była sobie dziewczyna…

An Education, reż. Lone Scherfig, Wielka Brytania 2009

edukacja à rebours (cz.1.)

Plakat filmu niesie z sobą dwie sugestie, mylące. „W kinach od 19 marca” – jednak nie o tegoroczny marzec – jeszcze kasłający nam za plecami – chodzi. Oscary również są z poprzedniej odsłony. Dla ścisłości dodam, że nominacje się nie zmaterializowały, a wyróżnienia adresowane były: dla filmu, scenariusza (Nick Hornby) i pierwszoplanowej aktorki Carey Mulligan.

Drugie mrugnięcie to „komedia romantyczna”. Kto nie dostrzegł napisu i tak odczyta przekaz, widząc sympatyczne, upozowane zdjęcie dwojga (w tej wersji plakatu odcięto Sekwanę i paryski entourage).

A tymczasem, owszem, jest to film nieskomplikowany, ale bezpretensjonalny. O historii miłosnej, lecz nieco bardziej o dziewczęcości, o tym „jakie się wtedy ma sny” i jak trzeba się z nich przebudzić.

Zgodzę się ze sloganem podrzuconym przez dystrybutora, że mamy tu ciekawy mariaż tego, co daje nam edukacja tradycyjna i szkoła życia. Obie potrafią doprowadzić do wściekłości i niosą gorycz. I żadna nie zastąpi drugiej – kompromis jest wymuszony, lecz nieuchronny, jeśli chcemy poznać siebie naprawdę i zrozumieć balast dołączony w bonusie do upragnionych przyjemności.

Podoba mi się polski tytuł, bo uwalnia opowieść o Jenny Mellor od jednowymiarowych klisz: edukacja, miłość, rodzice, pasje, koleżanki i tymczasowe mistrzynie, kolejne nastoletnie urodziny i utracona niewinność, i odzyskana na nowo (ale już  przyprawiona świadomością, że każdy ma w sobie kilka warstw o różnym posmaku). Nie jest słodko. Jest w sam raz.

była sobie Jenny…

Jenny ma siedemnaście lat, uczy się w szkole dla dziewcząt, jest bystra i dużo wie. Chciałaby dostać się na Oxford. Jeśli tylko popracuje nad łaciną, marzenie jest w zasięgu. Gra na wiolonczeli, ale na razie chodzi wyłącznie na szkolne koncerty. Czyta i pisze niezłe eseje. Uczy się francuskiego i lubi czasem – ot, tak sobie – wpleść do rozmowy kilka zdań w tym języku. Francja to kwintesencja jej dziewczęcych marzeń i sublimacja tego, co chciałaby od życia otrzymać. „Po skończeniu studiów stanę się Francuzką” – a tymczasem słucha piosenek Jacquesa Brela, uwielbia Juliette Greco, a wraz z nią egzystencjalny Paryż. Tłumaczy koleżankom Obcego Camusa. Dla równowagi lubi angielskich malarzy z kręgu prerafaelitów, spośród których zastrzeżenia budzi w niej zbyt jaskrawy Holman Hunt, a szczególny sentyment Edward Burne-Jones (jego dwa obrazy – Fyllis i Oczarowanie Merlina – mają swoją rólkę w filmie).

„Jeśli dostanę się na studia, będę czytać to, co chcę, słuchać, czego chcę, podziwiać obrazy, oglądać francuskie filmy i rozmawiać z ludźmi, którzy znają się na wielu tematach.” I to wszystko raczej na pewno;) się stanie. Trzeba wdrożyć się w szkolny dryl, przejść selekcję egzaminacyjną, pracować, oswoić biblioteki, czasem zarywać noce i godzić się na narzucony rytm wtajemniczeń. Ale chyba warto? Dokądś ten trakt prowadzi (chyba).

