwilę okaże się, że miejsce przestaje istnieć, zniknie jak sen – zostaną kolczyki z opalami, do których później James dobierze sobie uszy, a właściwie całą kobiecą postać. 

Otóż to, co powyżej, to dla mnie sprawy, które miną, nic nie zmieniając. Tak naprawdę podobają mi się dwa opowiadania, również dziwne, ale inaczej, bez paranormalności. O jednym wspomnę, bo zaszokowało mnie dalece bardziej niż te z tonacją perwersji. 

Kąpiel Jacoba. Jacob Wolf i jego żona Rachel. Jacob rozczarował swojego ojca: nie miał ambicji, błysku, przebojowości, której oczekuje się od synów w dobrze sytuowanych rodzinach wyższych sfer towarzyskich. Miał dryg do układania piosenek i trudnił się w branży reklamowej. Rodzina pobłogosławiła wybór narzeczonej, bo Rachel była córką kogoś, z kim Wolfowie się liczyli. Ale wybór Jacoba wydawał się dość przypadkowy. Rachel była niepozorna, łatwa, nie tremowała Jacoba, nie przytłaczała kobiecym sexapealem. Tego chciał: coś na swoją miarę. A postrzegał się jako mężczyznę miary nie nazbyt zamaszystej. Początek nowego życia. Noc poślubna. Głupia sprawa: Rachel się kąpie, Jacob przegania skunksa z parapetu. Niestety, po chwili nieznośny zapach rozchodzi się po mieszkaniu. But do wyrzucenia, a i Jacob też wydaje się jakby „nie do użytku”. Dalej akcja przenosi się do łazienki. 

Pachnąca po kąpieli Rachel, Jacob zachęcany, by wskoczył do wanny. Jego nieśmiała obawa, że towarzystwo żony może go stresować lub zmierzać w kierunku jakiejś ekstrawagancji. Jej proste gesty i spokojna pewność: namydliła myjkę i „wykąpała swojego mężczyznę”. I tu następuje coś, co jest najdziwniejszą sytuacją, co uderza gdzieś o granice mojej wyobraźni, dziwne, choć zasadniczo zwyczajne.

„Odtąd każdego wieczoru ich małżeństwa Rachel kąpała męża. Kąpała go 20 listopada 1953 roku, w dniu, w którym urodziło się ich pierwsze dziecko, syn Elias. Rachel nie powiedziała o tym swojej rodzinie ani lekarzom w szpitalu Świętego Łukasza. Po prostu to zrobiła: zgłosiła się do szpitala rano, urodziła Eliasa i była w domu przed zmrokiem, żeby wykąpać swojego męża. Także 8 kwietnia 1956 roku – w dniu, w którym jej matka umarła na tętniaka mózgu – Rachel zdążyła wrócić do domu, żeby wykąpać Jacoba. Robiła to w każdy szabat i w żydowskie święta. W czasie pełni księżyca i finałów rozgrywek baseballowych. Kąpała go, kiedy była rozgniewana i kiedy on był okrutny. Jacob zaś niezmiennie zjawiał się w domu każdego wieczoru, aby dopełnić rytuału. 30 lipca 1958 roku, kiedy wieczorem w Centrum Rockefellera odebrał nagrodę za swoją piosenkę reklamową o Musztardzie Jeremiah, nie zgodził się wypić piątego piwa w Duranigan’s i pojechał taksówką do domu, żeby wziąć kąpiel. 23 sierpnia 1969 roku w jednym z pokojów hotelu Plaza pięćdziesięcioletni Jacob Wolf zakończył romans z broadwayowską pianistką Melodie „Trzy Czwarte” Sykes. Pognał do domu, szlochając spazmatycznie, i wszedł do wanny, by żona mogła go umyć. Przez całe dziesięciolecia nikt nie znał tej tajemnicy, nikt nie wiedział o skrywanym ożywczym źródełku małżeństwa Jacoba i Rachel, ani ich rodzice, ani sąsiedzi, ani ich dzieci”.

No nie, w tym jest jakaś piorunująca mieszanka. Więc jednak nie erotyzm… Coś śmiesznego, jakaś transformacja układu małżeńskiego (mężczyzna-dziecko?), a zarazem coś wzruszającego, choć mimo to dziwnego. Trwałość, tajemnica, rytuał – ależ spoiwa! Pisana każdego wieczoru kartka wspólnej historii. Kuriozalne curiosum. Tyleż samo znaków zapytania budzi we mnie ta odsłonięta intymność, co żelazny układ dnia, cowieczorna do kogoś przynależność. Ciekawe są ostatnie akordy opowiadania, bo nastąpi pewien zwrot z racji ujawnienia legendy. Po 43 latach zaprzyjaźniona z Wolfami felietonistka odkryje i opisze ich zwyczaj w „New York Timesie”. Hmm…

Wracam do tego opowiadania i badam, co z tą moją empatią i wyobraźnią. Czy szwankuje moja zdolność do przywiązań, czy raczej przerzucam winę na warsztat pisarski (bo też podał wszystko na tacy w jednym akapicie). Czy intryguje mnie bliskość tych dwojga, czy potknęłam się po prostu o czyjąś rozbujaną fantazję. Może zresztą niepotrzebnie wydziwiam. Stała sobie wanna, trzeba ją było wykorzystać. Przynajmniej Jacob był przez całe życie czysty. I opowiadanie – naprawdę – najlepsze w Pocałunkach…

stąd do wieczności

James Jones, Stąd do wieczności, Wydawnictwo „Książnica” 2012

– Naprawdę cię potrzebuję, bo jestem samotna. Myślisz, że kłamię?
– Nikt nie kłamie mówiąc, że jest samotny. * 

