nigdy więcej Dumonta

Camille Claudel, 1915, reż. Bruno Dumont, Francja 2013

To będzie recenzja pobieżna, nierozczytująca wieloznaczności scen i nieogarniająca kontekstów, zwłaszcza metafizycznych. Bez refleksji nad genialnością reżysera, który ma swoją markę i półkę z nagrodami. Ufff, ooooo… ja nie mogę, jak mnie ten film udręczył! Prawdziwe arcydzieło, które snuje się niemożebnie i wsysa w lej ciążący ku otchłani.

Camille Claudel, genialna rzeźbiarka, uczennica i kochanka Rodina. Przeżywa załamanie nerwowe lub popada w chorobę psychiczną – najprawdopodobniej z powodu splotu bodźców: utraty dziecka (poronienie), odrzucenia  przez Rodina, nadwrażliwości cechującej artystę pragnącego spełnienia. Depresja, afektywność dwubiegunowa, obsesje. Trafia do zakładu psychiatrycznego, później (co niewytłumaczalne!) na oddział zamknięty, gdzie siostry zakonne z anielską cierpliwością opiekują się ludźmi głęboko upośledzonymi.

Rok tego zamknięcia ukazany jest w filmie. Camille, wycofana, lecz bardzo świadoma swej sytuacji, potrzebuje wolności, by znaleźć balans. Znikąd pomocy. Osaczenie, chorzy współpacjenci, rezygnacja z tworzenia, które dotąd było jej pasją. Cisza i monotonnia klasztoru (zakładu). Wrzaski, bełkot i dołujące podrygi tych, z którymi jest po jednej stronie niedoli. Bez szans, by znormalnieć. To raczej widz jest bliski fiksacji. Był moment, gdy o mało co nie wyrwałam się, wymachując ramionami, z Alleluja! na ustach. Jeśli to nie piekło, to niższe piętra czyśćca.
Camille Claudel, 1915Nie dzieje się prawie nic. Spacer, wysiadywanie w słońcu, obserwowanie upośledzonych, posiłki. Oczekiwanie na wizytę brata. Tęsknota, chyba jeszcze niewyzbyta nadziei.

Brat – straszny. Świętoszkowaty poeta, Paul Claudel. To on ją ubezwłasnowolnił. Łaskawym gestem opłacał leczenie, raz na kilka lat odwiedzał. Może to dużo, bo matka i siostra nie odwiedziły jej ani razu, choć Camille tego pragnęła. Paul to ten typ, który musi się pojawić w każdym filmie Dumonta, co to chce ponad śnieg wybieleć, w ekstazie Boga odnaleźć, zatracić się w religii aż po mistykę. Alergię mam na takich, przeogromną. Wiem, że to kreacja i zamysł, ale tracę dystans i budzą się we mnie odruchy mordercze. Przynajmniej chęć zdarcia z szyi lśniącego bielą kołnierzyka.

Co tu dużo mówić, po dziewięćdziesięciu pięciu minutach oddających klimat jednego roku życia Camille (który dłużył się jak migrena) pada informacja, że w tej konfiguracji dane jej było trwać 29 kolejnych lat. Aż do wyzwalającej śmierci.

Dlaczego nie lubię Dumonta?
Bo przecież nie on jest winien, że panna Claudel miała rozklekotaną psychikę. Paul Claudel istniał naprawdę i lubił rozmawiać z Bogiem. Głębokie upośledzenie to nie mit i może nawet takie kuriozalne sceny jak tragifarsowe odgrywanie Don Juana przez dwoje chorych mogłyby mieć miejsce.

Ale Dumont z premedytacją zagęścił je według własnej receptury. Powinnam powiedzieć: raczej rozrzedził. Minimalizm środków (np. nie ma muzyki ilustrującej akcję), sama akcja jest zapętlona w filozofię i w dodatku ten ktoś szukający Boga w iluminacji… a nie widzący Go w oczach drugiego. Dumont zapada w pamięć, bo trudno zapomnieć, jak się człowiek umęczył, oglądając. A żeby mieć pewność, zapiszę sobie, że innych Dumontów już nie obejrzę. Nie moja poetyka.