Jest jednak droga równoległa, która materializuje się przed przemoczoną deszczem Jenny w postaci uśmiechniętego Davida. Świetna scena na przystanku, w której on proponuje, że podwiezie jej wiolonczelę, podczas gdy ona, jako panna rozsądna i niezawierająca znajomości na ulicy, pójdzie sobie równolegle do auta. Tak się zaczyna. Historię tego spotkania przedstawia film. Nie zdemaskuję fabuły, ale zaznaczę, że David może sprawić, by marzenia Jenny nabrały intensywności zanim zbledną lub rozmienią się na porcjowane radości. Świat łykany haustami: koncerty, aukcje dzieł sztuki, podróż do Paryża, kluby jazzowe, perfumy Chanel i rosyjskie papierosy. Dlaczego nie zaspokajać pragnień póki są niezakurzone, gdy posmakowanie może sprawić, że zapragniemy jeszcze mocniej? Można hic et nunc doświadczać życia i oczekiwać nowych dróg za każdym zakrętem.

Kto to wie, co zza zakrętu wyskoczy? Rozczarowania wpisane są w ten scenariusz już na starcie. I co tu jest namiastką czego? Szkoła jest atrapą życia? Życie namiastką marzeń? Jak to jest, gdy te pytania stawia sobie siedemnastolatka, która na naszych oczach pozbywa się naiwności, nadal pozostając dziewczyną w stylu Audrey Hepburn?

Film Lone Scherfig nie jest dramatem społecznym, nie porównuję więc Jenny Mellor do jej kinowych rówieśniczek (wiadomo, że inny świat jest w głowie np. Ree Dolly z Winters`Bone, bo inny czas i inna skala problemów). Prosta historia Lone Scherfig ma swój punkt ciężkości gdzie indziej.  Jaka siła jest w tym, co dziewczęce! Nie: urocze, różowe, słodkie, infantylne, nie dziewczyńskie nawet. Jenny Mellor tam gdzie się pojawia, wprowadza kondensację tej cechy. Opowieść koncentruje się na tym, jak cenną wartością jest jej zachwyt, apetyt na życie, ciekawość świata, wdzięk (nie do końca uświadomiony), bunt i bezkompromisowość, jej przyszłość i potencjalność.

Dla rodziców Jenny jest tym, o co się troszczą organicznie – chcą, by ominęło ją to, czego sami doświadczają: niespełnienie i strach. Postępują nierozważnie i niedojrzale, zwłaszcza postać ojca jest groteskowa (tylko Alfred Molina, nikt inny!). Są niemądrzy, ale oddani – piękna jest scena, gdy ojciec przeprasza Jenny przez drzwi i stoi tak z ciasteczkami w ręku.

Szkoła, którą Jenny porzuca, jest nie tylko skompromitowana w swej zaściankowości (ten aspekt ucieleśnia pani dyrektor, Emma Thompson!), ale również zraniona odrzuceniem. Nauczycielka angielskiego, panna Stubbs, widzi w Jenny samą siebie sprzed lat. Boi się wyborów Jenny, zaprzepaszczonych szans, utraconej niezależności, którą miało dawać wykształcenie. Przykro jej, gdy w tonie Jenny słyszy, że uważa ją za martwą. I cóż, sama przyznaje, że to co ma, nie jest tym, o czym marzyła: opuszczają ją najlepsze uczennice, a ona czyta infantylne „eseje o kucykach”.

Oj, scena rozmowy Jenny z panią dyrektor rzeczywiście sięga podszewki. Bo jeśli nauka ma być „ciężka i nudna” zanim doprowadzi do jakiegoś celu, to można zgubić cel lub apetyt. A Jenny chce dużo, mówiąc, że nie wystarczy uczyć, trzeba jeszcze umieć przekonać, że to do czegoś sensownego prowadzi.

Dziewczęcość Jenny ożywczą moc ma dla Davida, starszego od niej mniej więcej o tyle, o ile był bogatszy. Piękna dziewczyna u boku, chłonąca świat w taki sposób, że wszystkiemu nadawała wartości… za to można zapłacić każde pieniądze.