Stąd do wieczności


No cóż, może odrobinę nie
à propos Świąt, które zaczną się za chwilę. Ale na to wypadło. Ostatnio przeczytałam właśnie tę powieść Jamesa Jonesa (z 1951 roku!), ok. 650 stron drobnym maczkiem. Powieść o szeregowcu Prewitcie i starszym sierżancie Wardenie – losy tych dwóch toczą się równolegle w amerykańskiej kompanii G, na Hawajach, w roku 1941. W czerwcu Prewitt honorowo opuścił oddział trębaczy (jak on grał! jak Prewitt grał capstrzyki! to były opowieści o duszy i melancholii!) i trafił między najzwyklejszych wojaków. Wiemy, co się z nim dzieje przez kilka najbliższych miesięcy – aż do grudnia, gdy Japonia zaatakuje znajdujące się w pobliżu koszar Pearl Harbor. Potem rozpocznie się wojna, ale opowieść rozgrywa się w czasie sprzed przystąpienia USA do konfliktu.

Prewitt jest niepokorny i niełamliwy, impregnowany młodzieńczym buntem (21 lat!), imponuje kumplom – ma tę trudną do nazwania cechę, która sprawia, że chce się z nim być w jednej drużynie, mimo iż on na ogół gra sam. Umie przyłożyć (eksbokser, który wyrzekł się boksu, by nie krzywdzić) i potrafi stanąć w miejscu,  by dać się zabić. Cóż, ta druga umiejętność jest strasznie nieżyciowa. ;) 

Warden – starszy o dekadę, doświadczony, bez złudzeń, z alergią na karierowiczostwo, z czymś, co go gryzie w środku, ale nie czyni go filozofem  czy smutasem. Raczej kimś nieobliczalnym. Zarówno w relacji z wojną (w czasie nalotu najpierw genialnie rozdysponował wszystkim, co trzeba – tak że oddział chodził jak naoliwiony, a sam Warden wlazł na dach i strzelał w niebo), jak i w relacji z kobietą. Gdy Karen Holmes się z nim zapoznaje, pada trafna diagnoza: „To mi się właśnie w panu podoba: ta pewność siebie. I to mi się też nie podoba”.

Chcesz czy nie chcesz, Drogi Czytelniku (zwłaszcza: Droga Czytelniczko), nieustannie wybierasz, kogo wolisz, czyja narracja jest Ci bliższa. Mnie chyba ta Wardenowska, choć capstrzyk Prewitta złamał mi serce.

Tak, to powieść o amerykańskim wojsku, o wierzgających jednostkach, które przycinane do drylu, uginane hierarchią, dręczone Obróbką i Obozem Karnym, cholernie zmęczone, okaleczone, samotne… mają w sobie ogień buntu. Nie każdy tu jest Prewittem, ale każdy dobrze rozumie, o co chodzi: „Jeżeli mają mnie zrobić na szaro, to przynajmniej nie będą mieli tej satysfakcji, żeby widzieć, jak się płaszczę i robię z siebie przedstawienie. Potrafię znieść wszystko, co mi dadzą i jeszcze wrócić po więcej, szefie. Ja ich pierdolę”.

Męska książka, o wojsku, o burdelach, głupich dowódcach, o systemie, który władczość potwierdza na każdym kroku upokarzaniem tych, których pozbawiono władzy. A zarazem: to najbardziej romantyczna książka, jaką zdarzyło mi się ostatnio czytać

Dlaczego romantyczna? Uściślę, że w tym właściwym (!) rozumieniu, czyli: nie sentymentalna, ale angażująca emocje, nie o strukturach społecznych (narodzie etc.), lecz o jednostce (niezabezpieczonej stabilną relacją z drugim człowiekiem), nie o nadwrażliwcach, za to o twardzielach z duszą. Nie o utopistach ze sztandarem na barykadach, ale o gorzkich idealistach marzycielach.

Romantyczność, oczywiście, towarzyszy relacjom damsko-męskim, choć ja większe jej stężenie dostrzegam w czymś, co kojarzy się pragmatycznie – w żołnierskiej codzienności, którą się przeklina i (o dziwo) kocha jednocześnie. To jest mocna strona powieści Jonesa, że idealizm jest osadzony w codziennym zmaganiu się z materią. Trzeba sporej brawury, by wymyślić bohatera, który – niszczony przez wojskową strukturę – wyzna, że kocha wojsko. Gdyby chodziło o mnie, poszłabym w zaparte, za nic nie przeszłoby mi przez gardło, że „kocham to, co robię”, „kocham to, kim jestem, gdzie i po co”.  Bo to mega egzaltacja. A u Jonesa brzmi dobrze. Ach, no tak, bo to jest powiedziane w trzeciej osobie:

„– Pan miał wysokie mniemanie o tym Prewitcie, co, sierżancie? (…)
– Myślę, że był stuknięty. Kochał wojsko. Każdy, kto kocha wojsko, jest stuknięty. Moim zdaniem był dostatecznym wariatem, żeby móc zostać dobrym spadochroniarzem albo komandosem, gdyby nie był taki drobny. Kochał wojsko tak, jak mężczyźni kochają swoje żony. Każdy, kto kocha wojsko tak bardzo, musi być stuknięty.
– Z pewnością – powiedział porucznik Ross.
– Podczas wojny kraj potrzebuje tylu dobrych żołnierzy, ilu zdoła zebrać. Nie może ich być za wielu.
– Jeden żołnierz mniej czy więcej nie ma takiego znaczenia – powiedział ze znużeniem porucznik Ross.
– Dlatego człowiek, który kocha wojsko, jest stuknięty – powiedział Warden”.