Obejrzałam w ramach T-Mobile Nowe Horyzonty Tournee 2014.

Reklamy

25 thoughts on “nigdy więcej Dumonta

  1. PawełW

    Jako komentarz przytoczę słowa wybitnego krytyka kina, inżyniera Mamonia: „To jest pustka… Pustka proszę, pana… Nic! Absolutnie nic […] I nic… Dłużyzna proszę pana… To jest dłu… po prostu dłu… dłużyzna, proszę pana. Dłużyzna.. Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie… Pan rozumie… I tak patrzę sobie… siedzę se w kinie proszę pana… Normalnie… Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina, proszę pana… „. Ja nie wyszedłem. Przez grzeczność.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :))) Inżynier Mamoń – na dziś – jest moim autorytetem. Oczywiście, że to jest uproszczenie (z tą dłużyzną w filmach polskich i u Dumonta). Ale czasem trzeba sobie na nie pozwolić. Ja nie miałam ochoty wychodzić. Mam świadomość, że reżyser działa celowo, że to nie jest wypadek przy pracy, lecz zamierzona strategia. Nawet: własny styl, zaprojektowane drażnienie płytkich widzów. Może w ten sposób zostanie we mnie ten film dłużej niż bym chciała. Ale… ciężko było. W duchu Mamonia powiem: i tak patrzę sobie…patrzę, patrzę na to…i nie mogę!

  2. Lirael

    Tamaryszku, czy oglądałaś film o Camille Claudel z 1988 r. w reżyserii Nuyttena, dość dawno temu był w telewizji:
    http://www.imdb.com/title/tt0094828/
    Na mnie zrobił wielkie wrażenie, głównie za sprawą Adjani. To była niezwykła rola, a emocje, jakie wzbudziła ta opowieść, pamiętam do dziś. Ostatnią scenę wręcz fotograficznie.
    Jestem zdumiona, że można było o takiej postaci nakręcić coś rozlazłego i nijakiego.
    Wyznam, że ja nie znoszę Binoche, właściwie powinno być nie znosz Binosz. :) Nie rozumiem zamieszania wokół jej osoby, do mnie jej zdolności aktorskie nie przemawiają kompletnie. Owszem, jest fotogeniczna, ale to według mnie to stanowczo za mało.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Lirael, teraz mi się rozjaśnia. Bo wczoraj rozmawiałam (po seansie) o Adjani w roli tytułowej z jeszcze starszego filmu Miłość Adeli H. (1975), gdzie grała córkę Hugo w podobnym co Claudel potrzasku. Ale ten tytuł pamiętam z tv sprzed wielu lat, właściwie tylko tytuł pamiętam. ;) Natomiast film, który wspominasz kojarzę dużo lepiej. Choć nie tak dobrze, by wspomnieć teraz ostatnią scenę.
      Otóż, moja recenzja jest subiektywna i pewnie niesprawiedliwa. Film może poruszać i wstrząsać. Mną wstrząsnął, lecz dodatkowo mnie wkurzył.
      Umyślnie nie pisałam o Binoche, która nie schodzi z ekranu. Lubię ją, ale trafiasz w punkt, mówiąc, że ona przede wszystkim jest fotogeniczna. Wygląda szałowo, nawet bez makijażu i rozczochrana. A gdy tak siedzi na ławce i patrzy w słońce, to jakby była Julie w Niebieskim (Kieślowskiego). A gdy zerka nieufnie na pacjentów, których obecności nie może zdzierżyć, to udziela mi się jej niechęć. Ok, ale mam dość.