Ale jest jeszcze dziewczęcość głupawa, na której tle docenia się bezpretensjonalność tej prawdziwej. W tej tonacji wypowiada się Helen, dziewczyna ze świata, w którym obraca się David.
Jak one inaczej brzmią. Również dosłownie: Jenny odświeża świat sposobem, w jakim o nim mówi. Podczas gdy Helen ma do dyspozycji ograniczony zasób słów na wyrażenie ograniczonych możliwości pojmowania.

Pociesza Jenny (po nie najlepszej ocenie z łaciny), by się nie kwapiła tak do studiowania, bo nie dość, że studentki są pryszczate, to i łacina żaden cymes: „Ktoś mi powiedział, że za 50 lat nikt już nie będzie znał łaciny. Nawet naród łaciński.”

Prostota tego filmu sprawia, że jest on czymś w sam raz na weekendowy seans. Tym bardziej, że nie pozostawia niesmaku: finał nie mdli słodyczą i nie wykrzywia goryczą. I jaka piękna podróż po skojarzeniach. Konteksty dokładają kolejne warstwy odczytań, a nie są zarazem na tyle głębokie, by ich przeoczenie zubożało odbiór. Wspomnę więc, że oprócz francuskich klimatów i prerafaelickich obrazów (czy dzieła Burne-Jonesa znaczą tu coś więcej?) przywołana jest powieść Charlotty Brontë, Dziwne losy Jane Eyre, bo Jane i pan Rochester stanowią równoległy do dziejów Jenny odnośnik. Silny jest duch Audrey Hepburn – i w stylizacji, i w aurze wokół głównej bohaterki. A nad wszystkim unosi się atmosfera Londynu początku lat 60., w którym rozgrywa się akcja.

ps.

Poza tym uważam, że nie powinno się rozwiewać dziewczęcych marzeń. To nie jest fair ze strony życia. Zwłaszcza, że nie rekompensuje nam tego natychmiastową dojrzałością.

 

Reklamy

22 thoughts on “była sobie dziewczyna…

  1. mandżuria

    Podobał mi się ten film, choć trochę zawiódł, bo spodziewałam się czegoś, co mnie naprawdę poruszy, a choć było ciekawie i nawet wzruszająco (wątek nauczycielki, dość już przecież ograny w szkolnych filmach wszelkiej maści), to jednak… nijako, mdło trochę. Jenny w swoim pragnieniu ucieczki od szarej egzystencji, budzenie się jej kobiecości – to do mnie trafiło, ale połączone z tym zaślepienie (chwilami miałam wrażenie, że ona musi się sama zmuszać, żeby w Davidzie widzieć godnego miłości człowieka – poza sceną zapoznania się, irytował mnie ten człowiek tak niemożebnie, że prawie zepsuł przyjemność oglądania filmu) przeszkadzało mi w bardziej emocjonalnym odbiorze. Postać Jenny jednak z filmu nijakiego stwarza film dobry, tak jak napisałaś, taki na weekend.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Mandżurio, „An Education” zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Pamiętam, że planowałam obejrzeć go w kinie rok temu, ale aura romantycznej historii wcale mnie nie przynaglała (choć dobre recenzje dawały znak, by sprawdzić). W dodatku -to pewnie z powodu Oscarów- wydawało mi się,że jest amerykańskiej produkcji. Już pierwsze sceny, londyński klimat i bohaterka, która nie jest cheerleaderką … wywołały zaciekawienie, a gdy się zorientowałam, że nie chodzi o wielką miłość to już zdecydowanie byłam na tak.:)
      Szczerze mówiąc spodobała mi się także czołówka: animacje ruchome, gdzie raz skakanka, gra w klasy, gra piekło-niebo, a za chwilkę chemiczne probówki, sinusoida, stereometria i zygota.
      Jenny jest siłą, zgadzam się. Bez Carey Mulligan film by się nie ostał. Zobacz, jak wiele zależy od nastawienia. Ja rozpoczynałam oglądać z gotowością do malkontenctwa, więc sprawnie opowiedziana i bezpretensjonalna historia bardzo mnie ujęła. A bałam się rozczarowania Lone Scherfig. Wyreżyserowała moje ulubione duńskie: „Włoski dla początkujących” i „Wilbur chce się zabić’. Ten film jest z innej półki, trochę żal, ale i tak otwieram serce dla Lone S.
      :) Ojej, David;) Scena z bananem – żenująca. Ale nie filmowo, lecz życiowo. Celowe chyba, bo czytałam wypowiedź scenarzysty, Nicka Hornby`ego, że bardzo chcieli utrwalić aurę pierwszych lat dekady, jeszcze sprzed The Beatles, sprzed rewolucji obyczajowej. To kilka spraw tłumaczy.
      Pozdrawiam:)
      ren