Są dwa ciekawe romanse. Prewitt w burdelu pani Kipfer poznaje Loren (czyli Almę), piękną, przyciągającą go tragizmem kogoś, kto rozumie cierpienie. Warden wdaje się w romans z żoną kapitana kompanii, Karen Holmes, której opinia w wojskowym światku jest dość dwuznaczna. Nie kibicowałam tym wątkom jakoś szczególnie, ale pierwsza noc Prewitta z Loren (gdy mu się zdaje, że miłość to odnalezienie w drugiej osobie siebie) i ostatnia noc Wardena z Karen (gdy oboje się tak pięknie okłamują) są romantyczne do rdzenia. 

Jest męska przyjaźń i to różne jej odcienie: od fascynacji i serdeczności (Angelo i Prewitt albo Prewitt i Jack Malloy) przez zrozumienie, braterstwo dusz (Prewitt i Stark) aż po taką największą, gdy jeden o drugim powie raczej, że go wkurza niż wyzna przywiązanie, a mimo to będzie między nimi bliskość (tak jak między Prewittem a Wardenem). 

I jeszcze o jednym (arcyromantycznym) aspekcie muszę wspomnieć. O czytaniu. O znajdowaniu w książkach inspiracji, materiału do tworzenia siebie. Również w filmach – Prewitt wymienia tytuły, z których uczył się bycia na przekór. Jest taki epizod, gdy Prew ukrywa się w domu kochanki i pochłania książki. Z tych najcenniejszych wypisuje do notesu tytuły innych, koniecznie do przeczytania. „Spoglądał na rosnącą listę z taką dumą, jak gdyby to był dyplom honorowy. Jeszcze zdąży przeczytać je wszystkie. Jak się następnym razem spotka z Jackiem Malloyem, będzie mógł też zabierać głos, a nie tylko słuchać”. A potem, gdy dogasa jego świadomość, myśli sobie, że szkoda się rozstawać z życiem również z tego powodu. „Zrobiło mu się żal, że nie zdołał przeczytać reszty tamtych książek. I przykro, że te, które przeczytał, idą na marne”.

Cytat, który wybrałam na motto nie pochodzi z książki, lecz z filmu. To była oscarowa ekranizacja (1953). Chciałabym kiedyś ją obejrzeć, choć fotografie odbiegają od moich wizualizacji.

No dobrze, to na koniec opowiem najwytrwalszym, jak Prewitt grał capstrzyk. Wbrew pozorom można w nim odnaleźć magię wigilijnego opłatka. 

„Spojrzał na zegarek i kiedy wskazówka dotknęła najwyższego punktu, podszedł do megafonu, podniósł ku niemu trąbkę i zdenerwowanie opadło z niego jak odrzucona kurtka; nagle był sam jeden, daleko od wszystkich.

Pierwszy ton był czysty i absolutnie pewny. Nie było w nim żadnego wahania czy potknięcia. Poniósł się przez dziedziniec, wytrzymany o ułamek sekundy dłużej niż czynili to inni trębacze. Trwał tak długo jak czas dzielący jeden znojny dzień od drugiego. Trwał tak długo jak trzydziestoletnia służba. Druga nuta była krótka, niemal za krótka, urwana. Zamilkła nagle, przeleciała za prędko, jak minuty spędzone z kurwą. Była krótka jak dziesięciominutowa przerwa w ćwiczeniach. I wreszcie ostatnia nuta pierwszej frazy wytrysnęła triumfalnie z nieco łamanego rytmu – triumfalnie, wysoko, na niedosiężny poziom dumy, ponad upokorzenie i poniżenie. (…)

To jest pieśń ludzi, którzy nie mają nigdzie miejsca, a gra ją człowiek, co także nigdy nie miał miejsca dla siebie, i przeto może ją grać. Słuchajcie jej. Znacie tę pieśń; czy pamiętacie? To jest melodia, przed którą co wieczór zatykacie sobie uszy, żeby móc spać. To jest melodia, której nie chcecie słuchać, i żeby jej nie słyszeć, wypijacie co wieczór pięć martini. To jest pieśń Wielkiej Samotności, która przenika wszędzie jak wiatr pustynny i odwadnia wam duszę. To jest pieśń, której będziecie słuchali w dzień waszej śmierci. Wtedy, gdy leżąc na łóżku, pokryci śmiertelnym potem, będziecie wiedzieć, że wszyscy doktorzy i pielęgniarki, i zapłakani przyjaciele nie znaczą nic i nic nie mogą wam pomóc, nie mogą wam zaoszczędzić ani jednej kropli goryczy, bo to wy umieracie, nie oni – kiedy będziecie czekali na nadejście tego ze świadomością, że nie zdołacie wykręcić się snem, że nie odsunięcie tego pijąc martini, ani nie odwleczecie rozmową, że nie znajdziecie ucieczki w waszych zamiłowaniach – wówczas usłyszycie tę pieśń i przypomnicie ją sobie, poznacie. Ta pieśń jest Rzeczywistością. (…)

Stali zasłuchani w mroku galeryjek i nagle każdy poczuł się bardzo bliski temu, który stał obok, który też był żołnierzem i też musiał umrzeć. A potem, równie milcząco jak przyszli, zaczęli wracać do wnętrza, ze spuszczonymi oczyma, nagle zawstydzeni własnym wzruszeniem i tym, że ujrzeli obnażoną duszę człowieka”.

popełniono błędy

Jonathan Franzen, Wolność, Wydawnictwo Sonia Draga 2011.