      Pacjenci to osoby chore, nie aktorzy. Przyglądanie się ich pokracznym zachowaniom, wykrzywionym uśmiechom prezentującym wykrzywione zęby, ich niezrozumiałym krzykom, w których jest ból i nieświadome może, ale udręczenie – jak to znieść? Efekt pewnie zamierzony. Skoro ja nie mogę znieść, to tym bardziej Camille, która przeżyła tam 30 lat. Jest taka scena: próba teatralna. Pacjenci odgrywają wyznania miłosne Don Juana i jakiejś panny. Zapominają słów, ślinią się, gubią w tym tekście. Może to ich uczłowiecza, a może odwrotnie.
      Ale nikt nie wkurza bardziej niż panicz-brat w białym nakrochmalonym kołnierzyku, gładko wylizany.
      Spora dawka emocji jak na film bez akcji. :)

    1. Lirael

      Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś upolować „Miłość Adeli H.”. Też słyszałam o tym filmie i wydaje mi się bardzo w moim stylu.
      Muszę Ci powiedzieć, że od rana myślę o tym, co napisałaś o aktorach. To znaczy o braku aktorów, o chorych ludziach, którzy zostali sfilmowani dla potrzeb tego filmu. Mam etyczne dylematy, czy w ogóle można było coś takiego zrobić. Śliska w tym wszystkim wydaje mi się też strona finansowa przedsięwzięcia – nie sądzę, żeby całkowite zyski z filmu zostały przekazane fundacjom opiekującym się osobami upośledzonymi. Nie wiem, może dramatyzuję, ale na myśl o tym, że tłumy widzów oglądałyby na przykład jakąś bliską mi osobę podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym, wrzeszczącego, podrygującego, etc, robi mi się dziwnie. Na pewno rodziny zostały poproszone o zgodę, może dostały jakąś gratyfikację, ale mimo wszystko coś mnie w tym pomyśle reżysera uwiera.

    2. tamaryszek Autor wpisu

      A teraz ja sobie pochodziłam, namyślając się nad odpowiedzią. Sama nie wiem. Coś mi nie gra, trudno zdiagnozować. Może to, że patrzyłam na upośledzonych z mieszanymi uczuciami (Claudel raz się nimi opiekuje, raz odpycha i chyba gardzi) – sprawia, że nie czuję się dobrze.
      Kwestia wykorzystania upośledzonych (dla ścisłości: nie chorych psychicznie, lecz ludzi zdeformowanych fizycznie i umysłowo) jest trudna do rozstrzygnięcia. Gdyby ich poddawano presji – byłoby to niedopuszczalne. Myślę, że siostry, które się nimi opiekowały (troskliwie, mądrze), gwarantowały im bezpieczeństwo. Filmowano tak, że to nie jest natrząsanie się czy drwina. Może nawet dla nich to jakaś atrakcja? Ale mimo wszystko mam wątpliwości.

    3. PawełW

      Co do udziału osób upośledzonych: być może Dumont zagrał tu ‚kontrastem’: Claudel piękna i spokojna – oni brzydcy i agresywni. Pozostaje dla mnie pytanie o cel ?

  3. Ojtam

    Jednym słowem warto iść na ten film do kina z małą latareczką, ciekawą, fajną lekturą i odrobiną zacnego, szlachetnego (min. dwunastoletniego) trunku, usiąść w ostatnim rzędzie i oddać się jej (lekturze) od czasu do czasu spoglądając na ekran?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ojtam, no nie. Lektura nie pomoże, nawet podświetlanym Kindlem nie da się odjechać sprzed ekranu. Bo wiesz, tam ciągle ci chorzy, te święte siostry, jakiś rozanielony zakonnik. Binoche milczy, śmieje się, płacze. I cicho jest (o ile nikt nie wrzeszczy), bo tylko ptaszek zaćwierka, to cała muzyka. Może oszczędności budżetowe, kompozytora nie zatrudniono. Ech, za dużo się dzieje w tym niedzianiu.

      Ale dwunastoletni (minimum) trunek mógłby pomóc. Nawet na pewno. :)))

    2. Lirael

      Przepraszam, jeśli komentarz pojawi się w nieodpowiednim miejscu, ale nie mogę otworzyć okienka tam, gdzie powinnam. :)
      To cieszę się, że nie tylko ja mam dylemat. Obecność prawdziwych osób niepełnosprawnych na pewno dodała tej historii autentyzmu, ale jednak moim zdaniem zostały przekroczone pewne granice – a już zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak zostali pokazani.