  2. fabulitas

    „An Education” obejrzałam w zeszłym roku z dużą przyjemnością, ale nie podobało mi się zakończenie – tzn. nawet nie samo zmądrzałam, odpracowałam swoje i poszłam na Oxford, tylko ostatnie słowa filmu „One of the boys I went out with – and they really were boys, once asked me to go to Paris with him. And I told him. I’d love to, I was dying to see Paris. As if I’d never been.”

    Tak czy inaczej, narobiłaś mi chętki na obejrzenie jej jeszcze raz.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Myślę, myślę, co w tym jest, że nie akceptujesz. A zarazem pamiętasz:)
      Intuicyjnie pominęłam zakończenie w mojej notce. Jest takie… nieuchwytne, w pewnym sensie. A to chyba dobrze?
      Nawiązuje do utraconej niewinności, do pewnej gry, którą – już nie dziewczęca, lecz kobieca Jenny – prowadzi. Wcześniej mowa o tym, że może nie mądrości, ale starości ma w sobie więcej. Nie chcę przesadzać z interpretacją, z dorabianiem przesłania, którego być może nie ma. Ale Jenny miała okazję zrozumieć, że sama też była nie fair (kłamstwa, ślepota, niereagowanie na dziwne strategie biznesowe D. itp). Ale nie o tym… Jak to czytać? Że z kolejnym chłopakiem nie pojedzie do Paryża po raz pierwszy? że chce zobaczyć Paryż jakby wykreślając to, co było? Albo po prostu, że nie zamierza tłumaczyć nikomu doświadczeń, które pozostaną jej własne?
      Ale gdy tak piszę, to sobie myślę, że krótkie zdanie Jenny jest lepsze od moich gdybań.
      Dlaczego Ci się nie podoba?
      Fabulitas, a ja pod Twoim wpływem przymierzam się do „Kabaretu”!
      ren

    2. fabulitas

      Czy ja wiem, czy takie nieuchwytne? Mnie wydaje się właśnie, że twórcy filmu chcieli go zakończyć taką śliczną kokardką czy inną wisienką na torcie. I interpretacje widzę dwie – albo całkowite odrzucenie „edukacji” Dawida przez Jenny (wymazanie), albo cynizm, wejście w rolę, której ze względu na doświadczenia grać się już nie powinno, oszukiwanie jeśli nie siebie, to otoczenia.

      Jak dla mnie, byłoby idealnie, gdyby film kończył się wcześniejszą kwestią głównej bohaterki: „So I went to read English books, and did my best to avoid the speccy, spotty fate that Helen predicted for me. I probably looked as wide-eyed, fresh, and artless as any other student. But I wasn’t.”

      BTW wspomnienia pani, na podstawie których Hornby napisał scenariusz, obejmują też okres studiów – i jest tam m.in. mowa o tym, że „Jenny” prowadziła swobone życie seksualne, a romans z „Dawidem” bardzo odbił się na jej poczuciu własnej wartości.

      Miłego „Kabaretu” :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Szkoda, że reżyserka już puściła w obieg swoje dzieło! Doradziłybyśmy! Przychylam się do Twojej wersji. Tylko jedno zdanie ucinasz, a to o unikaniu pryszczy;) i byciu niewinnie naiwnym, lecz tylko z pozoru – zostawiasz? Racja. W nim już wszystko jest. A końcowe „I wasn`t” brzmi jak kropka.