Popełniono błędy, a jeden z nich mogę przypisać sobie. Minęło kilka tygodni, odkąd przeczytałam tę powieść – chcę o niej napisać, ale zgubiłam już świeżość odbioru. A odbiór był intensywny, zmienny, ostatnie sto stron (z ponad sześciuset) budziło silne emocje i –  wcale nie tak u mnie częste – zaciskanie kciuków za pomyślność. Czymkolwiek może być pomyślność, gdy wszystko, w co się wierzy i co się ceni, roztrzaskuje się na naszych oczach w drobny mak.

Tołstoj ujął rzecz sentencjonalnie: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”.

Berglundowie mogliby taki napis umieścić nad frontowymi drzwiami swego domu na obrzeżach Saint Paul (Minnesota). Choć, niezupełnie. Bo po pierwsze: dopóki żyli tam razem, mieli na podorędziu pakiet złudzeń, dobrej wiary i energii. Nie zakładali złego scenariusza. A później, gdy każdy żył z osobna, odczuwali dotkliwość rodzinnych rozczarowań nierównomiernie i nawet nie w tym samym czasie. Każdy po swojemu. Walter, Patty, ich dzieci – Joey i Jessica.

Po drugie: nie przesadzajmy z tym nieszczęściem. Opowieść na swych głównych bohaterów wybiera silne, barwne osobowości. Walter – „człowiek bardziej zielony niż Greenpeace”, kochający Patty od czasów studenckich, niesamowicie monogamiczny i ogólnie prawy, szlachetnie pryncypialny facet. Patty – niegdyś sportsmenka (koszykarka), więc ukształtowana w duchu rywalizacji i dyscyplinie dążenia do celu, później „dobra mama”, życzliwa, pomysłowa, nigdy niemówiąca źle o innych.

Podczas jednej z rozmów telefonicznych z synem Joeyem (wówczas studentem) Patty pyta go, czy kłóci się ze swą dziewczyną.
„- Dlaczego mielibyśmy się kłócić? Ludzie się kłócą, gdy nie potrafią się dogadać.
– Nie, ludzie się kłócą, gdy się kochają, ale jednocześnie mają ukształtowane osobowości i żyją w realnym świecie”.

Realny świat wkracza w relacje, czy ktoś sobie tego życzy czy nie. Na przykład w ten sposób, że zaczyna brakować sił, na czyjeś słabości lub czyjąś doskonałość. Budzi się rozczarowanie, gdy dzieci, z którymi niedawno było się w przyjaźni, zaczynają widzieć w każdym geście ingerencję w ich terytorium – i oznajmiają, że niczego podobnego sobie nie życzą.

„– Twoja matka jest dziwną osobą, nie sądzisz?
– Jest mi jej żal, kiedy o niej myślę – oświadczyła Jessica – jeśli akurat nie jestem na nią wściekła. Jest tak inteligentna, a nigdy do niczego nie doszła, jedynie była dobrą mamą”.

Pojawiają się pęknięcia, tam gdzie do niedawna były dające się kontrolować rysy. Odzywa się pozornie spacyfikowany brak wiary w siebie. I ni stąd ni zowąd w życie wkracza Richard Katz.

Trzecia kluczowa postać. Nihilistycznie usposobiony rockman,  cynicznie komentujący świat i czerpiący z niego bez ograniczeń hedonistyczne uniesienia (głównie seksualne). Z Walterem i Patty przyjaźni się od czasów studenckich. On i Walter są jak awers i rewers, wszystko ich różni, ale lubią z sobą rozmawiać, zaprzyjaźnili się, gdy byli bardzo młodzi, a wzajemna lojalność i sympatia jest dla Patty czymś niepojętym. Dla Patty, dodajmy, która przed laty gotowa była dla Richarda porzucić uporządkowany świat. I to jej, niestety, nie przeszło wraz z upływem czasu.
A upłynęło lat dwadzieścia.

Jeśli więc mówić o nieszczęśliwej rodzinie, to nie dlatego, by ktoś kogoś krzywdził, zatruwał, lekceważył. To skutek popełnionych błędów, których – być może – nie dało się uniknąć. Czyżby właśnie dlatego, że jesteśmy wystarczająco wolni, by je popełnić?
„Możesz być biedny, ale nikt nie może odebrać ci wolności do spieprzenia sobie życia, jak tylko żywnie ci się podoba”. 

***
Chyba nie tak chciałam napisać, więc drę kartkę, wrzucam do kosza i zaczynam raz jeszcze.

Można powiedzieć: kwintesencja Ameryki, w wymiarze ogólnym i kameralnym. Najbardziej amerykański tekst, jaki dane mi było czytać. Początkowo budziło to we mnie dystans, a gdy dystans się skurczył – ciekawość, a potem podziw dla autora za umiejętne przeplatanie tego, co społeczne z tym, co prywatne, rodzinne. 

Może na tym polega „amerykańskość”? Na zagospodarowywaniu przestrzeni społecznej – tworzeniu więzi z sąsiadami, interesowaniu się lokalnymi problemami i regionalną polityką, potrzebie działania w pozarządowych organizacjach? Nie, to nie dominuje, ale – jest w pejzażu opowieści.

