labirynt

Labirynt, reż. Denis Villeneuve, USA 2013 

Labirynt. plakat 2

Pater Noster

Ekspozycją jest scena polowania. Dla mnie dwuznaczna. Ojciec i syn przyczajeni w lesie, nastawiający cel na sarnę, która przystanęła. Modlitwa Ojcze Nasz jest prośbą o błogosławieństwo, wciągnięciem Pana w obieg ziemskich spraw. Strzał celny, będzie świąteczna dziczyzna. Ojciec mówi do syna coś w rodzaju memento: że trzeba być zawsze gotowym, czujnym, że jeśli wszystko się wali, ty masz być gwarantem bezpieczeństwa.

Sytuacja próby nadejdzie bardzo szybko. Jest późna jesień – Święto Dziękczynienia – sąsiedzi odwiedzają się i celebrują czas. Dwie zwyczajne rodziny czterdziestolatków, ich nastoletni syn/córka i dwie małe dziewczynki – słodkie, kochane, zajęte szukaniem czerwonego gwizdka. Dzieci zginą: Anna i Joy potrzebują pomocy; cokolwiek się stało – zabłądziły, utknęły gdzieś, czy ktoś je uprowadził – trzeba je ratować, ktoś powinien przy nich stać i pozwolić im znów na beztroskę. Rodzice są przerażeni. Wspomniany już ojciec Anny (Hugh Jackman) nie pozwoli sobie na bezradność. On ma być tym, który – nawet gdy wali się świat – da swym najbliższym wsparcie i rozwiązanie.

Modlitwa kilkakrotnie powraca. To nie jest szczególnie religijny świat, a pojawiający się na drugim planie ksiądz to niebudzący zaufania pijus. Lecz Ojcze Nasz samo ciśnie się na usta tym, którzy szukają wsparcia. Czasem coś się zacina: „i przebacz nam nasze winy jako i my….”. Nie ma przebaczenia, litości, tolerancji, ani domniemania niewinności. Jedni mówią Pater Noster, inni wypowiadają Bogu wojnę i sieją rozpacz. Ci modlący się wcale nie są czystsi i bliżsi racji. Choć dopóki ratują dziecko, mają po swojej stronie mój doping.

Prowincja

Najmocniejsza strona filmu to sceneria. Tak, można się sprzeczać, czy nie stawiać wyżej gry aktorskiej, ja jednak daję priorytet nastrojowi. Prowincjonalność. Miasteczko, raczej miasto, jego nie najzamożniejsza strona. Doverom brakuje funduszy na remont odziedziczonego domu, nie żyje się zbyt wygodnie, nic nie jest wypucowane na błysk. Trochę nieporządku we wnętrzach, zdezelowane samochody, prowizoryczne drzwi, opuszczona rudera w stanie zastraszającej rozsypki, piwnice. Klimat jesieni i ogołocenia na zewnątrz. To nie jest miejsce dla herosów, ludzie popełniają błędy, dopuszczają się zaniedbań, poszlaki wymykają się z rąk. Policja goni w piętkę, zresztą sprawy się piętrzą – do zaginionych dziewczynek doczepia się śledztwo w sprawie zbrodni na plebani i poszukiwanie młodego mężczyzny o inteligencji i emocjach dziesięciolatka. 

Na tym tle desperacja Kellera Dovera (Jackman), ojca Anny i detektywa Lokiego (Jake Gyllenhaal) ma w sobie coś z gorączki. Zmęczenie, bezsenność, samotność, wściekłość (ojciec) i upór zmieszany ze zwątpieniem (detektyw). Nerwowe tiki mrużonych oczu (Loki) i gwałtowność ruchów, obsesyjne trzymanie się tropu, który nie daje się rozpracować (ojciec).