      Interpretujesz podobnie. Może nie cynizm, Jenny jest taka bystra i niemałostkowa, po prostu nie jest szczera na oścież.
      Fabulitas, cytowanie oryginalnej wersji to jest dopiero rzeczowość odpowiedzi! :)

  3. lirael

    Piękny tekst i cudnie dobrane zdjęcia!
    Tytuł wyraźnie nawiązuje do przeboju filmowego z H. Grantem „Był sobie chłopiec”, również adaptacji powieści Hornby’ego („About a Boy”). To opowieść chwilami zabawna i wzruszająca, ale mnie delikatnie mówiąc nie zachwyciła. Miłym zaskoczeniem jest dla mnie Twoja opinia, że ta z kolei adaptacja jest warta obejrzenia. Prerafaelici też nie pozostawiają mi wyboru. :) A w dodatku to nawiązanie do „Dziwnych losów Jane Eyre”!

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lirael,
      z jednej strony nie mogę wpadać w euforię kinomaniacką, bo nie ma tu tysiąca drugich den i skomplikowanych prawd przemyconych między kadrami. Z drugiej – owszem, ogląda się z przyjemnością. Dla mnie to półka sąsiadująca z The King`s Speech.
      Co do Charlotty, pan Rochester pojawia się w szkolnych dyskusjach jako postać z lektury omawianej na angielskim. Powierzchownie, bo chodziło tylko o smaczek. Niemniej jednak sama Carey Mulligan (i jej Jenny) jest jak najbardziej wycięta z kart angielskich powieści. Przejrzałam filmografię aktorki i proszę: zagrała w Dumie i uprzedzeniu (rola Kitty Bennet), a za rok zobaczymy ją jako Elizę Doolittle w My Fair lady i (z literatury angielskiej mały skok do amerykańskiej) jako Daisy Buchanan w Wielkim Gatsbym. (Ha, ha! Gatsbym będzie Di Caprio).
      Prawda, że uroda Mulligan bardzo dziewczęca?
      Pozdrawiam:)

  4. czara

    Same zachwyty, wprawdzie umiarkowane, ale jednak. To ja może się wypowiem – warto przeczytać tę uroczą notkę o tym słabym filmie. Ale czy warto poświęcić czas na oglądanie tego filmu? Moim zdaniem nie. Dlaczego? (będą SPOJLERY;)

    1.Hornby’emu udawało się czasem napisać coś zabawnego, ale ta historyjka nie należy do jego najlepszych dzieł. Chcąc odtworzyć klimat Londynu lat 60-tych zaserwował nam również romans z jakimś starodawnym przesłaniem – ucz się dziecino, ucz, bo nauka… Może dla dziewcząt z tamtych czasów odkrycie, że to niezależność finansowa prowadzi do spełnienia marzeń, a nie droga na skróty – łóżko, małżeństwo – było czymś świeżym, ale dzisiaj? Banał tego przekazu jest bezbrzeżny.

    2. Postaci – Oprócz jedynej Jenny, bohaterowie są mało wiarygodni. Rodzice – trudno mi uwierzyć, że rodzice, tak chuchający na swoją córkę i stawiający wszystko na jej naukę i karierę, dają się nagle przekonać może i czarującemu ale zdziecinniałemu i głupkowatemu Davidowi. Ta postać a la Kelly Bundy również mnie drażniła, choć tu rozumiem, że tu przerysowanie miało nadać trochę komizmu. Trudno mi też uwierzyć, w tę jego bigamię i możliwość ukrycia żony i dziecka, którzy mieszkają w tej dzielnicy. To trochę kpina z inteligencji widza, mam wrażenie.