  4. ZygmuntMolikEWA

    Straszą i straszą.Już naprawdę, nie wiem, gdzie można by pójść, aby nie wychodzić w wisielczym humorze. Może zacznę chłonąć z oddaniem telewizyjne ‚shows kabaretowe’ ?

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Na ogół kabareciki-telenowelki-showy ogłupiają. Implikują zidiocenie postępujące. Ale jeśli się człowiek ustawi w poprzek i śmieje się w niezamierzonych momentach, boki zrywa przy pseudodramatach a przejmuje i gubi pewność przy puentach i happy endach, to myślę, że można się rozerwać i to metaforycznie (nie na strzępy). Może leci kabarecik? Taki ekwiwalent dwunastoletniego, Ojtamowego trunku… ;)

  5. maria

    Często oglądam ‚Tygodnik kulturalny’ w TVP Kultura, w którym krytycy omawiają wydarzenia kulturalne tygodnia. Ostatnio Zdzisław Pietrasik powiedział w kontekście jakiegoś przedstawienia teatralnego, że on już tyle widział w teatrze, że już niewiele go potrafi zachwycić. Coś w tym chyba jest, może za dużo, a może wszystko już było ? A może po seansie ‚Wilka..’ nie czas na taki film? Ja czuję ostatnio lekki przesyt, patrzę na te tytuły i nic mi nie pasuje. Czekam na jakiś mocny akord, a właściwie na Mocnego Anioła ;) Pozdrawiam.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      :)) Może to przez Wilka…?! Skrajne światy, antypody tempa, tam orgie, tu celibat… I jak tu nie dostać kręćka. Problemy percepcyjne są dołączone do biletu. No tak…, ale Dumont skreślony!
      Też czekam na Anioła i marudzę, że nie dam rady w piątek. ;)

    2. maria

      Uff, mocne uderzenie ten ‚Mocny Anioł’, musiałam odreagować dwugodzinnym spacerem, obiadem w afrykańskiej knajpce ( łagodna muzyka, piękne zapachy i smaki) i wizytą w Muzeum Sztuki na wystawie malarstwa, tak bardzo potrzebowałam po seansie świeżego powietrza i pozytywnych bodźców. Ciekawa jestem Twojego odbioru.

    3. tamaryszek Autor wpisu

      :))
      Dziś albo jutro. Chyba aż za bardzo chcę to zobaczyć.;)
      W wolnej chwili spiszę wrażenia. zresztą głównie po to, by zainicjować pogawędkę.
      Czyli warto mieć coś na odreagowanie (i niekoniecznie wódeczkę)?

  6. Bee

    Tamaryszku, ależ masz siłę perswazji! Na szczęście, bo mogłabym się również jej poddać, widziałam film pół roku temu podczas NH :) Wstrząsnął mną i zachwycił. Reżyser zbliżył się moim zdaniem maksymalnie do bohaterki i dramatycznej sytuacji, w której się znalazła. Bez łopatologicznego wykładu, pozostawiając, jak to Dumont, wiele przestrzeni i ciszy (muzyka narzuca emocje, nastrój) dla widza-obserwatora.
    Oczywiście zaprawionej w bojach z kinem azjatyckim miłośniczce filmów Tsai Ming-lianga najwolniejsze tempo niestraszne. :) Bez przykrości oglądałam również prawie trzygodzinny dokument o życiu milczących mnichów „Wielka cisza”… Być może to kwestia konstrukcji psychicznej (rusztowanie brzmi lepiej, czy mi się wydaje?). ;)
    Oj, ja tu dziś w opozycji – za aktorstwem Juliette Binoche przepadam, a przy okazji lubię na nią patrzeć. O ile pamiętam, w „Camille” występuje bez grama makijażu pokazując poszarzałą cerę i zmarszczki, co dla wielu zachodnich aktorek w jej wieku byłoby nie do zaakceptowania.
    Na koniec zsolidaryzuję się w chęci rozszarpania świętoszkowatego Paula.