Akcja właściwa rozgrywa się w latach 2004 – 2010. Patty, Walter i Richard są po czterdziestce, dzieci zaczynają studiować (Joey swój pierwszy akademicki semestr przeżywa w Nowym Jorku w pamiętnym roku 2001). Poszczególne rozdziały wprowadzają uruchamiane w różnych momentach retrospekcje. Są lata 80., wraca w opisie dzieciństwa Patty dekada wcześniejsza. Gdy poznajemy korzenie rodzinne Waltera, sięgamy jeszcze głębiej wstecz. Ameryka w przekroju. Ważne, że widziana oczyma różnych generacji, bo zmieniają się także perspektywy narracji. Ciekawie uchwycił Franzen zmieniającą się mentalność społeczną dwudziestolatków.

Szerokie spektrum problemów.
Przede wszystkim mamy odsłonę ekologicznej wizji świata wg Waltera Berglunda. Dobrodusznego idealisty głoszącego idee ocierające się o skrajność (walka z przeludnieniem!, ochrona ptaków przed kotami, kompromis z przemysłem węglowym z perspektywą nasilonej rewitalizacji zniszczonych terenów etc.). Piękny ptak na okładce to lasówka niebieska. Naprawdę niejedno się robi, by i ona miała swoją wolność.

Ironicznie i demaskatorsko przedstawione są interesy czynione w Iraku, żenujące transakcje wojskowe (tu: m.in. wysyłanie do Iraku części zamiennych do starych ciężarówek, skupowanych w Łodzi). Jest środowisko bogatych żydowskich biznesmenów. Wchodzimy w kręgi artystowskie (za sprawą Richarda-muzyka i sióstr Patty, malarki i aktorki).

Kawał dobrej amerykańskiej prozy. A w tym komplemencie jest kilka kropli zastrzeżenia, czynionego przez czytelniczkę, która na co dzień nie przepada za wyzwolonym językiem, wyzwoloną wyobraźnią, wyzwolonym stylem amerykańskiej obyczajówki.

***

Gdybym mogła zacząć jeszcze raz, to jednak skupiłabym się na tym, co mi najbliższe. Patty i jej pisana w ramach terapii autobiografia. Pierwszą część zalecił jej lekarz, skutecznie, choć – jak mawiali starożytni – habent sua fata libelli (I książki mają swoje losy), więc i rękopis z wynurzeniami Patty narobił sporo zamieszania. Drugą część pisze z potrzeby i przekonania, że jedyne, co może zrobić, by dotrzeć do człowieka, którego kocha, to podzielić się opowieścią.
Podsunął jej tę myśl przyjaciel:
„- Potrafisz opowiadać historie – powiedział. – Może opowiedz mu jakąś historię”.

Autobiografia Patty nosi tytuł: Popełniono błędy. A sposób, w jaki Patty o sobie pisze, czyni z niej jedną z moich ulubionych bohaterek literackich. 

Patty na ostatnich stronach powieści ma lat 52, w kluczowym momencie swego życia – 45, ale znam również Patty-nastolatkę, Patty-studentkę, Patty-młodą i mniej młodą mamę i żonę. 

„Wiem, wiem, wiem. Wiem, kto to wszystko spieprzył. Wiem, że to ja zrobiłam! (…) Może jestem pierdołą życiową, ale w ostatnich latach przynajmniej miałam trochę czasu, żeby się zastanowić, i doszłam do pewnych wniosków”.

Ciepło, jakie zostało we mnie po lekturze powieści Franzena, bierze się właśnie z tej dawki autoironii, która współbrzmi z inteligencją, empatią, gotowością spojrzenia na siebie bez kostiumu. Autobiografia Patty świadczy o tym, jak wiele może zdziałać słowo, o tym, że ma ono moc terapeutyczną, jest narzędziem introspekcji i prowadzi ku zmianie.

A Wolność pozostawia nadzieję. I wiarę, że można zaczynać od nowa. Że możliwa jest zmiana, że warto nad sobą pracować.
Skoro jest wiara i nadzieja, to jest również miłość. O tym właśnie (że miłość jest) opowiada  ta książka.

***

A moje ostatnie zdanie współbrzmi z tym, co pisała o Franzenie M. (tutaj) i tym samym nasze wnioski potęgują się i utwierdzają.

tłumacząc samotność

Jhumpa Lahiri, Tłumacz chorób, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2010.

Nie wiem, może te historie wcale nie są smutne, ale do każdej dołączona jest saszetka z melancholią. Wcześniej czy później wyzwala się z niej mgiełka i skrapla tu i ówdzie. Nie za mocno, w sam raz. Tyle, by uwierzyć, że tak właśnie mogłoby być, że tak właśnie bywa.

Bohaterkami dwóch opowieści są samotne kobiety: histeryczna Bibi Haldar i zdziwaczała Boori Ma, samozwańcza dozorczyni ubogiej kalkuckiej kamienicy. Pozostali bohaterowie żyją w relacjach rodzinnych, dzieląc swe życie z mniej lub bardziej obcą bliską osobą. To z pewnością nie jest temat główny, ale ta nuta obcości zainteresowała mnie szczególnie.