    W skrócie – byłam bardzo zawiedzona tym filmem, bo po Lone Scherfig spodziewałam się jednak czegoś więcej. Na plusy mogę zapisać – casting. Zarówno Jenny, jak i David – są rewelacyjni. Carey Mulligan zdecydowanie ciągnie ten film do góry, ale Peter Sarsgaard w roli Davida tez sobie poradził. No i rodzice :)

    Zatem jeśli naprawdę to oglądać, to nie nastawiając się na nic specjalnego. A już na pewno nie na poszukiwanie klimatu Anglii, jak i Paryża z lat 60, bo patrząc zwłaszcza pod tym kątem – film jest płaski jak kartka pocztowa.

    Przepraszam za rozwlekłość i cieszę się, że mogłam się wreszcie z Tobą w czymś nie zgodzić, Tamaryszku ;)

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Straszne, ale to dobrze, że się nie zgadzasz. Bo czasem nieswojo się czuję, gdy piszę pozytywnie o czymś, co nie jest arcy-arcydziełem. Skoro jednak miałam przyjemność, to po co ją zatruwać malkontenctwem? Jedyny powód, to by nikt sobie nie pomyślał, że ja lepszych rzeczy nie widziałam, że nie zauważam klisz i powtórek, że sobie nie zdaję sprawy, że film nie ukazuje całej prawdy o temacie/świecie/czasie, który stara się przedstawić. Uff…
      Zdaję sobie sprawę. Ale film jest bardzo fajny. A Twoje dopowiedzenie (i Mandżurii zastrzeżenie, i Fabulitas grymaszenie nad finałem, i Lirael niedowierzanie w magię Hornby`ego)… tworzy potrzebną, uzdrawiającą równowagę. :)

      A teraz się nie zgodzę, że bezbrzeżnie banalne jest przesłanie. Jaka tam pochwała edukacji! Panna Stubbs się marnuje i jest rewersem dla matki Jenny. Obie niespełnione.
      W filmie pada takie zdanie (mniej więcej): „Bez wykształcenia nie można robić nic wartościowego.” (Emma Thompson) „Z dyplomem też nie można.” (Carey Mulligan) Wartościowe byłoby coś, co daje życiu smak. A tu przepis nie działa.
      Beatlesi jeszcze nie zagrali. Za rok, dwa wszystko się zmieni. Dzieci-kwiaty są dopiero w pąkach. Póki co babcie-arystokratki sprzedają tanio domy, bo boją się „kolorowych”. Panienki wracają do domu o określonej porze. Papierosy palą pokątnie i chodzą w przepisowych strojach.
      Ciekawe, czy Jenny będzie palić trawkę i piszczeć na widok McCartneya lub Ringo Starra (ten drugi raczej)? Flower Power Generation już puka do drzwi.
      Londyn początku lat 60. jest obecny. Paryż faktycznie tylko w roli landszaftu.

      Do następnego inspirującego niezgodzenia;)
      ren

  5. liritio

    Przychylę się do opinii Czary, notka świetna, do czego mnie już dawno przyzwyczaiłaś, ale film raczej słabszy, niż nie.
    Denerwowała mnie głupota bądź co bądź inteligentnej Jenny, jej zaślepienie na oczywistości (starszy David, znajomi tego rodzaju i to ogromne zaskoczenie, że nie jest księciem z bajki, no szokujące). Rozumiem, że poleciała jak ćma do światła, do kolorowej błyskotki w jej odrobinę szarym i monotonnym życiu, ale bez przesady. Jeżeli miała na tyle rozumu, żeby celnie komentować swoje otoczenie, powinna równie celnie skomentować swojego Davida.

    Denerwowało mnie też potraktowanie po łebkach wszystkich innych wątków, niż główny. Rodzice są postaciami absurdalnymi, podobnie jak żona Davida, z którą jedna scena w filmie sprawiła, że opadły mi rączki.

    Ale film jest faktycznie ładny wizualnie i uroczy w atmosferze, przyjemny, choć irytujący. Francuskie naleciałości w marzeniach Jenny, kontrast między nią a światem do którego dostaje się z pomocą Davida, intrygujące wstawienie uczennicy w kraciastej sukience do luksusowej restauracji, w której wszystko skrzy, dymi i wibruje od jazzowego zaśpiewu.
    I jeszcze przyznam, że poziom aktorów jest wielki, zaiste :) Szkoda tylko, że Alfred Molina czy Emma Thompson zostali tam postawieni po nic, cóż oni mieli do zagrania?