Poszukiwania

Wiadomo: toczą się dwutorowo. Szuka policja, detektyw Loki choć błądzi po omacku, to błądzi z oddaniem. Szuka ojciec, który nie wierzy, by policji zależało na czymś naprawdę. Tydzień – tyle to trwa, szanse z każdą chwilą są wątlejsze. Widz wie odrobinę więcej niż każdy z poszukujących, ale też prowadzony jest mylnymi tropami. Thriller w dobrym gatunku. Do końca trzymający fason. Zaznaczam, bo zwykle happy endy amerykańskie lubią serwować podwójną porcję cukru. Tu jest w sam raz i – jak mawiano o dobrze skonstruowanej sztuce teatralnej – strzelba wisząca na ścianie w pierwszym akcie, wystrzeli w ostatnim. W tej roli czerwony gwizdek.

Pojedynek

Mierzą się z sobą ojciec i detektyw. Pojedynek nie jest dosłowny, dążą przecież do tego samego, choć trudno powiedzieć, by stanowili drużynę. Gdy oglądałam, coś we mnie rozstrzygało co chwila: Jackman czy Gyllenhaal? 

Niby więcej tragizmu widzę w Jackmanie, bo jego postać przekracza wiele granic. W imię dobra czyni zło. Niby jest tak, jak z tą sarną z preludium: zabijanie jest konieczne, czasem słuszne. Ale nie uwierzę, że niewinne. Keller Dover wchodzi w rolę oprawcy i gdyby wszystkie puzzle poskładały się w obrazek, zła metoda wręczyłaby mu order skuteczności. Ale nie. Więc to zatracenie jest naprawdę świetnie zagrane i mam nadzieję, że czerwony gwizdek będzie jak dobry omen.

Jednak obstawię Gyllenhaala. Pomimo kilku spektakularnych chwil zwycięstwa. Bo najciekawszy jest, gdy węszy, gubi tropy, łazi nie za tym, za kim trzeba. Gdy pytany „czy znajdzie…”, odpowiada, że znajdzie, choć nikt jak on nie wie, że zła ze świata nie usunie.  Detektyw Loki to ten typ, który docenia się za dobrze zmiksowane składniki. Nie ma naiwności, zapału, poczucia misji właściwego początkującym. I nie jest na tyle rozgoryczony czy zobojętniały, by móc spać, gdy wie o czyimś bólu. 

Słowem, niezły film.

Reklamy

6 thoughts on “labirynt

  1. ZygmuntMolikEWA

    Niezła obsada, opis tamaryszka zanęcający.
    Ale puki co, leczę się z przeziębienia, które (jak nic) przeszło na mniej z tej strony. Bo skąd?
    Czy gubię tropy, czy łażę za nie tym co trzeba? :)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Labirynt obejrzałam już w stanie gorączki, ale jeszcze przed zabarykadowaniem się w domu. Jak nic, w tym tygodniu pre-teksty mogą emanować osłabieniem. Juści, że to chyba stąd na Ciebie przeszło. Tak…, objawy się zgadzają: gubienie tropów, chodzenie nie za tym, za kim trzeba… Tak między nami (bo chorzy lubią licytować się dolegliwościami) – masz tak, że omijasz siódemki? na przykład w tekście: siódmą stronę, siedemnastą etc? Albo nachodzi Cię apetyt na coś niebieskiego? Tort niebieski na przykład? Zobaczyłam na jakiejś fotce i rozmyślam, jak też smakuje? Z innych spraw to na przykład potrzeba okularów. Nie soczewek, nie tych okularów, które są pod ręką… Ale takich z czarną oprawką w typie okularników Osieckiej.

      Jeśli masz coś w tym guście, możesz uważać, że to emanacja tamaryszka. Jeśli nie – widać skądinąd przyszło i inaczej trzeba leczyć.

      Pozdrawiam!