Poznaję prozę Jhumpy Lahiri od rzeczy ostatnich po pierwsze (Nieoswojona ziemia, Imiennik) – dotarłam do debiutanckiego tomu opowiadań. Dobre. Bardzo dobre. Niemal za każdym razem przyłapuję się na podziwie dla jej umiejętności uchwycenia tego, co dzieje się między ludźmi, tej delikatnej siateczki – nici powiązań i prześwitów oddalenia. Jhumpa snuje swe opowieści na styku światów: niektóre rozgrywają się w Ameryce, inne w Indiach. Wszędzie pojawiają się Bengalczycy, często szukający swej nowej tożsamości w oderwaniu od domu. To proza obyczajowa, dla mnie jednak przede wszystkim proza psychologiczna. Nie powiem, że czytam w oderwaniu od bengalskich klimatów, ale są one dla mnie drugoplanowe.

Spośród dziewięciu opowiadań cztery podobały mi się szczególnie: Tymczasowa awaria, Tłumacz chorób, Mój Boże, co za dom! oraz Trzeci i ostatni kontynent.

Tytułowy tłumacz chorób to mężczyzna dorabiający sobie jako przewodnik po indyjskich atrakcjach turystycznych. Siada za kierownicą i zawozi amerykańskie rodzinki do Świątyni Słońca w Konarak. Ale jego codzienną pracą jest tłumaczenie lekarzowi objawów chorób jego pacjentów mówiących mało znanym dialektem gudźarati. Translator ludzkiego bólu. Dbający o ścisłość, wierność, o wyrażenie każdej cząstki ludzkiej skargi. Abstrahując od jego historii, jego złudnej nadziei ulokowanej w skrawku kartki z adresem, można w nim dostrzec figurę-znak. Kogoś, komu zawierza się to, co doskwiera (jakąś narośl, jakiś deficyt) i oczekuje się, że to wyznanie przyniesie jeśli nie receptę, to ulgę. Czymś podobnym jest opowiadanie historii, bycie pisarzem. W każdym razie Jhumpa Lahiri oscyluje blisko tej roli.

***

Shoba i Shukumar, bohaterowie Tymczasowej awarii są razem od kilku lat. Pół roku temu Shoba urodziła ich martwe dziecko i odtąd wszystko nabrało innych znaczeń. A może po prostu wszystko utraciło niepodważalny wcześniej sens. Mają po trzydzieści lat, wrócili do dawnych zajęć – Shoba do pracy w redakcji, Shukumar do doktoratu – ale bycie ze sobą coraz bardziej im ciąży. Uliczny remont i związane z nim odcięcie prądu przynoszą wieczory przy świecach i pomysł, by opowiadać sobie nawzajem coś, czego dotąd nie wyznali.

Dzień po dniu czekają na tę chwilę, kiedy w półmroku odsłonią wyszperaną za dnia z pamięci tajemnicę. Nie są to wielkie sekrety, ale na ogół dotyczą czasu, kiedy byli już ze sobą i zdarzało im się zrobić coś (nie zrobić czegoś), co dotąd pozostawało ukryte przed drugim. Ujawniają – i co? Ma to moc zbliżenia, czy grozi dalszą rozsypką? To, czego im trzeba, to odzyskanie dawnej bliskości, szczerości, otwartości, stworzenie nowych więzów. To, co dla nich groźne, to odkrywanie zatajonych rozczarowań i słabości. Dokąd prowadzi gra? Co przyniesie ze sobą usunięcie – tymczasowej przecież – awarii?

***

Jhumpa Lahiri naprawdę nieźle opowiada. Proponuję dwie próbki, tym razem nieodsłaniające zbyt wiele.

Pierwsza dotyczy sposobu portretowania postaci, niech będzie wspomniana już, zdziwaczała bohaterka Prawdziwego durvana.

„Boori Ma miała sześćdziesiąt cztery lata; włosy nosiła związane w kok nie większy od orzecha włoskiego. Była tak chuda, że nie miało znaczenia, czy się na nią patrzy z przodu, czy z boku; z każdej strony wyglądała tak samo. Właściwie jedyną trójwymiarową cechą Boori Ma był jej głos: kruchy od smutku, skwaśniały jak zsiadłe mleko, a jednocześnie tak ostry, że mógłby z powodzeniem zetrzeć na wióry orzech kokosowy. Myjąc schody dwa razy dziennie, Boori Ma takim właśnie głosem opowiadała ze szczegółami o kłopotach i cierpieniach, jakie ją spotkały…” Te szczegóły były, oczywiście, za każdym razem trochę inne, co mieszkańcom kamienicy kazało powątpiewać w krystaliczna prawdomówność ich dozorczyni.

Druga próbka to wprowadzenie w temat, początek historii o Twinkle i Sanjeevie i o ich domu, który absolutnie zasługiwał na to, by w tytule opowiadania pojawił się wykrzyknik: Mój Boże, co za dom!

„Pierwsze znalezisko odkryli w szafce nad piekarnikiem koło nienapoczętej butelki octu słodowego.
– Zgadnij, co znalazłam. – Twinkle weszła do salonu zastawionego pudłami oklejonymi taśmą. W jednej ręce trzymała butelkę octu, a w drugiej białą porcelanową figurkę Chrystusa, mniej więcej tej wielkości co butelka.
Sanjeev podniósł wzrok. Klęczał na podłodze, zaznaczając strzępkami samoprzylepnych karteczek kawałki boazerii, które trzeba było jeszcze raz pociągnąć farbą.
– Wyrzuć to.
– Co?
– Jedno i drugie.
– Przecież mogę coś ugotować z tym octem. Jest nietknięty.
– Nigdy nie gotowałaś potraw z octem. (…) Sprawdź datę ważności. I pozbądź się przynajmniej tej idiotycznej figurki.”