    I jeszcze przyznam się na koniec, że mnie najbardziej urzekła para Helen (Rosamund Pike) i Danny (Dominic Cooper), już pomijając ich oczywisty urok osobisty i rozrywkowość postaci. Spodobały mi się ich charaktery przez to, że nic nie udawali, nie oszukiwali. Dwa kolorowe motyle, które żyją jak żyją i spokojnie obserwują rozwój wypadków, nie wcinając się i nie komentując.

    A Jenny najlepiej według mnie podsumowuje parsknięcie pani dyrektor/Emmy Thompson: „you’re not a woman”. Bo Jenny ze swoimi francuskimi aspiracjami i zamknięciem na wszystko, co według niej nie jest wartościowe i interesujące, jest bardzo dziecinna.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Liritio, witaj:) Niniejszym uzupełniasz listę atutów filmu o cząstkę dodaną przez Rosamundę Pike i Dominica Coopera. Emma Thompson i Alfred Molina są tak dobrzy, że właściwie po co oni by mieli coś grać? Całkiem wystarczy, że są. :)
      Czy ja dostałam klapsa w wiarygodność?
      Bronię Jenny jak lwica. Dziewczęcości bronię, niczym – nie przymierzając – Gombrowicz synczyzny, a jego Miętus chłopakowatości.
      Jenny jest ok. Co tam Dawid…, ulokowała w nim uczucia, bardziej przypominające przywiązanie niż miłość, ale to, co między nimi, to rzecz wtórna. Spotkanie z Davidem otwiera bramy do życia, o jakim marzy. Koncerty, aukcje dzieł sztuki, klimat paryskich kafejek, zasmakowanie życia. Jenny wcale nie żałuje (tak sądzę). A ostateczna fajtłapowatość Davida nie jest dramatyczna ze względów miłosnych, raczej z powodu przemijania szans i przebudzenia się po mirażu. Nadszedł czas na pozbycie się złudzeń. She`s not a woman. She`s a girl. That`s all.

      O, prawda!: scena z żoną Davida jest niewypałem. Kompletnie niewiarygodna. Żona mówi za dużo, niewłaściwym tonem i z absurdalnym współczuciem.

      Muza lekko podkasana? Chwilowo tak musi być. Co prawa kupiłam ostatnio Szepty i krzyki Bergmana, ale nie zrecenzuję przedwcześnie. Trochę popkultury można przetrwać. ;) Pozdrawiam:)

    2. liritio

      Klapsa w wiarygodność? Nigdy ode mnie, krytyki recenzenckich zamierzeń i efektów nie uprawiam, jedynie film sam w sobie obmawiam podle.
      Tamaryszek i Miętus Gombrowicza, no proszę, nie spodziewałabym się akurat po Was podobieństw :) ale broń dziewczęcości, broń, szczególnie przede mną – ja dziewczęcość, a dokładniej dziecinność, zjadam na surowo, w sobie wypleniam i w innych koszę. Złą czarownicą bym była, gdyby „Królewna Śnieżka” była prawdziwa :)

      Rozumiem zafascynowanie Jenny tym przedsionkiem do życia, jakiego pragnie od lat. Ale nie rozumiem jej ignorancji względem wszystkiego innego, dziewczęcość nie usprawiedliwia bezmyślności.