  2. Ojtam

    Nie określiłbym tego filmu jako niezły, a raczej jako bardzo dobry. Właśnie tak prowadzone fabuły lubię: gdy już myślę, że wszystko wiem, reżyser chichocze i pokazuje mi fuc…a. W czasie oglądania bardziej było mi żal Kellera, ale po czasie myślę, że jednak gorsze życie ma Loki.

    Gra aktorska świetna i wreszcie nieamerykańskie zakończenie, czyli bez hymnu i patosu. No i też uważam, że sceneria jest w tym filmie pełnoprawnym aktorem.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ojtam, bardzo dobry, czyli niezły.;)
      Nie mam się o co z Tobą kłócić. Zgodność na 55%.
      Podobała mi się ta scena w samochodzie (Loki – Dover), wiesz, gdy Dover orientuje się, że Loki go śledzi i tłumaczy mu, że im bardziej za nim łazi, tym bardziej jest winien, że nie odnalazł winnego. Każdy z nich jest przekonany, że siedzi obok oszołoma i że szkoda gadać.
      Albo ta scena już w szpitalu, dziewczynka dziękuje wybawcy. I to, jak zagrał Gyllenhaal: wymuszony uśmiech (w każdym razie nietriumfujący i bez ulgi), coś jakby to nie był dla niego żaden koniec, bo za chwilę ktoś inny spyta „Znajdzie go pan?” i służba dalej trwa. Zarazem te ciche słowa dziecka są wszystkim, co dostaje (albo: co się liczy), bo – znów inaczej niż to bywa w bardziej hollywoodzkich filmach – media, awans, powrót do kogoś, kto czeka są poza kadrem lub nie ma wcale.

  3. liritio

    A to świetnie, jak mi się uda pewnego pana za uszy wyciągnąć, dzisiaj trafię na to do kina :) Liritio jest z tych, że jak widzi doborowe towarzystwo w obsadzie, to chce, a jak na dodatek dobry thriller, wtedy chce już bardzo.
    Gyllenhaal… Lubię tego aktora, rozmienia się na drobne księciami persji, ale mam wrażenie (i nadzieję), że będzie coraz lepiej, mocniej. Taki niby przyjemny chłoptaś, ale od „Donniego Darko”, przez „Jarhead” i „Zodiaka”, aż po mało znany i jakby przeoczony „Transfer”, Gyllenhaal ma u mnie ogromny kredyt zaufania, nawet kiedy powraca do sympatycznego chłoptasiowania. „Labirynt” wydaje się nową gwiazdką w karierze, może dołączy do mojego ulubionego „Transferu” (jeśli nie widziałaś, zachęcam, film poziomem sinusoidalny, ale fragmenty z Gyllenhaalem bardzo dobre). Jest tam jedna scena przy końcu, kiedy grany przez niego bohater stoi na brzegu i już wie, co wie, podjął decyzję, i jest to świetna scena, którą Gyllenhaal nie pierwszy raz pokazuje dużą klasę.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mam nadzieję, że Pan się pozwolił zaciągnąć.;)
      Liritio, film długi, więc pewnie jeszcze trwa, gdy to piszę. Daj znak, ile gwiazdek mu przyznajesz. Co do Gyllenhaala – (nie znam Transferu) ma taki typ urody, że ta dwubiegunowość nie dziwi. Tu przystojniaczek, tam facet uwikłany etc. Piszesz o scenie z Transferu… Właśnie myślę, że ten gość nie psuje dobrze pomyślanych scen. Nie przerysowuje. W Labiryncie jest kimś, kto nie wypowiada swych emocji. Owszem, opieprzy szefa, że mu popsuł szyki, ale częściej gra zniecierpliwieniem, zmęczeniem, jakby był kimś z drugiego planu, wynajętym, jakby to nie jego emocje tworzyły opowieść. I tutaj pozornie tak jest, dramat rozgrywa się w rodzinie, ale właśnie reakcja detektywa Loki zostaje w pamięci. Będę na niego chodzić do kina! Niech chłopak gra! ;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s