I to był jedyny moment, kiedy Twinkle się zawahała i gotowa była dać pierwszeństwo pragmatycznej butelce. Znaleziska będą się mnożyć i wywoływać krańcowo różne reakcje tych dwojga hindusów, którym chrześcijańskie dewocjonalia przewrócą świat do góry nogami. Bo proszę sobie wyobrazić: ogromny plakat z Jezusem (blondynem i bez brody), który płacze „czystymi łzami wielkości łupin fistaszkow” i figurę Maryi znalezioną za krzakiem w ogrodzie, i breloczek-krzyżyk, i kulę wypełnioną śnieżnymi płatkami i scenkami Bożego Narodzenia, koszyk na pieczywo przykryty ściereczką z Dekalogiem i najróżniejsze pocztówki, wyszywanki czy wyłączniki prądu ozdobione w podobny deseń. Dom śliczny. Ale pozostawione przez poprzednich właścicieli rozliczne pamiątki… doprawdy lekko kłopotliwe.

***

Co tu dużo mówić, mnie powyższe cytaty wystarczyłyby za całą rekomendację. A to przecież tylko zajawka, ledwie cień cienia, fragment, urywek, namiastka.

imiennik (jhumpa bis)

Jhumpa Lahiri, Imiennik, Prószyński i S-ka 2007

dla Czary:)

Imiennik jest powieścią (pozostałe dwa tytuły Jhumpy Lahiri to opowiadania). Historią dwupokoleniowej rodziny Gonguli, którą tworzą: Ashoke (wykładowca uniwersytecki), Ashima (żona przy mężu) i ich dwoje dzieci: Gogol i Sonia (w końcowych partiach książki: pan architekt i pani adwokat). Żyją w Ameryce, korzenie mają hinduskie (bengalskie) i choć odmiennie odnoszą się do kraju ojców, to ich tożsamość jest naznaczona rodowodem. Odmiennie?

Ashoke i Ashima przybywają do Stanów jako świeżo poślubieni małżonkowie, mają po dwadzieścia kilka lat. On z ambicjami i determinacją, ona – w przekonaniu, że wszystko, co ją tu spotka będzie pozorne, nie do końca rzeczywiste, bo jakże mogłoby być inaczej, skoro nie ma na wyciągnięcie ręki całej rodziny. Rodzina – ma, baba, dida, dadu, didi, dada i liczne mashi i mesho*to dla Bengalczyka pępek świata, usankcjonowanie własnego istnienia. Żyją w dwu światach naraz. Ciałem w Bostonie, duszą w Kalkucie. Tworzą namiastkę swojskości, spotykając się z poznanymi w Stanach rodakami, których asymilują jako krewnych. Ten stan rzeczy jest głęboko w nich osadzony, ale podlega ewolucji (a nawet kilku maleńkim rewolucjom).

Dzieci natomiast rodzą się i dorastają w Ameryce i jest im pisane „klasyczne rozdwojenie jaźni” (J.L.). Wcześniej czy później będą chciały uciec od rodzinnej tradycji. W mniejszym lub większym stopniu będą do niej  – po okrzepnięciu w dorosłości – powracać.

Autorka sięga do własnych doświadczeń. Zapytana o to, czy jej bunt przypominał ucieczkę Gogola, uniwersalizuje tę reakcję. (Jhumpa Lahiri, z wywiadu:) „Ani Gogol, ani ja nie byliśmy tak naprawdę buntownikami. (…) Ale nawet zwykłe czynności były buntem wobec mego wychowania – to, co jadłam, czego słuchałam, z kim się przyjaźniłam, co czytałam. To, co nigdy nie obchodziło rodziców moich amerykańskich znajomych, moich rodziców obchodziło przede wszystkim.”

Fotografie, którymi ilustruję swój tekst, są kadrami z filmu Miry Naim (reżyserki Monsunowego wesela) o tytule zgodnym z pierwowzorem – Imiennik (The Namesake, 2006). Nie znam, ale wizualizacja książkowych bohaterów bardzo mi odpowiada. Powyżej, od lewej: Gogol, Ashoke, Sonia i Ashima (jak zwykle, w sari).

Ciekawie jest zanurzyć się w ten egzotyczny świat. Kto się boi Bollywoodu, zapewniam, że niepotrzebnie. Akcja toczy się na amerykańskim podwórku: w Bostonie i Nowym Jorku, z uwzględnieniem kilku zabawnie opisanych podróży do Kalkuty i jednego wypadu do Paryża (moim zdaniem Paryż wypadł tu bardzo parysko). Jest subtelnie, niejednoznacznie, wzruszająco (co dla mnie oznacza zbratanie się z bohaterami) i odrobinę gorzko, mimo tylu słodkich specjałów wyczarowanych ręką Ashimy.

Bardzo tę książkę lubię i tym razem nie najważniejsze jest dla mnie przyglądanie się pisarskim trickom Jhumpy, ani wczytywanie się w konteksty lub gry przebiegające wewnątrz tekstu. Po prostu świetna opowieść, która zapada w pamięć, po którą chętnie się sięga, gdy wreszcie zdarza się chwila na lekturę.

Jako że historii rodziny Gonguli odsłaniać tu nie chcę, zajmę się jednak pomysłami Jhumpy Lahiri.