      Popkultury nie tępię, wręcz odwrotnie, a w „An Education” to Jenny a nie popkultura mnie dręczy :)
      A Bergmana unikam raczej, ale Twoją recenzję na pewno z przyjemnością przeczytam, kiedy się pojawi.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      No zobacz jak głupio wcina mi komentarze, coraz chudsze kolumny. I nie da się pogrubić.
      Dzięki, że nie wymierzasz klapsów. Ja tak tylko, bo przecież się nie boję, nawet Liritio w wydaniu złej wiedźmy. Nawet Ci sekunduję w walce z nadmiarem cukru w świecie. :)

  6. liritio

    ale nie da się odpowiedzieć na ten powyżej :( a szkoda, chciałam sprawdzić, czy przenosiłby w końcu po jednej literce na wiersz :)
    to pisałam ja, wiedźma zła, ha ha – dobry rym na zakończenie dnia…

    Odpowiedz
  7. Logos Amicus

    Jesli chodzi o mnie, to film mi się podobał.
    To co ktoś może krytykować (schematyzm, nieprawdopodobieństwo, infantylizm panienki… etc.) jest wg mnie pewnym („genre’owym”) zamierzeniem twórców filmu (dlatego – jak mi się wydaje – nie tylko opowiada on o latach 60-tych, ale niejako wpisuje się stylistycznie w „poetykę” kina tamtego czasu).

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      …bo zawsze też jest tak, że istnieje kilka zestawów kryteriów oceniania. Jeśli wyciągnie się ten, który premiuje oryginalność (tematu i formy), to filmy mówiące o tym, co już powiedziano nie mają szans (ta sytuacja już była, podobna relacja, ten czas już opisano, te pytania stawiano etc…). Inny zestaw narzędzi recenzenckich może stawiać na drapieżność, interwencyjność. Inny na intertekstualność…
      A po przebiegnięciu koła trafiamy do punktu wyjścia: podobał się film lub nie. Podobał. Brawo dla filmu. Ja również – wciąż na tak.

    2. Logos Amicus

      Podobał – nie podobał.
      Tak, masz rację – do tego właściwie wszystko się sprowadza (chodzi mi głównie o odbiór sztuki, ale nie tylko). Najpierw są trzewia i serce (chcemy tego, czy nie) – później… ewentualnie ;) – rozum i intelekt. (Nie sądzisz?)
      Z czego to wynika?
      Myślę, że przede wszystkim z tego, że jesteśmy istotami zmysłowymi, choć szczycimy się owym „sapiens” i jakże ochoczo i z pasją oddajemy się często myślowej analizie i dyskursowi ;)
      I nie ma chyba większego sensu rozważać tego, czy to źle, czy dobrze. Tak już po prostu jest.
      Mnie się to nawet podoba, bo chyba jednak bardziej lubię ludzi z sercem niż tylko li z czystym intelektem.

  8. tamaryszek Autor wpisu

    Logosie, trudno odpowiedzieć, nie sięgając po zdania nazbyt okrągłe.
    Ustalone: ważny jest odbiór, analiza jest wtórna – choć ona może przesunąć intuicyjne odczytania (i na ogół to robi).
    Ludzie z sercem, ludzie z intelektem…
    Nie mam pojęcia, gdzie samą siebie bym umieściła. Nie zastanawiam się (co jednak dowodzi, że intelektualną analizę czasem wyłączam).
    Zbyt ogólne kryterium. Mamy tak różnie skonstruowaną wrażliwość, percepcję, tak różnie ukształtowane sposoby odbioru świata. Ważne chyba, by być w zgodzie z sobą.
    Przeszkadza mi pseudonaukowość (intelektualizm na siłę) i męczy mnie nadekspresja. To drugie może być organicznie związane z osobowością, czyli szczere, a mimo to męczące.
    Autentyczność odbioru, to byłby ten właściwy kierunek.

    Odpowiedz
    1. Logos Amicus

      Nie wiem… ten podział (rozdział) między sercem a intelektem też jest przecież czymś… sztucznym, umownym, choć intuicyjnie domyślamy się na czym to polega. Dzięki niemu jednak potrafimy chyba coś ważnego wyrazić, przekazać, zakomunikować.

      Autentyzm, autentyczność… także i ja skłaniam się by uznać to za najwyższe (najbardziej uczciwe) kryterium odbioru sztuki (i całej kultury, zresztą).

  9. Pingback: brooklińska bajka | tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s