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Bee, oj, jak to dobrze, że nie zniszczyłam zachwytu. :)
      Ale! Wartość filmu czasem zwyżkuje, gdy wrażliwy widz rozszerza treści swą wyobraźnią i pogłębia uczuciami.
      Wolne tempo nie jest przeszkodą. Mam do takich filmów skłonność. Wielką ciszę obejrzałam bez mrugnięcia, Tsai Ming-Lianga niekoniecznie muszę oglądać. Ale wolnych tytułów, budzących zachwyt, trochę na koncie mam. Wpadło mi gdzieś w oko porównanie Camille Claudel, 1915 do Konia turyńskiego Tarra. Jest niemal żywcem wzięta z tegoż scena gotowania ziemniaka na obiad (codziennie!), a podobieństwo ma też głębsze przyczyny (rozpad świata etc). Ale trzygodzinny seans Tarra obejrzałam z zapartym tchem, a Dumont mnie zirytował. Więc: nie wszystko jest dla wszystkich.

      A Binoche… jak już wyżej pisałam, fotogeniczna, obecna, skupiająca na sobie uwagę. Ja tym razem nie kupuję. Bardziej winny jest Dumont. Obsadził ją w tak skontrastowanym z nią świecie, że coś aż zgrzyta. Upośledzeni, łagodne siostry i ona jedna (!), obszarpana, lecz z błyskiem w oku i oceanem uczuć, którymi się dławi. O co chodzi? Nie ma tu aby przesady jakiejś?
      I wyznam, że mam w sercu stare uprzedzenie, które odżyło (może trochę wykrzywiając mój odbiór). Rozczarowanie Hadewijch (2009) Dumonta.

  7. czara

    Tamaryszku, dziękuję za recenzję. Sama się nie odważyłam na ten film, choć normalnie nic mnie nie przeraża, jeśli chodzi o dłużyzny, nie-dzianie się i cały taki entourage. Ale tu słyszałam, że sama Binoche była niezadowolona z tego filmu i z pracy z reżyserem, dałam sobie więc spokój. Ale cieszę się, że tu co nieco przeczytałam, traktuję Cię jako filmowego zwiadowcę :)
    A brat-panicz to rzeczywiście jakaś ciemna postać, nawet w białym kołnierzyku…

    Odpowiedz
    1. tamaryszek Autor wpisu

      Ufff, nareszcie chwila na odpowiedź. ;)
      A to ciekawe, że Binoche sie rozminęła z Dumontem. Odżegnałabym się od obojga, ale skoro drogi się rozwidlają, idę dalej z Binoche (pamiętając o bystrym spostrzeżeniu Lirael, że jej głównym atutem jest wygląd).
      Szarpać białe kołnierzyki!
      Odpowiedzialnoć to wielka, honor i przyjemność… być zwiadowcą. :))

    2. Bee

      Tamaryszku, masz rację, że przepaść pomiędzy Camille a otoczeniem jest olbrzymia i rozumiem, że dla Ciebie nie do zaakceptowania. Nie wiem, czy reżyserowi bardziej zależało na własnej interpretacji wydarzeń, czy na rekonstrukcji faktów. Mnie się w każdym razie ta opowieść wydała prawdziwa i spójna. Rodzina umieściła rzeźbiarkę w tak szokującym, prawdopodobnie tanim miejscu, zamiast w kosztownym zakładzie dla umysłowo chorych, których w tamtych czasach (i chorych, i instytucji) nie brakowało. Mógł to być pomysł naszego „ulubieńca” Paula, który w swoim chrześcijańskim zacietrzewieniu postanowił w ten sposób nauczyć siostrę pokory.
      Muszę nadrobić braki w filmowej edukacji dorywając się (ładna forma:) koniecznie do „Konia turyńskiego” i „Hadewijch”. Dzięki szczególnie za ten pierwszy trop. :)

    3. tamaryszek Autor wpisu

      Nie, Hadewijch nie oglądaj. :)
      Koń turyński to już legenda. Jak tam się nic nie dzieje…:) Wichura straszna, kilkoro osób, koń umiera i coraz ciemniej, coraz ciemniej… Warto, najlepiej we wrocławskim kinie Nowe Horyzonty, dawniej Helios. :)

  8. Pingback: horyzonty | tamaryszkowe pre-teksty

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s