Opowieść prowadzona jest z kilku perspektyw, ale najczęściej do głosu dochodzi Gogol. A raczej narrator, który z jego perspektywy ogląda świat (mowa pozornie zależna to dominanta całej narracji). Tak być musi między innymi z tego powodu, że koncept powieści wiąże się z jego imieniem.

Bengalskim zwyczajem jest posiadanie dwóch  imion: oficjalnego (bhalonam) i pieszczotliwego, używanego tylko przez rodzinę (daknam). Młodzi Gongulowie wyczekiwali na sugestię babki Ashimy, bo imię wybrać, to nie tak hop-siup. W Kalkucie decyzja zapadła i wysłano ją w kopercie do Bostonu. Ale, najwidoczniej nie tylko Poczta Polska miewa takie wpadki, list zaginął, a babka z przyczyn od niej niezależnych, nie mogła wyjawić, co obmyśliła. A tu amerykański szpital żąda imienia dla noworodka (w Indiach oficjalne imię wybiera się czasem i siedem lat po narodzinach). Gongulowie decydują, że tymczasowo niech będzie „Gogol”, przeznaczony dla syna jako imię domowe.

Perypetii co niemiara przysporzy to chłopakowi, bo nie dość, że bagaż bengalskiej tradycji, to jeszcze imię kuriozalne. „- Czy to nie był pisarz?” – pytał głupawo niemal każdy amerykański nauczyciel, sprawdzając listę obecności. Ale jeden nie. To był szalenie błyskotliwy anglista, który wykorzystał sytuację i wygłosił wykład o rosyjskim mistrzu satyry, Mikołaju Gogolu właśnie. No tak, ale po pierwsze: na fotografii w podręczniku pisarz wyszedł nietęgo i młody Gonguli aż chciał dopowiedzieć, że „to właściwie nie ja”. Po drugie: dziwak, oryginał i samotnik… z taką biografią Rosjanin mógł osiągnąć tylko jedno: nieprzepartą niechęć swego imiennika do tego, co kiedykolwiek napisał, do Płaszcza(Szynela) w szczególności.

Potrzeba będzie lat, by Gogol Ganguli (od studiów, po zmianie imienia: Nikhil Ganguli) docenił słowa Dostojewskiego: „My wszyscy pochodzimy z szynela Gogola.” Tak, bo nie byłoby sagi rodzinnej, gdyby nie młodzieńcza miłość Ashoke`go do literatury rosyjskiej i gdyby pewnego tragicznego dnia egzemplarz książki z opowiadaniami Gogola nie uratował mu życia. Dosłownie.

Można rzec, że powieść Jhumpy Lahiri to dywagacje o roli imienia. Kilka ciekawych fragmentów odnosi się do tej kwestii. Poza tym: kompozycja! Od książki Mikołaja Gogola się rozpoczyna i na niej się kończy.

Mam kilka ulubionych fragmentów, jeden z nich jest wspomnieniem, które Gogol/Nikhil przechował z dziecięcych lat.  Podczas rodzinnej wyprawy nad ocean, Ashima z Sonią zatrzymały się po krótkim spacerze, Ashoke z Gogolem szli dalej. Mama wołała za nimi, z typową dla niej troską i obawą:

” – Nie idźcie za daleko – prosiła ich. – Nie idźcie tak daleko, żebym straciła was z oczu.”

Chłopaki idą dziarsko, nie zamierzając poprzestawać, nie osiągnąwszy celu.

” – Jest za mały – zawołała matka. Słyszysz mnie? Jest za mały, żeby iść tak daleko.
Gogol się wtedy zatrzymał, myśląc, że może ojciec przyzna jej rację.
– A co ty powiesz? – spytał go ojciec. – Jesteś za mały? Nie sądzę.”

Mijali wydmy, wraki łodzi, jakąś martwą mewę, obrośniętą wodorostami starą boję. Zostawiali po sobie ślady stóp na piasku, zbierali czarne kamyki z białymi paskami. Dotarli aż do latarni i wtedy Ashoke krzyknął, że nie wzięli aparatu:

” – Przeszliśmy taki kawał drogi i nie będzie zdjęcia – westchnął, kiwając głową. (…)
W takim razie będziemy musieli to zapamiętać. (…)

– Zapamiętasz ten dzień, Gogolu? – spytał ojciec, odwróciwszy się, żeby na niego spojrzeć, ręce przycisnął do głowy niczym nauszniki.
– Jak długo mam o tym pamiętać?
Przez szum wiatru usłyszał śmiech ojca. Stał, czekając, aż syn go dogoni, wyciągnął do niego rękę, kiedy Gogol był bliżej.
– Spróbuj zapamiętać to na zawsze – powiedział, gdy Gogol zrównał się z nim, i zaprowadził go wolno z powrotem przez falochron do miejsca, gdzie czekały matka i Sonia. – Zapamiętaj, że ty i ja poszliśmy tam, że razem dotarliśmy do miejsca, z którego nie można było już dalej pójść.” (s.158-159)

*****

Gdyby ktoś zastanawiał się, czy obejrzeć film czy wybrać książkę, zdecydowanie doradzam oryginał – prozę Jhumpy Lahiri. Która dziś wystąpiła pod hasłem „Jhumpa bis”, ale na pewno pojawi się w odsłonie trzeciej, gdy zakupię sobie Tłumacza chorób.

* (babcia, dziadek, mama, tata, starsza siostra, starszy brat i liczne ciotki i wujkowie)

Zdjęcia z portalu FilmWeb.